Nowe recenzje
· GRZECHY JOANNY, Marat Joanna, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła· ZŁOCISTA DOLINA, Walczak J. Iwona, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła· MASTERTON. OPOWIADANIA. TWARZĄ W TWARZ Z PISARZEM, Masterton Graham. Cichowlas Robert, Pocztarek Piotr, Albatros, recenzent: Lipski Bartosz· SATYNOWY MAGIK, Łysiak Waldemar, Wydawnictwo Nobilis, recenzent: Solecki Tadeusz· NIEUGIĘTY, Millar Sam, Wydawnictwo Replika, recenzent: Stolarz Iwona· APETYT NA JUTRO, Woźniak Agnieszka, Wydawnictwo Replika, recenzent: Błaszkowska Alina· EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA, Schmitt Éric-Emmanuel, Wydawnictwo Literackie, recenzent: Solecki Tadeusz[ RECENZJE ]
Online
Aktualnie jest 42 gość(ci) i 2 użytkownik(ów) online.
Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj
NA FORUM
 | wszystko jest do zmiany |
 | FABRYKA-NASZE MIEJSCE W KOSMOSIE |
 | Funkcja redaktora - rezygnacja umorusańca |
 | Jerzy Reuter - Izobar nie żyje |
 | CO Z RUBRYKĄ |
 | Zaproszenie na kwietniowy DACH |
 | O stronie na stronie. |
 | Fantazje Zielonogórskie 2012 - konkurs na opowiadanie |
 | Coś dla poetów i miłośników poezji |
 | Kwiecień plecień w netkulturze! |
 | Cytat z Forum |
 | Zbieramy teksty do nowego numeru Magazynu Cegła!!! |
 | Konkurs Poetycki „O Srebrne Pióro MDK” – VI edycja |
 | CHATA |
 | Dość codzienność! |
 | Zapraszamy na Świąteczny DACH |
 | Kto |
 | Ody odbite Karola Maliszewskiego |
 | Pierwsze zdanie! |
 | współpraca przy scenariuszu - za pieniądze |
 | Ankieta dotycząca czytelnictwa kryminałów |
 | Czarny Kot |
 | Rozwój osobisty medytacje terapeutyczne |
 | ID w Czasie Fantastyki |
 | Barwy, a tworzenie nastroju |
 | Nieznane teksty Tadeusza Konwickiego w |
 | Rozwój osobisty kluczem do sukcesu |
 | Co Na Scenie - Nowy Wymiar Teatru |
 | nieTUZINkowa 12-ka Netkultury |
 |
Epika: PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA **
Wysłano dnia 01-04-2005 o godz. 10:19:04
Autor: yarre
PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA
(skl)erotyk czwarty - romantyczny jak diabli
W humorze był wyśmienitym - właśnie wracał z pogrzebu. Jego czarny płaszcz z postawionym na sztorc kołnierzem popijał deszczówkę, zakąszając drobinkami błota, którego na wrocławskich chodnikach zawsze było w bród. Twarz miał bladą jakby właśnie kończył odsiadywać dożywocie. Zmoczone ulewą włosy, półprzytomny wzrok, sina kreska warg, gęsta pajęczyna zmarszczek oraz wory pod oczami dopełniały całości. Brnąc przez rozmakające miasto, przypominał Draculę tuż po wyjściu z basenu. Maszerował zaś zygzakiem, gdyż deszcz zalewał mu okulary. Mógłby je wprawdzie zdjąć, lecz miał kompleks braku wykształcenia i przynajmniej wyglądać nie chciał na ćwierćinteligenta. Na co dzień i na ćwierć gwizdka udzielał się ciałem jako urzędnik państwowy, zaś jego duszą i umysłem w pełni zawładnęły muzy. Arkadiusz był prozaikiem pełnymi garściami czerpiącym z otaczającej go rzeczywistości - nic zatem dziwnego, że pisał tylko i wyłącznie horrory. Jako nad wyraz bystry obserwator nie marnował żadnej okazji - nawet z pogrzebu przyjaciela nie wracał z pustymi rękami - półtorej strony zapisków obiecująco łechtało go w kieszeń.
Szedł szybko, rozgarniając połami rozpiętego płaszcza kurtynę deszczu. Co parędziesiąt kroków przystawał, niczym ubek osłaniał twarz kołnierzem, by półgłosem szkicować opowiadanie na dyktafonie ukrytym w wewnętrznej kieszeni. Nie zważając na pogodę, na pieprzne komentarze potrącanych przechodniów - tworzył. Szedł, mókł i tworzył. Na taksówkę nie było go stać, z autobusu zrezygnował, gdyż tłok nie sprzyjałby budowaniu narracji, a właśnie wylewał pod nią fundamenty.
Ponad dwie godziny trwało, nim dotarł pod blok, w którym wegetował. Obrzuciwszy go spojrzeniem, z obrzydzeniem wzdrygnął się, a potem zaklął wściekle, gdyż gotowy już prawie akapit, kuląc się zapewne z zimna, uleciał mu z głowy.
Przetrząsając kieszenie w poszukiwaniu kluczy zżymał się, że żyć musi w blokowisku, a nie na pulsującym grozą odludziu otoczonym bagnami, po których szwendają się potępione dusze. Nie mógł ścierpieć, że mieszka w bloku zamiast w otulonym bluszczem, nawiedzonym domu o skrzypiących okiennicach i mnóstwie wieżyczek. Niestety - jedynym mokradłem w okolicy był plac ślimaczącej się budowy, a w roli wieżyczki mogła wystąpić tylko niedokończona dzwonnica trzeciego na osiedlu kościoła. Za potępieńców - na upartego - można było uznać tylko mnożących się jak króliki dresiarzy, a substytut bluszczu stanowiły płaty łuszczącej się na ścianach farby. Nie mogło być też mowy o nawiedzeniu bloku przy Bajana, chyba żeby uznać za to niekończące się techno-koncerty kretyna z piątego oraz udarowe rytuały pozostałych sąsiadów.
Arkadiusz dbał o realia i klimat w swoich horrorach. Okoliczności nie sprzyjały, z wyobraźnią literacką było u niego nienajlepiej - musiał zatem aranżować. Usiłując dostosować rzeczywistość do swych twórczych potrzeb, spróbował osiedlić w krzakach pobliskiego skweru lelka kozodoja. Bez powodzenia. Zakupiony od znajomego leśniczego ptak zamiast złowieszczyć, uciekł już po godzinie, wystraszony przez tramwaj. Następnego kozodoja Arkadiusz przezornie przywiązał do gałęzi, ale nic to nie dało, gdyż o świecie zżarł go jakiś kocur. Zrezygnowany pisarz skapitulował - skupił się na własnym mieszkaniu i tu odniósł sukces. Nieoczekiwanie bardzo pomocna okazała się teściowa Arkadiusza. Dzięki jej częstym odwiedzinom zawsze zyskiwał odpowiedni nastrój do pisania mrożącej krew w żyłach prozy.
Zdjął okulary i uniósł głowę. Usiłując uniknąć lodowatych strug zalewających oczy, spojrzał w górę. W kuchennym oknie zobaczył żonę. Pomachał jej mokrą ręką.
Kamila powitania nie zauważyła. Odeszła od okna i niespiesznie poszurała do sypialni. Wzięła do ręki „Opowieści niesamowite” Edgara Allana Poe i ułożyła się wygodnie w jednej z dwóch eleganckich trumien stojących na środku sypialni. Ledwie zaczęła czytać, mężowski yale zazgrzytał w zamku.
Arkadiusz z ulgą zzuł rozmiękłe welury, płaszcz powiesił na koźlim rogu pełniącym obowiązki wieszaka. Zostawiając mokre ślady, wszedł w skarpetkach do salonu, będącego jednocześnie jego gabinetem. Pokoje mieli tylko dwa, a i to wynajmowane od kuzyna Kamili.
- Gdzie jesteś, słonko?
- Tutaj! - dobiegło z sypialni.
Poszedł tam. Twarzy Kamili nie było widać zza książki.
- O! Konkurencję czytamy? - zmarszczył brwi - A zrobiłaś mi przecinki w „Krwawym weekendzie”?
- Przepraszam... - zarumieniła się i czym prędzej zmieniła temat - Gdzie byłeś tyle czasu?
- Na pogrzebie kumpla. Nie znałaś - wyjaśnił i dodał wesoło - Będzie z tego miodzio-opowiadanko, zobaczysz.
Wyszedł.
- Akurat! - pomyślała Kamila - Zaczynasz tylko i nie kończysz. Miodzio, czy nie miodzio, nic z tego nie będzie. Z trzaskiem zamknęła książkę, potem wstała i to samo uczyniła z trumną. Wachlując się wydrukiem mężowskiego opowiadania poszła do salonu. Arkadiusz już tam był. Kiwał się na taborecie, dłonie położył na klawiaturze, a stopami w mokrych skarpetkach bezgłośnie stepował po dywanie.
- Co będziesz pisał?
- No... Takie tam opowiadanko - wyjaśnił nieszczerze, gdyż w istocie zamierzał napisać zaległego maila do kolegi. Wolał, by żona sądziła inaczej, braku weny bardzo się wstydził.
Hej, Maciek!
Miesiąc się nie odzywałem, to nadrabiam. Donoszę Ci uprzejmie, ty stary pierdzielu z zaoranej Legnicy, że list będzie krótki, bo nie mam czasu. Czemu nie masz? - spytasz, bo Ty zawsze wszystko musisz wiedzieć. Czasu nie mam - odpowiem - rozumiesz - kwiaty, medale, wizyty w zakładach pracy... Poza tym byłem dzisiaj na pogrzebie Bodzia. Własna żona go zaciukała! Nie żeń się, stary, bo skończysz jak on - w wannie, z kosą w bebechach albo jak ja - co to ani chwili spokoju nie mam. A pogrzeb - odlot! Żałuj, że Cię ominęło. Trochę afera była na cmentarzu, bo zgodnie z testamentem zamiast orkiestry zagrała taka jedna Justyna. Skrzypaczka, nawet niezła. Przyjedziesz, to Cię z nią poznam - będziesz zadowolony. Zrobiłem trochę notatek i mam cudo-materiał na tekst. Podeślę.
Arkadiusz podniósł wzrok znad klawiatury i w zamyśleniu spojrzał na żonę. Siedziała na sofie i pstrzyła wydruk przecinkami. Wyglądała niezwykle zapładniająco, jak dla horrorysty: zdawać by się mogło, że jej głowę okala wiszący na ścianie wieniec pogrzebowy. Choć plastikowy, to gustowny - żadnych kiczowatych szarf z pretensjonalnymi napisami.
- Kurczę! Cudownie mi się, kochanie, komponujesz w tych cisach. Nie ruszaj się!
Począł gorączkowo zapełniać notes.
- Opisik? - spytała, nie przerywając korekty. - Do tego nowego?
- A... Tak notuję, na zaś - wyjaśnił i uśmiechnął się - Już! Dzięki, kochanie.
- Nie ma za co - odrzekła. - Odgrzać ci gulasz?
- Kurczę, gulasz? - oblizał się łakomie, lecz bohatersko stawił czoła marzeniom swych jelit. - Dzięki, dzięki! Może potem, teraz pisać muszę...
Odłożył notatki, stuknął w klawiaturę, zganiając z ekranu wygaszacz własnego pomysłu - en face posła Giertycha z uszami Kinsky’ego w roli Nosferatu, oczami red. Pieńkowskiej z „Wiadomości” i zębami prof. Strzembosza.
Pogrzeb, pogrzebem, Maciek, a czy ty wąchałeś kiedyś siedemdziesiąt groszy? Drukarską farbą zajeżdża! Wydali mi wreszcie tę „Spiralę krwi”! Muszę Ci się trochę poprzechwalać, bo ile można tylko w domu? Kamila mnie już w kiblu zamyka. Wydali mi tę powieść w każdym razie i wreszcie ją przeczytałem. Kurczę, abstrahując od jej obiektywnej wartości, nie podoba mi się zbytnio, ale publicznie muszę udawać, że jest świetna. Nie kokietuję, rozumiesz - teraz napisałbym ją inaczej, ale za późno. Słowo się wydrukowało, honorarium u płota. Nawiasem mówiąc moja „Spirala...” kosztuje dwie dychy w księgarni, a ja mam od egzemplarza gówniane siedemdziesiąt groszy, ale to szczegół, bo przecież...
