Nowe recenzje
· GRZECHY JOANNY, Marat Joanna, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła· ZŁOCISTA DOLINA, Walczak J. Iwona, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła· MASTERTON. OPOWIADANIA. TWARZĄ W TWARZ Z PISARZEM, Masterton Graham. Cichowlas Robert, Pocztarek Piotr, Albatros, recenzent: Lipski Bartosz· SATYNOWY MAGIK, Łysiak Waldemar, Wydawnictwo Nobilis, recenzent: Solecki Tadeusz· NIEUGIĘTY, Millar Sam, Wydawnictwo Replika, recenzent: Stolarz Iwona· APETYT NA JUTRO, Woźniak Agnieszka, Wydawnictwo Replika, recenzent: Błaszkowska Alina· EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA, Schmitt Éric-Emmanuel, Wydawnictwo Literackie, recenzent: Solecki Tadeusz[ RECENZJE ]
Online
Aktualnie jest 54 gość(ci) i 2 użytkownik(ów) online.
Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj
NA FORUM
 | CO Z RUBRYKĄ |
 | wszystko jest do zmiany |
 | FABRYKA-NASZE MIEJSCE W KOSMOSIE |
 | Funkcja redaktora - rezygnacja umorusańca |
 | Jerzy Reuter - Izobar nie żyje |
 | Zaproszenie na kwietniowy DACH |
 | O stronie na stronie. |
 | Fantazje Zielonogórskie 2012 - konkurs na opowiadanie |
 | Coś dla poetów i miłośników poezji |
 | Kwiecień plecień w netkulturze! |
 | Cytat z Forum |
 | Zbieramy teksty do nowego numeru Magazynu Cegła!!! |
 | Konkurs Poetycki „O Srebrne Pióro MDK” – VI edycja |
 | CHATA |
 | Dość codzienność! |
 | Zapraszamy na Świąteczny DACH |
 | Kto |
 | Ody odbite Karola Maliszewskiego |
 | Pierwsze zdanie! |
 | współpraca przy scenariuszu - za pieniądze |
 | Ankieta dotycząca czytelnictwa kryminałów |
 | Czarny Kot |
 | Rozwój osobisty medytacje terapeutyczne |
 | ID w Czasie Fantastyki |
 | Barwy, a tworzenie nastroju |
 | Nieznane teksty Tadeusza Konwickiego w |
 | Rozwój osobisty kluczem do sukcesu |
 | Co Na Scenie - Nowy Wymiar Teatru |
 | nieTUZINkowa 12-ka Netkultury |
 |
Epika: BRZUCH ALINY ***
Wysłano dnia 08-11-2001 o godz. 11:55:08
Autor: Lukasz_Badula
Pierwszy raz zetknąłem się z jej nazwiskiem podczas młodzieńczej wizyty w czeskiej Pradze, tuż u progu lat pięćdziesiątych. Był to akurat wyjątkowo ponury okres dla wszelako rozumianej sztuki, a tym bardziej działań z pogranicza rzeźby i performance'u. Tworzone w cieplarnianych warunkach socrealistycznego dyktatu tzw. dzieła stopniem zaangażowania społecznego oraz politycznym zadęciem zaprzeczały prawu artysty do bycia nowatorskim eksperymentatorem. Prace Aliny były jednak inne. W tej chwili trudno mi określić, co decydowało o wyjątkowości rzeźb młodej Polki pracującej z czeskimi artystami pod okiem profesora Stapki. Wówczas dużo mówiono o stapkowskiej szkole, ale wysuwane wtedy tezy nijak pasowały do odważnych dzieł Aliny. Ich emocjonalny przekaz, a także rozsadzająca tworzywo witalność były na tyle prowokujące, iż szybko wyciągnięto z życiorysu Aliny fakt pobytu w obozie koncentracyjnym. Zresztą, Alina - jakby dobry duch grupy, "pupilek" Stapki - była nieobecna na oficjalnych wystawach. Znajomi, przebywający na studenckiej wymianie, opowiadali niestworzone
rzeczy na temat młodej Żydówki wodzącej za nos całe Hradczany (podobno
był w niej zakochany jakiś aparatczyk z bezpieki). Niestety, w Pradze
zobaczyłem zaledwie trzy reprodukcje rzeźb Aliny, umieszczone na
czarno-białych fotografiach.
