Poezja i proza - Portal Literacki  



Nowe recenzje


· GRZECHY JOANNY, Marat Joanna, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła
· ZŁOCISTA DOLINA, Walczak J. Iwona, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła
· MASTERTON. OPOWIADANIA. TWARZĄ W TWARZ Z PISARZEM, Masterton Graham. Cichowlas Robert, Pocztarek Piotr, Albatros, recenzent: Lipski Bartosz
· SATYNOWY MAGIK, Łysiak Waldemar, Wydawnictwo Nobilis, recenzent: Solecki Tadeusz
· NIEUGIĘTY, Millar Sam, Wydawnictwo Replika, recenzent: Stolarz Iwona
· APETYT NA JUTRO, Woźniak Agnieszka, Wydawnictwo Replika, recenzent: Błaszkowska Alina
· EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA, Schmitt Éric-Emmanuel, Wydawnictwo Literackie, recenzent: Solecki Tadeusz

[ RECENZJE ]

Online

Aktualnie jest 38 gość(ci) i 5 użytkownik(ów) online.

Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj

Epika: ŁAWKA *
Wysłano dnia 27-10-2002 o godz. 09:35:00
Autor: HugoMika

 /o niebieskim wśród zielonych/

Ławkę zbudowano z heblowanych desek, z gwoździ, niebieskiej farby i żeliwnego stelażu, na którym, z boku, przy jednej nodze, widniało nieregularne R. Farba, którą nałożono hojnie, za dnia odbijała blask słoneczny. Intensywna, głęboka, nie miała w sobie nic z przewiewnego i niestałego błękitu, lecz lśniła poważne, niemal granatowo. Oddawała jedną część tęczy pełnym brzmieniem - nie-bie-ski. Nocami, gdy nie było chmur, kiedy ławka mogła bawić się z księżycem, flirtowała z nim stalową poświatą- choć to tylko udawanie, drewniana mimikra, bo i w nocy ławka pozostawała niebieska.
Ławę pochodziła z zakładu w niedużym mieście, pośrodku kwadratowej Polski. Właściciel, częściowo, by oszczędzić na podatkach, a trochę z przejęcia - wrażliwy układ nerwowy - zatrudnił do montowania ławek pewne osoby, o których mówi się, że są opóźnione. Niektórzy ludzie myślą, że opóźniony znaczy głupszy albo nieporadny. W fachu ławkarskim znaleźli się: gruba Ania, niemowa, ponury Marek - bardzo sprawne ręce, Jasio, który chyba nie miał żadnych cech, prócz tego, czego nie miał i Romek, najmłodszy i najmądrzejszy z gromady; mógłby chodzić nawet do szkoły, ale nie chciał rozumieć długich ciągów zaskakującej logiki, jakimi operowali młode mózgi siwi, uszminkowani ludzie. Siwi-uszminkowani mieli zmarszczki jak druty kolczaste i Romek był pewien, że to od przeciągów logicznych. Romek lubił kolory, kiedyś ciągi nabrały kolorów: niby nikły szare, ale ta szarość wierciła się odblaskami i przebiciami, czasem przedrzeźniając inne barwy. Niektóre słowa, jakie mówili siwi ludzie, a które nazywali twierdzeniami, udawały, że są czarne, brunatno-fiołkowe albo nieśmiało-żółte, a najciekawsze pozorowały na karmazyn, jakby zdenerwowane, albo wściekłe - tak muszą sterczeć koło bladych, wątłych, dyskretnych wnioskowań! Romek widział je, chciały być gdzie indziej, w jakimś barwnym towarzystwie i myślał: czy w jesiennym lesie czułyby się pospolite i nie zapragnęły sczernieć? Pociągała też Romka siwizna starych ludzi: była jakoś szara, ale zupełnie inaczej niż... nie wiedział. Miała barwną fakturę, jak się dobrze przyjrzeć, każdy włos wypluwał inną maść i choć były krótkie, to niezaprzeczalnie wibrowały, co miesiąc zaskakując zmianami: siwiejąc bawiły się z Romkiem, flirtowały z nim! - włączały i wyłączały takie ciekawe melanże. Marek nie lubił, kiedy Romek dotykał jego włosów albo wpatrywał się w nie, ale lubił to, że budzą ciekawość. Poświęcił się nawet i trochę je zapuścił. Romek wybierał specjalnie kolory dla swoich ławek. Właściciel zakładu pozwalał mu mieszać małe ilości farby i eksperymentować. Pozwalał nawet wyrzucić mieszankę, kiedy wydała nieładny barwnik; czasem niełatwo było sprzedać ławki Romka, kupcy chcieli jednokolorowych składaków. Znajdowały się sklepy, których