Epika: ŁAWKA *
Wysłano dnia 27-10-2002 o godz. 09:35:00
Autor: HugoMika
/o niebieskim wśród zielonych/
Ławkę zbudowano z heblowanych desek, z gwoździ, niebieskiej farby i żeliwnego stelażu, na którym, z boku, przy jednej nodze, widniało nieregularne R. Farba, którą nałożono hojnie, za dnia odbijała blask słoneczny. Intensywna, głęboka, nie miała w sobie nic z przewiewnego i niestałego błękitu, lecz lśniła poważne, niemal granatowo. Oddawała jedną część tęczy pełnym brzmieniem - nie-bie-ski. Nocami, gdy nie było chmur, kiedy ławka mogła bawić się z księżycem, flirtowała z nim stalową poświatą- choć to tylko udawanie, drewniana mimikra, bo i w nocy ławka pozostawała niebieska. Ławę pochodziła z zakładu w niedużym mieście, pośrodku kwadratowej
Polski. Właściciel, częściowo, by oszczędzić na podatkach, a trochę z
przejęcia - wrażliwy układ nerwowy - zatrudnił do montowania ławek
pewne osoby, o których mówi się, że są opóźnione. Niektórzy ludzie
myślą, że opóźniony znaczy głupszy albo nieporadny. W fachu ławkarskim
znaleźli się: gruba Ania, niemowa, ponury Marek - bardzo sprawne ręce,
Jasio, który chyba nie miał żadnych cech, prócz tego, czego nie miał i
Romek, najmłodszy i najmądrzejszy z gromady; mógłby chodzić nawet do
szkoły, ale nie chciał rozumieć długich ciągów zaskakującej logiki,
jakimi operowali młode mózgi siwi, uszminkowani ludzie.
Siwi-uszminkowani mieli zmarszczki jak druty kolczaste i Romek był
pewien, że to od przeciągów logicznych. Romek lubił kolory, kiedyś
ciągi nabrały kolorów: niby nikły szare, ale ta szarość wierciła się
odblaskami i przebiciami, czasem przedrzeźniając inne barwy. Niektóre
słowa, jakie mówili siwi ludzie, a które nazywali twierdzeniami,
udawały, że są czarne, brunatno-fiołkowe albo nieśmiało-żółte, a
najciekawsze pozorowały na karmazyn, jakby zdenerwowane, albo wściekłe
- tak muszą sterczeć koło bladych, wątłych, dyskretnych wnioskowań!
Romek widział je, chciały być gdzie indziej, w jakimś barwnym
towarzystwie i myślał: czy w jesiennym lesie czułyby się pospolite i
nie zapragnęły sczernieć? Pociągała też Romka siwizna starych ludzi:
była jakoś szara, ale zupełnie inaczej niż... nie wiedział. Miała
barwną fakturę, jak się dobrze przyjrzeć, każdy włos wypluwał inną maść
i choć były krótkie, to niezaprzeczalnie wibrowały, co miesiąc
zaskakując zmianami: siwiejąc bawiły się z Romkiem, flirtowały z nim! -
włączały i wyłączały takie ciekawe melanże. Marek nie lubił, kiedy
Romek dotykał jego włosów albo wpatrywał się w nie, ale lubił to, że
budzą ciekawość. Poświęcił się nawet i trochę je zapuścił. Romek
wybierał specjalnie kolory dla swoich ławek. Właściciel zakładu
pozwalał mu mieszać małe ilości farby i eksperymentować. Pozwalał nawet
wyrzucić mieszankę, kiedy wydała nieładny barwnik; czasem niełatwo było
sprzedać ławki Romka, kupcy chcieli jednokolorowych składaków.
Znajdowały się sklepy, których pstrokaci właściciele szukali ławek
Romka. Pewna szminkowa dama przyjeżdżała aż znad morza, musiała
upiększać swoje małe molo siedzonkami o mądrych, przemyślanych tonach.
Romek miał szczęście, że trafił do ławkarni. Właściciel, kiedy był
młody, sam malował, miał więc sentyment do pasji Romka. Właściciel
poddał malarstwo wraz z pierwszym dzieckiem, bał się, że nie będzie co
jeść. Potem, kiedy był wielko-domy, samochodowy i miał dwie lodówki,
próbował wymyślić coś na życie, coś sensownego. Co mam teraz robić -
pytał siebie, obracając głowę na wszystkie strony, ale wszędzie widział
tylko jedzenie. Obwody z twórczości przepaliły się, za to na starość
dostał odznaczenie miasta za działalność w radach. Ale gdyby został
malarzem, Romek nigdy nie mógłby umaszczać siedzeń na sentymentalnych
tyłach ławkarni, gdzie barwy zlewały się na podłogę i zalegały,
bujające, w zakrzywieniach podłogi.
To właśnie Romek ozdabiał ławki wodnym R, zawsze na lewej nodze.