- Arkusiku? Długo jeszcze będziesz tworzył? - przerwała mu Kamila. - Pofikamy, kiedy skończysz?
- Boże, znowu?
- Jest początek października. Poprzednie „Boże, znowu” było czternastego maja.
- Aż tak pamiętasz?
- Owszem. To nasza rocznica ślubu - rzuciła nieśmiało.
- Oj, Kamila, co ja z tobą... Przecież ja jestem, do cholery, pisarzem i muszę...
- Od kiedy to literaci żyją w celibacie?? Taki Balzac...
- Kochana! To były inne czasy - to raz. On był sławny, a ja świeżo po debiucie - to dwa.
- No, a taki Pilch...
- Co, Pilch, cholera jasna? Głowę dam, że nawet on tuż po debiucie też głównie szedł za ciosem, a nie miętosił prześcieradła.
- I co z tego? To nie Pilch się ze mną ożenił.
- Chciałabyś, co?! - poczerwieniał jak zwykle, kiedy uważał, że deprecjonuje się wartość tego, co pisze - Jeszcze Pilchem nie jestem, ale - cierpliwości! Przed śmiercią zdążę.
Pochylił się nad klawiaturą, a Kamili przypomniały się słowa jej starszej siostry, która szwagra wręcz nienawidziła. - Ty go, Kamila, rzuć! Co ty, kurde, masz z tego małżeństwa? Ja między wami żadnej chemii nie widzę! Riposta młodszej z sióstr była raczej rozpaczliwa: - Jakby mi chodziło o chemię, to uprawiałabym seks z Mendelejewem! W odpowiedzi padły słowa jeszcze bardziej brutalne. - Jaki seks? Ty wiesz co to takiego? Kryptę z waszej sypialni zrobił, osioł jeden. Zresztą i tak nie sypiacie ze sobą. Rzuć ty go, rzuć! Żyjesz, jak w tanim filmie o wilkołakach. Nawet ślubu kościelnego nie macie. Jedno dobre, że Czarnej Mszy sobie nie zażyczył. Rzuć ty go!
Siostrzanych sugestii Kamila nie zamierzała brać pod uwagę, ale dobrze znała historię poprzednich małżeństw ukochanego i przez to z lękiem spoglądała w przyszłość.
Pierwsza żona opuściła Arkadiusza u samego progu jego kariery, odchodząc z przyczyn literackich. Pisał wtedy nowelę o wampirach zakonspirowanych na Wiejskiej w Warszawie. Kończąc utwór happy endem, kazał żonie zagrać posłankę Unii Demokratycznej i położyć się w trumnie. Zaprzyjaźniony grubas z parteru miał natomiast udać funkcjonariusza UOP i sfingować przebicie ''wampirzycy'' osikowym kołkiem. Ledwo biedaczka wybłagała, żeby pierś mieć ubraną, co zresztą zasmuciło liczącego na więcej sąsiada.
Niestety, pozorant był w kapciach, poślizgnął się i ostrym kołkiem skaleczył partnerkę. Nieszczęsna kobieta krwawiła obficie i krzyczała z bólu, podczas gdy jej rozgorączkowany małżonek-literat rejestrował szkic scenki na dyktafonie. Kiedy kilka godzin potem wracali z pogotowia, zrobił żonie okropną awanturę twierdząc, że nie powinna była wrzeszczeć, gdyż wampiry giną bezgłośnie. Upływ krwi odebrał biedaczce siły, więc nie protestowała. Następnego ranka wyniosła się do matki.
Trochę chaotycznie piszę, ale mi Kamila tyłek zawraca. Jak na moje literackie ambicje, to ona ma za duży temperament. Kurczę, jak ja ci zazdroszczę! Stary! Jesteś wolny jak ptaszek i możesz sobie rzeźbić do woli. Ja mam przerąbane. Kiedyś nie wytrzymam, wreszcie ją zabiję i obaj zarobimy. Ja napiszę o tym powieść, a ty nagrobek wykujesz. Co ty na to?
Pytałeś, co u mnie. Tydzień temu byłem w Kielcach. Na dworcu, jak w przysłowiu, mało mi łba nie urwało, ale nie o to chodzi. Napisałem kiedyś opowiadanko o tym Zbychu, co to bzyka się tylko w górach. Pamiętasz? O tym rudym, co mówiłeś, że jak recytuje, to ci gniją kartofle w piwnicy, a nigdy ich nie kupujesz. Wysłałem to na konkurs do Kielc i zapomniałem, bo miałem zapieprz przy korekcie „Spirali...”. Któregoś dnia jakiś gość zadzwonił, że ma dla mnie 200 złotych. Zdziwiłem się. Nikomu nie pożyczam, bo sam nigdy nie mam kasy. Facet na to, że nie dług, ale nagroda za tamten tekścik. Poprosił, żebym jeszcze raz im tekst wysłał, „bo chyba zagubiliśmy”. No to wysłałem i pojechałem.
Na dworcu Zyziek mnie przechwycił, poszliśmy do niego. Żonę ma okay, córkę też. W sumie, to ich szkoda dla niego, bo sam wiesz, jaki on jest. Nieważne. Zjedliśmy obiad i jazda do emdeku, gdzie mnie mieli fetować. W szatni drzemał jakiś facet. Spytałem go, czy to tutaj będą dawać nagrody za opowiadania. Potwierdził, ale spytał, czemu mnie to interesuje. Bo mam dostać dwie stówy - wyjaśniłem. Facet w szoku. - Widzisz, Arek, nawet szatniarzowi nie wyglądasz na takiego, co umie pisać - Zyziek na to. Cwaniaczek - sam też na Hemingwaya nie wygląda. Do szatni nie oddałem niczego. Bagażu nie miałem, a byłem w tej skórzanej kurtałce, co noszę, żeby wyglądać na pisarza. To jak ją miałem zdjąć?
Napatoczył się wreszcie ten, co do mnie dzwonił i od razu mnie wkurzył, bo kiedy ze mną gadał, to krztusił się ze śmiechu. Z innymi gadał normalnie. Spytałem, co mu jest, to zmienił temat - zaprosił nas na salę. Weszliśmy. Tłumów nie było - piątka nagrodzonych, organizatorów tyle samo, no i jakiś facet spał w ostatnim rzędzie. Tak było czuć od niego piwem, że Zyziek aż ślinę łykał.
Feta zaczęła się od informacji, że nadesłano ponad 150 tekstów. Nawet odejmując jedną trzecią na bajer, to i tak nieźle. Szlag mnie tylko trafił, bo za pierwsze miejsce dawali 1800 złotych, a mnie marne dwie setki. Laptopie, praszczaj, cholera!
Kiedy wyczytywali laureatów, to zrobiło mi się cholernie głupio, bo wiesz, w żadnym innym tytule nic nie było o pieprzeniu, tylko u mnie. Dziwnie jakoś na mnie patrzono, kiedy szedłem na scenę. Dostałem też album o Bajkale. Nawet ładny, ale wydany dziewięć lat temu. Z antykwariatu?
Potem wygonili nas na poczęstunek - czerwone wino marki nieznanej i - jak szaleć, to szaleć - słone paluszki. Odegrałem się na tym wesołku - ryknąłem do wszystkich, trzymając w ręku szklankę z paluszkami: - Proszę! Częstujcie się państwo, bardzo proszę! Zabraknie, to doniosę! Facet zniknął jak zmyty i wrócił dopiero po kwadransie zapraszając na część artystyczną. Poszliśmy. Jakbym wiedział, co będzie, to bym uciekł.
Na scenie siedziała jakaś brunetka. - A to nasza miejscowa aktorka teatralna i reżyserka, pani Mieczysława (nazwiska zapomniałem - w każdym razie nie Holoubek). Okazało się, że laska będzie czytać nasze opowiadania. Jezusie! - Zyziek mnie w bok szturchnął - Jak się za twoje weźmie, to niezłe jaja będą! Mógł nie szturchać, sam wiedziałem. Kiedy doszło do mnie, mało pod krzesło nie wlazłem ze wstydu. Napisałem, cholera, parodię pornola, ale to widać od siódmego akapitu, a ona skończyła na trzecim! Zyziek prawie osmarkał się ze śmiechu, widząc, jak udawałem, że nic wspólnego z tym tekstem nie mam. Tak oto narodziłem się jako autor pornografii. Chyba się sam ukamienuję, zanim mnie LPR namierzy.
Kiedy Miejscowa Mieczysława skończyła, wystąpił juror - parę lat temu do Nike nominowany, nie pamiętam nazwiska. Przyczłapał z kartką w jednej ręce i piwem w drugiej. Opowiadał o losie literata w Polsce, ale jednak nie pił. Trzymał tylko. Po jurorze - koncert. Zyziek od razu chciał wychodzić. Czekaj - powiedziałem - Odchamisz się koleżko! Dał się przekonać i to go zgubiło. - A teraz Mircea Jakiśtamescu. Prosimy! - padła zapowiedź i wylazł Rumun, lat z sześćdziesiąt. W garniturze. Zyzio tylko stęknął, zerknął, ale drzwi zamknięte były, więc nie udało mu się uciec.
Jakiśtamescu podszedł do fortepianu, wsadził głowę pod klapę i przydzwonił w struny śrubokrętem. - Jak żarliśmy paluszki, to mógł nastroić - pomyślałem - teraz szkoda czasu. Okazało się jednak, że nie znam się na muzyce, bo Mircea JUŻ grał! Rozumiesz? Nie stroił, ale grał! Warszawska Rumuńska Jesień, cholera! Jak ja to kocham! I jak nie śrubokrętem w struny, to blaszaną miską jak ta, co psu pić daję. Jak nie naczyńkiem, to jakimś takim kastetem. Zyziek mało nie zszedł! Uszy zatykał i stękał, aż się ludzie oglądali. - Zachowuj się jakoś - próbowałem go uspokoić - Mnie się też nie podoba, ale siedzę cicho! A on na to, że srał pies koncert, ale głównie to mu się chce sikać! - Dobrze ci tak - ja na to - nabijałeś się ze mnie, to teraz cierp! Od tej chwili koncert zaczął mi się podobać.
Równo z końcowymi oklaskami Zyziek się zerwał i chodu do drzwi! Nie zdążył. Wstała dyrektorka i z pretensją zapiszczała: A bis?! Zyziek tylko warknął „nie ma tak, kurwa!” i pędem do klozetu. I tu miał pecha, bo Mircea zagrał wiązankę ragtime’ów. Mnie się podobało, Zyziek nie słyszał, bo kibel za daleko.
Po koncercie dali mi kartkę z adresem hotelu, doszliśmy jednak z Zyziem do wniosku, że musimy się za Mirceę odegrać i poszedłem spać do niego. Pokój stał opłacony, a pusty. Za naszą krzywdę! Niestety - ja też straciłem, bo spałbym w pokoju obok tego jurora od Nike. Ściany cienkie, może by coś na mnie z niego przeszło?
Komódka, prezent od zaprzyjaźnionego rzeźbiarza, miała kształt katowskiego pieńka. Kamila odłożyła na nią „Krwawy weekend” i zgasiła lampkę imitującą okrwawiony topór. Przeciągając się jak kotka wstała, ziewnęła i spojrzała na męża. Nadal pisał, ale teraz tylko jedną dłonią, w drugiej trzymał główkę czosnku, którą pogryzał jak jabłko. - Czosnek! - ucieszyła się - Dobry znak! Może napisze do końca? Boże dopomóż! Może zapomni o tej „Spirali” i znów zacznie pisać.
