Poezja i proza - Portal Literacki  



Nowe recenzje


· GRZECHY JOANNY, Marat Joanna, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła
· ZŁOCISTA DOLINA, Walczak J. Iwona, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła
· MASTERTON. OPOWIADANIA. TWARZĄ W TWARZ Z PISARZEM, Masterton Graham. Cichowlas Robert, Pocztarek Piotr, Albatros, recenzent: Lipski Bartosz
· SATYNOWY MAGIK, Łysiak Waldemar, Wydawnictwo Nobilis, recenzent: Solecki Tadeusz
· NIEUGIĘTY, Millar Sam, Wydawnictwo Replika, recenzent: Stolarz Iwona
· APETYT NA JUTRO, Woźniak Agnieszka, Wydawnictwo Replika, recenzent: Błaszkowska Alina
· EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA, Schmitt Éric-Emmanuel, Wydawnictwo Literackie, recenzent: Solecki Tadeusz

[ RECENZJE ]

Online

Aktualnie jest 50 gość(ci) i 2 użytkownik(ów) online.

Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj

Epika: Rozterki wielkiego mistrza *
Wysłano dnia 02-12-2005 o godz. 20:43:04
Autor: Winrich

/opowiadanie przedgrunwaldzkie z drugiej strony/


Rozterki wielkiego mistrza


Stukot podkutych żelazem stóp wypełnił salę.
Ulryk von Jungingen, wielki mistrz Zakonu Niemieckiego gniewnym wzrokiem popatrzył za odchodzącymi czeskimi rycerzami, którzy przybyli do Malborka razem z wielkim szpitalnikiem.
- Opowiadajcie bracie Wernerze! – zwrócił się do Tettingena, który przysiadł na rzeźbionej kunsztownie ławie i spuściwszy głowę wpatrywał się w mozaikową posadzkę. – Co właściwie uzyskaliście na dworze naszego pana Wacława?
- Wiele i niewiele! – enigmatycznie odrzekł Werner von Tettingen, podkręcając przy tym kunsztownie ułożoną brodę. – Jak każdy Luksemburg potrafi, kiedy trzeba, tak zamieść kitą, że i diabeł by się w tym nie rozeznał.
- Diabeł nie, ale wy bracie tak! – roześmiał się szczerze wielki mistrz. – Dlategom was wybrał do tej misji!
- Zaszczyt to dla mnie! – skłonił się nisko wielki szpitalnik. – Ale czym godnie się z misji wywiązał, wy dostojny mistrzu, sami ocenicie. – Przyzwalający gest Ulryka zachęcił Tettingena do kontynuowania. – Wysłaliście mnie panie, bym skłonił króla Wacława, aby postąpił jak ongiś jego wielki przeddziad – rycerski król Jan i wyruszył z nami wspólnie na Polskę. Kiedym ruszał, cel ten wydał mi się niezmiernie łatwy do osiągnięcia, szczególnie że dobrze pamiętałem, jak niedawno przecie gęsto musiał się tłumaczyć za wspieranie Polaków i o mało nie minęła go z tego powodu korona. Byłem przy tym, jak zacni elektorowie dla tych właśnie powodów ofiarowali zwierzchność nad cesarstwem Ruprechtowi – palatynowi reńskiemu. Mniemałem więc, że, gdy przedstawię mu dowody, iż zdradziecki Jogajła kuma się z wrogami świętego krzyża i wspiera przeciwko nam Żmudzinów, z największą ochotą przystanie na sojusz z Zakonem i udzieli nam wsparcia w wojnie. Jakoż i zaraz pierwszego dnia, gdy mnie przyjął na Hradczanach, nazywał polskiego króla fałszywym chrześcijaninem, co w gusła pogańskie nadal wierzy, na co przykłady od naocznych świadków przywoływał. Narzekał też, że własnych jego poddanych przeciwko niemu instyguje, do buntu ich podburzając, o co ma zamiar poskarżyć się miłościwemu papieżowi. A na moje propozycje, by z bronią w ręku upomnieć się w Krakowie o sprawiedliwość, wybuchnął tak wielką ochotą, żem był już pewien zupełnie, iż latem czeskie wojska przekroczą śląską granicę. – Tettingen przerwał i wziął głęboki wdech, niczym począł mówić dalej. – Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy następnego dnia Król przyjął mnie z chmurnym obliczem i zaczął czynić wyrzuty, oskarżając o przeniewierstwo i popieranie w Rzeszy kandydatury jego brata Zygmunta na przyszłego cesarza. Mówił też o żmudzkim poselstwie, które krąży po Europie i przedstawia wszystkim, co ich słuchać chcą wolę swego ludu przyjęcia Krzyża Świętego, w czym tylko nasz Zakon im przeszkadza. Pogłoski o tym znajdują posłuch zaś u wielu! W takich warunkach wspólna akcja przeciwko krakowskiemu królowi nie może mieć miejsca. Słusznie się domyślając, że dostojny Wacław nie dla moich uszu to wszystko mówi, postarałem się jeszcze tego dnia spotkać z królem na osobności. Jakoż po południu razem z całym dworem ruszyliśmy na łowy. W spotkaniu w leśnej gęstwinie nikt nam już nie przeszkadzał. Okazało się, iż na Hradczanach bawi równocześnie poselstwo króla Władysława z tym przeklętym klechą Mikołajem Trąbą, który pozyskał wielu baronów czeskiego królestwa, nie mówiąc o drobniejszym rycerstwie, które jest nam równie niechętne jako polskie. Ogłoszenie wyprawy na Kraków mogłoby się więc równać dla Wacława otwartym buntem, bo i prawdą jest, że tam wrze jak w diabelskim kotle. Jeno czekać jak dojdzie tam do wybuchu i Luksemburgowie będą się mieli z pyszna. – roześmiał się charkotliwie wielki szpitalnik.
- Cóż to za król, któren się lęka własnych poddanych! – wybuchnął gniewnie von Jungingen. – Mniemam jednak, iż to nie jedyny powód, dla którego Wacław się waha.
- Słusznie panie! – potwierdził gorąco Tettingen. – Jak zwykle chodzi o pieniądze, których skarb królewski zawsze łaknie.
- A te sześćdziesiąt tysięcy florenów, jakie mu posłaliśmy! – oburzył się wielki mistrz.