pstrokaci właściciele szukali ławek Romka. Pewna szminkowa dama przyjeżdżała aż znad morza, musiała upiększać swoje małe molo siedzonkami o mądrych, przemyślanych tonach. Romek miał szczęście, że trafił do ławkarni. Właściciel, kiedy był młody, sam malował, miał więc sentyment do pasji Romka. Właściciel poddał malarstwo wraz z pierwszym dzieckiem, bał się, że nie będzie co jeść. Potem, kiedy był wielko-domy, samochodowy i miał dwie lodówki, próbował wymyślić coś na życie, coś sensownego. Co mam teraz robić - pytał siebie, obracając głowę na wszystkie strony, ale wszędzie widział tylko jedzenie. Obwody z twórczości przepaliły się, za to na starość dostał odznaczenie miasta za działalność w radach. Ale gdyby został malarzem, Romek nigdy nie mógłby umaszczać siedzeń na sentymentalnych tyłach ławkarni, gdzie barwy zlewały się na podłogę i zalegały, bujające, w zakrzywieniach podłogi.
To właśnie Romek ozdabiał ławki wodnym R, zawsze na lewej nodze.
Któregoś razu jedną z ławek przez pomyłkę zakupiło miasto, pakowacze energicznie zabrali ją na wóz, bo stała obok topornie zabarwionych, żółtawych, czerwonych i zielonych dzieł, wybranych do miejskiego parku. Gdy je ustawiono, chabrowo-modra, pośród nich, nikomu nie przeszkadzała, choć, przyznajmy, zachwycała także niewielu. A była po to, żeby zachwycać. Ławki opasywał czarujący park, doglądany przez miasto, które samo trzymało się z daleka, z daleka dochodziły też do ławek miejskie bzykania i czasem słychać było nawet ptaki, wynioślejsze, inne niż wszędobylskie, zadomowione (a może uparkowione), krztuszące się własnym bulgotaniem gołębie, których sensem istnienia - dla ławek - było kupkanie, kap, kap, kup. W zimie kolory skrywał śnieg, a pracowici ludzie w jednorodnych uniformach zgarniali go na ziemię; wcześniej, na jesieni, czasem liście buntowniczo odcinały się własną barwą od drewnianych ław, a lasem i wiosną siedziska stały i szlachetnie obłaziły z farby. Ozdobne i wygodne. Tylko wobec drzew ławki skrzypiały nieswojo: drzewo musi umrzeć, by powstała ławka.
Trzeciego roku mały gruby człowieczek w nagrobnym garniturze przypadkiem - jego mózg wybierał za niego - przechodził żwirową aleją. Nie widział kolorów, ale poznawał łuszczącą się farbę i jego mózg uznał, że oblazłe ławki to skaza jego pogrzebnego honoru. Od kiedy się dochrapał i był inspektorem d/s zieleni w mieście, miał dbać o parki - choć sam nimi nie chodził. Dbał w imię świętych innych. Szedł i kiwał łysą głową, na bokach której ocalało trochę siwizny, wydymał tłuste wargi i merdał końcem pulchnego nosa, trochę jak królik. Pomyślał, że każe przemalować ławki, i kiedy doszedł do biura, powiedział: mają być zielone! Jest specjalistą od zieleni. Zaskakujące, jak prosto myślał ten człowiek.
Niedługo zjawili się pracowici ludzie, zaczęli malować ławki - hurtem - na zielono. Mężczyźni pili, dużo siedzieli i rozsiewali fatalne wyziewy, tak że spacerowicze, którzy poznali ich na drodze, zmieniali gwałtownie tor wędrówek. Zaś maść, którą bezładnie szorowali dechy, nie miała w sobie nic z głębi i zażywności zieleni ani radości swawolnego seledynu ani nawet dojrzało-czułej mgły szmaragdu. Jakaś starsza pani, ujrzawszy tą masakrę estetyki, podeszła i mówiła do robotników, mimo opoki kruszącego odoru. Usłyszała: taki nakaz; i zaczęli śmierdzieć bardziej.
Ławkę z wodnym R też pociągnęli farbą, jak wszystko, na zielono; jeszcze zbrukali kilka i pod wieczór poszli z parku. Kiedy następnego dnia wrócili, ławka R lśniła nowością głęboko i intensywnie niebieską, ani śladu zieleni, nic złuszczonej farby.
- Na pewno, na pewno śmy ją machli! - upierał się żylasty robotnik.
- Jedną mogli przeoczyć - zbył go ręką inny, tłustawy i położył na ziemi torbę z butlami ciemnego piwa - Dawaj...! Walniem ją dziś!