Uchwyciła się nadziei, że mąż wreszcie zbierze się w sobie, by eksplodować feerią ociekających krwią akapitów. Tak na to czekała... Od wydania debiutanckiej powieści zupełnie przestał pisać. Popadł w jakieś otępienie. Niby robił notatki, szkice, wymyślał tytuły, ale na tym się kończyło. Nadal przesiadywał po nocach, lecz jedynym efektem był totalny uwiąd ich życia seksualnego. Ani nowej powieści, ani opowiadania, żeby choć jakiś short...
Zaczynała się o niego poważnie obawiać. To mogły być początki depresji. Aż zbyt wiele na to wskazywało. Choćby wczoraj. Na kolację były zdecydowanie przesolone rolmopsy. W nocy wstała, by napić się mineralnej, potem poszła do toalety i przeżyła wstrząs. Na podłodze walały się strzępki zapisanych kartek, na pralce stał trójramienny świecznik po dziadku, lecz tylko jedna świeczka się paliła. Pozostałe posłużyły za materiał na figurkę do złudzenia przypominającą szefową wydawnictwa, w którym zadebiutował. Kamili ciarki dreptały po plecach, kiedy słuchała nienaturalnego rechotu męża, który siedząc na zamkniętym sedesie nakłuwał parafinową lalkę pilnikiem do paznokci. Rano niczego nie pamiętał. Kamila za to pamiętała i jeszcze bardziej tęskniła do chwil, kiedy na paluszkach chodziła po mieszkaniu, wyłączała telefony i blokowała dzwonek do drzwi. Kiedy Arkadiusz pisał, w domu musiał panować idealny spokój. Jeszcze przed ślubem przysięgła, że przenigdy nie będzie go ograniczać twórczo i dołoży wszelkich starań, by przeszedł do historii literatury. Przez osiem lat dotrzymywała słowa i była z tego niezwykle dumna.
O ile rozumiała okaleczoną pierwszą żonę Arkadiusza, to postępki dwóch kolejnych uważała za zwykłe świństwo i niewdzięczność. Ta druga uciekła, gdy debiutował w internecie nowelą o mężczyźnie przemieniającym się w wilkołaka, ilekroć oglądał prognozę pogody. Cowieczorne wycie okazało się nie do zniesienia. Kolejna nie wytrzymała mężowskiej pracy nad odcinkową powieścią o zombie’m, który zatrudniał się jako opiekunka do dzieci. Odeszła w panice i na wszelki wypadek wywalczyła w sądzie zakaz kontaktów Arkadiusza z ich córeczką.
Kamila wytrzymywała wszystko. Głębokie uczucie, jakie żywiła do męża, pozwoliło jej przezwyciężać strach, wstręt i obrzydzenie. Trwała przy ukochanym na przekór wszystkiemu, bez względu na to czy pisał o gajowych-wilkołakach, czy też o policjantkach-kosmitkach z wydziału do spraw nieletnich, pogryzających przy piwie kostki niewinnych dzieciątek zamiast orzeszków.
Wolałbym tego nie robić, ale skoro chcesz, to proszę - napiszę ci o „Spirali”. O mojej pierwszej publikacji i chyba ostatniej. Zaczęło się od imprezy promocyjnej i od początku pod górkę. Zamiast spokojnie spać w pracy i wyglądać rano jak człowiek, całą noc miałem robotę. Potem żona zajęła mi wannę, a maszynka do golenia okazała się tępa, bo ktoś nią ogolił zmechacone fotele z bobków. Trochę się pozacinałem.
Dojechałem na miejsce spóźniony, ale organizatorzy spóźnili się bardziej, więc zdążyłem połazić po budynku. „Kiermasz dobrej książki” był - dobre, co? Miałem cholerną tremę, ale natknąłem się na jakiegoś gościa w hawajskiej koszuli reklamującego swoje wypociny. Ucieszył mnie, bo pomyślałem, że na największego cymbała już nie wyjdę. Na stoisku mojego wydawnictwa sprzedająca panienka nie chciała mi dać egzemplarzy autorskich, bo "ja pana nie znam". Nie miałem dowodu, a głupio mi było pokazywać legitymację Honorowego Krwiodawcy, więc poszedłem do Małego (nic dziwnego) Salonu Literackiego na moją promocję, a raczej tych wszystkich z mojego konkursu.
Na miejscu spotkałem bardziej ode mnie zestresowaną koleżankę z konkursu, która mi na wstępie oświadczyła, że "kocha młodzież". Odruchowo odsunąłem się, ale kiedy przypomniałem sobie moją datę urodzenia, to się uspokoiłem. Zaczęliśmy się licytować, kto ma bardziej pełne portki ze strachu. Było to o tyle bez sensu, że koleżanka (lat 63) była w spódnicy. Następnie przyszła pani właścicielka wydawnictwa i spytała mnie, czy mam dużą tremę, na co odparłem, że niewielką, po czym wypadły mi z ręki okulary i przez chwilę we trójkę łapaliśmy je, jak na filmie z Chaplinem. Udało się i dobrze, bo drogie, poza tym szkoda by było, bo dodają mi powagi, ale w sumie nie ubrałem, bo źle w nich widzę.
W międzyczasie nadciągnęła publiczność - ze dwadzieścia osób (znajomi autorów) oraz ta poetka Maryla Łoś (znasz) i prof. Ropowicz z żoną. Poetka Łoś usiadła w najdalszym kącie, przez co straciłem upatrzone zawczasu miejsce. Po przybyciu szefa jury, prof. Przeszkody i puszystej blondyny szefującej miejscowym literatom - zaczęło się. Wydawczyni słusznie zauważyła, że nikt więcej nie przyjdzie, więc zaczęła nas usadzać za stołem prezydialnym, za którym królowała Pani Triumfatorka konkursu, która musi być wielką pisarką, bo z puszystą ze związku jest na "Zosiu - Agatko". Usiadłem obok niej. Zdobyła się na podanie mi ręki. Uważam to za mój wielki sukces towarzysko-literacki.
- Herbatki? - spytała.
- Nie, dzięki, kochanie. Albo wiesz co? - odparł z roztargnieniem - Może zrób?
- Z cytrynką?
- Aha.
Po drodze do kuchni potrąciła klatkę z nietoperzem. Kiedyś było to więzienie falistej samiczki, ale już na drugi dzień po weselu pan młody wymienił papugę na ssaka o mysim pysku. Z czasem Kamila polubiła zwierzątko i ucinając poobiednią drzemkę wieszała je sobie na lampce koło trumny.
- Śpij, śpij - uśmiechnęła się. - Mamusia cię potrąciła niechcący.
- Co? - spytał Arkadiusz znad klawiatury.
- Nie do ciebie. Do Gacusia mówiłam.
Zaczął prof. Przeszkoda i mówił o literaturze, do której zaliczył i nasze arcydzieła. O mojej powiedział: „ta powieść kiedyś musiała powstać i powstała”. Nie wiem dlaczego, ale Pani Triumfatorka w tym właśnie momencie odsunęła się ode mnie, a Poetka Łoś przeprosiła, że „musi” i wyszła z sali. Mam nadzieję, że to zbieg okoliczności. Profesor stwierdził też, że cieszy się z publikacji tych książek, bo każe się nimi teraz zajmować studentom na seminarium. Słysząc to, rzekłem do Pani Triumfatorki, że mam nadzieję, iż profesor nie da studentom naszych adresów, bo nam mieszkania spalą. - A czemuż to? - popatrzyła na mnie wzrokiem znanej literatki i odsunęła się jeszcze dalej, a przecież zdążyłem się wykąpać!
Potem profesor złośliwie poprosił o pytania z sali. Zapadła cisza na mniej więcej trzy minuty. Szczęśliwie Pani Triumfatorka uratowała imprezę, opowiadając z kwadrans o swoim przebogatym życiu wewnętrznym. Kiedy skończyła, prof. Przeszkoda zażądał, by każdy z autorów powiedział coś o sobie. Znów zapadła cisza, a że siedział koło mnie, to rzekł: - Może niech pan zacznie. Odpowiedziałem dystyngowanie, jak to ja, że nie śmiem być pierwszym, skoro wśród nas są kobiety. Zgodził się ze mną i wywołał do tablicy pierwszą z prawej. Mówiła z pięć minut. Profesor znów spojrzał na mnie, ale się odwróciłem i padło na kolejną autorkę. Pięć minut potem zawiązywałem sznurówkę, więc wystąpił drugi obok mnie nagrodzony facet, choć niewiele brakowało, by było inaczej, bo na początku każdego wystąpienia podrywała się Pani Triumfatorka, ale coś nie mogła zdążyć. Kiedy wreszcie przyszła na nią kolej, złośliwie udałem, że wstaję, co ją zdeprymowało, ale na krótko - ze 20 minut mówiła. Głównie było o tym, że ona jest człowiekiem szczęśliwym i że dla każdego dzieciństwo to raj, a potem jest już tylko gorzej. Pewnie za to „potem jest gorzej” dostała burzliwe oklaski. Nie ode mnie - imprezkę filmowała Kamila, na obiad miał być gulasz, a byłem bardzo głodny i wolałem nie ryzykować. Swoją drogą, w tezie Pani Triumfatorki widzę zasadniczą sprzeczność wewnętrzną. Skoro po dzieciństwie jest gorzej, a ona jest starsza nawet ode mnie, to jakim cudem może być szczęśliwa? Nie rozumiem.
Nie miałem czasu się nad tym zastanawiać, bo musiałem wstać i gadać. Na wstępie powiedziałem, że nie bardzo wiem, co powiedzieć. Prof. Przeszkoda zasugerował, żebym rzekł coś o sobie. Odruchowo sparafrazowałem Tyma: - Dobrze. To ja powiem coś o sobie, choć nie urodziłem się w Małkini. Trochę to ludzi rozbawiło, ale panią wydawczynię wcale. Może ona jest z Małkini?
Mówiłem dość długo, a na koniec zauważyłem, że - może już skończę, gdyż im dłużej mówię, tym bardziej nie wiem, co mówię, więc mówię coraz więcej, przez co coraz mniej wiem, co powiedzieć. Sądząc z oklasków - publiczność była podobnego zdania, ale Pani Koleżanka (lat 63) kazała mi powiedzieć to, co jej mówiłem na ucho przed spotkaniem. Usiłowałem ją zadowolić, ale chyba powiedziałem coś zupełnie innego. Nie pamiętam co, ale wreszcie pozwolili mi usiąść.
Ledwo przyssałem się do krzesła, wystąpiła Pani Triumfatorka - czy opublikowałaś, Agatko, moje wiersze w najnowszych „Filarach? Pani Agatka potwierdziła i dość długo opowiadała o Pani Triumfatorce, że jest świetną pisarką i różne takie. Następnie Prof. Przeszkoda zauważył, że skoro w prezydium siedzi troje debiutantów, to niech powiedzą, co jeszcze napisali. Powiedzieliśmy. Myślałem, że to koniec, ale niestety na sali był Zyziek (na cholerę ja go zaprosiłem?) i poinformował zebranych o Kielcach. Wydawczyni spytała mnie publicznie (!) za co ta nagroda. Byłem wściekły, więc zacząłem od tego, że wyniosła 200 złotych za sześć stron tekstu, czyli jedną czwartą kwoty, jaką od niej dostanę za stron 442. Usiłowano mnie zmusić do podania tytułu opowiadania, ale się (na sali było sporo starszych kobiet) nie dałem. Nadmieniłem tylko, iż jest to utwór o niełatwym losie pewnego poety, zawierający wątki ekologiczne oraz regionalne. Odmówiłem konkretyzacji.