- Jego królewska mość przyjęła je z wdzięcznym sercem! – z wyraźnym sarkazmem odparł von Tettingen. – Obiecał za to wspierać nas w Stolicy Apostolskiej i w razie potrzeby przyjacielsko pośredniczyć w zakończeniu sporu z Jogajłą. Oczywiście przyjacielsko dla nas, nie dla Polaków.
- Przyjacielsko! – parsknął ze złością Ulryk aż czarna jak u kruka broda podskoczyła. – A na zaciągi zezwolił? Ilu rycerzy nam wiosną przyśle?
- Zaciągi to raczej Polacy czynią, którzy jako się dowiedziałem tego awanturnika Jaśka Sokoła sobie skaptowali, a co do rycerzy, to pewnie król Wacław z całą potęgą na Kraków ruszy, ale dopiero wtedy, gdy my Jogajłę pokonamy!
- Tak mniemasz, bracie? – z zadziwiającym spokojem rzekł wielki mistrz, na którego smagłym licu pojawił się dziwny wyraz. – Wtedy to my mu możemy pożogą w oczy zaświecić! Niech się strzeże, by nie tylko Kraków, ale i Praga nie zapłonęły czerwonym kurem. Bo i tak zdarzyć się może!
Tettingen spojrzał na wielkiego mistrza, a przez głowę przeleciała mu myśl, jak bardzo różnił się on od swego brata. Ale to akurat planom wielkiego szpitalnika bardzo odpowiadało. Wystarczyło jeno trochę dopomóc gorącej głowie Ulryka, by ten skierował swe plany w tym kierunku, o jaki Tettingenowi właśnie chodziło. Chytrze przymrużył oczy i patrzył w ślad za przemierzającym komnatę długimi krokami mistrzem.
- Każcie zwołać, czcigodny bracie, kapitułę! – rzekł, odczekawszy chwilę, szpitalnik. – Powinniśmy się naradzić, co nam czynić się godzi. – zaproponował, a po chwili już cichszym głosem dodał. – Pamiętajcie panie o Ragnecie i jej tajemnicy!
- Bracie Wernerze! – żachnął się wielki mistrz. – To ja wydaję jeszcze polecenia! Chociaż naradzić się istotnie musimy! A o Ragnecie i tej plugawej tajemnicy porozmawiamy po kapitule. Idźcie bracie wydać odpowiednie rozkazy!
Kiedy ucichły kroki wielkiego szpitalnika zza zasłony w kącie komnaty, gdzie znajdowały się niewidoczne dla niewprawnego oka tajemne drzwiczki, wyłonił się młody pokojowiec z czupryną równo przystrzyżonych jasnych włosów i wniósł tacę wypełnioną parującym mięsiwem oraz srebrzysty dzban z chlupoczącą w środku zawartością.
- Zjedzcie, czcigodny mistrzu! – głos pokojowca był cichy i pełen łagodności. – Od rana nie mieliście nic w ustach! To pieczeń z sarny, którą pozawczoraj upolowaliście!
- Postaw ją tam Stasske! – wielki mistrz wskazał na ławę, gdzie jeszcze chwilę temu siedział Tettingen. – Nie czuję jakoś głodu! Ale masz rację, zjeść trzeba. Co mówią w zamku? – zapytał, urywając pierwszy kęs pieczeni.
- Nic ważnego panie! – Stasske von Bolmen stanął z uszanowaniem w sporej odległości od swego pana i z uwagą mu się przyglądał. Dobrze wiedział, że Ulryk lubi posłuchać o najdrobniejszych sprawach, o jakich szepta zamkowa czeladź. Z tego powodu zawsze starał się zebrać co pikantniejsze ploteczki, w jakich szczególnie gustował wielki mistrz.
Opowiedział więc von Jungingenowi o kucharczyku, który na podzamczu wdał się w sprawy z gamratką, za co go teraz wójt zamkowy chce przepędzić, a ten mając wsparcie w jednym z sierżantów, opiera się. O bójce, jaką stoczyli dwaj psiarczykowie, którzy pokłócili się o to, który wespnie się na Górny Zamek bez pomocy z góry. O wyprawach kilku rycerzy na podzamcze ostatniej nocy.
Wielki mistrz słuchał tych plotek nieledwie ciekawiej jak przed chwilę relacji Wernera von Tettingen. Nagle jednak szybkim gestem oddalił pokojowca, który natychmiast zniknął za kotarą.
Jungingen odrzucił gniewnym gestem obgryzaną kość i szybkim krokiem przemierzył komnatę. Chmura niepokoju przesłoniła mu myśli.
A co jeśli przepowiednia umierającego brata się sprawdzi? Jeśli rozpoczęta właśnie wojna okaże się zgubą dla Zakonu? Jogajła jest twardym przeciwnikiem, na którym niejeden już połamał sobie zęby. Zakon też stracił swe wilcze kły! Rozleniwił się w ciągłych utarczkach, które nie niosły ze sobą prawdziwego zagrożenia. Rejzy! Ulryk nienawidził tego słowa. Cóż był z nich za pożytek! Trochę zdobytych skór, których odór prawie odbierał mu przytomność. Jakieś drewniane grodziszcze zrównane z ziemią! Gdzie tu rycerska sława?! Gdzie honor prawdziwego rycerza walczącego za wiarę! O tym właśnie zawsze marzył zasłuchany w minstrelskie opowieści. Oczywiście od brata się nauczył, jak ważną rolę propagandową odgrywają te coroczne litewskie wyprawy! Ilu popleczników zyskują Zakonowi, ile przynoszą mu darowizn! Ale nigdy nie mógł się z tym pogodzić. Od ćwierć wieku jednak nad Zakonem zawisła złowróżbna chmura, która mogła przeciąć nić żywota całego zgromadzenia.
Chrzest Litwy to była propagandowa śmierć dla Zakonu. Dobrze rozumiał to już wielki Winrich von Kniprode, który wszelkimi środkami przeszkadzał Litwinom w zawarciu sojuszu z Polakami. Sojuszu, który musiał z natury rzeczy zakończyć się chrztem. Konrad wiedział dobrze, że dla Zakonu nadszedł czas ostatecznej próby i chciał go jak najdłużej odwlec.
