Poezja i proza - Portal Literacki  



Nowe recenzje


· GRZECHY JOANNY, Marat Joanna, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła
· ZŁOCISTA DOLINA, Walczak J. Iwona, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła
· MASTERTON. OPOWIADANIA. TWARZĄ W TWARZ Z PISARZEM, Masterton Graham. Cichowlas Robert, Pocztarek Piotr, Albatros, recenzent: Lipski Bartosz
· SATYNOWY MAGIK, Łysiak Waldemar, Wydawnictwo Nobilis, recenzent: Solecki Tadeusz
· NIEUGIĘTY, Millar Sam, Wydawnictwo Replika, recenzent: Stolarz Iwona
· APETYT NA JUTRO, Woźniak Agnieszka, Wydawnictwo Replika, recenzent: Błaszkowska Alina
· EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA, Schmitt Éric-Emmanuel, Wydawnictwo Literackie, recenzent: Solecki Tadeusz

[ RECENZJE ]

Online

Aktualnie jest 50 gość(ci) i 1 użytkownik(ów) online.

Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj

Epika: BENEDYKT ***
Wysłano dnia 08-11-2001 o godz. 14:01:39
Autor: Konrad_Kaszuba


spotkanie

Tej niedzieli Słońce było niezwyciężone. Wczesnym rankiem wygrało nierówny pojedynek z nielicznymi Barankami, które posnuły się trochę po spłowiałym błękicie i, opryskane złotem, powędrowały gdzieś za widnokrąg. A teraz przepędziło Wiatr. Poraziło blaskiem jego wszystkowidzące oczy, zalało złotem włosy i zapędziło sennego siłacza do kryjówki znanej tylko żywiołom; tam przysiadł na nieskończoną chwilę, uśpiony, a wraz z nim znieruchomiał świat.
Zamarło życie w Blokach. Szeregi bezludnych okien płonęły oślepiająco, albo ziały czernią prostokątnych oczodołów, z głębi której po poparzonym srebrze parapetów sączyły się zapachy schabowych i kapusty z grochem. Rzędy pieluch i gaci drzemały na sznurach, a pod nimi w milczeniu konały wyblakłe pelargonie.
Tajemniczy świat Ogrodu dyszał ciężko spoza posypanego rdzą ogrodzenia. Liście zwisały głowami w dół ze zmęczonych gałązek wiśni i jabłonek. Smoła pęczniała w kleiste bąble na dachach altanek, których ściany wycinały w bezładzie zieleni regularne płaszczyzny brązu, błękitu i porcelanowej bieli. Tu i ówdzie cień malował desenie na pękatych brzuszkach drzemiących rencistów. Gdzie indziej błyskały okolone paragrafami niegdysiejszych czupryn łysiny urzędników, bieliły się cnotliwe kolana ich wysuszonych małżonek, płonęły miedziane i słomkowe ondulacje ich spragnionych miłości córek. W najgłębszym cieniu pochowały się niedbale przysłonięte stanikami piersi matek i lśniące pupy dzieci.
W głębi Ogrodu zieleń wspinała się dziczejącą masą ponad płot, a tam zamieniała się w Lasek — skupisko wynędzniałych drzew o pniach pokaleczonych nożami kochanków i wojowników. Umierające gałęzie bezskutecznie próbowały ukryć w cieniu blaszaną ospę kapsli od piwa, potłuczone butelki i zużyte prezerwatywy. Zanurzone po kolana w pokrzywach, drzewa stały w milczeniu. Ich rzednący szereg zamykał z jednej strony prostokątną przestrzeń Placu Zabaw, którego pozostałe boki wyznaczały popielate bryły Bloków i ogrodzenie Ogrodu. 