Któregoś razu jedną z ławek przez pomyłkę zakupiło miasto, pakowacze
energicznie zabrali ją na wóz, bo stała obok topornie zabarwionych,
żółtawych, czerwonych i zielonych dzieł, wybranych do miejskiego parku.
Gdy je ustawiono, chabrowo-modra, pośród nich, nikomu nie
przeszkadzała, choć, przyznajmy, zachwycała także niewielu. A była po
to, żeby zachwycać. Ławki opasywał czarujący park, doglądany przez
miasto, które samo trzymało się z daleka, z daleka dochodziły też do
ławek miejskie bzykania i czasem słychać było nawet ptaki,
wynioślejsze, inne niż wszędobylskie, zadomowione (a może uparkowione),
krztuszące się własnym bulgotaniem gołębie, których sensem istnienia -
dla ławek - było kupkanie, kap, kap, kup. W zimie kolory skrywał śnieg,
a pracowici ludzie w jednorodnych uniformach zgarniali go na ziemię;
wcześniej, na jesieni, czasem liście buntowniczo odcinały się własną
barwą od drewnianych ław, a lasem i wiosną siedziska stały i
szlachetnie obłaziły z farby. Ozdobne i wygodne. Tylko wobec drzew
ławki skrzypiały nieswojo: drzewo musi umrzeć, by powstała ławka.
Trzeciego roku mały gruby człowieczek w nagrobnym garniturze
przypadkiem - jego mózg wybierał za niego - przechodził żwirową aleją.
Nie widział kolorów, ale poznawał łuszczącą się farbę i jego mózg
uznał, że oblazłe ławki to skaza jego pogrzebnego honoru. Od kiedy się
dochrapał i był inspektorem d/s zieleni w mieście, miał dbać o parki -
choć sam nimi nie chodził. Dbał w imię świętych innych. Szedł i kiwał
łysą głową, na bokach której ocalało trochę siwizny, wydymał tłuste
wargi i merdał końcem pulchnego nosa, trochę jak królik. Pomyślał, że
każe przemalować ławki, i kiedy doszedł do biura, powiedział: mają być
zielone! Jest specjalistą od zieleni. Zaskakujące, jak prosto myślał
ten człowiek.
Niedługo zjawili się pracowici ludzie, zaczęli malować ławki - hurtem -
na zielono. Mężczyźni pili, dużo siedzieli i rozsiewali fatalne
wyziewy, tak że spacerowicze, którzy poznali ich na drodze, zmieniali
gwałtownie tor wędrówek. Zaś maść, którą bezładnie szorowali dechy, nie
miała w sobie nic z głębi i zażywności zieleni ani radości swawolnego
seledynu ani nawet dojrzało-czułej mgły szmaragdu. Jakaś starsza pani,
ujrzawszy tą masakrę estetyki, podeszła i mówiła do robotników, mimo
opoki kruszącego odoru. Usłyszała: taki nakaz; i zaczęli śmierdzieć
bardziej.
Ławkę z wodnym R też pociągnęli farbą, jak wszystko, na zielono;
jeszcze zbrukali kilka i pod wieczór poszli z parku. Kiedy następnego
dnia wrócili, ławka R lśniła nowością głęboko i intensywnie niebieską,
ani śladu zieleni, nic złuszczonej farby.
- Na pewno, na pewno śmy ją machli! - upierał się żylasty robotnik.
- Jedną mogli przeoczyć - zbył go ręką inny, tłustawy i położył na
ziemi torbę z butlami ciemnego piwa - Dawaj...! Walniem ją dziś!
Tak zrobili. Ogromnie byli zdziwieni, kiedy następnego rana, wśród
rzędu identycznych, skrzywdzonych, zielonych ław buńczucznie
niebieściła się ławka ze znakiem R.
Robotnicy pokręcili - zdumieni - głowami.
- Jakiś dowcipniś robi sobie jaja - wycedził tłustawy - z nas... no z nas!
- Kurna! - zapienił się żylasty - Jak ja go, kurna, dorwe...
I znowu pomalowali ławkę na pokraczną zieleń.
I znowu ławka wyniebieściała uroczo przez noc.
- Jak ja go, kurna, dorwe...! - bulgotał żylasty.
Tłustawy stanął przed ławką, wielki jak pomnik, podparł się pod miękkie
boki, które z lekka ustąpiły i myślał. Naraz powiedział:
- Rzucim ją na koniec... no... Z końca nie podmieni.
Żylasty, ani nikt inny, nie spytał czemu z końca nie podmieni, tłustawy
był szefem, wielki facet miał siłę i spryt.
Chwycił ławkę i szarpnął, metodycznie, do góry. Nic. Zaklął, a potem:
- Weź no który, z drugiej! Kurde, stoicie...
Żylasty przyłożył się, poczerwieniał głupawo i pierdnął. A ławka stała.
Wkrótce pięciu siliło się popierdując głucho, ale nie zdołali jej
ruszyć.
- Przyspawana! - ryknął żylasty - Mówie, kurna, przyspawana! - zamrugał, jakby mruganie miało magiczną moc.