Twarz Ulryka rozjaśniła się na moment na wspomnienie starszego brata, któremu zawdzięczał wszystko. Przypomniał sobie długie godziny sporów, jakie toczyli ze sobą, gdy porywczy Ulryk próbował skłonić ostrożnego Konrada do rycerskiej walki z Polakami. Ale stary mistrz wolał nie ryzykować. Jednak, kiedy jego nie stało, do głosu doszli zwolennicy wojny tacy jak Kuno von Lichtenstein, czy Werner von Tettingen. Na obliczu wielkiego mistrza odbił się wyraz niesmaku. Czy on - obrońca wiary musiał cierpieć w swoim otoczeniu tego człowieka bez jakichkolwiek zasad? Dyplomatą był i owszem dobrym, ale te jego konszachty z kapłanami pogańskich bożków. I teraz ten szatański przedmiot, którego chciał użyć! Ciałem Ulryka wstrząsnął paroksyzm strachu. Nie! On na to nie zezwoli!
Nagłym gniewnym ruchem targnął za postawioną tacę, która z brzękiem opadła na kamienną posadzkę. Spoza kotary wyłoniła się w tym samym momencie blada twarz pokojowca, który o nic nie pytając począł zbierać porozrzucane kawały mięsiwa.
Kapituła zebrała się zaraz po nieszporach w wielkim refektarzu. Ulryk z rozmysłem nie zwoływał wszystkich obecnych w Malborku dostojników. Nie mógł jednak pominąć ani komturów ani najwyższych szarżą urzędników zakonnych, którzy teraz badawczo przyglądali się ogorzałemu obliczu wielkiego mistrza. Wielu z nich patrzyło na niego z nieskrywaną zawiścią, nie godząc się na przywództwo owego młokosa, którego tylko więzy rodzinne przywiodły na to stanowisko. Ulryk dobrze to wiedział, ale w tym momencie siła Zakonu musiała tkwić właśnie w jedności.
- Czcigodni bracia! – zagaił spotkanie po odmówieniu stosownych modlitw. – Oto od pół roku już cierpieć musimy stan wojny z królem Władysławem, któren to monarcha, z nazwy jeno chrześcijański, fałszywie nas oskarżył o nieprawne posiadanie ziemi żmudzkiej, którą przecie sam nam ongiś w wieczne posiadanie przekazał, co i później książę Aleksander swą pieczęcią potwierdził. Teraz zaś wspierał przeciwko nam fałszywych Żmudzinów, którzy wiarę prawdziwą porzuciwszy z powrotem do sprośności pogańskich wrócili, w czym rzeczony król Władysław ich jeszcze wspiera, co budzi wielki smutek w naszych sercach i obawę, czy istotnie król ów prawdziwie wiarę chrześcijańską wyznawa.
- Tak też przedstawiliśmy sprawę na dworach chrześcijańskich! – odezwał się wielki marszałek Kuno von Lichtenstein. – Ale i chytry Jagiełło swoimi ludźmi dwory chrześcijańskie obesłał, wykorzystując do tego własnych naszych poddanych – Żmudzinów, którzy pod jego opiekę zbiegli.
- Powrócił właśnie z Pragi od króla Wacława dostojny brat Werner, który niech krótko zrelacjonuje owoce swego posłowania! – wielki mistrz uczynił gest w kierunku wielkiego szpitalnika, który wezwany wstał i skłoniwszy się począł mówić.
- Ma rację pobożny brat Kuno, mówiąc o chytrości Jagiełły, któren wysłał po dworach swoje poselstwa, mające rozsiewać nieprawdziwe informacje na nasz temat. Doświadczyłem tego na własnej skórze, kiedy na Hradczanach mijałem się prawie z polskimi posłami, którzy takimi oto słowy zachęcali czeskiego króla. – Tettingen wyciągnął zza pasa pergamin, który szeleszcząc głośno rozwinął. – Dostojny mistrzu i wy pobożni bracia! Oto jest pismo, które podkanclerzy Mikołaj Trąba przywiózł do Pragi, a które ja niemałym kosztem zdobyłem, by wam go przedstawić. Bo i ciekawych z niego rzeczy dowiedzieć się można. Posłuchajcie zatem! „ Niechby przeciwnie o sobie powiedzieli – to o naszym świętym Zakonie – ile ta wiara zyskała w Prusiech, w krajach przez nich opanowanych od lat przeszło dwóchset. Zaprawdę, w porównaniu z tym, co na Litwie zrobiono, można by to za nic uważać; wiadomo bowiem, że Prusacy, których oni ochrzcili pod ich panowaniem szczycącym się udaną o wiarę gorliwością, bynajmniej nie porzucili obrządków pogańskich i rzeczywiście żadnego z tych pogan Krzyżacy nie prowadzą szczerze do wiary...”
- Oszczerstwo! Gdzież są ci poganie?! Jagiełło o sobie pewnie myśli! – rozległy się gwałtowne okrzyki, które dopiero wzniesiona ręka wielkiego mistrza uciszyła.
- Dalej jest jeszcze ciekawiej! – ciągnął Tettingen. – „... jak to widać na Żmudzinach, których powinni byli już ochrzcić, a przecież w ciągu pięciu lat żadnego do wiary katolickiej nie nawrócili... To tylko jedno ich życzenie, aby mogli kraje cudze jakimkolwiek bądź sposobem posiadać... Nie ma wątpliwości, że kiedyś, jeżeli ich Bóg nie ukróci, wszystkie państwa i królestwa pod ich przemocą uklękną.” I wreszcie na koniec. „ Krzyżacy zbroją się i posiłków żądają przeciwko prawym wyznawcom wiary katolickiej i tym, którzy od dawna przyjęcia tej wiary pragną”. I dalej następuje cały szereg oskarżeń o zwalczanie zabiegów króla Władysława, mających na celu rozszerzanie wiary wśród pogan. Oczywiście same oszczerstwa!
- Pismo tej samej treści otrzymaliśmy od przychylnego nam króla angielskiego Henryka! – wtrącił się niespodziewanie ponury Michał Kuchmeister, wójt z Drezdenka. – Miałem ja właśnie pokazać go wam dostojny mistrzu! Poselstwo, które tam przybyło, darowało jeszcze królowi Henrykowi cztery wspaniałej krwi rumaki wraz z prośbą, by nie zezwalał swoim baronom na wyprawy do Prus, gdyż nie z poganami walczyć oni będą.
- I cóż na to król Henryk? – oschłym tonem zapytał wielki mistrz.