We wnętrzu czworoboku Placu Zabaw stała grupka dzieci — figurek zastygłych w przedziwnych pozach: na czworakach, w pół kroku, jedno zgięte w pasie jak rozgrzana świeca, inne zastygłe w niedokończonym geście jak owad uwięziony w bursztynie. Naprzeciw nich, przy ścianie bloku, stał Benedykt — jak tamci bez ruchu, jak oni zatopiony w blasku.
Czas przestał płynąć. Świat znieruchomiał. Tylko jeden pożółkły listek oderwał się od pelargonii i, niesiony rozgrzanym powietrzem, pokoziołkował pomiędzy dzieci. Tuż na ziemią zawisł nieruchomo w pożegnalnym ukłonie.
A gdy dotknął ziemi, przesyconą upałem ciszę rozdarł dźwięk dzwonu, potem drugi, i trzeci… . Dwunaste uderzenie gruchnęło głośniej od innych, zwielokrotnione przez dziesiątki głośników wystrzeliło z okien i przeszyło uśpione powietrze jak magiczne zaklęcie zdejmujące ze świata czar bezruchu. Zbudził się Wiatr. Przebiegł przez plątaninę gałązek, wywołał tysiące szeptów i szelestów pośród zaniepokojonych liści, musnął włosami brzuchy, piersi i pupy działkowiczów, a potem przefrunął w stronę bloków, frywolnie zafurkotał schnącą bielizną, porwał zapachy płynące z kuchni, wymieszał szelest liści z brzękiem pokrywek, ulepił kulę i cisnął ją prosto w twarze zaludniających Plac Zabaw figurek. Odczarowany Benedykt wbiegł pomiędzy figurki, goniony zabłąkanym echem własnego okrzyku sprzed Ciszy:
— Raz, dwa, trzy, Babyjaga patrzy!
Czar prysnął i figurki na powrót stały się dziećmi. Słońce raziło oczy, Wiatr łaskotał kolana, a czujne spojrzenie Benedykta bezlitośnie wyłapywało najmniejsze poruszenia. Zaśmiał się Paweł, stracił równowagę stojący na jednej nodze Karol, zamrugał Głupi Gabryś, a Benedykt, bez reszty pochłonięty swoją funkcją, kolejno odsyłał wszystkich na miejsce startu.
— O, poruszyłeś się — krzyczał co chwila — Idź na koniec! Gabryś mrugnął. Na koniec. Na koniec! — unosił rękę w geście imperatora wysyłającego swoje legiony do barbarzyńskiej Galii, podbiegał do przyłapanego gracza i przynaglał do powrotu na start, a potem pośpiesznie wycofywał się do swojej warowni o niewidzialnych murach. Ale po chwili powracał pomiędzy figurki i jak inkwizytor śledził poruszenia kolegów, gotów jednym gestem dłoni przekreślić szanse najgroźniejszych rywali. Jego buzia promieniała radością, na skroniach pojawiały się żyłki, gdy krzyczał z entuzjazmem:
— Tomek, ruszyłeś ręką, na koniec. Grucha, zachwiałeś się. Na koniec. Na koniec!
Każdy gest, każde poruszenie drobnego ciała służyło zabawie, było zabawą. Cały świat był Zabawą. Przez tych kilka bezpowrotnie minionych chwil nie było Rodziców, Dozorcy, Milicjanta, wściekłych psów, ani trujących jagód. Nie istniały bolesne wspomnienia, nie istniały pragnienia, które nigdy się nie spełnią.
Był Dzień Pierwszy.
Już nigdy nie odczuję radości tak pierwotnej, tak absolutnej, jaka ogarnęła mnie wtedy, gdy przez mgnienie oka dzierżyłem w dłoni czarodziejską różdżkę, gdy jednym spojrzeniem zamieniałem kolegów w nieruchome figurki. Już nigdy nie odczuję smutku tak dojmującego jak ten, który ścisnął mi gardło i wprawił w drżenie podbródek kiedy nagle, w środku zabawy, dobiegł nas głos ciotki Głupiego Gabrysia:
— Gabryś, do domu. Obiad! — zawołała wychylając się z okna.
Nastrój prysł. Karol spojrzał na zegarek.
— O rany, już po dwunastej! Muszę lecieć.
— Ja też już idę.
— Ja też.
— Ja też.
— No to ja też, cześć.
Benedykt został sam.
Radość spełzła z jego twarzy. Czoło przeorała pionowa bruzda, wargi wygięły się w drżącą podkówkę. Oddalające się sylwetki kolegów przykryła mgiełka powstrzymywanych siłą woli łez. Uniesione w geście imperatora ramię nagle stało się zbędne, obce, sterczało bezsensownie jak zepsuta proteza. Ciotka Głupiego Gabrysia wciąż jeszcze wyglądała przez okno, a pod jej spojrzeniem uszkodzonej protezie potrzebne było jakieś usprawiedliwienie, więc odzyskała giętkość i zamieniła się w wyciągnięte ramię myśliwego, który właśnie składał się do strzału. Wycelował w siedzącego na płocie wróbla i pociągnął za spust.
— Pif — zrobił pistolet i martwy ptak upadł na ziemię. Ciotka Głupiego Gabrysia westchnęła melancholijnie i zniknęła w głębi kuchni. Benedykt pozwolił wróblowi otrzepać pióra i powrócić do swych ptasich spraw, a sam ruszył przed siebie, ot tak, żeby iść, bo co innego mu zostało? Cudowny blask złocistego towarzysza zabaw zamienił się w gęstą, kleistą zupę, którą rozwścieczony do białości olbrzym złośliwie wlewał mu za koszulę, aż wypełniła spodenki i parząc nogi wlewała się do butów, gdzie gęstniała do konsystencji ołowiu i wulkanicznej lawy. Jeszcze chwila, a zamieni się w pieczonego ziemniaka. Trzeba się schować do cienia. Do Lasku, biegiem do Lasku!
Ale Lasek najwyraźniej uczestniczył w zmowie, bo nie przyjął go serdecznie. Powitał go mur ziejących nienawiścią pokrzyw, których żółte ślepia już z daleka wypatrywały na jego gołych łydkach i ramionach miejsc, w które wbiją ociekające jadem zęby, jak tylko podejdzie dostatecznie blisko. Słyszał wyraźnie złowieszczy syk rozwścieczonego zielska, a gdy podszedł bliżej zobaczył szarpiące się na swych łodygach, próbujące wyrwać z ziemi korzenie i rzucić się na niego potwory o połamanych łodygach i postrzępionych liściach — żądne zemsty ofiary dawnych wojen. Z ich szczytów kapała paląca żółć, której kwaśno—gorzkie krople rozpryskiwały się z sykiem na ziemi i znikały w obłokach pachnącego siarką dymu. Brrr.
Jakie szanse w walce z bandą uzbrojonego po zęby zielska może mieć samotny malec, którego jasna główka sięga ledwie do pasa największym zabijakom? Czym skończy się ten nierówny pojedynek? Zresztą, co może być ciekawego w Lasku, kiedy jest się odświętnie ubranym Benedyktem, a nie wojownikiem Apaczów wspierającym w śmiertelnej walce dzielnego Karola, na czas wojny przybierającego dumne imię Winnetou? Po cóż narażać życie w beznadziejnej bitwie, skoro reszta plemienia siedzi pochylona nad talerzami z rosołem?
Autosugestia to potężna broń i Benedykt już prawie zawrócił, nie tracąc przy tym w swoich oczach opinii odważnego, a zyskując miano roztropnego. Ale z głębi puszczy doleciał go jakiś odgłos, brzęk potrąconej czyjąś stopą puszki po konserwach, jakieś miauknięcie (może to ofiara pokrzyw jęczy w niewoli okrutnej zgrai?) i nagle poczuł przemożny ciężar samotności. Może to sam Karol — Winnetou potrzebuje pomocy? Może Paweł, może chociaż Tomcio zawędrował samotnie w gąszcz i, jak tylko zobaczy Benedykta, zaprosi go do niesamowitej zabawy, która odtąd stanie się ich tajemnym rytuałem, powtarzanym w każde niedzielne południe, w najgłębszym sekrecie przed pożeraczami makaronu.