Na tym się spotkanie skończyło i straciłem 39 złotych i 30 groszy, bo kupiłem dwie książki z tych konkursowych i zmusiłem autorki do dedykacji z autografem. Myślałem, że wydając cztery dychy wyjdę na swoje, ale gdzie tam! Tylko jedna wysłała koleżankę po „Spiralę”. Dzięki temu zarobiłem pierwsze 70 groszy i straty uległy nieznacznemu zmniejszeniu. W ciągu następnej godziny zarobiłem jeszcze 2 złote 10 groszy, gdyż Zyziek mnie przeprosił za aferę kupując dwa egzemplarze, a moja biedna matka również się szarpnęła. Dzień potem - znów kupa forsy. Kupiły moja siostra i jej koleżanka z pracy. Co dalej - zobaczymy. Oglądałem dzisiaj katalog mercedesa i przyznam, że ten najnowszy model wygląda całkiem-całkiem, ale się jeszcze wstrzymam. Przynajmniej ze dwa miesiące.
Kiedy już wreszcie wychodziłem, podszedł do mnie prof. Ropowicz i poprosił (znany poeta w końcu) o dedykację!!! No, powiem Ci, że wrażenie jest niesamowite, kiedy ktoś, kogo się samemu czyta... Z wrażenia (a ponadto właśnie myślałem czy mi starczy na nowego Kopalińskiego - widziałem na stoisku) strzeliłem byka. Zamiast Koralicki podpisałem się Kopalicki. Z jednej strony wstyd mi przed profesorem, ale z drugiej cieszę się, bo może to jakieś proroctwo (odpukać!).
Pisał, siorbiąc herbatę z kubka w kształcie czaszki, a Kamila ostrożnie ścierała kurze. Bardzo przy tym uważała, żeby nie pozrywać pajęczyn. Gdyby do tego doszło, mógł obrazić się na wiele dni. Dwa lata temu popsuła tak święta Bożego Narodzenia. Nawet bombkami o kształcie trumienek nie udało się męża przebłagać. Szpic z trupią czaszką w niczym nie poprawił sytuacji.
Pajęczyny Arkadiusz uważał za niezbędny element wystroju mieszkania horrorysty. - Bardzo są, kurczę, nastrojowe - twierdził - Dobrze mi się przy nich pisze. Dają klimacik. Z identycznych powodów kategorycznie wyprosił sobie mycie okien i pranie pluszowych bordowych zasłon oraz oliwienie zawiasów przeraźliwie skrzypiących drzwi.
Stukot klawiszy ustał. Kamila zerknęła na męża. Nieobecnym wzrokiem patrzył na monitor, a w znieruchomiałej dłoni cuchnął mu niedojedzony ząbek czosnku. - Myśli - doszła do wniosku widząc, jak Arkadiusz to blednie, to czerwienieje - Mój Pilchuś...Tfu, co ja mówię?! Mój Kinguś kochany!
Z powodu „Spirali” byłem też w radiu. Audycja na żywo, więc oczywiście się spóźniłem. Kiedy weszliśmy na antenę, od razu pytanie: - Jak to się stało, panie Arkadiuszu, że pan, mężczyzna 42-letni zaczął pisać? A prosiłem, żeby o to nie pytać! Szlag mnie trafił. Kłamać nie chciałem, a prawdy powiedzieć nie mogłem. Tobie napiszę, ale morda w kubeł! Moja kariera literacka zaczęła się trzy lata temu. Jest u mnie w pracy jeden taki trochę troglodyta. I pewnego razu - jak u Nienackiego - warknął odbytnicą na stołówce i jedna koleżanka dostała piany. Prawie się popłakała. Żeby ją uspokoić, napisałem mój pierwszy utwór literacki - „Poeme de l’odeur” (poemat o smrodzie). Nie tyle piękny i dobry warsztatowo, co „zaangażowany”. No i jak ja to miałem powiedzieć do mikrofonu? Od stołówkowego pierdnięcia do literackiego Nobla? Zatkało mnie, dopiero pod koniec się rozgadałem tak, że aż mi dawali znaki, żebym się wreszcie zamknął.
Z gazetami też było wesoło. Co naplotłem, to masz w załączniku. Wyjaśnię Ci tylko, czemu to zdjęcie takie. Jakbym wiedział, że mnie będą fotografować, to bym się trochę ogolił, ale nie wiedziałem. Dobrze, że zimnica była, to nie zauważyli, że nogi mam niewydepilowane (to taki żart, wyjaśniam, bo Cię znam). Fotograf doszedł do wniosku, że skoro „Spirala krwi” to horror, to mnie cyknie na tle jakichś ponurych ruin. We Wrocławiu akurat ich nam nie brak. Ustawiał mnie drań z kwadrans, bo ciągle mu się widziało, że „za mało strasznie wyglądam”. Pytam go: - To może przebiorę się za wilkołaka i zawyję? Trochę się obraził. Ostatecznie upozował mnie pod słońce i wyszedłem na emerytowanego Japończyka-alkoholika na głodzie, co się rozgląda za ryżem, żeby sobie sake napędzić, bo na sklepowe go nie stać.
W pracy też niezłe jasełka...
W skąpym świetle sufitowej lampy o czarnym kloszu w krwiste pentagramy wydał jej się jeszcze bardziej przystojnym mężczyzną, niż za dnia. Aż zamarła, zapominając o sprzątaniu, co zdarzało jej się najwyżej raz na trzy lata. Patrzyła na niego i krew poczęła się w niej burzyć.
Zaskoczyło ją to. Od dłuższego czasu w jej tętnicach i żyłach nic się praktycznie nie działo. Erytrocyty snuły się bez celu, niczym bohater kina moralnego niepokoju po ekranie. Udawały przy tym, że nie zauważają leukocytów. Jedne i drugie dreptały, powoli taplając się w leniwie chlupiącym osoczu. Teraz zdecydowanie przyspieszyły kroku, potykały się o siebie wzajemnie, potrącały. Przemieszczały się coraz szybciej, choć adrenalina sięgała im po kolana, a serotonina kapała na głowy coraz mocniej i mocniej...
Kamila ledwo się powstrzymała przed rzuceniem ściereczki do kurzu na podłogę. Z jeszcze większym trudem wyperswadowała sobie zrzucenie sukienki. - Nie! Nie wolno mi! - napomniała się w duchu. - Mój Arkusik musi pisać! Tyle lat marazmu... Zżerany przez codzienność… Bez zawodu, bezsensowna, nudna praca…Odnalazłeś, kochany, powołanie - pisz, pisz! Twórz sobie! Na zdrowie!
Uśmiechnęłaby się, ale łzy napłynęły do oczu. Jakoś ostatnio bardzo oddalili się od siebie. Pisał i pisał, ona pomagała mu ze wszystkich sił, ale... Nie czuła takiej bliskości, jak kiedyś. - Przecież się staram! Czuła się winna, sama nie wiedząc czego.
Ocierając ukradkiem łzy wróciła do odkurzania. - Coś źle robię - gryzła się. - Pozuję do opisów... Dla niego nauczyłam się grać w sześćset sześćdziesiąt sześć i... Przetarła szmatką metrowej wielkości diabła, pamiątkę z podróży poślubnej do kaplicy w Czermnej. - Kurczę, co robić? - nie potrafiła myśleć o niczym innym.
Zdmuchnęła kurz z wypchanej sowy stojącej na telewizorze. Kupiła ją mężowi za swoje własne pieniądze. Wprawdzie nadgodziny wzięła z myślą o tuningu pośladków, ale nie była egoistką. Skoro nie wniosła w posagu mieszkania, to pragnęła współkreować odpowiedni dla jego twórczości klimat w wynajmowanej klitce. Kupiła więc tę sowę. - Dla Niego! Dla nich! I co? Nic! Nic nie lepiej! No, przecież nawet po ziemniaki nie pozwalam mu chodzić! Gacusia wieczorami sama wypuszczam na sikanie. Co jeszcze? Co? Że czasem sobie pozrzędzę... Przecież ja też muszę coś mieć z życia. A mam?! Żeby on jeszcze coś wreszcie do końca napisał! Pociągnęła nosem. Zbyt głośno.
- Co? - spytał Arkadiusz.
- Nic, nic - spłoszyła się. - Pisz sobie, pisz spokojnie, ja...
Nie wytrzymała. Rzuciła szmatkę na sofę i ze szlochem wybiegła. Arkadiusz wzruszył ramionami.
- Ech, kurczę - mruknął. - Znowu ma muchy w nosie.
...z tą „Spiralą”. Jeden koleś dorwał gazetę z moim wywiadem. Pokierował i porozwieszał gdzie się dało. No i się zaczął cyrk. Siedzę sobie w domu, a tu telefon z roboty: - Nigdy bym się po tobie nie spodziewał, że książkę będziesz umiał napisać. Innymi słowy - „nie jesteś taki głupi, na jakiego wyglądasz”. Dobre, co? Potem było nieco lepiej: i sprzątaczka mi pogratulowała, i konserwator, i cała kupa innych. Cholernie miłe to, ale krępujące. Żebym nie zapomniał, że jesteśmy w Polsce, dotarła do mnie i tak recenzja: „siedzi w tej swojej pakamerze, nic nie robi, to ma czas pisać, a my zapieprzamy.” Mówi się też, że „odwaliło mu po tej książce, burczy na ludzi, opryskliwy się zrobił”. Oczywista bzdura. Zapomniałbym - dyrektor mi humor poprawił, bo przyszedł sobie ode mnie „Spiralę” pożyczyć. Rozumiesz? Zarabia cztery razy tyle co ja, a dwóch dych mu żal. Nie pożyczyłem.
Co jeszcze? Mam zaszczyt występować w roli stracha na wróble, co jest dla mnie sytuacją raczej nową. Straszą mną, wyobraź sobie. Terroryzowana jest pewna narcyzica, największa u nas plotkara (z innej firmy, budynek ten sam). Ktoś powiedział, że piszę paszkwil o tym, co się u niej wyrabia. Bzdura! Po pierwsze - akurat ja, to tam nie łażę (znam ciekawsze zajęcia), więc nic nie wiem. Po drugie - palców byłoby mi szkoda na pisanie o tym. A może niech straszący i straszona sami napiszą, jeśli tam tak ciekawie? Powiem Ci, że się wkurzyłem, kiedy to do mnie doszło. Ciekawe, kto mi to robi? Pewnie jakiś „dobry kumpel”. Takie gadki o mnie, a przede wszystkim - z kim. Szkoda słów.
Kamila szarpnęła klamkę i wsunęła się do łazienki. Jeszcze minuta, dwie, a gorąca woda z wanny zalałaby mieszkanie.
- Jezu - jęknęła.
Jednym ruchem ręki zamknęła zawór. Wyprostowała się i spojrzała w lustro, ale swojego odbicia w nim nie ujrzała.
A! Jeszcze coś! Miałem w robocie rozmowę z niedoszłym czytelnikiem. Spotkał mnie na korytarzu i: - O, kurwa. Cześć stary! Też się przywitałem, a on: - Ty! Zbychu cały dzień z tą twoją „Spiralą”... Fajna jest? - Nie mnie oceniać - odpowiedziałem skromnie - Przeczytaj, albo spytaj Zbycha. To mu nie wystarczyło: - No, ale fajna? Ruchają się? - Nie za bardzo - rozczarowałem go - Mają szczery zamiar, tylko nie bardzo im wychodzi. - Eee... - był zdegustowany - To do dupy. Przeprosiłem, ale ochota na lekturę i tak mu przeszła, Poinformował tylko, że idzie - cytuję: "wpizdu" - i poszedł. Czy dokładnie tam, gdzie obiecał, to nie wiem.
Kurczę, tak czytam, co do Ciebie piszę i zaczynam przyznawać rację jednej znajomej hanysce. Powiedziała mi kiedyś, że kiedy już będę sławny, to moja autobiografia literacka zrobi furorę na rynku czytelniczym. Pewnie ma rację, tylko jakim cudem ja mam być sławny, skoro ta pieprzona „Spirala” zupełnie się nie sprzedaje?
Starła dłonią parę ze środka lustra i stanęła twarzą w twarz z zapłakaną brunetką lat czterdzieści jeden.
- Horror, szanowna pani - skrytykowała się nie do końca słusznie.