Tak zrobili. Ogromnie byli zdziwieni, kiedy następnego rana, wśród rzędu identycznych, skrzywdzonych, zielonych ław buńczucznie niebieściła się ławka ze znakiem R.
Robotnicy pokręcili - zdumieni - głowami.
- Jakiś dowcipniś robi sobie jaja - wycedził tłustawy - z nas... no z nas!
- Kurna! - zapienił się żylasty - Jak ja go, kurna, dorwe...
I znowu pomalowali ławkę na pokraczną zieleń.
I znowu ławka wyniebieściała uroczo przez noc.
- Jak ja go, kurna, dorwe...! - bulgotał żylasty.
Tłustawy stanął przed ławką, wielki jak pomnik, podparł się pod miękkie boki, które z lekka ustąpiły i myślał. Naraz powiedział:
- Rzucim ją na koniec... no... Z końca nie podmieni.
Żylasty, ani nikt inny, nie spytał czemu z końca nie podmieni, tłustawy był szefem, wielki facet miał siłę i spryt.
Chwycił ławkę i szarpnął, metodycznie, do góry. Nic. Zaklął, a potem:
- Weź no który, z drugiej! Kurde, stoicie...
Żylasty przyłożył się, poczerwieniał głupawo i pierdnął. A ławka stała. Wkrótce pięciu siliło się popierdując głucho, ale nie zdołali jej ruszyć.
- Przyspawana! - ryknął żylasty - Mówie, kurna, przyspawana! - zamrugał, jakby mruganie miało magiczną moc.
Zbadali nogi, rzeczywiście: żelazno-węglowe łapki wrosły w ziemię. Rozgrzebali wokół, lecz nieregularne, drżące kształty sięgały głębiej. Ławka nie wiedziała, że można ją przestawiać i zapuściła korzenie. Wszystko wokół miało korzenie, więc trochę ze stadnej głupoty, trochę z ciekawości, a trochę z nadziei, wsunęła nieśmiałe, żeliwne wypustki w dół, do ziemi. Nie pytajcie: jak to możliwe, nie ja wymyślam historię.
Robotnicy przynieśli inną farbę, równie pokraczną, ale mocniejszą, miała zeżreć niebieski. Przemalowali - i znów nazajutrz podziwiali ławkę, obtoczoną starannie w mieszance Romka. Miała coś swojego. Próbowali jeszcze i jeszcze.
Dziwne, tłustawy robotnik wziął sprawę osobiście, jakby jego honor zależał od koloru ławki w parku. Był zwykłym robotnikiem jak inni i nie jego obciążono by winą. Po męsku, uparł się, chciał dopiąć swego, takie zasady. Siedział z piwem w brudnej, zielonej łapie naprzeciw radośnie niebieskiemu siedzeniu i kalkulował, co jeszcze robić, no co jeszcze... A kiedy długo nic nie pojawiało się w głowie, rzucił butelkę ze złością - stłukła się szkliście - i wymamrotał, trochę pijany, przed siebie.
- I czego ty?... jedna... ty...
Splunął.
- Co ci?! żeby być taka... ooo... - machnął ręką.
Na ławce ze znakiem R coś skrobnęło, potem znów i trzeci raz, sypnęły się szarpane wiórki. Tłustawy robotnik stękną, uniósł zad i przysunął się bliżej. Na najwyższej desce oparcia samorodnie powstawał napis, jakby ktoś ciął nożykiem, zgrabnie i trochę pochyło. Ławka drżała przy każdej literze, zatrzymywała się przy złożonych, jakby miała, ona, albo niewidzialny autor, odpocząć, a potem dalej, poskrzypując stelażem, ciągnęła. Robotnik patrzył i patrzył i myślał, żeby musi być strasznie pijany.
W końcu na ławce ukończył się napis.
Tłustawy pierdnął.
Oto co powiedziała ławka: "Jestem taka a nie inna".
Po tym, co zobaczyli, robotnicy pili długi czas. Tłusty zachodził w głowę i puszczał gazy, ale w końcu nic nie wymyślił i ławka została tajemnicą. Pojął ją dopiero przy śmierci: tłuścioch zapił się i wymiotując, w koszmarnym widzie, kiedy miał oczy jak sczerniałe łuski naboi, zrozumiał, że całe życie był cholerną zieloną ławką. A mógł być niebieską.
Potem zapadły mu się zmęczone komory workowego serca. To nie była lekka śmierć. Przy zawale ból utrzymuje się wiele godzin, cały czas człowiek się boi, bo wie, że umiera; gruby miał bladość, sinicę i poty, rzygał całym zielonym życiem i był sam. Długo wił się po lastrykowej podłodze, bolało jak diabli, aż na końcu zrozumiał, posikał się i umarł.
Tłuścioch padł na martwicę skrzepową z przepicia. Zawsze mógł umrzeć na rozpływną, ona woduje mózg.