Nadzieja dodała mu sił, a wraz z nimi przybyły odwaga i gniew. Krew rycerza zawrzała w żyłach Benedykta — Ivanhoe. Pochwycił leżący w trawie obosieczny, ciężki miecz do walki konnej, wskoczył na swojego dzielnego rumaka, ściągnął cugle, dźgnął ogiera ostrogami i jak pierworodny syn Furii runął na struchlałe szeregi wroga. Z niepowstrzymaną siłą wymierzał ciosy, pod którymi całe zagony nieprzyjaciół padały bez życia. Miażdżył jadowite kwiaty, całymi pękami łamał twarde łodygi, rozszarpywał znienawidzone zębate liście i nie zważając na ból parł do przodu jak łódź Wikingów przez zagniewany, przerażony i upokorzony ocean. I choć ściany wyrąbywanego muskularnym ramieniem wąwozu zamykały się tuż za nim, choć boki jego rumaka spływały palącym jadem, a ogniste krople gotowały się z sykiem na srebrze jego zbroi, Benedykt — Lwie Serce nie zwalniał kroku. Zwalczając zmęczenie muskularnych barków, z zaciśniętymi zębami parł do przodu, ku prześwitującej przez zieleń wrażych hufców polanie. W końcu niedobitki pokonanej armii pierzchły spod kopyt jego wierzchowca, zamaszyste cięcie złamało w pół łodygę ostatniego wielkoluda, a zwycięski wojownik odrzucił zbryzgany zieloną posoką miecz i podążył w stronę, z której dochodziły tajemnicze odgłosy. W ciszy, jaka zwykle następuje po bitewnym zgiełku, znów rozległy się tajemnicze szmery i brzęknięcia, tym razem już bardzo blisko, więc Benedykt skrył się za krzakami i zaczął skradać się w kierunku źródła hałasu. Z góry cieszył się na myśl o minie jaką zrobi Karol, może Paweł, może chociaż Tomcio, gdy Benedykt — Zwinny Ryś wyskoczy nagle zza drzewa niczym Dżin z lampy Alladyna. Pochylony nisko, Benedykt — Lekka Stopa przemknął pod osłoną krzaka i … powoli wyszedł z ukrycia, zniechęcony i rozczarowany, teraz już Benedykt — Pochylona Głowa, Benedykt — Zmartwiona Buzia, omal że Benedykt — Łezka W Kąciku Oka.
Kot.
Na spękanym betonowym klocu wygrzewał się bury kocur, potężny herszt tysiącznej bandy dzikich zabijaków, które od niepamiętnych czasów okupowały piwnice bloków, buszowały w śmietnikach, plądrowały działki, doprowadzały do rozpaczy dozorców, a do wścieklizny powstrzymywane smyczami psy, biły się między sobą i po całych nocach oznajmiały nadejście każdej kolejnej wiosny swoją kocią muzyką. Patriarcha rozłożył się wygodnie i wygrzewał grzbiet na słońcu, leniwym ogonem trącając leżącą obok puszkę po konserwach.
Kot.
To on powodował te hałasy, to przez niego cała ta wojna z pokrzywami. Benedykt podszedł bliżej i, nie dbając o to czy spłoszy zwierzę, usiadł na drugim końcu betonowego słupka. Kocur otworzył na moment ślepia, przyjrzał się Benedyktowi bez zainteresowania i ponownie zapadł w drzemkę.
Przyspieszonemu po walce oddechowi Benedykta towarzyszył szelest liści, spływający z góry dyskretnymi falami wraz z Wiatrem, który musnął niewidzialnymi włosami spocone uda wojownika, wsunął mu chłodne palce pod koszulkę, bezwstydnie pogmerał w spodenkach, a potem pogłaskał go czule po włosach i czmychnął gdzieś do swoich furkotów i szelestów. Kot drzemał chyba, w każdym razie leżał bez ruchu, tylko koniuszek jego pręgowanego ogona z rytmicznym brzękiem trącał puszkę od konserw. Jakaś natrętna mucha okrążyła głowę Benedykta i lotem koszącym zaatakowała jego brodę. Benedykt odpędził ją pewnym machnięciem dłoni; trafiona w nos uciekła z gniewnym bzyczeniem. Ogon kota na mgnienie znieruchomiał, by po chwili podjąć swoją rytmiczną kołysankę. Benedykt z tężejącym na buzi grymasem znudzenia rozejrzał się wokoło.
— LOVE K.M. — głosił wyryty w korze drzewa napis. Co to znaczy LOVE? Pewnie, że on ją kocha. I ma serce przebite strzałą.
— HUJ. PIZDA — odczytał kolejne napisy.
— Chuj — powiedział na głos, rozglądając się czy nikt nie słyszy. — Pizda. Pizda. Chuj, chujpizda pizdachuj — powtarzał coraz śmielej. Na chwilę smak zakazanego owocu stłumił gorycz samotności, ale nowa zabawa szybko go znudziła ubóstwem wariantów. Popękany beton uwierał go w siedzenie. Rozsiane po okolicy kupy śmierdziały. Nudziło mu się. Miarowe ruchy kociego ogona drażniły go, ale trochę bał się przepędzić pazurzastego olbrzyma. Blizny, którymi obsypany był jego nos, postrzępione ucho i przekreślona pionową rysą powieka stanowiły ostrzeżenie dla każdego, kto chciałby szukać w kocisku łatwej ofiary. Benedykt popatrzył z zazdrością na śpiące zwierzę, któremu samotność i brak zajęcia najwyraźniej nie przeszkadzały, ba, zdawały się dostarczać jakiejś niebywałej satysfakcji. Jak mu nie gorąco w tym futrze? A w ogóle jak on może tak spać przez cały dzień? Czy jemu się nie nudzi? Pewnie, całą noc ugania się z kolegami, a w dzień śpi. A może zresztą nie śpi?
— Może ty mi powiesz — odezwał się Benedykt — co mam ze sobą zrobić. Zawsze w niedzielę jest tak samo: wszyscy idą na obiad, a ja zostaję sam i tak strasznie się nudzę. A jak chłopaki wychodzą na dwór, to ja akurat muszę iść na obiad. Ciągle jestem sam. Sam. Sam — powtórzył kilka razy, wsłuchując się w brzmienie swojego głosu, jakoś obco dźwięczącego, jakoś nie na miejscu w tej ciszy. Mówienie na głos do siebie samego wydawało mu się czymś wstydliwym, tajemniczo niestosownym. — Sam. Samsam.
— A co jest takiego złego w samotności, mój Benedykcie? — usłyszał nagle czyjś głos. Rozejrzał się, trochę przestraszony, no, może raczej zaskoczony, wokoło, ale oprócz niego był tu tylko Kot. Nie spał, obserwował go swoimi brązowymi ślepiami o pionowych źrenicach.
— Co jest takiego złego w samotności, Benedykcie? — powtórzył.
— Skąd znasz moje imię? — zapytał po dłuższej chwili Benedykt.
Kot wyprężył się leniwie, zrobił koci grzbiet i wyprostował przednie łapy o szeroko rozstawionych palcach. Zakrzywione pazury skrobnęły o chropowaty beton, a potem bezgłośnie zniknęły w miękkich poduszeczkach.
— Byłeś dzisiaj doskonałą Babą Jagą, Benedykcie. Masz bystre spojrzenie i zwinne ruchy. Na mój ogon, jestem pewien, że żadna mysz…
— Podglądałeś mnie! — oskarżył go Benedykt.
— Podziwiałem cię. — uprzejmie sprostował Kot — Zachwycałem się twoimi, jak to mówicie, kocimi ruchami. Polubiłem cię i zapragnąłem rozproszyć twój smutek. I dlatego pytam: co złego widzisz w samotności?
Benedykt nie odpowiadał.
— Samotność. — zamyślił się Kot — Jest w samotności coś, co zawsze mnie pociągało, wabiło jak migotanie sreberka wabi ciekawskiego szpaka, jak zapach świeżego sera wabi mysz w objęcia stalowej śmierci. Jest w samotności jakaś niepojęta tajemnica, jakaś słodycz, intymne ciepło. Są takie chwile, chwile samotności właśnie, kiedy przemawia do ciebie każdy listek, każdy kamyk, kiedy muśnięcie wiatru nabiera szczególnego znaczenia, staje się symbolem, znakiem. Nie rozumiesz mnie, oczywiście, ale jestem pewien, że potrafisz ocenić mój szczery zachwyt tymi wyjątkowymi chwilami roztopienia jaźni we wszechogarniającym Bycie. Wy, ludzie, kojarzycie samotność z nudą, brakiem towarzystwa, kogoś, z kim moglibyście uprawiać te swoje jałowe pogaduszki. Nawet w samotności nie potraficie uwolnić się z lepkiej pajęczyny słów, która krępuje swobodę waszych zmysłów, oddziela was od świata mglistą ścianą nazw, uproszczeń, kategoryzacji, kwalifikacji, standaryzacji, zasłania wam…