- Król odrzekł polskim posłom, że jest „dziecięciem Prus”! – z dumą odparł Kuchmeister. – I kazał szykować się do pruskiej wyprawy dwóm setkom angielskich łuczników, których sam sfinansuje! Mam też wieści, że kilku wpływowych członków potężnego rodu Yorków szykuje się do przybycia nam z pomocą.
- Ile tego będzie razem? – zapytał Tettingen, unosząc się ze swego miejsca.
- Pewnikiem z pięć setek dobrego żołnierza! – Kuchmeister zdziwionym spojrzeniem obrzucił szpitalnika, z którym łączyło go wiele tajemnic.
- No cóż, ja niestety nie mam aż tak dobrych wieści! – zakomunikował w odpowiedzi Werner von Tettingen. – Na posiłki ze strony króla Wacława nie ma co liczyć. Raczej pomocy od Czechów oczekiwać może krakowski król, bo już tam zbierają się ochotnicy w pobliżu góry Tabor, a gdzie podążą, to już sam Bóg wie.
- Cóż na to król Wacław? – oburzył się spokojny zazwyczaj Tomasz von Mehreim , skarbnik Zakonu. – Jako król rzymski winien nam opiekę i wsparcie. A floreny, które mu zawieźliście?
- On uważa, że i tak wiele za nie uczynił! – uśmiechnął się z wyraźnym przekąsem von Tettingen. – Jakoż i rzeczywiście z kwitkiem odprawił biskupa Jastrzębca, wydając wyrok na naszą korzyść, w którym zabraniał wręcz Polakom jakiegokolwiek wiązania się ze schizmatykami i poganami, nakazując dotrzymania wszystkich wcześniejszych umów z Zakonem. Oznacza to ni mniej ni więcej, jeno unieważnienie układów zawartych w Krewie!
- To wspaniałe wieści! – wykrzyknął z emfazą Kuno von Lichtenstein. – Mamy więc ostateczny dowód przeciwko knowaniom Polaków! Wyrok króla rzymskiego!
- Cóż z tego? – z cicha zapytał Tettingen. – Mamy wojnę i ją nie pergaminami wygramy! A wyrok dostojnego króla Wacława może nam się przydać w razie zwycięstwa, w razie klęski będzie li tylko zwykłym świstkiem, z którym się nikt liczyć nie zechce! Zresztą Polacy natychmiast wyroku nie uznali, a chytry Jastrzębiec prosto z Pragi udał się za Alpy, gdzie Jego Świątobliwość Aleksander zaraz wyrok królewski unieważnił. Tyle więc zyskaliśmy, że Wacław nie opowie się ani za nami, ani za Polakami!
- Dobre i to! – jakby do siebie mruknął Ulryk von Jungingen, dając równocześnie znak kolejnemu dostojnikowi, aby zabrał głos.
Albrecht von Schwarzburg – komtur toruński podrzucił grzywę czarnych włosów i tubalnym głosem wypełnił cały refektarz.
- Z rozkazu szlachetnego Ulryka – wielkiego mistrza Zakonu Niemieckiego byłem ci tej zimy w Budzie, mając za zadanie nakłonić do wypowiedzenia wojny Polakom dostojnego króla Zygmunta. – Albrecht skłonił się po tych słowach i po chwili dodał. – I zadanie swoje ku większej chwale Zakonu wypełniłem!
Po słowach toruńskiego komtura salę wypełniły rozgorączkowane głosy. Głośno pytano, kiedy przybędą węgierskie posiłki. Czy król Zygmunt własną osobą ruszy na Kraków?
Tylko oblicze Wernera von Tettingen pozostało nieprzeniknione. Zaraz jeno odszukał skupioną, bladą twarz komtura Henryka von Plauena i z błyskiem w oku dał mu tajemniczy znak. Komtur wstał i spod płaszcza wydobył wężowego kształtu przedmiot, który zabłysnął w świetle pochodni złocistym blaskiem. Komtur obrócił go ku Tettingenowi i pogładziwszy posunął po stole w jego kierunku. Komuś, kto z boku przyglądałby się tej scenie, mogło się wydawać, że przedmiot sam podążył ku wysuniętej ręce wielkiego szpitalnika jakby ożywiony nagłą mocą. Werner zacisnął na nim dłoń i wymruczał coś pod nosem.
W refektarzu natychmiast ucichło. Na twarzach zebranych Krzyżaków odmalował się wyraz zdziwienia. Jakaś niepojęta dla nich siła zamknęła im usta. Jedynie mistrz Ulryk ponurym spojrzeniem obrzucił Tettingena, ale i on usta miał jak spętane. Dopiero po dobrej chwili komtur toruński był w stanie wydukać pierwsze słowa.
- Dostojny mistrzu i wy pobożni bracia! – mówił z trudem. – Król Zygmunt wyśle do Malborka w ciągu miesiąca swoich wysłanników, wśród których będzie z pewnością wielce nam przychylny palatyn królewski Mikołaj Gara. Ma on ustalić ostateczne warunki sojuszu z nami i wspólnego ataku na Polaków. Wahał się co prawda początkowo, powołując się na więzy krwi pomiędzy nim a królem Władysławem, ale gdym obiecał mu dwa miliony florenów, zaraz się zgodził!
- Skąd weźmiemy pobożny bracie dwa miliony florenów? – zapytał w głuchej ciszy skarbnik Zakonu. – Musielibyśmy ogołocić w zupełności skarbiec zakonny, a gdzie pieniądze na najemników, gdzie fundusze na naprawy w zamkach?
- Król Zygmunt po prostu połakomił się na zdobycz, jakiej pewnie i w niejednej większej wyprawie wojennej zdobyć się nie da. – odezwał się wójt Kuchmeister. – Niepewny to sojusznik, co jeno o zdobyczy myśli. Nie sojusznik to wtedy, jeno najemnik!
- Nie godzi się tak mówić o królu z miłego sercu każdego zakonnika rodu! – ostry głos wielkiego mistrza przydusił wójta do ławy. – Pomoc króla węgierskiego będzie nam wielce przydatna, a pieniądze dla niego się znajdą. Jeśli zajdzie taka potrzeba poszukamy ich na wrogach!
Ponownie zapadła cisza. Nikt nie śmiał zapytać o zagadkowe wydarzenie sprzed chwili, kiedy zebranym dostojnikom jakaś moc nakazała milczenie. Każdy sądził, że ta obręcz, która nagle zamknęła im usta, była li tylko ich wyobrażeniem, marą, jaką zesłał im zły duch.