Jakiś kosmyk złośliwie sterczał jej na czubku głowy. Skrzywiła się z dezaprobatą i zamoczyła dłoń w wannie. Poprawiła fryzurę i zamiast wytrzeć dłoń w ręcznik - strzepnęła palce. Kilkanaście kropelek uderzyło o zaparowane lustro. Spływając utworzyły krótki, aczkolwiek pełen treści napis w prawym górnym rogu. Litery były koślawe, lecz odczytała je z wprawą żony pisarza.
- HELP HIM… - wyszeptała.
Mamrocząc w kółko te same dwa słowa gapiła się w lustro. Dopiero basowy tembr zepsutej uszczelki w kranie sąsiada z dołu przywołał ją do porządku. Otwartą dłonią pacnęła się w czoło i sięgnęła po kosmetyczkę:
- Że też na to nie wpadłam!
Kiedy skończyła, spojrzała w lustro i uśmiechnęła się z satysfakcją.
- Ja cie! - mruknęła i zadowolona z siebie wyszła z łazienki.
Kwękasz, Maciek, że Twoich płaskorzeźb nikt nie kupuje. Mojej książki też. Niby wyszła, ale co z tego? Na początku była w kilku księgarniach, np. w Geancie (pewnie nie mieli w co mielonego pakować, to zamówili w hurtowni), ale już nigdzie nie ma. Nie, nie dlatego, że się ludzie rzucili. Jak się mają rzucać, skoro nie wiedzą nawet, że książka istnieje? „Kółko się zamokło” – jak mawia mój kierownik. Mam wrażenie, że wydawnictwo robi wszystko, żeby broń Boże nie zarobić. Kurwicy ponurej już dostaję, kiedy mnie ktoś pyta: - A gdzie tę książkę można kupić? Na czole sobie NIE WIEM wytatuuję, bo mnie język boli od powtarzania. Można w necie zamówić, ale jak to powiedziałem sąsiadowi, to się w czoło popukał. I już jednego czytelnika mniej. Kiedy lista pytających przekroczyła sześćdziesiątkę, to sam kupiłem w Merlinie i rozprowadziłem. Ciekaw jestem, jaki to procent całego zbytu.
Widzisz, niby promocja, wywiady, recenzje, a książki nie ma. Reklamuję produkt, którego nie można kupić. I po co? Ten facet u Mrożka, co pisał po ścianach w dworcowych sraczach, to przynajmniej miał gwarancję, że ktoś go przeczyta. Co jakiś czas każdy musi się odsikać. Na „Spiralę” nawet mucha nie naleje, bo gdzie ją znajdzie? W Internecie? Szkoda gadać. Wczoraj masochistycznie obdzwoniłem 32 księgarnie (słownie - trzydzieści dwie). W dziewięciu było po kilka sztuk, ale już nie ma, w jedenastu wiedzieli, o co chodzi, ale nie dostali oferty, w następnych dwunastu nie wiedzieli o co ja pytam. Rewelacja...
Kiedyś mi powiedziałeś, że „Spirala...” będzie lokomotywą, co pociągnie wagoniki mojej prozy. Informuję Cię: pociąg stoi na bocznicy i rdzewieje, w rozkładzie jazdy nie figuruje, żaden podróżny o nim nie słyszał, nie ma też najmniejszej nadziei, że ktoś przestawi zwrotnicę. Więcej mnie o tę książkę lepiej nie pytaj, bo...
Poczuł na ramieniu delikatny dotyk dłoni. Westchnął ciężko. Przestał pisać i kątem oka zerknął na Kamilę. Nie tylko jej ręka była naga, cała reszta również. - Jezuuu... Ani chwili spokoju, znowu ją wzięło - jęknął w duchu.
- Kurczę, przestań, widzisz, że piszę. Daj spokój. Nie dzisiaj. Piszę... No? Nie wiem, ile mi zejdzie. Pewnie długo. Włącz sobie telewizor, co?
- Arkuszku...
- Aleś uparta. Żeby wydawać, muszę pisać. To tak ciężko zrozumieć?! - zdenerwował się, ale dla świętego spokoju nie poskąpił jej nadziei - Może jutro sobie pohasamy.
Nie odpowiedziała. Nachyliła się nad nim i otoczyła go ramieniem.
- Kochanie, ja bardzo proszę... - zaprotestował.
Nie słuchała go. Czując jej gorący oddech na swojej szyi, skulił się. - No, jak ja mam pisać w takich warunkach? - zżymał się w duchu.
Siadając mu na kolanach, Kamila nagim pośladkiem strąciła z blatu myszkę. Arkadiusz resztką sił powstrzymał się, by nie wrzasnąć na żonę. Aż zatrząsł się ze złości, kiedy ujęła jego twarz w dłonie i zajrzała mu w oczy. Potem zdjęła mu okulary i odrzuciła je za siebie. Cicho stuknęły, tłukąc się o ścianę.
- Kami... - zaczął i nie skończył, uśmiechnęła się do niego.
Przez osiem lat zdążył się nauczyć na pamięć tego uśmiechu i zwykle nie robił na nim większego wrażenia. Tym jednak razem miał w sobie coś zastanawiająco nowego, coś intrygująco nieznanego, coś pociągającego. Tajemnicę?
Przeszedł go dawno zapomniany dreszcz podniecenia. Uśmiechnęła się szerzej i spostrzegł, że wprawdzie plomby na jej górnych jedynkach szarzeją tak samo, jak przez ostatnie dziesięć lat, to trójki... Górne trójki uległy metamorfozie! Stały się wyraźne dłuższe i obiecująco ostre.
- Ależ, kochanie... - bąknął, a w jego głosie było tyleż zdumienia, co podziwu.
Filuternie zgrzytnęła zębami i przytuliła się do niego. Już nie mogło być mowy o zniecierpliwieniu, o niechęci. Trudno byłoby mu określić, co czuje. Pożądanie? Czyżby na kolanach nie siedziała mu wiecznie utyskująca Ksantypa, nie zatroskana jedynie fryzurą Wałkiria w papilotach, lecz żona pisarza?
Wodziła dłońmi po sterczących łopatkach męża, dotykała równie odstających uszu, burzyła jego włosy. Siedziała mu na kolanach i, delikatnie poruszając biodrami, przyzywała ku sobie jego myśli, krążące dotąd wokół debiutu-klęski.
- Kocham cię, mój Arkuszku... Kocham...
Objął ją mocno, sztywno, bo dawno zapomniał, jak to jest, kiedy trzyma się w ramionach kobietę nie dla formalności, lecz pragnąc jej. Pocałował ją w kark - przytuliła się jeszcze mocniej i musnęła wargami jego szyję, tuż poniżej lewego ucha. Wyprężył się jak kocur, czując jej usta na tętnicy. Sekundę później poczuł i zęby.
- Troszkę poboli... - przerwała, szepcząc usprawiedliwiająco.
- I tam... - zamruczał, lecz gdy kłami przebiła naskórek - syknął.
- Ćśśś! Cichutko - na moment przestała się wgryzać. - Cichutko, kochany...
- Tak, tak. Cichutko. Nie przerywaj - wyszeptał.
Nie przerwała. Gdy przegryzła mu ściankę tętnicy, ból wzrósł, ale nie chcąc jej deprymować, Arkadiusz udał, że niczego nie czuje. Błogość malowała mu się na twarzy, kiedy delikatnie i rytmicznie uciskając tętnicę Kamila wysysała z niego krew, ofiarowując mu swą miłość oraz temat do noweli, a może nawet powieści. Mruczał z zadowoleniem, kiedy subtelnie otaczając wargami obie ranki, dbała, by purpurowe kropelki nie spłynęły po szyi i nie zabrudziły kołnierzyka koszuli.
Ona ssała, a on, lekko omdlały, zaczynał wreszcie rozumieć, jak wielkie jest jej uczucie i szczere. - Przecież gdyby było inaczej, gotowałaby teraz obiad na jutro, a nie ssała. Moja maleńka, moja cudowna, jak ona mnie kocha... - wirowało mu w głowie. - I mnie kocha, i moją twórczość. O, Boże...
- Już! - szepnęła czule i dyskretnie otarła usta.
Było mu słabo i z upływu krwi, i ze szczęścia. Drżąc z wdzięczności na całym ciele, pochwycił jej dłoń i namiętnie ucałował.
- Dziękuję... - wymamrotał i głos uwiązł mu w gardle ze wzruszenia.
- Proszę... - szepnęła Kamila i zachichotała.
- Kamilko?
Wstała, usiadła na biurku, założyła nogę na nogę. Dyktafon wpijał się jej w pośladek, lecz ignorowała to.
- Tak? – spytała, licząc na to, że Arkadiusz nie słyszy, jak burczy jej nienawykły jego krwi żołądek.
- Jeszcze... - dotknął jej kolana - Proszę! Possij z prawej tętnicy, dobrze?
Roześmiała się, ukazując ząbki, na których lśniły spóźnialskie drobinki krwi.
- Dobrze - zgodziła się - ale...
- Ale? - zaniepokoił się.
- Ale to potem, najpierw...
- Najpierw?
- Najpierw - lekko się zarumieniła - to ja poproszę o ze dwa orgazmy. Chodź, kochany - trumna czeka.
Wrocław, 19 kwietnia 2005
|
|
|
|
Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować |
|
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA/opowiadanie potwornie romantyczne/ przez Seremak dnia 01-04-2005 o godz. 11:31:03 http:// Nie lubie Małego Księcia. howgh | Przemawiają do mnie opisy mailowe, bardzo, bardzo.
Natomiast ramy parodystyczno, absurdalnie horrorzastej obsesji są tym razem dla mnie meczące. |
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK - seremaka i konieki przez yarre dnia 07-04-2005 o godz. 14:32:50 http://www.kolaseum.portalliteracki.pl | | obu dziekuje za lekturę i komentarz, tylko nie wiem co odpowiedziec, gdyz opinie wasze są dokładnie odwrotne;) Jednemu "pasuje" to co kursywa, drugiemu odwrotnie:) i co tu rzec? Dla mnie obie "części" sa spójne i od siebie wzajemnie zależne, choc spiane inaczej mogłyby funkcjonowac odrębnie. Wolałem jednak razem z przycyzn oczywistych. |
|
|
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA/opowiadanie potwornie romantyczne/ przez Tomoe dnia 01-04-2005 o godz. 13:05:46 http://riboq.deviantart.com | | A mnie się diabelnie podoba >:P Uwielbiam tą odrobinę absurdu :] |
|
|
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA/opowiadanie potwornie romantyczne/ przez christi dnia 01-04-2005 o godz. 13:08:04 http://www.amarylis.fora.pl/ | Świetne!
Kurcze, straciłam tyle czasu, zamiast pracować, bo mnie wciągnęło!
Idę się przejrzeć w lustrze, może mi się też wydłużyły? hi hi hi
|
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA/opowiadanie potwornie romantyczne/ przez yarre dnia 07-04-2005 o godz. 14:29:01 http://www.kolaseum.portalliteracki.pl | | No i jak? wydłuzyły sie czy nie?:) I co druga połowa na to? |
|
|
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA/opowiadanie potwornie romantyczne/ przez Konieki dnia 01-04-2005 o godz. 14:42:17 | | ładne, ładne. jeżeli przyczepiać się do czegoś, to do tych długawych opowieści debiutującego grafomana. poza tym przyjemnie się czyta. pozdrawiam, ki. |
|
|
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA/opowiadanie potwornie romantyczne/ przez Kapp-Grass dnia 01-04-2005 o godz. 15:20:37 | | Obśmiałam się jak norka :) |
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA/opowiadanie potwornie romantyczne/ przez Kapp-Grass dnia 07-04-2005 o godz. 23:54:51 | | Bynajmniej. Prozy nie lubię komentować, bo nie umiem, ale czytać wolę niż wiersze. A Twoje opowiadanie wciągnęło mnie bardzo i wywołało sporo chichotu, za co - jako czytelniczka - jestem wdzięczna :) Naprawdę bardzo udane (a merytorycznie niech mówią ci, co się znają). |
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA/opowiadanie potwornie romantyczne/ przez yarre dnia 08-04-2005 o godz. 17:28:01 http://www.kolaseum.portalliteracki.pl | ;) Z moim pytaniem zartowałem;) Ciesze się, ze moje opowiadanie ci się spodobało;) tym bardziej, że choc - jak piszesz sama - nie komentujesz prozy, to inne twoje wypowiedzi sa mi znane i cenie sobie twoje opinie. Tym bardziej jestem zadowolony, ze jestes po lekturze mojego tekstu czytelniczką rozchichotana (choc mam nadzieje nieco "filozoficznie:))) ).pozdrawiam.