— Nie rozumiem cię, Kocie. — Benedykt wzruszył ramionami z zakłopotaniem — Mówisz takie strasznie mądre rzeczy, a ja jestem jeszcze mały i nie znam takich długich słów.
Kot spojrzał na Benedykta z tajemniczym uśmiechem na pyszczku.
— Oczywiście, masz rację. — zgodził się — Ty jeszcze nie znasz takich długich słów. Przecież gdybyś znał, to nie rozmawialibyśmy ze sobą.
— Dlaczego? — Benedykt znów nic nie rozumiał. — Przecież…
— Nieważne, nieważne, przecież rozmawiamy ze sobą, prawda? — Kot uderzył się gniewnie ogonem po grzbiecie i mruknął do siebie: To jeszcze ślepe, niezdarne kociątko, ty stary zbóju. Przestań mącić mu w głowie.
— Co tam mruczysz?
— Mrrr — odpowiedział Kot i zamknął ślepia. Wyglądało, że znowu drzemie.
Uschnięty liść oderwał się od gałązki i, zataczając łagodne kręgi w swoim ostatnim menuecie, opadł na ziemię. Ogromny trzmiel przeciął basowym buczeniem powietrze i zniknął w listowiu, zostawiając za sobą spienioną smugę gęstniejącej ciszy. Benedykt zastanawiał się, czy Kot śpi i czy nie będzie zły, jeśli spróbuje go obudzić. O tylu sprawach jeszcze chciał porozmawiać, ale, co tu kryć, bał się trochę groźnego zabijaki. Pazury Kota raz po raz wysuwały się odrobinę i chowały w miękkich opuszkach łap, jak gdyby zwierzę śniło o łowach, czy nocnych pojedynkach o serce wybranki. Ale jedno oko Kota, to z blizną, nie całkiem było przymknięte i przez to Kot wyglądał na nie tak znowu całkiem pogrążonego we śnie. Benedykt postanowił zaryzykować.
— Czy widziałeś kiedyś Krasnoludka? — zapytał.
Kot natychmiast uniósł głowę, tak jakby czekał, aż Benedykt się odezwie.
— Oczywiście! — zawołał tonem dającym do zrozumienia, że uważa pytanie za retoryczne — I to nie raz.
— Naprawdę? — zawołał Benedykt ucieszony — To one istnieją! Wiedziałem, że istnieją. Opowiedz…
— Naturalnie.
— …mi jakie one są. Czy naprawdę są takie dobre jak w bajkach?
— Są wspaniałe. — zapewnił Kot — Nie ma nic lepszego od Krasnoludka.
— A czy są pracowite?
— O tak, są bardzo pracowite. To dzięki temu są takie dobre. Przez cały dzień krzątają się, budują, noszą, wspinają się na krzewy porzeczek i agrestu, zbierają owoce i kolce, z których robią sobie igły i inne potrzebne rzeczy. Prawdziwe z nich pracusie. I dlatego są silne, mają duże muskuły, grube uda i szerokie plecy. Ważą dużo na swój wzrost, w niczym nie przypominają wątłych, zabiedzonych myszy.
— A czy lubią ucztować? Czy to prawda, że godzinami siedzą przy stołach, jedzą, piją i opowiadają sobie bajki i legendy?
— Baaardzo lubią jeść. Jedzą dużo i często, biesiadują całymi godzinami, oczywiście po pracy. Mają tłuściutkie brzuszki. Okrągłe buzie i tłuściutkie brzuszki pokryte grubą warstwą słoninki.
— Uwielbiam Krasnoludki — rozmarzył się Benedykt.
— O, ja także — rozmarzył się i Kot.
— Są takie miłe i takie dobre!
— Palce lizać — zgodził się Kot.
— Nigdy nie skrzywdziłbym Krasnoludka, gdybym mógł któregoś poznać — Benedykt spojrzał na Kota z ukrytą nadzieją w oczach.
— Ani ja, ani ja — zreflektował się Kot — przecież są takie dobre. Ale one nigdy nie pokazują się ludziom, już teraz nie. Kiedyś, owszem, ale teraz już nie. Racjonalizm, scjentyzm, rozumiesz mnie, Benedykcie.
Benedykt nie za bardzo rozumiał, ale co innego zaprzątało jego umysł.
— A może gdyby ktoś, kto je zna, poprosił jednego, żeby pokazał się choć na chwilkę jakiemuś dziecku, to — jak myślisz, Kocie — może zgodziłby się?
— Oj, Benedykcie, Benedykcie. — uśmiechnął się Kot — Wiem do czego zmierzasz. Ale ja ci nie mogę pomóc. Otóż, widzisz, nie sądzę, żeby któryś się zgodził. A zresztą problem w tym, że co prawda koty lubią Krasnoludki, ale Krasnoludki nie za bardzo lubią koty. Tylko proszę — Kot ostrzegawczo postawił uszy — nie pytaj mnie dlaczego, dlaczego, dla…
— A czy widziałeś kiedyś Elfy — zapytał Benedykt widząc, że Kot z jakiejś znanej tylko sobie przyczyny wpada w rozdrażnienie. Benedykt jeszcze nigdy nie rozmawiał z tak mądrą, tak dobrze znającą świat osobą. A ponieważ troszkę bał się Kota, postanowił nie drażnić go więcej prośbami ani zbyt natarczywym wypytywaniem. — Widziałeś Elfy, Kocie?
— Widziałem wiele Elfów. Widziałem nawet króla Elfów. Widziałem bajkowe ogrody, w których kwitną najpiękniejsze kwiaty świata. Widziałem dobre wróżki i złe czarownice. Byłem w zaczarowanym lesie, gdzie drzewa rozmawiają ze sobą tajemnymi poszumami, a w dziuplach mieszkają mądre sowy, które całymi dniami czytają swoje mądre księgi. Piłem wodę z zaczarowanego źródełka, spłoszyłem gołębie pomagające Kopciuszkowi oddzielić mak od popiołu. Okopciłem sobie futro bawiąc się zaczarowaną różdżką czarnoksiężnika, kiedy wyszedł do kuchni nalać mi mleka na spodeczek. Odprowadziłem Jasia i Małgosię do chatki z piernika, o czym milczą bajki, bo nie ma sprawiedliwości na tym świecie. Jadłem lody z Królową Śniegu, lepiłem bałwana z Królewną Śnieżką, popijałem kwaśne wino z moim pobratymcem, który upodobał sobie wasze obuwie. Bawiłem się w kotka i myszkę ze smokami, niejednemu wielkoludowi podrapałem policzki, kiedy pchał się ze swoją gębą, gdzie go nie proszono. Grałem w szachy z cesarzem Chin, podziwiałem opaleniznę Sindbada Żeglarza. Ogrzewałem stopy Zaratustry, gdy dumał nad istotą bytu. Oglądałem tajemne praktyki doktora Fausta. I ty też możesz to wszystko zobaczyć, Benedykcie. Tuż obok ciebie żyją Krasnoludki, masz w domu kalosze szczęścia, tylko sam o tym nie wiesz. Ty sam możesz to wszystko zobaczyć — głos Kota stawał się coraz bardziej tajemniczy, jak gdyby dochodził z oddali, spoza mgły, czy zasłony snu. Był cichszy, ale zarazem bardziej dźwięczny, nasycony ciepłem i srebrzystą poświatą.
— Ty sam możesz to wszystko zobaczyć, Benedykcie. Wystarczy tylko odrzucić pajęczynę słów. Wystarczy chcieć, mój mały przyjacielu. — głos zdawał się dochodzić ze wszystkich stron naraz, potem gdzieś z głębi świadomości. Cichł stopniowo, matowiał, tracił pogłos, roztapiał się w podmuchach wiatru, aż wydał się Benedyktowi podobny do brzmienia własnych myśli. — Ty sam możesz to wszystko zobaczyć. Wystarczy otworzyć furtkę, by wejść do ogrodu, w którym wszystko jest możliwe, nawet rozmowa z kotem. Wystarczy otworzyć furtkę, zamkniętą najtajniejszym z zaklęć — zaklęciem bez słów. A kluczem jest samotność, Benedykcie. Ty wiesz, ty wiesz. Kluczem jest samotność, tylko pamiętaj zamknąć oczy, koniecznie zamknij oczy Benedykcie samotność samotność samotność