Zbadali nogi, rzeczywiście: żelazno-węglowe łapki wrosły w ziemię.
Rozgrzebali wokół, lecz nieregularne, drżące kształty sięgały głębiej.
Ławka nie wiedziała, że można ją przestawiać i zapuściła korzenie.
Wszystko wokół miało korzenie, więc trochę ze stadnej głupoty, trochę z
ciekawości, a trochę z nadziei, wsunęła nieśmiałe, żeliwne wypustki w
dół, do ziemi. Nie pytajcie: jak to możliwe, nie ja wymyślam historię.
Robotnicy przynieśli inną farbę, równie pokraczną, ale mocniejszą,
miała zeżreć niebieski. Przemalowali - i znów nazajutrz podziwiali
ławkę, obtoczoną starannie w mieszance Romka. Miała coś swojego.
Próbowali jeszcze i jeszcze.
Dziwne, tłustawy robotnik wziął sprawę osobiście, jakby jego honor
zależał od koloru ławki w parku. Był zwykłym robotnikiem jak inni i nie
jego obciążono by winą. Po męsku, uparł się, chciał dopiąć swego, takie
zasady. Siedział z piwem w brudnej, zielonej łapie naprzeciw radośnie
niebieskiemu siedzeniu i kalkulował, co jeszcze robić, no co jeszcze...
A kiedy długo nic nie pojawiało się w głowie, rzucił butelkę ze złością
- stłukła się szkliście - i wymamrotał, trochę pijany, przed siebie.
- I czego ty?... jedna... ty...
Splunął.
- Co ci?! żeby być taka... ooo... - machnął ręką.
Na ławce ze znakiem R coś skrobnęło, potem znów i trzeci raz, sypnęły
się szarpane wiórki. Tłustawy robotnik stękną, uniósł zad i przysunął
się bliżej. Na najwyższej desce oparcia samorodnie powstawał napis,
jakby ktoś ciął nożykiem, zgrabnie i trochę pochyło. Ławka drżała przy
każdej literze, zatrzymywała się przy złożonych, jakby miała, ona, albo
niewidzialny autor, odpocząć, a potem dalej, poskrzypując stelażem,
ciągnęła. Robotnik patrzył i patrzył i myślał, żeby musi być strasznie
pijany.
W końcu na ławce ukończył się napis.
Tłustawy pierdnął.
Oto co powiedziała ławka: "Jestem taka a nie inna".
Po tym, co zobaczyli, robotnicy pili długi czas. Tłusty zachodził w
głowę i puszczał gazy, ale w końcu nic nie wymyślił i ławka została
tajemnicą. Pojął ją dopiero przy śmierci: tłuścioch zapił się i
wymiotując, w koszmarnym widzie, kiedy miał oczy jak sczerniałe łuski
naboi, zrozumiał, że całe życie był cholerną zieloną ławką. A mógł być
niebieską.
Potem zapadły mu się zmęczone komory workowego serca. To nie była lekka
śmierć. Przy zawale ból utrzymuje się wiele godzin, cały czas człowiek
się boi, bo wie, że umiera; gruby miał bladość, sinicę i poty, rzygał
całym zielonym życiem i był sam. Długo wił się po lastrykowej podłodze,
bolało jak diabli, aż na końcu zrozumiał, posikał się i umarł.
Tłuścioch padł na martwicę skrzepową z przepicia. Zawsze mógł umrzeć na rozpływną, ona woduje mózg.
To nie koniec historii. Skończyła się dobrze i źle. Tłusty z
resztą robotników uznali, że to znak boski i ławka ma stać gdzie była,
na niebiesko. Pogrzebowy zarządca od zieleni nie uwierzył. Niebieska
złościła go, nie dlatego, żeby była niebieska, nawet nieźle pasowała,
całkiem, ale miała być zielona. Z tajemniczego powodu zależało mu na
tym jak cholera; dlatego pewnego dnia na alejce pojawił się buldożer i
wyrwał ławkę, z żelazno-wodorowymi korzeniami, miażdżąc dwie
deszczułki, które chlusnęły delikatnością i prysły. Ławkę darowano
pobliskiemu podwórku, gdzie dzieci wypisywały na niej wyznania miłosne,
a pod nogami miała beton. Nie chwiała się z zapuszczeniem korzeni.
Wkrótce miejskie deszcze strawiły farbę i dozorca machnął ją na
zielono. Farba była słaba, więc wkrótce znów ją przemalował, wybrał
czerwień, potem żółć i tak podróżowała ławka po nie swojej tęczy,
czasem bledniejąc pogłosem niebieskiego. Pozostał tylko znak R, ale
Romek już o niej nie pamiętał, produkował teraz siedzenia w stalowych,
bezbronnych odcieniach różu.
Inne ławki w parku wyglądały tak głupio, że starszej pani, która broniła kolorów, wstyd było na nich siadać.
Morał: każda ławka odpowiada za siebie.
Należy uważać na martwice skrzepowe.
|
|
|