JK |
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA/opowiadanie potwornie romantyczne/ przez Kapp-Grass dnia 08-04-2005 o godz. 21:15:22 | | Filozoficznie do bólu :) |
|
|
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA/opowiadanie potwornie romantyczne/ przez bekas dnia 02-04-2005 o godz. 02:46:13 http://www.literatura.waw.pl | | Tytuł zbyt pompatyczny,podtytul niepotrzebny i niepotrzebnie,przed czasem sygnalizuja zgrywe.Zgrywa jest i co wazniejsze sporo autoironii,której Jarkowi niekiedy brakowalo.Sceny z promocji świetne,zwlaszcza koncert w wykonaniu Mirczji.Sam kiedyś podczas ktorejś Warszawskiej słuchałem kwartetu ..na czterech kichających.Kichali po kolei a pozniej jak kto chcial,w sposob nieskoordynowany.I to była taka-jaksię wyrazil pewien recenzent-nutka aleortyczna w klasycznym antuażu heppeningowym. Co ciekawsze zaprzyjażniłem się z kompozytorem,który próbował podnieść moją edukację muzyczną ucząc mnie gry na flecie prostym czyli tzw block-flecie.Serdecznie pozdrawiam,życzę sporo gwiazdek,oczywiście róznokolorowych,z zielenią włącznie.Bekas |
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA/opowiadanie potwornie romantyczne/ przez yarre dnia 07-04-2005 o godz. 14:23:36 http://www.kolaseum.portalliteracki.pl | dzięki andrzeju.
ad podtytuł:
- jeśłi chodzi o to "opowiadanie potwornie romantyczne" to pewnie masz rację, ale zawsze mam problerm co pisac, skoro sie tego w FL wymaga. Moze dam sobie spokój z tymi objasnieniami.
ad tytuł:
- pompatyczny? Ja bym określił 'urzędowy", ale to tak z założenia (vide pozostałe tytuły tego cyklu. Swoja droga wydawało mi się, ze o ile mam problem z tekstami, to nie z samymi tytułami. Myle się? W kwestii sygnalizacji - dzięki za sugestię, bede ja brał odtąd pod uwagę.
w kwestii braku (kiedy indziej u mnie) autoironii - to sie nie zgadzam;)
dzięki za wysoka ocene "kursywki" - przy tej okazji bardzo ci dziękuję, gdyz to opowiadani epowstało po twojej sugestii, że warto mail zamienić na prozę. Bez tego bym tekstu nie napisał.
Koncertu kichanego - współczuję, choc z drugiej strony takie incydenty sa inspirujące, :)
Dzięki za pozdrowienia, giwazdki i ogólnie.
jarek
|
|
|
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA /opowiadanie potwornie romantyczne/ przez dkj dnia 02-04-2005 o godz. 09:01:41 http://www.portalliteracki.pl/modules.php?name=Your_Account&op=userinfo&username=dkj | "Trwałe związki buduje się na wspólnych zainteresowaniach", usłyszałem swego czasu od wuja Pawła :-)
Nie wiem, może to atmosfera dnia, ale tekst ten prawie wcale mnie nie rozbawił. Odniosłem wrażenie, że wcale nie miał. Jest tu, jak zawsze, błyskotliwa narracja, momentami zwalająca z nóg (fragment o erytrocytach i leukocytach mnie zupełnie rozwalił), ale całość jakoś tak na poważnie. Czyta się lekko. Parę mrożących krew w żyłach momentów (konkurs, spotkanie z wydawcą...)
Mam nadzieję, że tekst jest w jak najmniejszym stopniu autobiograficzny...
Na szczęście wszystko dobrze się skończyło...
Gratuluję |
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA /opowiadanie potwornie romantyczne/ przez yarre dnia 07-04-2005 o godz. 13:58:58 http://www.kolaseum.portalliteracki.pl | pozdrowienia dla wujka:) Mądry człowiek.
No widzisz, "tekst cię wcale nie rozbawił" - ja sie nie dziwię, co w nim smiesznego poza tym, ze żona wypija krew mężowi a on się z tego cieszy?
Tak sie złozyło, ze dla mnie jest to tekst pełen goryczy, jak i wiekszośc poprzednich, któe spłodziłem, a smiech owszem, ale zawsze jakiś taki pogięty, więcej w nim żółci, niz rechotu (pochlebiam sobie - kiedy jestem po piwie - że to dodaje głębi moim tekstom, hehe). serio mówiąc, to cieszy mnie, że tak odebrałes opowiadanie.
Kwestia leukocytów - miało to byc o wiele bardziej rozbudowane, ale poddałem sie podczas pisania - nie umiałem so bie poradzic (jestem tuman z biologii((( ) byc moze to przeprawię za jakiś czas, kiedy się poduczę.
Nadzija twoja jest niestety opłonna, choc zona rzadko mnie podgryza i tętnice mam w całosci. |
|
|
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA /opowiadanie potwornie romantyczne/ przez Des_Grieux dnia 02-04-2005 o godz. 10:20:23 | Jak dla mnie, najlepszy z dotychczasowych Sklerotyków.
Czyta się bardzo płynnie, na jednym oddechu.
Narracja niezmiernie ciekawa i prowadzona pewną ręką. Idealnie splatają się ze sobą wszystkie wątki – czas bieżący, retrospekcje w liście Arka i rozmyślania Kamili. A to sztuka tak skomponować wielowarstwową narrację, by nic nie zazgrzytało.
Brawa za szkatułkową konstrukcję. Rzadko się spotyka współczesną prozę pisaną z wykorzystaniem tej techniki.
Opisy też udane, doskonale służą budowaniu nastroju. Sytuacja pozornie statyczna – Arek pisze, Kamila sprząta, cisza i spokój. A przecież jest w tym ruch i napięcie. Podoba mi się kreacja bohaterów i relacje pomiędzy nimi. Arkadiusz i Kamila stoją mi przed oczami jak żywi. Efekt wielowymiarowości osiąga Yarre w sposób naturalny, niewymuszony.
Bez przegadania – nie ma tu żadnych pustych wątków, niepotrzebnych ozdobników. Opowiadanie doszlifowane jak się patrzy.
Treść wyborna – zmagania debiutującego prozaika z ponurą rzeczywistością konkursów, wydawnictwami, „imprezami kulturalnymi” – przy całej groteskowości jest to niebywale realistyczne. Sporo celnych obserwacji, chyba każdy piszący i próbujący wydawać zetknął się z tą paranoją.
Gratuluję dystansu, autoironii i śmiałego wykorzystania motywów autobiograficznych.
Całość odpowiednio przyprawiona. Ten szafarz ze sztampowego horroru rodem – palce lizać. Osobliwie, że momentami taki siermiężno swojski - vide lelek kozodój przywiązany do gałęzi. Miodzio! – jak powiedziałby sam Arkadiusz : )
Solidna robota. Ode mnie 5 *
Kłaniam się rad z lektury
|
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA /opowiadanie potwornie romantyczne/ przez yarre dnia 07-04-2005 o godz. 13:44:04 http://www.kolaseum.portalliteracki.pl | na początrku jacku wujde zapewne na kompletnego idiotę i się spytam: co to jest narracja szkatułkowa? O ile cię dobrze zrozumiałem, to taka napisałem, ale nie bardzo wiem o co chodzi:))))
za docenienie dystansu i autorinii dzięki, sam wiesz, że tego akurat to mi nigdy nie brakuje, a czasem mam z naddatkiem:))) i słusznie.. No to teraz czekam na odpowiedź.
|
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA /opowiadanie potwornie romantyczne/ przez Des_Grieux dnia 10-04-2005 o godz. 10:33:44 | E, no nie udawaj, że nie wiesz : )
Konstrukcja szkatułkowa, to po prostu opowieść w opowieści. U Ciebie szkatułkowość tworzy list pisany przez Arkadiusza.
A tak dodam jeszcze, że bardzo mi się podoba to konsekwentne zazębianie się kolejnych Sklerotyków. W świetną całość się komponują
Kłaniam się kompozycyjnie |
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA /opowiadanie potwornie romantyczne/ przez yarre dnia 10-04-2005 o godz. 15:12:31 http://www.kolaseum.portalliteracki.pl | | no dobrze juz dobrze) cos jak z moliera, nawiasem mówiąc;) |
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA /opowiadanie potwornie romantyczne/ przez Anonimus dnia 29-11-2007 o godz. 14:05:20 | |
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA /opowiadanie potwornie romantyczne/ przez Anonimus dnia 29-11-2007 o godz. 18:01:45 | |
|
|
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA /opowiadanie potwornie romantyczne/ przez acom dnia 02-04-2005 o godz. 16:41:10 | w zgodzie z komentarzem Desa dodam, że w mojej ocenie owa horrorystyczna osnowa jest trochę ironiczą zabawą klimatem, gdyż dla bohatera horrorem jest nie tylko treść tego co pisze, ale również aktualny stan jego ducha. Impotencja twórcza przekłada się na impotencję życiową, w tym seksualną. Impotencją podszyte są jego wszystkie relacje międzyludzkie.
Faktycznie cała sytuacja przedstawiona przez yarre na pierwszym planie jest pełna rosnącego napięcia, które eksploduje na końcu opowiadania. Stąd też pozornie przerysowane zakończenie w pełni współgra z całością. Zdecydowanie jest to najlepsze opowiadanie autora z tego cyklu (dobrze, że Bodzio juz nie żyje). Czyta je się płynnie, nie ma w nim przegadania. Być może jest to spowodowane przez autobiograficzne elementy, potraktowane z dużą autoironią i dystansem, koniecznym do napisania tekstu w tej stylistyce.
Zakończenie w tym utworze bardziej współgra z całością niż zakończenie w "Spirali" ;) i jest bardziej optymistyczne (może bohater jednak coś stworzy, dzięki Kamili)
Pozdrawiam.
|
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA /opowiadanie potwornie romantyczne/ przez yarre dnia 07-04-2005 o godz. 13:39:12 http://www.kolaseum.portalliteracki.pl | Dziękuje za b. rzeczowy komentarz. Co do impotencji, to jednak mam nieco inne (nieautobiograficzne) zdanie. Nie jestm przekonany, ze impotencja są podszyte wszelkie rerlacje międzyludzkie Arkadiusza. Choc warto się nad tym zastanowić:)) Pomyslę.
Czemu dobrze, że Bodzio nie zyje? Że dzięki temu Arkadiusz mógł wrócic z pogrzebu? Czy, że o Bodziu juz pisac nie będe mógł?:) Jak to rozumiec?
Co do narracji, znaczy tej okołohorrorowej, to mam watpliwości, czy nie jest przeszarzowana sypianiem w trumnach, waham sie.
zxakończnie lepiej współgra z całością, niz w "Spirali" tu się upre i nie zgodze. tam mi tez współgra;)
merci. |
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA /opowiadanie potwornie romantyczne/ przez acom dnia 07-04-2005 o godz. 14:16:24 | Dobrze, bo Arkadiusz lepszy od Bodzia. Ale również dobrze, bo w konsekwencji logicznego ciągu, czyli był sobie Bodzio, Bodzio zmarł, Arkadiusz poszedł na pogrzeb i się zaczęło :) mógł wrócić z pogrzebu :).
Różne mody nastają i kto wie czy sypianie w trumnach nie będzie, jak to się teraz mówi, jazzy :)).