autobus — love story

Czy była piękna? O tak! Na imię miała Małgosia. Czy on był przystojny? O tak! Na imię miał Benedykt. Poznali się na parę tygodni przed wakacjami, kiedy okrutny los jednym zdawkowym gestem przekreślił cały świat Benedykta, wymazał z jego życia wszystkich przyjaciół i wrogów, wyrwał ledwo wypuszczone korzenie i rzucił go na pożarcie gromadzie rozwrzeszczanych bachorów, dowodzonych przez dyplomowaną sadystkę imieniem Basia. PANI Basia — wychowawczyni starszaków w przedszkolu na ulicy Gwiazdowej. Jej ulubionymi metodami wychowawczymi były presja psychiczna, warunkowanie instrumentalne oraz własnego pomysłu współpraca wychowawcza z rodzicami. Konsekwentne stosowanie tych metod popchnęło dziewczynę w objęcia mężczyzny.
Już pierwszego dnia rozegrał się osobisty dramat Benedykta — na śniadanie podano kaszę mannę, obrzydliwie gęstą, pełną glutów, mdłą i przypaloną. Z godnością i determinacją Benedykt odmówił konsumpcji. A nie powinien. Pani Basia zapłonęła wściekłością, przysunęła śmierdzącą papierosami paszczę do jego przerażonej buzi i zastosowała pierwszą z wymienionych metod:
— Dobra Kaszka — zaryczała — trzeba jeść Kaszkę, bo nie urośniesz, jak nie będziesz jadł Kaszki.
Benedykt zacisnął usta i potrząsnął głową.
— Benedykt, bierz łyżkę i jedz Kaszkę! Wszystkie dzieci jedzą Kaszkę. I są zdrowe i silne. Chyba chcesz być zdrowy i silny? Nieee? Natychmiast bierz łyżkę i zjadaj tę KASZKĘ!!!
Benedykt żegnał się już z życiem, kuląc się w cieniu granitowej pięści jak ślimak pod zelówką, kiedy nagle Małgosia, Słodka Królowa, wyrwała go z pazurów kostuchy. Może przypadkiem, a może ze współczuciem (tak wolał zapamiętać ten gest Benedykt), machnęła łokciem i zrzuciła swoją Kaszkę na podłogę. Uniesiona ręka pani Basi zamarła na moment, a potem rozpalona furia przeniosła się na dziewczynkę. Wszystkie dzieci wstrzymały oddech, z podnieceniem antycypując wspaniałe zabójstwo w afekcie, ale trening pedagogiczny w ostatniej chwili wziął górę w pani Basi i, zamiast rozszarpać kryminogenny element na strzępy, postanowiła spożytkować zaistniały incydent wychowawczo.
Egzekucję przeprowadziła metodycznie. Zmusiła zbrodniarkę, by własnoręcznie przyniosła narzędzie kaźni, obnażyła grzeszne ciało i położyła się na kolanach kata. Świsnęła dębowa linijka i rozległy się niezliczone, jak wyliczył Benedykt, klapsy. Następnie dyplomowana pani Basia wygłosiła krótką sentencję, informując ukaraną ile razów otrzymała i za co, a w końcu odesłała ją do stolika, zabrała Benedyktowi sprzed nosa talerz z KASZKĄ!!! i postawiła go przed zasmarkaną Małgosią. Rozdzierany ulgą i współczuciem, radością i grozą, uwielbieniem i bólem, do końca śniadania Benedykt nie oderwał wzroku od już nie swojego talerza, do którego długo kapały ciężkie, gorące łzy.
Złączeni kaszką, od tego ranka trzymali się razem. Początkowo spoiwem była przede wszystkim wspólna niedola, ale stopniowo motała się nić sympatii. Lubili się razem bawić, siadywali blisko siebie w porze pogadanek, czasem wspólnie ćwiczyli fikołki i taczki. Często trzymali się za ręce. Z czasem Benedykt dostąpił zaszczytu zarezerwowanego dla koleżanek: wolno mu było pobawić się Marysią — ulubioną lalką Małgosi, jej szmacianą córeczką. Był bardzo dumny z tego faktu i chętnie znosił przycinki i uśmieszki kolegów, nawet tych najbliższych — z załogi Pancernych, w której, nawiasem mówiąc, bardzo szybko awansował z Szarika na Gustlika.
W końcu Benedykt usłyszał pierwsze wyznanie miłosne.
W czasie pogadanki pani Basia przeczytała pouczającą historię o Jasiu, który zajął miejsce w tramwaju i nie chciał go nikomu ustąpić. Wchodzi zasapana staruszka. Rozgląda się, spogląda z nadzieją na Jasia, a on nic, siedzi. Wsiada dziadek z laską. Chwieje się, ledwo trzyma się na nogach, a Jaś nic, siedzi. Wsiada pani z zakupami, mama z dzidziusiem … Jaś siedzi.
— Dlaczego Jaś nie ustąpił miejsca? — zapytała dyplomowanym głosem pani Basia.
— Bo się przykleił — zawołał Piotruś.
— Ale tam nie było kleju.
— Bo wysechł — oznajmił Piotruś.
— Ale suchego też nie było — pani Basia z niesmakiem tamowała erupcje dziecięcej logiki, twardo zmierzając do realizacji założeń dydaktycznych. — Ja tam patrzyłam i nic nie widziałam.
— Bo to był przezroczysty klej — pouczyła ją Kasia — mój tata ma taki klej do drewna co jest biały, a jak wyschnie to się robi przeźroczysty i go w ogóle nie widać.
Pani Basia postanowiła zmienić temat.
— No dobrze, mniejsza z tym. Jaś nie wstawał z miejsca, bo był Niegrzeczny — ogarnęła spojrzeniem stadko niegrzecznych dzieci, które poczuły się tak, jak gdyby nie ustąpiły miejsca Sierotce Marysi. Pouczającą historyjkę diabli wzięli, więc należało zatrzeć niewychowawcze wspomnienia. Pani Basia zarządziła zabawę.
— A teraz wstajemy, biegamy po sali i dzwonimy jak tramwaje. Wszystkie dzieci biegają dookoła, tylko ostrożnie, żebyście sobie głów nie porozbijali.
Poweselała gromadka rozbiegła się po całej sali i z głośnym “dzyń, dzyń, dzyń” kłębiła się na dywanie, a rytmiczne stukanie pałeczki w bębenek chlastało biczem porządku mrowisko chaosu. Tylko Benedykt nie biegał.
— Benedykt, a dlaczego ty się z nami nie bawisz? — musiało się rozlec, prędzej czy później.
— Bo ja jestem autobusem.
I wtedy padło to pierwsze, czyste jak promień słońca “kocham cię”. Po zabawie, wykorzystując chwilę zamieszania, Małgosia podbiegła do Benedykta, wspięła się na paluszki i szepnęła mu do ucha:
— Ja też jestem autobusem.
I uciekła do kącika lalek, gdzie chłopcom wstępować się nie godziło. Wtedy jeszcze Benedykt nie wiedział, że to wyznanie miłości. Bo i skąd, od pani Basi bo pójdziesz do kąta? Od mamy nie mam czasu, muszę ugotować obiad na jutro? Od taty daj mi odpocząć, widzisz, że czytam? Owszem, poczuł jakieś dziwne ciepło w sercu, ale cała sprawa wyglądała mu na zalążek koalicji na rzecz zwalczania pojazdów szynowych. Nawet kiedy któregoś dnia Małgosia złapała go za rękę i ścisnęła z całej siły, pomyślał, że to pewnie ze strachu. Ale choć nie odgadł prawdy umysłem, to poczuł ją ciałem. Jego drobne ramionka rozrosły się w potężne barki Wyrwidęba i otuliły dziewicę płaszczem z zewnątrz twardym jak stal, w środku delikatnym jak aksamit. Był Jej mężczyzną! Jej oparciem, ucieczką, schronieniem przed sadyzmem pani Basi.
Stało się to podczas procedury nawiązywania współpracy wychowawczej z rodzicami. Po ten środek pani Basia sięgała niezwykle rzadko, Benedykt miał być świadkiem jego stosowania tylko jeden raz, gdy grupowy zabijaka Sławek zrzucił grupowego chłopca do bicia Darka z karuzeli i złamał mu rękę. Przyjechało pogotowie i, w asyście trupiobladej pani Basi, zabrało rannego malca do karetki. Pani Basia zagoniła podekscytowaną gromadkę z placu zabaw do sali, a na twarzy miała premedytację. Ceremonia Linijki przebiegła bez zakłóceń i nie wywołała emocji wśród zgromadzonych, ale kiedy dydaktyczna pani Basia złapała rozryczanego dzieciaka za ramię i ze złowrogim błyskiem w oku rozkazała mu “Przynieś stempel”, dzieciarnia zadrżała. To wtedy Małgosia ścisnęła rękę Benedykta. Zacisnęła przerażone paluszki aż zabolało. Zdziwiony spojrzał na zbielałe kostki, na popielato—bladą twarz. Od razu sam zaczął się bać. Co ona zrobi z tym stemplem?
Dzisiaj to nie wydaje się takie straszne. Ot, współpraca wychowawcza z rodzicami. Pani Basia przystawia stempel na pupie delikwenta, rodzice widząc pieczątkę przedszkola sprawiają dziecku manto, a pani Basia nazajutrz sprawdza, czy ostra szczotka zdarła wszelkie ślady tuszu ze skóry nieposłusznego bachora. Pedagogiczny dublet. Czy może triplet, jeśli liczyć linijkę. Niemożliwe? A jednak. W czasach późnego Wiesława pieczątki nie takie rzeczy miały podobno na sumieniu.
Anyway, ówczesna zgroza stłumiła kociogrzbietą rozkosz, jaką w innych okolicznościach Benedykt czerpałby z okazji bycia, choć przez chwilę, Wyrwidębem swojej wybranki. Ale choć od rozstania na zawsze dzieliło ich tylko parę dni, to przed nimi było jeszcze najważniejsze — spotkanie u stóp Drzewa Wiadomości.
Dowód miłości Benedykt otrzymał podczas jednego z popołudniowych spacerów, kiedy rozbiegaliśmy się po całym ogrodzie i robiliśmy, co nam się żywnie podobało. W najodleglejszym kącie ogrodu, w cieniu spływających do samej ziemi gałęzi drzewa, odbywała się niewymuszona konwersacja na tematy światowe. W pewnym momencie wywiązał się spór na temat, który w pewnych kręgach był bardzo na czasie — skąd się biorą dzieci? Teorię bociana większość odrzuciła jako nieweryfikowalną, a eksperci podzielili się na dwa obozy — Benedykt i dwóch innych znawców utrzymywało, że wychodzą z pępka; Małgosia — że nie z pępka. Po krótkiej dyskusji, w której nadużywano argumentów “a bo tak” i “a bo nie”, Małgosia wzruszyła ramionami i oddaliła się z godnością. A potem, w cztery oczy, uświadomiła Benedykta.
Czy pamiętasz to jeszcze? Rozejrzałaś się, żeby się upewnić, że nikogo nie ma w pobliżu, usiadłaś na pniu i wprawnym ruchem palców prawej dłoni (brud za paznokciem małego paluszka) odchyliłaś obrębione koronką majteczki odsłaniając — wyglądało to jak bułeczka, albo jak miniaturowa pupka z kreską, u góry zaokrągloną w dziurkę, jaką mógłby zostawić ołówek wbity w kluskę na parze. Na twarzy miałaś wstyd, miłość i dydaktykę. Wolną ręką wskazałaś bułeczkę i oznajmiłaś:
— Tędy rodzą się dzieci.
Tyle mi z ciebie zostało — zmieszane spojrzenie, bułeczka i brudny paznokieć małego paluszka. A przez mgnienie byłaś dla mnie Sowiooką Ateną, mądrą wróżką, która poznała Tajemnicę Życia, która posiadła Tajemnicę Życia — bułeczkę z dziurką po ołówku.
Tyle mi z ciebie zostało.
Już nigdy więcej nie zdarzyło mi się być z kimś tak blisko. Już nigdy więcej nikt dla mnie nie zrzucił talerza z kaszką na podłogę.
Tyle mi zostało z tamtego świata. A, może jeszcze to, że nadal jestem autobusem.