Ulryk jednym już tylko uchem słuchał kolejnych relacji o poczynaniach swoich wysłanników. Na chwilę jeno uważniej przysłuchał się wieściom przywiezionym od niemieckiego mistrza krajowego, który informował, kto wybiera się w „gości” do Prus, a liczba ta wcale nie była imponująca. Lepsze informacje napłynęły z Pomorza, gdzie szczeciński książę Kazimierz zobowiązał się do zawarcia antypolskiego sojuszu.
Wielki mistrz tymczasem w duchu czynił rachunek sił i coraz mocniej gnębiła go myśl, że rozpętując wojenną zawieruchę sprowadził tym samym na Zakon miecz zagłady, który przetnie nić jego żywota. Ratunek był jednak! Ponownie wzrok Jungingena powędrował ku ponurej twarzy wielkiego szpitalnika.
- Dostojny mistrzu i wy czcigodni bracia ! – mówił tymczasem komtur świecki Henryk von Plauen. – Poruczono mi baczenie na wszystkie ruchy, jakie czyni nieprzyjaciel nasz i godnie staram się wykonać to zadanie. Kilku moim ludziom udało się zagłębić aż po sam Kraków, gdzie weszli w komitywę z niemieckimi kupcami i dzięki temu dowiedzieli się o jakowychś tajemnych poczynaniach, nad którymi ma pieczę ten przeklętnik – Zyndram z Maszkowic, któren tak wiele krwi nam napsuł poprzedniej jesieni. Co oni tam budują, tego jeszcze moi ludzie się dokładnie nie dowiedzieli, ale z pogłosek, jakie w międzyczasie zebrali od okolicznych ludzi spode Skały, wynika, że chodzi tu o jakowąś dziwaczną przeprawę przez rzekę. Myślę, iż wiecie pobożni bracia, jak groźne może się to dla nas okazać. Jeśli Jagielle uda się wczesnym latem połączyć na prawym brzegu Wisły z wojskami Witolda, to nasi bracia z Inflant mogą nie nadążyć na czas!
- Polacy pierwsi nie zaatakują! – stanowczo obwieścił milczący dotąd wielki marszałek Wallenrode. – To rzecz pewna! Jagiełło to wódz rozważny, który najpierw dziesięciokroć zwłóczy, nim pocznie działać. Niejeden raz mierzyłem się z nim w polu!
- Ponoć Polacy wojny nie chcą! – dorzucił niespodziewanie Henryk Reuss von Plauen, kuzyn Ulrykowy, który chociaż żadnej godności zakonnej nie pełnił, jednak ze względu na stryjecznego brata, w kapitułach uczestniczył.
- Czemuż więc łowy wielkie odbyli?! – zakrzyknął gniewnie Lichtenstein. – Takie ilości solonego mięsa z całą pewnością nie na potrzeby jeno dworu królewskiego są gromadzone.
- Na pograniczu też jakoby w ulu! – dorzucił Helferich von Drahe, komtur Ragnety, rycerz z charakterystycznymi, wielkimi jak bochny chleba dłońmi, którymi ponoć potrafił jednym uderzeniem powalić wołu. – Żmudzini mają nowego wodza, którego im podesłał zdradziecki Witold. I muszę przyznać, iż ten przeklęty Rumbold to przeciwnik nie lada. Przyjechałem właśnie prosić wielkiego marszałka o to, żeby zezwolił mi na chorągiew z Nowego Kowna, bym mógł choć trochę opędzić się od tych gzów, które mnie o śmierć mało nie przyprawią.
- Na żadne ogołacanie zamków granicznych nie zezwalam! – Ulryk von Jungingen zerwał się gwałtownie ze swego tronu i łopocząc białym płaszczem przemaszerował wzdłuż stołu, by zatrzymać się na wprost wielkiego szpitalnika, który wbił oczy w jego twarz. Przez dłuższą chwilę mierzyli się złymi spojrzeniami.
- Was, pobożny bracie szpitalniku czynię osobiście odpowiedzialnym, by żadne dodatkowe pułki nie poszły na Żmudź bez najwyższej potrzeby! – odezwał się wreszcie wielki mistrz surowym, nie znoszącym sprzeciwu głosem. - Was zaś, bracia proszę, byście podwoili starania, by nasz Zakon bez uszczerbku wyszedł z tego starcia! Oczekujemy teraz na przybycie dostojnych posłów króla Zygmunta, z którym wspólnie za kilka miesięcy śniadać będziem na Wawelu!
Wielki mistrz dał znak, że zebranie uważa za zakończone i dostojnicy zakonni poczęli się rozchodzić z wolna, kłaniając się nisko przed tronem, na którym siedział Ulryk. Najwyraźniej jednak kilku z nich nie miało najmniejszego zamiaru opuścić refektarza, co nie wywołało najmniejszego grymasu zdziwienia na kamiennym obliczu wielkiego mistrza. Kiedy potężne wierzeja zatrzasnęły się za ostatnim z wychodzących, Jungingen wstał i uważnym spojrzeniem obrzucił zebranych.
W refektarzu pozostali Kuno von Lichtenstein, Fryderyk von Wallenrode – najwyżsi dostojnicy Zakonu zaraz po nim, ale też Werner von Tettingen, komtur von Plauen i zatrzymany w ostatniej chwili przez wielkiego szpitalnika komtur z Ragnety.
- Dostojny mistrzu! – zagaił Tettingen. – Prawie dwa lata temu opowiedziałem wam tę samą historię, jaką ongiś opowiadałam waszemu nieodżałowanemu bratu – mistrzowi Konradowi. Pobożny Kuno i brat Fryderyk takoż wiedzą w posiadaniu jakiego przedmiotu się znaleźliśmy dzięki wielkiemu Hermanowi von Salza! Jak potężne jest działanie owego przedmiotu przekonaliście się panie niedawno, gdym wraz z bratem von Plauen zdobywał Bydgoszcz!
- Powiedzcie jednak bracie szpitalniku, jak straszliwy układ był tego ceną? – ze złością warknął wielki mistrz. – Czy godzi się zakonnikowi, co śluby składał wdawać się w konszachty ze sługami szatana?
- Na mnie i na moją duszę niechaj grzech ten spadnie! – z emfazą odrzekł Tettingen. – Ku większej chwale Zakonu, któremu, jak mniemam, wszyscy jednako służymy.