To nie koniec historii. Skończyła się dobrze i źle. Tłusty z resztą robotników uznali, że to znak boski i ławka ma stać gdzie była, na niebiesko. Pogrzebowy zarządca od zieleni nie uwierzył. Niebieska złościła go, nie dlatego, żeby była niebieska, nawet nieźle pasowała, całkiem, ale miała być zielona. Z tajemniczego powodu zależało mu na tym jak cholera; dlatego pewnego dnia na alejce pojawił się buldożer i wyrwał ławkę, z żelazno-wodorowymi korzeniami, miażdżąc dwie deszczułki, które chlusnęły delikatnością i prysły. Ławkę darowano pobliskiemu podwórku, gdzie dzieci wypisywały na niej wyznania miłosne, a pod nogami miała beton. Nie chwiała się z zapuszczeniem korzeni. Wkrótce miejskie deszcze strawiły farbę i dozorca machnął ją na zielono. Farba była słaba, więc wkrótce znów ją przemalował, wybrał czerwień, potem żółć i tak podróżowała ławka po nie swojej tęczy, czasem bledniejąc pogłosem niebieskiego. Pozostał tylko znak R, ale Romek już o niej nie pamiętał, produkował teraz siedzenia w stalowych, bezbronnych odcieniach różu.
Inne ławki w parku wyglądały tak głupio, że starszej pani, która broniła kolorów, wstyd było na nich siadać.
Morał: każda ławka odpowiada za siebie.
Należy uważać na martwice skrzepowe.
Czytaj
Tekst lubią:

 
Logowanie/Założenie konta | komentarz 1 | Szukaj

Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować

Re: ŁAWKA /o niebieskim wśród zielonych - opowiadanie/ *
przez warszta dnia 02-01-2003 o godz. 22:29:37
Jestem zachwycony gra kolorow.Byc moze nie to bylo zamierzeniem autorki,choc przyznam ze nie wiem czym innym opowiadanie to moze zachwycic.Brak spojnosci.Czyta sie jednak przyjemnie.Bez wiekszych refleksji nad wyrytym przeslaniem lawki,choc motyw bardzo oryginalny.Co jeszcze?slaby koniec.Taki jakby "ostatnie pierdniecie Romana..."





Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2011 poczta małpiatka portalliteracki.pl
Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione.


Reklama w Portalu Literackim