dzień siódmy

Dlaczego właśnie niedziela? — zastanawiałem się często. Dlaczego właśnie w niedzielę, a nie, powiedzmy, w środę, piątek, czy poniedziałek, rodzice nie idą do pracy, a ja — do szkoły? Dlaczego właśnie w niedzielę muszę jeść obiad o innej porze niż większość kolegów, nudzić się, wałęsać się samotnie po podwórku, zaglądać we wszystkie puste, milczące, nieprzyjazne zakamarki i cały czas uważać, żeby nie pobrudzić odświętnego ubrania, które trzeba zakładać do kościoła i nosić cały dzień, bo przecież jest niedziela. Dlaczego właśnie w ten święty dzień nie mógłbym iść do szkoły, gdzie też nie wolno się brudzić i gdzie obiad jest o dwunastej, na dużej przerwie? Czy nie mógłbym, razem z kolegami, nie iść do szkoły we wtorek albo czwartek? Taplalibyśmy się w kałużach, grali w chowanego przy śmietniku, grzebali małego Tomcia w piaskownicy — świat byłby o tyleż piękniejszy! Jaki sens ma wolny od pracy i szkoły dzień — w niedzielę? I właściwie dlaczego niedziela jest dniem świętym? Co takiego się wydarzyło, działo się, miało wydarzyć — w niedzielę, najnudniejszy dzień tygodnia?
Bardzo długo zadawałem sobie to pytanie. Ale teraz już wiem: w niedzielę Bóg odpoczywał po stworzeniu świata.
— Niedziela nazywa się tak od słów “nie działać” — tłumaczyła cierpliwie siostra Janina — W niedzielę nie pracujemy, czyli nie działamy. A co robimy w niedzielę?
— I-dzie-my do koś-ciooooo-ła — odpowiedział jej chór dziecięcych głosów.
— Tak, w niedzielę idziemy do kościółka na mszę i modlimy się do Pana Jezusa. Bardzo dobrze. A dlaczego w niedzielę ludzie nie pracują, tylko idą do kościółka?
Kasia wiedziała:
— Bo są zmęczeni i muszą odpocząć po pracy, żeby mogli iść znów do fabryki w poniedziałek i zarobić dużo pieniążków na zabawki i czekoladę!
Siostra pokręciła głową
— E, e. No, kto wie?
Benedykt chyba się domyślał. Mimo wytrwałych zabiegów księdza Jerzego, zwanego Linijką, głęboko wierzył, że Bóg jest miłością. A skoro tak, to odpowiedź wydawała się oczywista.
— Żeby rodzice nie szli do pracy i mogli się dłużej bawić z dziećmi i zabrać je na lody i do kina.
— Nie, kochanie — cierpliwość siostry Janiny była jak ocean. — Nie dlatego. Ja wam powiem. Posłuchajcie! Pamiętacie jak wam opowiadałam jak Pan Bóg stworzył świat? A pamiętacie w ile dni Pan Bóg stworzył świat? Tak, w sześć dni. Pierwszego dnia stworzył ziemię i dzień i noc. Drugiego dnia stworzył niebo, a trzeciego lądy i morza i wszystkie rośliny — drzewa i trawę i zboża. Czwartego dnia Pan Bóg stworzył słońce i księżyc i gwiazdy, piątego dnia stworzył istoty pływające i latające — ryby i ptaszki i różne inne stworzenia, a szóstego dnia Pan Bóg stworzył zwierzęta chodzące i pełzające i nad nimi wszystkimi uczynił panem człowieka. A człowieka uczynił…?
— Na po-do-bień-stwo swoooooje — zawołał chór znudzonych głosików.
— Tak jest. A siódmego dnia Pan Bóg odpoczywał po stworzeniu świata. Świat jest bardzo, bardzo wielki i Pan Bóg zmęczył się i musiał odpocząć po takiej ogromnej pracy. I właśnie na pamiątkę tego wydarzenia ludzie siódmego dnia każdego tygodnia, czyli w niedzielę, nie idą do pracy tylko do kościoła, na mszę, i razem z księdzem modlą się do Pana Jezusa. Wszystkie dzieci zrozumiały? Sławek, powiedz: dlaczego w niedzielę ludzie nie pracują?
— Bo Pan Bóg odpoczywał i my też odpoczywamy i idziemy do kościoła się modlić.
Siostra Janina była zadowolona. Katecheza poszła dzisiaj bardzo sprawnie, dzieci były grzeczne, nawet ten urwis Madzio, który zawsze musiał coś zbroić, jak gdyby Pan Bóg stworzył go w piątek, razem z potworami morskimi, o których siostra tak chętnie czytywała w Księdze Rodzaju.
Benedykt czuł się dziwnie. To dlatego to wszystko? To on ma się nudzić w niedzielę żeby uczcić boski odpoczynek? Dobry Pan Bóg każe go w nagrodę? Coś ta siostra Janina pokręciła. Może zapytać o co tu chodzi?
— A o co się modlimy do Pana Jezusa? — zapytała siostra po chwili, gdy już odpoczęła po opisach stworzenia świata. Ponad ławki wystrzelił las rączek.
— Żeby być zdrowym.
— Żeby mama była zdrowa.
— Żeby mieć dużo pieniążków.
— Żeby iść do nieba.
— Żeby nie iść do piekła.
— Żeby…
— Żeby…
— Żeby…
Siostra Janina potakiwała i uśmiechała się do wszystkich jak święta. Wreszcie, kiedy skończyły się pomysły, a zaczął rozgardiasz, uniosła ramiona i uciszyła rozweseloną gromadkę.
— Ćśśś, dobrze już, dobrze, uspokójcie się już. — Postukała linijką w blat biurka, a gdy zrobiło się ciszej, zadała śmiertelny cios dziecięcym sumionkom:
— A czy wszystkie modlitwy będą wysłuchane?
— Tak, nie, tak, nie, tak — rozlegały się rozbieżne opinie.
— Nie wszystkie — oznajmiła siostra Janina i uśmiechnęła się promiennie — A których dzieci Pan Jezus nie wysłucha?
Wszystkie dzieci wiedziały:
— Nie-grzecz-nych! — zawołały zgodnym chórem. Zawsze tak było — dla grzecznych wszystko, dla niegrzecznych nic. To się zaczęło już w raju.
— Tak, niegrzecznych — zgodziła się siostra Janina — a kto wie, dlaczego?
Benedykt znów dysponował hipotezą, ale coś go powstrzymało od podniesienia ręki. Czego się przestraszył? Czy może tego ulotnego wspomnienia z korytarza przed salką katechetyczną, kiedy siedział w kąciku, a zza rogu dobiegło go przejmujące wycie, coraz głośniejsze i bardziej przeraźliwe, a potem pojawiła się postać jakiegoś chłopaka trzymanego, prawie unoszonego, czyjąś silną ręką za ucho, a potem Benedykt, skulony w ciemnym kąciku, hipnotycznie wpatrzony w zalaną łzami buzię, przez moment widział wykrzywioną wściekłością twarz, nie, to nie mogła być prawda, to nie była jego ulubiona siostra Janina. To nie ona, ta łagodna, korpulentna, zawsze uśmiechnięta siostra Janina.
— To pewnie dlatego — nie odważył się w końcu powiedzieć — że jak Pan Jezus odpoczywa, to nie lubi jak mu się przeszkadza. I nie chce mu się słuchać wszystkich, tylko grzecznych, bo grzecznych jest dużo mniej i ma mniej roboty.
Było to — jak sam stwierdził wiele lat później — wyjaśnienie równie dobre jak każde inne, ale cieszył się, że się nie odezwał. Siostra Janina — czysta dobroć w habicie — z pewnością wysłałaby go, usłyszawszy taką herezję, do księdza Jerzego, a ten, w przeciwieństwie do niej, uśmiechał się do dzieci tylko w jednej sytuacji — gdy w kościele po podniesieniu upuszczały brzęczącego rybaka na tacę. W innych sytuacjach pachniał piekłem jak Kalwin i delektował się strachem czającym się w małych oczach, gdy roztaczał swoje wizje wiecznego potępienia dla grzeszników — onanistów, ateistów i komunistów. Jak wszyscy ci, co mienili się być pośrednikami pomiędzy małym Benedyktem i Dobrym Panem Jezusem, tracił umiar gdy przychodziło mówić o Grzechu. Nawet łagodnej, głupkowato dobrodusznej siostrze Janinie odbierało w takich razach rozsądek.
— Pan Jezus słucha tylko grzecznych dzieci, bo kocha wszystkie dzieci i chce, żeby wszystkie poszły do nieba. Tak bardzo kocha wszystkie dzieci, że dla nich dał się zamęczyć na krzyżu. Po to, żeby odkupić nasze Grzechy umarł na krzyżu — przybili Mu ręce i stopy do krzyża i biczowali Go i wbili Mu na głowę koronę z cierni, aż krew trysnęła na Jego twarz, a w końcu przebili mu włócznią bok, a On umarł za nasze grzechy, by zbawić nasze dusze. I dlatego jak dzieci są grzeczne, to Pan Jezus się cieszy i wysłuchuje ich modlitwy i spełnia prośby, a jak są niegrzeczne, to Pan Jezus jest smutny i się gniewa. Bo On wie, że NIEGRZECZNE DZIECI PÓJDĄ DO PIEKŁA I BĘDĄ SIĘ SMAŻYĆ W SMOLE I DIABŁY BĘDĄ JE POLEWAĆ ROZTOPIONĄ SIARKĄ, AŻ ODKUPIĄ SWOJE WINY.
Siostra Janina zakończyła natchnione kazanie prawie krzycząc. Przemknęła spojrzeniem po struchlałych, pobladłych twarzyczkach i z westchnieniem wypuściła parę spod kotła. Spojrzała na zegarek i z na powrót promiennym, dobrotliwym uśmiechem zwróciła się do dzieci.
— A teraz wstańcie, zmówimy pacierz.
Ale było już za późno. Niebo, piekło, czyściec, śmierć na krzyżu, ociekające krwią skronie Zbawiciela, bicz rzymskich żołdaków, podjudzanych (!) przez podłych Żydów, którzy nie rozpoznali w Nim Mesjasza, potępienie, męka piekielna, cała wieczność złożona z samych nudnych niedzielnych południ, nieprzeliczone eony w odświętnym ubraniu, którego nie wolno ubrudzić smołą ani poplamić wrzącą siarką.
To siedziało w środku. Niewidzialne, lodowate, bezcielesne, nieme, bezkształtne, twarde macki strachu czaiły się w zakamarkach serca każdego niedzielnego wieczora — na wspomnienie grzmiącej gotyckim echem groźby potępienia grzeszników; każdej wtorkowej nocy — gdy w uszach dźwięczał, wzmocniony pogłosem od niskiego sklepienia katechetycznej salki, grzechot drewnianej belki wleczonej po ostrych, rozpalonych głazach Wzgórza Czaszki.
To kryło się po kątach. W dzień przyczajone, nieobecne — w porze snu coraz bliższe, nieuniknione jak zmierzch, jak śmierć, jak ciemność, którą Benedykt bezskutecznie próbował utrzymać z dala, cóż, skoro w nocy dzieci muszą spać, gasimy światło, bo jutro musisz wcześnie wstać. Benedykt próbował nie zasypiać, bo nie miał pewności czy się obudzi, czy w ogóle będzie rano.
— Głuptas — światło gasło nieodwołalnie, konsekwentnie, wychowawczo. Pstryk — ciemno. I tak co noc.