- Nie unoście się pobożny bracie! – Lichtenstein poklepał przyjacielsko po plecach szpitalnika. – Dobrze wiemy, że całym sercem służycie naszemu zgromadzeniu, a czasy zresztą teraz takie, że nie wiadomo, co złem a co dobrem nazwać!
- Dobro Zakonu winno być dla nas najważniejsze, czcigodny mistrzu! – tonem napomnienia dodał Wallenrode, unosząc się ze swojego miejsca. – Cóż więc nowego chcielibyście nam powiedzieć bracie Wernerze? – zwrócił się do Tettingena.
- Do tej pory dysponowaliśmy jeno nieociosanym Kamieniem Woli! – odezwał się komtur świecki. – Jego działanie mogło być obosieczne! Nie umieliśmy nad nim zapanować. Teraz jednak możemy skonstruować rzecz, nad którą nie tylko będziemy panować, ale której moc będzie wręcz niewyobrażalna. Pomyślcie jeno bracia, czy znajdzie się wówczas ktoś, kto się nam oprze?
- Czyli list Jagiełły mówił prawdę. – jakby do samego siebie odezwał się Ulryk von Jungingen i jego uwagę istotnie usłyszał jedynie Lichtenstein, który odwrócił głowę i wymownie spojrzał na mistrza. Nic jednakże nie powiedział, tylko zamrugał oczami.
- Mając do dyspozycji Obręcz Woli, którą pragniemy skonstruować – głos Plauena przycichł nieco, jakby ten obawiał się czegoś – będziemy mogli narzucić swoją władzę każdemu!
- A kto będzie dysponował mocą Obręczy? – zapytał Wallenrode.
- Tajna Rada powołana przez wielkiego mistrza! – odpowiedział Tettingen, marszcząc dumnie czoło. – Ku chwale i potędze Zakonu!
- A wy będziecie przedstawiać kandydatów do niej! – wybuchnął Jungingen.
- Nic nie stanie się bez waszej wiedzy panie! – wysyczał szpitalnik. – Ku chwale Zakonu!
- Czegóż więc teraz chcecie? – wielki mistrz z trudem trzymał nerwy na wodzy. – Widziałem bracie Wernerze, co zrobiliście w czasie obrad!
- Wiecie więc, jaka jest siła przedmiotu! – roześmiał się ponuro Henryk von Plauen, skupiając tym samym uwagę wszystkich na sobie. Lichtenstein mruknął coś do siebie i pokiwał ze zrozumieniem głową, zaś Wallenrode szepnął na ucho milczącemu dotąd jak grób komturowi ragneckiemu jakąś uwagę, która wywołała u niego śmiech podobny do rżenia konia.
- Bracie von Drahe! – surowym głosem upomniał go Tettingen. – Nie czas to na śmichy, chichy! Powiedzcie lepiej dostojnemu mistrzowi, jakich zabezpieczeń potrzebujecie w Ragnecie!
- Czcigodny mistrzu! – śmiech zamarł na grubych ustach komtura, który skłoniwszy się głęboko, rzekł. – Dostojny brat Werner pozostawił mi w zamku człowieka, na którego poluje sam przeklęty Rumbold Wolimuntowicz. Nie ma praktycznie dnia, by nas ci przeklęci Żmudzini nie niepokoili! Ale najbardziej zażarci są na tego Kriwuna, co nocami ich osady nawiedza. Ostatnio nawet nie bali się wręcz na zamek nastąpić, żądając wydania im zdrajcy i dopiero dzięki pomocy Tej Rzeczy udało się rozpędzić ich w lasy. Boję się jednakowoż, że im wiosna bliższa, to i śmiałość tych dzikusów wzrośnie. A i Kriwunowi coraz więcej ofiar potrzeba, których po wioskach łapać musimy.
- Panie! – Tettingen zwrócił się do wielkiego mistrza. – Bez owego człowieka cała sprawa na nic! Boję się też, czy Polacy czegoś nie zwąchali!
- Moi ludzie – wtrącił się von Plauen – donieśli mi o jakowychś szpiegach kręcących się i koło Świecia, i koło Ragnety.
- Oby z tego szkoda dla Zakonu nie wyniknęła! – enigmatycznie odezwał się wielki marszałek. – Mistrzu, działać trzeba!
- Co radzicie pobożny bracie? – Ulryk nachylił się w stronę siwawego marszałka.
- Dajcie panie wolną rękę bratu szpitalnikowi! – mruknął Wallenrode. – Zabezpieczenie mieć trzeba! Jeśli Zygmunt przyjdzie nam z pomocą, wygramy i bez tego, ale jeśli jego pomoc będzie jako Wacławowa, to... – zamiast dokończyć stary marszałek spuścił bezradnie głowę.
- Dobrze więc! – wielki mistrz powstał ze swego tronu. – Weźmiecie bracie Wernerze dwustu knechtów, jakich sami dobierzecie i udacie się do Ragnety. Chcę jednakowoż, by towarzyszył wam brat Reuss von Plauen! Macie też meldować mi o wszystkich swoich poczynaniach! Nie ma mowy o podobnych zdarzeniach jak dzisiejsze. Rozumiecie, bracie szpitalniku?!
Werner von Tettingen skłonił się z szacunkiem.
Dopiero będąc w swojej komnacie, Ulryk von Jungingen uspokoił się. Ręce przestały drgać mu nerwowo, zaś z twarzy zniknął wreszcie grymas niesmaku. Istotnie sama obecność wielkiego szpitalnika przyprawiała go o niestrawność.
- Cóż miałem zrobić? – pytał głośno sam siebie, nie zważając na obecność milkliwego pokojowca. – Miał poparcie i wielkiego komtura, i marszałka. Gdybym się sprzeciwił, to... – urwał, ale nadal sumienie nie dawało mu spokoju. – Ten Kriwun to bestia w ludzkiej skórze! Ale i z Tettingena... Żeby się skumać ze sługą szatana! Dla większej chwały Zakonu! A jeśli za to przyjdzie kara na nas, jak to głosiła ta zakonnica z północy! I obcięte im będą członki... A jeśli Jagiełło jest biczem Bożym na Zakon! Jeśli posiłki z Zachodu nie nadciągną? Cóż nam wtedy pozostanie, by ratować nasze święte zgromadzenie? Kamień Woli?! A jeśli to ściągnie na nas gniew Boży! Ku większej chwale Zakonu! Ku chwale Zakonu!
I z tymi słowami na ustach wielki mistrz Ulryk von Jungingen zapadł w niespokojny sen.
Stasske von Bolmen odruchowo zarzucił na niego ciężką niedźwiedzią skórę i cicho jak duch wymknął się z mistrzowej celi.
Czytaj
Tekst lubią:

 
Logowanie/Założenie konta | liczba komentarzy: 15 | Szukaj

Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować

Re: Rozterki wielkiego mistrza - opowiadanie przedgrunwaldzkie z drugiej strony *
przez Anonimus dnia 06-12-2005 o godz. 11:19:08
Dobre, dobre.

No właśnie - i tu pojawia się echo naszych dyskusji na Forum - czyli język. Twój jest jedynie z lekka stylizowany - tak żeby i wilk syty (żeby historią trąciło) i owca cała (żeby było naturalnie). No, ale nie to nie leży, co według syntha powinno dysponowaliśmy/obosieczne/skonstruować itp. wcale nie jest współczesne. Predzej tych zwrotów użyto by wtedy w środowisku - jakby nie było - polityków, niż teraz, bo klasa polityczna mocno złachana. A wydają się takie "zbyt współczesne" - co jest bzdurą!




Re: Rozterki wielkiego mistrza - opowiadanie przedgrunwaldzkie z drugiej strony *
przez rahl dnia 05-12-2005 o godz. 08:25:43
Jeden z Twoich lepszych kawałków, absolutnie nie "oczyszczać" do gołej historii:)

Powtórzenia faktycznie zbędne:) Ciachnąć:))



Re: Rozterki wielkiego mistrza - opowiadanie przedgrunwaldzkie z drugiej strony *
przez Voronwe dnia 04-12-2005 o godz. 17:20:10
Przeczytałem ci ja ów tekst i zadowolonym wielce. Bom też i nie znalazł tyluż niepotrzebnych elementów, co w rzeczach opublikowanych wcześniej.

W pokornej opinii mojej historyja sama w sobie dość pasjonująca jest, coby do niej jeszcze fantasy mieszać.

Thriller polityczno/sensacyjno/wojenny się nam jednak zapowiada znakomity, jak śmiem mniemać. Byle tylko Autor nie przegalopował z mnogością wątków i akcyi komplikowaniem.

