ESENCJA

Kazimierz Kyrcz Jr

 

- I znów się zaczyna taniec pingwina na szkle – wzdycha z rozdrażnieniem Eugeniusz, przekręcając klucz w stacyjce leksusa. Kolejny poniedziałek, początek tygodnia wypełnionego po brzegi morderczą pracą, gorszą od katorgi, od obozu zagłady, od… Długo by wyliczać, tylko po co?
W takie poranki jak ten Eugeniusz ma serdecznie dość swej roboty. Wykańcza go świadomość, że przez pięć kolejnych dni będzie musiał sprzątać cudze brudy, oglądać twarze udręczone poczuciem beznadziei i pozbawione znaczenia gesty.
Czuje się, jakby na sercu położono mu młyński kamień albo coś jeszcze cięższego. Na przykład sześciocyfrowy kredyt do spłacenia.
Ucisk w piersi wzmaga się i na czoło mężczyzny występują kropelki potu. Nie jest już młodzikiem, niestety! Czasami odnosi wrażenie, że staje się coraz wierniejszą repliką swego ojczyma, dokonującego żywota w domu starców.
A co z ekstatycznymi wizjami, światłością, wytyczaniem nowych szlaków – tym wszystkim, o czym marzył na studiach plastycznych?
Nic. Doprawdy, nic nie zostało z tamtych marzeń. Od dawna nie był na żadnym wernisażu, nie wspominając o namalowaniu czegokolwiek.
Eugeniusz, jako profesjonalista, parkuje leksusa na sąsiedniej ulicy – to wymuszony ostrożnością nawyk, który stał się jednym z elementów jego drugiej natury. Tej bardziej konkretnej, dla której romantyzm i wrażliwość pierwszej są balastem. Dociera przed kamienicę, w której mieszka klient.
- Kto tam? – bulgocze głośnik domofonu.
- Poczta – odpowiada Eugeniusz, wkładając paczkę pod lewe ramię i sięgając do
klamki.
Klient zbiera się właśnie do wyjścia. Ubrany w elegancki garnitur i
błyszczące niczym łysina Fantomasa lakierki, z niecierpliwością czeka, aż posłaniec pokona parędziesiąt stopni prowadzących na piętro.
Spod okapu szpakowatych włosów wpatrują się w Eugeniusza czarne jak smoła oczy, bardziej przypominające kamienie niż część żywego organizmu.
- Co to za przesyłka? – pyta obrażonym tonem ich właściciel, dając do zrozumienia,
że jest człowiekiem, którego czas jest cenny. Drogocenny wręcz.
Eugeniusz nie ma zamiaru spieszyć się z udzieleniem odpowiedzi. Te chwile sam na
sam z klientem – przed realizacją zamówienia – są najprzyjemniejszymi momentami jego pracy.
- Głuchy pan jest, czy co?! – warczy klient, z miną wyrażającą jednocześnie zaciekawienie i pogardę.
- Już, już, momencik... – uspakaja go Eugeniusz, kładąc paczkę na stoliku. – Myślę,
że to pana zaciekawi – dodaje, po czym wbija mu nóż w brzuch.
Elegant wydaje taki dźwięk, jakby chciał coś powiedzieć, coś ważnego, wyjaśnić, a może raczej wyjawić jakąś tajemnicę. Zamiast tego spływa na ziemię nieomal tanecznym ruchem. Strużka krwi wypływa mu z ust, pieniąc się mikroskopijnymi bąbelkami.
To nie jest szampan, ale zleceniodawca i tak powinien być zadowolony, uznaje Eugeniusz, wyjmując z kieszeni aparat cyfrowy.
Zdjęcia będą dowodem na zdjęcie klienta. Czy to nie zabawne?
Niespodziewanie dla samego siebie, Eugeniusz doznaje przemożnego przymusu, by stworzyć coś pełniejszego, bardziej wartościowego, coś, co zapadałoby w pamięci ogółu, zapewniając mu nieśmiertelność.
Pod wpływem impulsu ujmuje nóż w taki sposób, jakby był pędzlem i powoli, z namysłem, zaznacza na białej ścianie przedpokoju pierwszą kreskę. Narzędzie mordu nie nadaje się do malowania, ale Eugeniusz nie ustaje w wysiłkach. W twórczym szale, nawet nie uświadamiając sobie, co ma przedstawiać jego obraz, raz za razem zanurza ostrze w stygnącym ciele klienta. Kiedy zauważa, że nóż mu przeszkadza, odrzuca go, by rozprowadzać czerwień palcem wskazującym, a potem – tam, gdzie to potrzebne – całą dłonią.
Wkrótce, dzięki zastosowaniu tej prostej, lecz skutecznej metody, wszystkie – zdawałoby się nieprzystające do siebie – elementy stają się całością.
Wszechobecna ciężka woń, zmieszana z odorem kału i moczu, stanowi najlepszą oprawę dla percepcji jego dzieła. Właśnie ona pomaga Eugeniuszowi dostrzec sens w purpurowych bohomazach. Wreszcie to zauważa. Zyskuje umiejętność w i d z e n i a.
A czy nie tego właśnie pragnie każdy artysta?
W chaosie linii i kropek, wśród mniejszych i większych zniekształceń czy przerysowań, wyłania się jego własne oblicze. Efekt jest porażający. A o to przecież chodziło. Zawsze o to chodzi.
Panie i panowie! Oto jest! Objawienie, wizja, inspiracja, usprawiedliwienie – to, czego dotąd brakowało ludzkości! Autoportret człowieka wyzwolonego! Czy można wyobrazić sobie dzieło bliższe duchowi epoki, która je zrodziła?!

KONIEC
 

STRONA GŁÓWNA