Kiedy zobaczyłem cię po raz pierwszy nie wiedziałem kim jesteś. Miałem wtedy trzy, może cztery lata, a ty miałaś pióra na głowie, jak Indianin. Siedziałaś w oknie — ciemny kontur omywany zimnym blaskiem nocy — a ja, schowany pod kołdrą, bałem się ciebie. Nie byłaś jednym z tych widziadeł, co czatowały aż wysunę spod kołdry koniuszek palca by rzucić się nań i wpić martwe zęby w me ciało. Ty byłaś inna, bardziej rzeczywista.
Nieruchoma i wyniosła, po prostu byłaś. Nie wystarczało zamknąć oczy, byś zniknęła. Taka sama co noc, obojętna na zaklęcia i liczenie baranów, wzgardliwie ignorująca bezrozumne jeszcze, ale magiczne ojczenaszki i zdrowaśki, co noc zabierałaś oknu taką samą bryłę poświaty. W dzień byłaś kwiatem.
Nigdy więcej nie widziałem cię tak wyraźnie. Gdy znów przypomniałaś o sobie, byłaś już symbolem, obecnością bez kształtu, bez twarzy. Leżałem w jednym łóżku z babcią, a ty usiadłaś pomiędzy mną a światem i bardzo wyraźnie poczułem, że jesteś. Wiedziałem, że przyszłaś DO mnie, a nie PO mnie, ale tak bardzo się bałem... Tak jak przedtem byłaś silna, bez trudu pokonywałaś moje spekulacje, że sto minus siedem to dziewięćdziesiąt trzy, a dziewięćdziesiąt to kilkanaście razy więcej niż siedem. “Mam czas, mówiłaś, choćby tysiąc minus siedem, nawet sto tysięcy, to i tak niewiele. Kiedyś minie nawet milion lat, a wtedy przyjdę PO ciebie.”
Bałem się wtedy tak, jakbym to wszystko wiedział, choć tylko niejasno czułem, że to właśnie chciałaś mi uświadomić swoją obecnością.
Ale byłaś bliska przegranej. Bo przyszedł czas gdy tęskniłem do ciebie, gdy pragnąłem byś się zjawiła i nieoczekiwanie usiadła na moim oknie skoro sam, choć chciałem, nie miałem odwagi cię szukać. Tylko że ty nie mogłaś przegrać. Teraz wiem, że kiedyś znów zacznę się bać, a wtedy będziesz dużo, dużo bliżej.