Pozdrawiam



Re: Rozterki wielkiego mistrza - opowiadanie przedgrunwaldzkie z drugiej strony *
przez synthspirit dnia 03-12-2005 o godz. 17:49:11
Właściwie jak Wskocz, ale: propagandowe, dyplomacja, finansować itepe. Strasznie mnie to gryzie.

Niemniej jednak łyknąłem sobie rzecz razem z Jagiełłową, która mi wcześniej umknęła była i kontent jestem wielce.

synthspiritus



Re: Rozterki wielkiego mistrza - opowiadanie przedgrunwaldzkie z drugiej strony *
przez wskocz dnia 03-12-2005 o godz. 16:47:37
No i czyta się świetnie. Porywające te rozterki, trzeba przyznać. Utrzymujesz ciągłość stylu z poprzedniego opowiadania (bardzo na plus, wiem jak ciężko jest trzymać puls na narracji tak by jednocześnie za dużo nie zdziwiać a przy tym nie zanudzić czytelnika). Dobrze zbalansowane.

Teraz pewne niejasności - Mistrz raz mówi o przepowiedni konającego brata, drugi raz coś o enigmatycznej zakonnicy z północy, ale w sumie to szczegół (chyba że coś mi tam po drodze umknęło).

Natomiast, co zauważyłem u Ciebie po raz drugi to powtarzanie lub pokrywanie się pewnych informacji odsłanianych przez bohaterów (rozmowa Wernera z Jungingenem, częściowo powtórzone potem na kapitule). Ten zabieg sam w sobie, wg mnie, nie jest niczym złym, ale starałbym się na Twoim miejscu powtórzenia stosowac w celu przypomnienia czytlenikowi o najistotniejszych dla fabuły sprawach w stosownie określonych (odległych od siebie w fabule) miejscach - jak to zrobić, nie mam pojęcia, ale kierując się odczuciem próbowałbym mimo wszystko zwracać na to uwagę. To taki mój subiektywny wtręt.

Chętnie bym teraz poczytał co się w Ragnecie wydarzy, takmi się widzi, że ten wątek aż się prosi

o kawałek akcji.

Pozdrawiam



Re: Rozterki wielkiego mistrza - opowiadanie przedgrunwaldzkie z drugiej strony *
przez yarre dnia 10-12-2005 o godz. 11:03:01 http://www.kolaseum.portalliteracki.pl
no))!

na marginesie dyskusji na forum - towarzyszka aneza ma rację - język ci wyszedł włąsnie taki, jak powinien. Nad słowami kwestionowanymi przez spiryta tez bym się zastanowaił, ale są do przyjęcia. Poza tym "propagandowym". Bardzo dobry tekst, moim zdaniem zaczynam się wciągać i żądam kontynuacji.

Kilka jednak uwag na "nie".

Tradycyjnie czepię się "swiftek":

- "- Diabeł nie, ale wy bracie tak! – roześmiał się szczerze wielki mistrz. – Dlategom was wybrał do tej misji!

- Zaszczyt to dla mnie! – skłonił się nisko wielki szpitalnik."



O ile "skłonił się nisko" jest ok, to "zaśmiał się szczerze" mi nie pasuje. Starczyłoby, by się po prostu roześmiał. Szczerość można podkreślić innym wtrętem. Mógłby np szpitalnik odczekać dłuższą chwilę, aż Ulryk skończy rechotać, i to podkreśliłoby sens tego, o co chodzi.:)



"że tam wrze jak w diabelskim kotle. Jeno czekać jak dojdzie tam do wybuchu i Luksemburgowie będą się mieli"



zbyt blisko dwa "tamy":)



"- Król odrzekł polskim posłom, że jest „dziecięciem Prus”! – z dumą odparł Kuchmeister. – I kazał szykować się do pruskiej wyprawy dwóm setkom angielskich łuczników, których sam sfinansuje! Mam też wieści, że kilku wpływowych członków potężnego rodu Yorków szykuje się do przybycia nam z pomocą.

- Ile tego będzie razem? – zapytał Tettingen, unosząc się ze swego miejsca.

- Pewnikiem z pięć setek dobrego żołnierza! – Kuchmeister zdziwionym spojrzeniem obrzucił szpitalnika, z którym łączyło go wiele tajemnic."



Co przeoczyłęm, ze nie wiem skąd zdziwienie Kuchmeistra?

Wiecej grzechów nie pamietam poza jednym głównym:)

Błagam! Enteruj akapity i rozjeżdżaj graficznie dialogi jakoś, bo mnie oczy bolą(((( Piekielnie przeszkadza mi to w czytaniu.



Re: Rozterki wielkiego mistrza /opowiadanie przedgrunwaldzkie z drugiej strony/ *
przez PiotrWalentynowicz dnia 10-04-2010 o godz. 13:06:44 http://www.facebook.com/#!/profile.php?id=100001087784403
Czy w historiografii funkcjonuje nazwa "Zakon Niemiecki"? Nawet jeśli Jan Longus, opisując Krzyżaków, pisał: "zakon ten jest zakonem niemieckim (...) nie przyjmują oni na brata nikogo, kto nie pochodzi z krajów języka niemieckiego" to nie użył on przecież nazwy własnej, a scharakteryzował Krzyżaków od strony, można rzec, etnicznej. A jeśli nawet nazwa "Zakon Niemiecki" jest w porządku to czy narrator, w chwili gdy przytacza rozmowę dwóch członków zakonu, zasugerowałby, że oni sami uznają się Zakonem Niemieckim? Przecież stricte niemieckich zakonów było wówczas więcej (choćby działający w sojuszu, ale nie tożsamy przecież z Krzyżakami, Inflancki Zakon Rycerzy Chrystusa, znany jako zakon kawalerów mieczowych). Reasumując mój wywód - może lepiej użyć nazwy bliżej oryginalnej?




Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2011 poczta małpiatka portalliteracki.pl
Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione.


Reklama w Portalu Literackim