Co do Twojej upartości, to bardzo dobrze. Bądź uparty. Ale ja zostaję przy swoim zdaniu, z uporem godnym kobiecego uporu ;). Końcówka mi się rozpłynęła i bardzo lubię czekoladki, ale nie wszystkie. Z merci to te fioletowe, zielone i niebieskie. |
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA /opowiadanie potwornie romantyczne/ przez yarre dnia 07-04-2005 o godz. 14:40:03 http://www.kolaseum.portalliteracki.pl | No tak, czyli Bodzio nie umarł nadaremno) z tej smierci będzi ejeszce jedna korzyśc, bo Arus z Maćkiem pójda na koncert Justyny (tej co grała na pogrzebie) - byc moze zatem, ze przeklniesz Bodzia nie tylko za zgon, lecz i za samo to, iz kiedys sie narodził;)
W kwestii uporu uprę sie, ze faktycznie - jak sie upierasz - upieranie się nie jest złe.:) |
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA /opowiadanie potwornie romantyczne/ przez acom dnia 07-04-2005 o godz. 16:48:49 | | skrzypaczka Justyna muzą, ciekawe, intrygujące :). Tylko nie mów, że Arus po koncercie będzie robił notatki zamiast skupić uwagę na Justynie? No chyba, że się uprzesz ;) |
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA /opowiadanie potwornie romantyczne/ przez yarre dnia 07-04-2005 o godz. 20:55:51 http://www.kolaseum.portalliteracki.pl | | nie jest to koncert z gatunku tych, na których da sie robić jakiekolwiek notatki:) Robie je póki co ja, tonąc w słownikach i encyklopedii muzycznej;) |
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA /opowiadanie potwornie romantyczne/ przez acom dnia 07-04-2005 o godz. 23:05:29 | wow, przyznasz, że ciekawa lektura? :):):). Dobrze by było zatem, by do opowiadania dołaczone było mp3. Jakieś takie Adams family.
Z tym tonięciem to też przesada. Spirala wystarczy. Ave Arus. |
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA /opowiadanie potwornie romantyczne/ przez yarre dnia 08-04-2005 o godz. 17:30:18 http://www.kolaseum.portalliteracki.pl | | owszem ciekawa, ale trochę teraz jestem furioso(( i absolutnie nie con vivo;) O mp3 pomyslę (pięknie spiewam). racja - z tonieciem - przesada. Ide po kapok. |
|
|
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA /opowiadanie potwornie romantyczne/ przez Shibbi dnia 02-04-2005 o godz. 20:00:17 | Długie jak diabli- hahaha !!!!! - ale nie straciłam czasu - o NIE !!! Mnie rozwalił seks z Mendelejewem - no nie, na to bym nie wpadła.
Kursywa - cudo.
Boże kochany, żeby to przeczytali winni ............ byłby sukces na sto dwa. Kamila bezkonkurencyjna, też poproszę o ze dwa orgazmy za życia.
Pozdrawiam. |
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA /opowiadanie potwornie romantyczne/ przez yarre dnia 07-04-2005 o godz. 13:27:24 http://www.kolaseum.portalliteracki.pl | No nareszcie ktos zwrócił uwagę, ze tekst jest długi, a juz się martwiłem:)))
Nie jestem zadowolony z passusu o seksie z Mendelejewem, choc jest to cytat z moich prywatnych uwag, które wygłaszam, ilekroc ktos mnie mierzi sprowadzaniem uczucia do chemii. Musze to przeformułowac, bo mi sie nie podoba.
Po konsultacji z Arkadiuszem musze cię poinformowac, ze winni nei przeczytają, bo nie czytaja (facet wnozsi z braku odpowiedzi) maili od arkadiusza, więc nie ma kłopotu). Kamilą dziękuje za pozdrowienia, sama by cos odpisała, ale myje ręce z krwi i nie ma czasu. |
|
|
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA /opowiadanie potwornie romantyczne/ przez Anonimus dnia 04-04-2005 o godz. 09:42:33 | bardzo dziękuję za komentarze, ale pozwolicie, że z odpowiedzią wstrzymam sie dni kilka, wierzę, że się rozumiemy.
yarre |
|
|
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA /opowiadanie potwornie romantyczne/ przez margo dnia 06-04-2005 o godz. 09:29:21 http://www.gosiahayles.blog.onet.pl | | Za mało gwiazdek, tekst barwny i diabelnie sprytnie skomponowany, błyskotliwa narracja. No właśnie... czyżby jakieś wątki autobiograficzne? Pozdrawiam :) |
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA /opowiadanie potwornie romantyczne/ przez yarre dnia 07-04-2005 o godz. 13:16:45 http://www.kolaseum.portalliteracki.pl | ;) dzięki, margo.co do gwiazdek, to (na ile dobrze mi doniesiono) przez pierwszą dobę nie było ich wcale, więc cieszmy się z tego, co jest;)
autobiograficzne wątki? No jest trochę)) ale nie w kwestii ssania, lecz tam gdzie kursywą, choc oczywiście pozmieniane sa realia, niemniej kursywowane refleksje uogólniające sa niestety autentyczne;) Większośc zdarzeń równiez. tez niestety. Dzięki za lekture i komentarz. |
|
|
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA /opowiadanie potwornie romantyczne/ przez GrzegorzGorski dnia 07-04-2005 o godz. 21:34:31 | Wspaniale poczucie humoru. Doskonale opisy! Mozna by cytowac wiele mysli zlotych, zlocistych i pozlacanych.
Jeden z opisow szczegolnie bliski z racji zawodu:
"... w jej tętnicach i żyłach nic się praktycznie nie działo. Erytrocyty snuły się bez celu, niczym bohater kina moralnego niepokoju po ekranie. Udawały przy tym, że nie zauważają leukocytów. Jedne i drugie dreptały, powoli taplając się w leniwie chlupiącym osoczu"
Jakbym patrzyl przez mikroskop.
Soczysta to literatura. Palce lizac!
Serdecznosci,
gg |
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA /opowiadanie potwornie romantyczne/ przez yarre dnia 08-04-2005 o godz. 17:33:51 http://www.kolaseum.portalliteracki.pl | witam i dzięki). Coraz bardziej żałuję, że nie poleukocytowałem więcej. Skapitulowałem nie dając sobie z tym rady. Swoja droga lubie sobie tak personifikowac:) W podobny sposób kiedys opisałem pstryknięcie fotografii, znaczy było tam o "chichoczących rojach fotonów, które trącając się łokciami i mrugając do siebie porozumiewawczo..." itp. No ale ilez mozna)
palców prosze nie lizac.
pzdr
Jarek |
|
|
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA /opowiadanie potwornie romantyczne/ przez Voronwe dnia 09-04-2005 o godz. 22:24:43 | Przyłączam się do zachwytów. Kursywą – doskonałe opowiadanie humorystyczne (na poziomie Jerome’a). Część ‘horrorystyczna’ moim zdaniem słabsza (co nie znaczy, że słaba – do mnie po prostu słabo przemawia, jak i poprzednie ‘sklerotyki’). ‘Szare korzenie bujnych kwiatów’ z reguły nie są tak ciekawe, jak kwiaty same, choć nikt nie twierdzi, że to sprawiedliwe.
Pozdrawiam, życząc wysokich tantiem ,-) |
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA /opowiadanie potwornie romantyczne/ przez yarre dnia 10-04-2005 o godz. 14:59:44 http://www.kolaseum.portalliteracki.pl | | Dzięki za kom + lekt (od Hannibal). Znaczy - jest 2:1;) za zyczenia, choc niespełnialne - dziękuję. I pozdrawiam. |
|
|
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA /opowiadanie potwornie romantyczne/ przez Jakub_Boryczka dnia 15-04-2005 o godz. 16:42:17 | Jarku, w końcu trochę czasu znalazłem, to napiszę, jak ja to widzę. Wypowiedź trochę być może nieuporządkowana.
Żywe, różnorodne i sugestywne opisy, budowane na konkrecie, czasem - konkrecie egzotycznym.
Egzotyka ("świat przedstawiony" wykrzywiony i jaskrawy), rezygnując z zapisu wydarzeń, będących wartością samą w sobie, fabularną, odpowiada za pewną modelowość treści, na której wspiera się myśl Yarre'ego. Nie chcę nadinterpretować, ale uważam, że konstrukcja jest pomyślana, aby przełamać powierzchowne wrażenie pisarstwa, dla którego jedyną ambicją jest - bawić. Yarre daje nam obraz realiów, z którymi przychodzi zmierzyć się początkującemu literatowi. Pewnym kontrapunktem wobec odizolowanej od rzeczywistości groteski jest wplecienie w tekst autentycznych nazwisk i wyraźnie określenie miejsca akcji. To sygnał, że de facto Yarre'mu nie chodzi o zabawę. Owszem, tekst w moim mniemaniu jest do pewnego stopnia satyrą. Uważam jednak, że, głównie przez wymowę zakończenia, daje on pewne rozwiązanie.
Oto zabieg znany choćby z Gombrowicza - dystans do konwencji przez wyolbrzymienie jej cech swoistych. Czy isnieje bardziej wyeksploatowana konwencja, niż horror? Arkadiusz jest horrorystą. Arkadiusz jest pisarzem "konwencjonalnym". Konwencja przechodzi z literatury do życia codziennego. Dochodzi do sytuacji, w której pisarz zaniedbuje swoją swoistość, ale i swoje (patetycznie będzie) człowieczeństwo, które żyje w jakiejś poprawności kontaktów interpersonalych. Zakończenie - jakże potwierdza moją hipotezę. Oto konwencja wkracza w życie, rzeczywistość pozorowana na horror przekracza granicę powszechnie uznanej "normalności"...Rozwiązanie, które podsuwa Yarre, to obrona autentyzmu. Tu mogę się mylić.
Wybacz, Jarku, za ten potok powyższy. Pewnie nie tego oczekiwałeś. Aby więc odnieść się do tekstu...- dobrze to rozegrałeś z tym mailem. Swobodne wplatanie drugiego rodzaju narracji pozwala Ci rozpocząć tę właściwą od odniesień do dowolnych elementów "świata przedstawionego". W kwestii samego języka - jest parę perełek, jak to tu mawiają, choćby ta deleksykalizacja związku "mieć czegoś w bród" z początku.
Czy widzę w tekście jakieś wady? Myślę, że dla co niektórych wadą może być pewien dysonas, jaki powstaje między "zewnętrznością" Arkadiusza, referowaną odautorsko, i "wewnętrznością", której świadectwo bohater daje sam. Ja jestem w stanie uzgodnić to mijanie się. Znajduję dla niego uzasadnienie tylko w wymiarze abstakcyjnej interpretacji tekstu - dwie strony konwencji - ona sama, w całej swojej śmieszności, i ten, kto do niej aspiruje, w całym swoim zatraceńczym tragizmie. Konsekwentnie nie dopuszczasz, by te sfery się przeniknęły, by coś z maila wniknęło we właściwą narrację. Wydaje mi się, że takie podkreślenie obrędności obu sfer znalazłoby uzasadnienie jedynie naciągane, wydumane. Oczekiwałbym tu większej płynności, przenikania się i pokazania, jak jedno kształtuje drugie.
To tyle na razie. Mam nadzieję, że znajdziesz coś wartościowego w powyższym. Jeśli chciałbyś mnie jeszcze o coś spytać, jak pisarz czytelnika, to daj znać, spróbuję odpowiedzieć.