Osobiste spotkanie z Aliną nastąpiło dopiero 10 lat później w
stolicy europejskiej cyganerii artystycznej, którą przynajmniej na
przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych był Paryż. Trafiłem
tam oczywiście drogą politycznej emigracji, zwabiony ofertą twórczej
partycypacji w polskich środowiskach skupionych wokół "Kultury". Byłem
trzydziestoletnim anonimowym dla tłumów intelektualistą ze Wschodu,
kaleczącym francuski wymową krakowsko-częstochowską. Mieszkałem gdzieś
na przedmieściach, odizolowany od całego fermentu artystycznych
rewolucji. Alina tymczasem była osobą posiadającą fantastyczne lokum w
dzielnicy łacińskiej; stale organizowała w najbardziej ekskluzywnych
galeriach stolicy swoje wernisaże, zaś jej pracownia gościła
znakomitości pokroju Rabbiera - papieża neorealistów.
Fakt poznania, na stopie towarzyskiej, Aliny zawdzięczam w dużej
mierze serdecznemu koledze - Jerzemu Nosilowi, pełniącemu wobec
paryskich emigrantów chwalebną rolę mecenasa. To Jerzy załatwił mi
suwerenną posadę rysownika w popołudniówce "Balade". Redaktorem
odpowiedzialnym za dział graficzny był Ryszard Władysławski, nomen omen
mąż, drugi, Aliny. Środowisko, w którym obracałem się tuż po
przyjeździe nad Sekwanę nie mogło się nawet równać z towarzystwem Aliny
i Ryśka Władysławskich. Prawdziwy szok spotkał mnie w czasie pierwszej
wizyty w ich fantazyjnym mieszkaniu zanim Rysiek przedstawił mnie
swojej żonie. Wyłowiłem z tłumu gości legendarnego satyryka - Tristana
Tasaca (jego gruźliczy śmiech obijał tynk pracowni), a także teoretyka
sztuki Pierre'a Cavaliera (guru lewicujących plastyków). Zaraz przy
drzwiach wejściowych witała niesamowita rzeźba nagiej dziewczyny,
mająca chyba 2 metry wysokości. Podniesiona ku górze głowa zdawała się
wyrażać całą dumę kobiecości, jednocześnie smutne spojrzenie
sygnalizowało jakiś ciężar przykrych doświadczeń. To dziwne, ale ani
wtedy ani później, nie potrafiłem rozpatrywać tej pięknej rzeźby w
kategoriach dzieła sztuki. Wydawała mi się szokującą emanacją
wrażliwości i prawdy, tak rzadko spotykaną we współczesności.
Alina była kobietą fenomenalnie piękną, choć nie posiadała figury
wysmukłej modelki i nóg Bardott. Piękno było ukryte w jej witalnej
osobowości. Rozwichrzone kruczoczarne włosy, ścięte krótko, świecące
brązowe oczy i szeroki uśmiech - w taki sposób komunikowała otoczeniu
swoją obecność. Jej dynamika stanowiła widoczny kontrast wobec
statyczności rzeczowego i spokojnego Ryśka.
Opisanie w kilku słowach istoty tak kruchej, subtelnej, a
równocześnie odważnej i żywiołowej ociera się o absurd. Wszyscy
przyjaciele Aliny potwierdzą moje słowa. Mogę jedynie nadmienić, iż jej
wyjątkowość miała źródło w niezwykłej symbiozie trzech typów
świadomości. Po pierwsze: świadomość bycia człowiekiem, naznaczona
bolesnymi doświadczeniami (zawsze ukrywanymi przed bliskimi osobami,
nawet przed Ryśkiem), z wszelkimi tego ograniczeniami, trudno było w
niej znaleźć choć cząstkę pychy nowoczesnych Prometeuszy spierających
się z bogami i przeznaczeniem. Po drugie: świadomość bycia kobietą,
akcentowała swą płciowość na różne sposoby; lubiła prowokować, ale i
okazywać iście matczyny typ czułości. Wreszcie po trzecie, chyba
najważniejsze: świadomość bycia artystką: wyzwoloną, nie bojącą się
gwałtownych eksperymentów. Mam wrażenie, iż najsilniej przemawiała
przez nią właśnie sztuka. Kiedy Alina rzeźbiła albo robiła odlewy
przypominała jakąś majestatyczną wróżkę. Alchemia jej intensywnych
ruchów, skupienie i powaga bynajmniej nie nadawały jej wyniosłego
patetyzmu. Wręcz przeciwnie, zachowywała duży dystans do swoich prac.
Aczkolwiek, do dzisiaj mam wątpliwości, czy nie była to tylko maska,
sposób zatrzaśnięcia drzwi swojej duszy przed kimś z zewnątrz, spoza,
intruzem w przestrzeni jej działań artystycznych.
Dość często odwiedzałem gościnny dom państwa Władysławskich, będąc
świadkiem istotnych przemian w strategii twórczej Aliny. Pamiętam jak
Rysiek, przerażony i zaintrygowany zarazem, pokazywał mi poliester,
zamówiony w charakterze tworzywa do nowych prac Aliny.
- Krytycy nie zostawią na tym suchej nitki - kręcił głową - nawyzywają Alinkę od pop-artów...
Rysiek nie przewidział jednak niespodziewanej wolty w sytuacjach
odbiorczych sztuki, wynikającej rzecz jasna z niespokojnych nastrojów
połowy lat sześćdziesiątych. Młodzież wychodziła na ulice, artyści
wychodzili z galerii do młodzieży, a wszystkich pałowała policja.
Sztuka miała prowokować, być agresywna, pobudzająca, buntownicza. I
Alina pięknie wpisała się w swoisty kanon obrazoburczej estetyki
awangardowej. Sugestywne odlewy różnych części ciała szokowały
autentyzmem, elastyczny poliester nadawał tym rzeźbom wymiar fizycznej
namacalności. Biologizm prac Aliny był poza tym biologizmem cywilizacji
śmierci. Większość dzieł odwoływała się do cierpienia, jakiemu poddaje
nas pułapka cielesności. Te zdeformowane kształty, bąblaste formy...
Alina kroiła własną zewnętrzność i nadawała każdej cząstce odrębną
postać. W jej pracowni pełno było naturalistycznie wyglądających
biustów, nóg, rąk, korpusów, głów, niedbale porozrzucanych w akcie
twórczym.
Pamiętam doskonale wizytę u Władysławskich, kiedy Rysiek zasmuconym
głosem zwierzył mi się z osobistej tragedii ciążącej na ich związku.
- Alina jest chora - gdy to powiedział myślałem, że mówi o chorobie
psychicznej, Alina? tryskająca żywiołem uśmiechnięta szamanka?! -
lekarze wykryli u niej dziwne schorzenie, coś w rodzaju narośli, guza,
wrzodu, sam nie wiem. Musi być szybko zoperowana.
Ani wcześniej, ani później nie widziałem Ryśka tak zdenerwowanego.
- Ale ona - brakowało mu słów - myśli, to znaczy... Proszę cię, porozmawiaj z nią...
Rozmowy z Aliną przebiegały zazwyczaj w atmosferze radosnej
dyskusji na wszelkie tematy. Alina lubiła drażnić moją polskość
opowieściami o żydowskim pochodzeniu, ja z kolei podkreślałem jej
daleko posunięty koniunkturalizm. Tak naprawdę jednak przekomarzaliśmy
się jak para uczniów.
Wspominam o tym, bo klimat szczerej rozmowy, sprowokowanej przez Ryśka
z myślą o zdrowiu Aliny, stał się koszmarem prześladującym me sumienie
do dzisiejszych czasów. Alina zupełnie nie była świadoma zagrożenia.
Twierdziła, iż ... jest w ciąży i nie pójdzie usunąć dziecka.
Tłumaczenie o raku, operacjach zbywała histerycznym śmiechem.
- Nikt prócz mnie nie będzie ciął mojego ciała - powtarzała kilka
razy, jakby chodziło o kolejny wernisaż, nie zaś sprawę życia i
śmierci. - Każda z moich tkanek jest ważna i strategiczna, spójrz
wokół, wszystko pochodzi ode mnie, jest mną w przeszłości,
teraźniejszości i przyszłości.
Długo nie odwiedzałem Aliny, Ryśka widywałem w redakcji.
Zawirowania historii rzuciły nas na różne strony barykady. Nie wiem, po
jaką cholerę, włóczyłem się ze studentami po ulicach, prawdopodobnie
szukałem mocnych bodźców zdolnych uciszyć niepokój serca spowodowany
chorobą Aliny. Przecież kochałem ją jak nikogo innego na świecie, wbrew
sobie, Ryśkowi, całej idiotycznej sytuacji emigracyjno-politycznej.