Pozdrawiam
Kuba |
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA /opowiadanie potwornie romantyczne/ przez yarre dnia 18-04-2005 o godz. 02:36:26 http://www.kolaseum.portalliteracki.pl | barzo ci dziękuje Kubo za komentarz, nie tylko dlatego , że taki długi:), ale i że świadczy, iż przeczytałes opowiadanie dokłądnie. Cieszy mnie to. A jeszcze bardziej cieszy, iż doszukałes się czegoś, co moim skromnym zdaniem zawarte było już i w poprzednich tekstach (nie tylko tego cyklu), a konkretnie - "de facto Yarre'mu nie chodzi o zabawę". Dzięki. "Śmieszność" niektóych sytuacji opisanych, niektóe sytuacje to jedno, a to, że z reguły cos przemycam, to drugie. Chyba dopiero po raz drugi ktoś to wytropił, czy to cos znaczy? Ano pewnie to, że albo błahe rzeczy są przedmiotem przemytu, albo reszta całą zbyt rechotogenna, przez co giną. Diabli wiedzą, od dawna się nad tym zastanawiam i do niczego nie doszedłem. Tutaj zamierzałem przekazac szczyptę tzw. "prozy zycia' (określenie makabryczne) , a szczypta ta miała być w ciuszkach groteski i balansowania na krawędzi realności i absurdu. Samo pisanie i ewentualne sukcesy czy ich brak, są tak niejako nierealne, że ubranko horrorowe zdawało mi sie na miejscu, podobnie jaki pointa, któa z jednej strony prznosi "rozwiązanie " oproblemów tak Ark, jak i Kam. Jedno "znajduje" receptę na szczęsliwy związek:)) (czy widac jakie to realne w zderzeniu z pointa?), drugie odnajduje ponownie sens pisania, temat, i powraca do zycia, na ziemie, tylko czy powraca, czy to jest możliwe.:) Zakręciłem?
nieco konkretniej.
Cieszy mnie, ze nie widzisz dysonansu we współistnieniu dwóch narracji i nie wartosciujesz, która lepsza. Moim zdaniem jedna wymagała drugiej i choć obie mogłyby w jakiejś formie istnieć odrębnie, to jednak na symbiozie zyskują. Taki był mój zamysł. (Swoją drogą - mnie to opowiadanie nie smieszy).
czy jest dysonans miedzy Arkadiuszem mailowym i tym "w domu"? Moim zdaniem nie. Zresztą dla mnie jest ich trzech. Jeden ze śmiertelną powagą "aranzuje" i "walczy z tworzywem", drugi pojawia się w relacji narratora, troche drwiącej, trzeci jest w mailu i tutaj ma odpowiedni dystans do siebie, swoich arcydzieł i całej konkursowo-paraliterackiej rzeczywistości. I nie widze sprzeczności, czemu - chyba jasne. uważasz, ze mail powinien bardziej przenikac się z rzeczywistością? może. Tylko wtedy o innym by to było Arkadiuszu, niż ten. Podkreślam - on jest wprawdzie jeden, ale w kilku osobach. Podobnie jak i małżonka;) Zamierzałęm (ale sie nie udało) pokazac sinusoidę nastrojó, jak występuje, kiedy wypieszczone kartki papieru podaje sie osądowi otoczenia i tutaj chyba bohater byłby prawdziwszy, to sie nie udało, no ale nie traktuję tej wersji jako ostateczną i każde uwagi traktuje poważnie, więc może z czasem.
Dziekuję za komentarz;) A pytań się spodziewaj, skoroś się wkopał zachętą, nie ma sprawy) |
|
|
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA /opowiadanie potwornie romantyczne/ przez JacAr dnia 23-04-2005 o godz. 06:59:27 http://www.maddogowo.pl | Przede wszystkim gratuluję pomysłu na cykl.
Nie sposób oceniać poszczególnych postaci, bez kontekstu, jakim jest całe Twoje towarzystwo opisywane w sklerotykach.
Konsekwencja, czasem zaskoczenie i humor, które bardzo mi odpowiadają.
Bardzo fajny rys obyczajowy no i w ogóle.
Mam jednak pewne zastrzeżenia. Formuła listu, jako de facto monologu, wydaje się nieco przydługa. Osobiście przemodelowałbym to w ten sposób, że kolejne frazy pisane do przyjaciela (czy on będzie następnym bohaterem?) są wprowadzeniem do retrospektywnej akcji, która odbywa się już nie na matrycy laptopa, a w realu - to chyba dałoby większą potencję.
Zapisuję się w kolejce po całość.
I czekam z niecierpliwością :)
JacAr
PS. chyba improwizuje zamiast aranżuje i jednak timbr, zamiast tembr.
Pozdrawiam
Ja |
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA /opowiadanie potwornie romantyczne/ przez yarre dnia 23-04-2005 o godz. 11:32:35 http://www.kolaseum.portalliteracki.pl | "Formuła listu, jako de facto monologu, wydaje się nieco przydługa. Osobiście przemodelowałbym to w ten sposób, że kolejne frazy pisane do przyjaciela (czy on będzie następnym bohaterem?) są wprowadzeniem do retrospektywnej akcji, która odbywa się już nie na matrycy laptopa, a w realu - to chyba dałoby większą potencję."
Przyznam się, że na pewnym etapie byłem dokładnie tego samego zdania, potem innego (vide to, co odpowiedziałem Kubie, teraz znowu sie waham.
improwizuej - aranzuje. ja byłem za "improwizuje" des grieux mnie wyśmiał i kazał pisac o aranzowaniu;) Sam już nie wiem.
oczywiście, że timbr, cóż, szelsst słomy z butów zagłuszył podczas korekty wątpliwości. Swoja droga wyzebrana trója z francuskiego, to jak widac i tak było za wiele swego czasu po dzień dzisiejszy)
|
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA /opowiadanie potwornie romantyczne/ przez yarre dnia 23-04-2005 o godz. 11:48:34 http://www.kolaseum.portalliteracki.pl | | aha. Przyjaciel chyba będzie kolejnym bohaterem, ale w kolejce pierwsza jest skrzypaczka justysia. Nawiasem mówiąc - ma ona koncertowe piersi. |
|
|
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA /opowiadanie potwornie romantyczne/ przez olga_jot dnia 24-04-2005 o godz. 13:06:05 | | Dobrze się czyta. Ujął mnie pozorant w kapciach i podoba mi się szalenie konstrukcja małżonki bohatera. I trafne bardzo obserwacje targów oraz innych imprez/sytuacji okołoliterackich. |
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA /opowiadanie potwornie romantyczne/ przez yarre dnia 24-04-2005 o godz. 22:54:51 http://www.kolaseum.portalliteracki.pl | | Aaaa;) Witam:) Wiadoma impreza - oczywiscie nieco tu wygląda inaczej:) no ale to oczywiste... Małżonka bohatera dziękuje za uznanie;) |
|
|
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA /opowiadanie potwornie romantyczne/ przez BB dnia 25-04-2005 o godz. 12:56:35 | Gdzieś, będąc w czeluściach internetu przeczytałem o tzw. "syndromie drugiego filmu". Dotyczy on twórców (najczęściej scenarzystów), którzy po udanym debiucie nie mogąc znaleźć ważnego tematu na kolejne dzieło, kręcą film autotematyczny - właśnie o problemach z nakręceniem drugiego filmu. Zazwyczaj jest to rozwiązanie twórczo udane.
Pewne analogie można odnieść do przytoczonego opowiadania. Oczywiście nie wiem ile jest tutaj autobiografii (czytając komentarze, odniosłem wrażenie, że sporo) - bohater tego opowiadania boryka się właśnie z problemami post-debiutanta (tutaj debiutu wydawniczego). Nie może wziąć się w garść (problemy z weną) i napisać coś (przynajmniej) równie dobrego do Spirali. (Tytuł tej książki jest chyba nie bez znaczenia?) Mota się i rzuca jak w ukropie, co widać w stosunkach do żony, jak i mailu do kolegi-twórcy. Okazuje się, że pisarz na przekór sobie żyje cały czas swoim debiutem wydawniczym. Wybawieniem okazuje się kochająca żona, która zmienia się w wampirzycę, dając wreszcie rozkosz (i wenę?). W każdym razie robi się romantycznie jak sugeruje podtytuł, ale co z weną? Czy ja się czegoś nie umiem się domyśleć? a może wena nie jest ważna, liczy się tylko miłość żony?
|
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA /opowiadanie potwornie romantyczne/ przez yarre dnia 25-04-2005 o godz. 23:06:51 http://www.kolaseum.portalliteracki.pl | Dziękuję za lekture i komentarz. Istnieje też syndrom drugiej ksiązki (vide Worcell, chociazby, prawda?). Zawartośc biografii w niniejszym opowiadaniu chyba nie jest istotna, prawda? No ale odpowiem - jest jej sporo, ale jednocześnie niewiele;) Mało to tłumaczy, ale niestety, nic nieporadze. POwtarzam - nie jest to przeciez istotne. Tak sądzę. zwróce tylko uwage, ze w tym wypadku niekoniecznie jest to syndrom drugiej ksiązki po SUKCESIE debiutu. Opisywane fakty "dystrybucyjno-promocyjne" raczej nie świadczą o tym, iz autor odniósł jakis sukces, poza nabraniem złudzeń, które dośc szybko minęły, choc spętały (a moze jeszce bardziej ich zanik spętał) "moce produkcyjne horrorysty".
odpowiedź na końcowe pytania jest złozona;) Nie jestem pewien, czy ja znam:) oczywiście romantyzm finału tro "romantyzm", choc w pewnym sensie prawdziwy. Co z weną? Ba! Myślę, ze - jak w tekście - żona ofiarowała mu swa miłośc i temat do opowiadania. Czy faktycznie będzie A. mógł wreszcie coś nowego napisać? To jest pytanie. załóżmy, ze nie, to zostanie ta miłość:) czy taka odpowiedź zadowala pytającego? Ciesze się, ze ktoś zwrócił uwagę na wątek: twórca-osoba towarzysząca. Dl amnie był on (jest) równie ważny, jak i pozostałe.
pozdrawiam
JK
|
|
|
Re: 'PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA /opowiadanie potwornie romantyczne/ przez AndyZa dnia 14-06-2006 o godz. 09:59:03 http://www.daminet.pl/~andyza | Na początku zabawny drobiazg. Autor deklaruje powstanie opowiadania na 19 kwietnia 2005 po czym wysyła newsa w marcu. Administracja chwyta dowcip i publikuje 'sklerotyk' na 1 kwietnia.
Po raz pierwszy, czytając Twoje opowiadanie nie skupiam się na szczegółach, ponieważ po pierwsze przyzwyczaiłem się do gagów słownych, a i ostatecznie nie to tutaj przyciąga. O sile tego opowiadania świadczy całość: ujęta w ramy twórcze, co prawda sparodiowane konwencją ale podszyte goryczą; podzielona na dwie wydawałoby się odrębne opowieści a jednak zespolona ramą; wypełniona mnóstwem szczegółów, opisów, dialogów lecz płynna, wręcz melodyjnie wpadająca do wnętrza czytelnika. Osobiście dla mnie była to wyśmienita uczta z humorystycznym tekstem i literackim podtekstem.
Idziesz w dobrym kierunku. Szkoda, że mamy taki a nie inny rynek wydawniczy i jakieś dziwne zapotrzebowanie czytelnicze - nazwałbym je snobistyczno- sensacyjne. Jednak zasadniczym powodem jest to, że większość potencjalnych czytelników skupiła się na TV, MTV, VCD, DVD i Internecie. Więcej ludzi czyta z ekranu niż z papieru (a całkiem nieliczni z glinianych tabliczek ;)) Ale środowisko literackie trzymają jeszcze w garści 'papierowi' literaci i 'papierowi' wydawcy. Dlatego o pozycji twórczej piszącego póki co świadczyć będzie przyjęcie przez 'papierowych' czytelników pozycji wydanych na papierze. Może dożyjemy zmian... ;) |
|
|
Re: PROZAICZNY STOSUNEK HORRORYSTY ARKADIUSZA ** przez Gray dnia 14-05-2011 o godz. 03:11:54 | | So far the reaction has been varied with many surprised by the amount of retouching that has taken place . Indeed Madge almost looks unrecognisable clear gift box [www.doweddingdress.com] I can rolex yachtmaster 2 [www.hatwatches.net] t help but wonde |
|
|
| |
Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2011 poczta małpiatka portalliteracki.pl Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione. |
Reklama w Portalu Literackim
|
|