Kochałem autentyczną miłością uwielbienia tej kreatorki najwyższego
absolutu w sztuce, zespolenia siebie i odciśnięcia w tworzywie artyzmu;
egzystowania jako medium i źródło sztuki jednocześnie. Moje wyobrażenia
o Alinie często zahaczały o religijny fanatyzm, bo coś mistycznego,
boskiego, było w niej samej, tak niewinnej i pospolitej z pozoru
kobiecie. Sam już nie wiem, co bardziej wielbiłem w Alinie: sztukę
przez nią wypływającą czy jej intymną kobiecość zaklętą w runy rzeźb i
odlewów.
Niezbyt chętnie piszę o ostatnich dniach Aliny. Wierzę bezradności
Ryśka, który kiedyś posunął się do przemocy fizycznej, aby wymóc na
niej zmianę postawy wobec śmiertelnej choroby. Dlatego nie żywię do
niego jakiejkolwiek urazy za to, iż na 2 lata przed tragicznym zajściem
opuścił swoją żonę, rozgoryczony jej biernym zachowaniem. Osobiście nie
miałem szczególnej ochoty na przeżywanie grozy bezsilności i rozpaczy.
Na miejscu Ryśka zrobiłbym to samo tj. zdradził największą miłość życia
dla strachu przed momentem spotkania oko w oko ze śmiercią. Alina
została sama, otoczona łańcuchem mecenasów, znajomych krytyków i
przyjaciół, a jednak sama, tak jak sama istniała w swojej sztuce,
oddalona i wspaniała, nieosiągalna w ziemskim wymiarze.
Na początku lat siedemdziesiątych otrzymałem pocztówkę o następującej treści:
"Urodziłam. Alina."
Cóż za perfidna furia twórcza nakazała Alinie pisać w ten sposób o
własnej śmierci. Czemu tak obojętnie przyjęła wyzwanie losu, ignorując
zagrożenie własnej egzystencji? Zastanawiałem się jaka atrakcyjna
wartość była dla niej ważniejsza od miłości Ryśka, uwielbienia mojego i
niezliczonej ilości fanów jej sztuki.
Parę dni po śmierci Aliny odwiedziłem, w towarzystwie Ryśka zaniedbaną
i spustoszoną pracownię artystki. Pośród przeróżnych eksponatów,
znanych już mojej percepcji, zobaczyłem niesamowicie różowy, nadęty
niczym balon, brzuch o czarnym pępku.
Zestaw kolorystyczny oraz nieformalność tej bryły nasunęły mi
natychmiast skojarzenia z chorobą Aliny. Oto w ostatnich dniach swojego
żywota wybitna artystka urodziła kulminacyjne dzieło własnych cierpień
i cielesnych ograniczeń. Tak pożegnała się ze swoimi bliskimi. Dobrze
zapamiętałem ów zdeformowany brzuch; ostatnie dziecko Aliny jako
schorowanego człowieka, doświadczonej kobiety i wieńczącej swą
twórczość artystki. Nic dziwnego, iż nie zgodziła się na aborcję
nowotworu, który był przecież jedną z form jej artyzmu.
|
|
|
|
Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować |
|
Re: BRZUCH ALINY /opowiadanie/ przez Anonimus dnia 26-12-2004 o godz. 13:47:32 | | trudno o cokolwiek.nie wierzę w literaturę.nie ma nadziei!polonistka z warszawy |
Re: BRZUCH ALINY /opowiadanie/ przez mezanine dnia 16-08-2011 o godz. 22:06:25 | | ... nie ma nadziei... |
|
|
Re: BRZUCH ALINY /opowiadanie/ * * * przez izobar dnia 08-09-2007 o godz. 21:53:36 | | Bardzo intelektualny tekst. Pełna profeska. Podziwiam i gratuluję. |
Re: BRZUCH ALINY /opowiadanie/ * * * przez JSK dnia 11-10-2011 o godz. 19:56:29 | Tekst faktycznie skonstruowany z pełnym profesjonalizmem.
Pozdrawiam. |
|
|
| |
Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2011 poczta małpiatka portalliteracki.pl Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione. |
Reklama w Portalu Literackim
|
|