znaczenie

Benedykt zawsze pragnął pojąć Rzeczywistość. Ogarnąć ją umysłem, wchłonąć sercem, zaabsorbować tkankami, rozpuścić w płynach fizjologicznych. Prawdziwą rzeczywistość, rzecz jasna, nie byle subiektywną rzeczywistość — cień na ścianie jaskini; nie jakąś tam racjonalną RZECZYWISTOŚĆ — sterylną, rozłożoną na pojęcia, ułożoną w typologie, skatalogowaną, przeżutą, przetrawioną i wysraną na poliniowany papier. Rzeczywistość rzeczywistą, krwistą jak śledziona, tętniącą życiem jak czerwcowa łąka w kanikułę. Ale to nie jest łatwe. Rzeczywistość bowiem obok innych paskudnych właściwości ma i tę, że się wymyka. Łatwiej przytulić meduzę, albo zasnąć samotnie w piątkowy wieczór, niż uchwycić rzeczywistą Rzeczywistość.
Benedykt, jak to Benedykt, nie jest wytrwały. Dość szybko traci siły, toteż trzeba niezwykle sprzyjających okoliczności, by tego rodzaju zadanie mu się powiodło. We wtorek postanowił — czy może to była środa ... nie, chyba wtorek — wziąć się za bary z problemem i uporać się z nim (tak, to na pewno był wtorek) raz na zawsze. A problem, jako niebanalny, wymagał należytego skupienia i powagi. Benedykt więc we właściwy sobie sposób, zapobiegliwie i starannie, przygotował sobie środowisko pracy (mimo że to był wtorek) zabezpieczając, oprócz miejsca do myślenia (materac) i utrwalania myśli (biurko), także stosowne tło muzyczne (Keith Jarrett) oraz stymulanty wspomagające wyobraźnię (trawka) i pewność siebie (piwko).
Rzeczywista rzeczywistość jest złożona, a mimo to dość obszerna, toteż do dzieła należy przystąpić systematycznie.
— Od czegoś trzeba zacząć — pomyślał Benedykt i odkapslował butelkę piwa. Pociągnął łyk i zastanowił się głęboko. — Ja to też Rzeczywistość, o ile wiem. Jestem niebagatelną jej częścią, przynajmniej z własnego punktu widzenia. Gdybym zaczął od siebie...
Tu Benedykt poczuł, że zagłębia się w niepotrzebne słowa, skręca w dobrze udeptaną ścieżkę, która prowadzi w pole. Postanowił zamyślić się niewerbalnie, korzystając z prądów wznoszących muzyki i piwka. To jednak musiała być środa. Spoglądając w głąb siebie, niewerbalnie ale precyzyjnie, Benedykt natrafił na ważny element porządkujący całą sprawę. To mógł być ten początek nitki wiodącej do kłębka. Tego trzeba się uchwycić: dorastanie jako proces nieskończony. Istnienie jako wzrastanie. Życie jako permanentne dzieciństwo. Neotenia. Ileż możliwości kryło to słowo! Benedykt poderwał się i z entuzjazmem zasiadł za biurkiem. Teraz tylko pisać — nieprzerwanie notować myśli i wrażenia, zostawiając na później strukturę i przypisy (ach, ten Benedykt). Ale jednak nie, to musiał, to z pewnością był wtorek! Niewątpliwie. Ostatecznie. Koniec tego tematu.
Na wszelki wypadek otworzył drugie piwko i pospiesznie wessał się w skręta. Nigdy nie zaszkodzi (ach, aż zasyczało. Posspiessznie. Wessssał ssssię). Potem zasiadł do pisania. Otworzył notatnik i wykaligrafował przeżywane słowo: Neotenia. Podkreślił je, niestety. Niestety. Podkreślając je zamaszystym ruchem, przez nieuwagę strącił łokciem znaczenie. Przez chwilę nie mógł zrozumieć co się stało, skąd ta nagła pustka w głowie, tak pusta, że tylko zjawisku stereofonii zawdzięczać mógł wszechobecność pogmatwanych harmonii macicznej, so to speak, saksofonowej solówki Jarretta... . Na czym to stanęliśmy? Acha, to była środa... . Nie, wtorek, oczywiście, że wtorek. Benedykt rozejrzał się bezradnie wokoło, wciąż nie rozumiejąc. Z zakłopotaniem podłubał w nosie, skręcił kulkę z wykopaliska i pstryknął nią w dal. Upadła tuż obok znaczenia. Dzięki temu je zauważył, co tu kryć. Nawet dłubanie w nosie może przynieść pożytek, to tylko kwestia talentu. Znaczenie leżało na dywanie, tuż obok kulki. Wyglądało na nieuszkodzone. Benedykt podniósł je ostrożnie (“Pięć minut nie leżało!”) i uważnie obejrzał. Trawka zaczęła działać i znaczenie wyglądało niesamowicie. Było niecodzienne, jaskrawe i wyraziste jak nigdy dotąd. Do spodu przykleiło mu się kilka włosków z sierści Pirata, ale nie było potłuczone. Co z tego! Trawka wsączyła się w mózg Benedykta i nic, nic oprócz połamanych akordów wyczesywanych z klawiatury fortepianu Jarretta, nic oprócz perlistych pasaży, zapierających dech kulminacji, nic oprócz barwnych neonowych wstęg modulowanych tańcem dziesięciu niezależnych bytów po czarnych i białych zębiskach, nic więcej nie miało już dostępu do umysłu Benedykta. Teraz już nie. Co to zresztą ma za znaczenie? Przecież tak czy owak cała ta Rzeczywistość i wszystkie inne rzeczywistości, mniej lub bardziej rzeczywiste, to nic innego jak tylko gra słów. Kociokwik znaczeń. Środa?


przemówienie urodzinowe

— To bardzo pięknie z waszej strony, że tak licznie przybyliście, by uczcić moje urodziny. Niezmiernie cieszy mnie wasza sympatia dla mnie, którego skromna osoba nie jest godna tak namacalnych przejawów przywiązania, jak te oto upominki o łącznej wartości, jak to przed chwilą obliczyłem, trzech tysięcy czterystu siedemdziesięciu ośmiu złotych polskich (lekka konsternacja).
— Wasz oddany przyjaciel Benedykt nie jest godzien tych dowodów miłości przede wszystkim z tej przyczyny, że, o ile sobie przypomina, sam nigdy nikomu z was nie ofiarował nawet paczki zapałek wartości dwóch złotych polskich (nieszczere protesty).
— Tym więc goręcej pragnę podziękować za pamięć i poniesione koszty, a szczególnie za trud wyboru tak przecież niebanalnych przedmiotów jak album o zabytkach Poznania, uroczy wazonik fajansowy, krawat w moim ulubionym kolorze, woda kolońska, oraz naręcza kwiatów o łącznej wartości umownej co najmniej tysiąc złotych polskich (ściszone, choć podniecone szepty tu i ówdzie).
— Jednocześnie pragnę wyrazić szczere uznanie dla waszego, drodzy przyjaciele, opanowania, które pozwoliło wam w sposób niemal doskonały ukryć zdziwienie, rozczarowanie, a być może i zgorszenie, spowodowane widokiem nader skromnie zastawionego stołu (domyślne uśmieszki antycypujące practical joke), na którym, jak widzicie, stoją dwie butelki wody mineralnej Kujawianka oraz bułeczki z serem topionym Edamski. Bułeczki są świeże (salwa śmiechu). Aby nie narażać was na niemiłe zaskoczenie pragnę uprzedzić, że kieliszki, które co bardziej niecierpliwi trzymają już w dłoniach, a także wszystkie pozostałe, również napełnione zostały wodą mineralną Kujawianka (lekki niepokój, kilka wściekłych spojrzeń). Mówię to tylko po to, abyście mogli w zależności od upodobań i nastroju spełnić toast lub zrezygnować z picia wody mineralnej, którą nie każdy przecież lubi (śmiech, raczej nerwowy, szepty coraz głośniejsze, przejawy konsternacji z domieszką urażonej dumy).
— Wyraziłem już swój podziw dla waszego, mili goście, opanowania mimicznego. Jestem głęboko przekonany, że nie okażecie rozczarowania także wtedy, gdy zapewnię was, iż ani wystrój stołu ani zawartość kieliszków nie ulegną zmianie. Wiem przecież, że zgromadziliście się tutaj tak licznie, czyniąc staranne przygotowania, powodowani jedynie sympatią dla mnie, dalecy myślom o konsumpcji (nieskrywana dezaprobata, pierwsze ostentacyjne trzaśnięcie drzwiami). Wiem także jak dalece niesłuszne byłyby wnioski postronnego obserwatora, gdyby porównując waszą dzisiejszą — wspaniałą doprawdy — frekwencję z analogiczną frekwencją ubiegłoroczną usiłował wiązać ewentualne różnice z pogłoskami o moim rzekomym nagłym wzbogaceniu się. Zdaję sobie sprawę, że nikt z was, ludzi obdarzonych wyobraźnią i poczuciem humoru, nie uwierzył w te plotki, które oczywiście sam puściłem w obieg, aby dostarczyć wam, kochani, chwili serdecznego śmiechu (obelgi, trzaskanie drzwiami). Toteż podkreślam swoje głębokie przekonanie, że wnioski hipotetycznego obserwatora byłyby nieuzasadnione, bo nie może być związku między wspomnianymi plotkami, a waszą wzmożoną chęcią okazania pamięci i przywiązania do mej skromnej osoby, które to uczucia w poprzednich latach nie znajdowały wyrazu li tylko za sprawą przyczyn obiektywnych (coraz częstsze okrzyki goryczy i gniewu).
— Cóż, nie pozostaje mi zatem nic innego jak cieszyć się, że tym razem nic nie stanęło wam na przeszkodzie, aby przybyć w me niskie progi i spędzić ze mną miły urodzinowy wieczór. Życzę wszystkim, którzy jeszcze nie wyszli, dobrej zabawy. Kończąc dziękuję raz jeszcze za wszystko, a szczególnie za bezinteresowne uczucia, za poczucie bezpieczeństwa i ciepła, jakie dać może tylko świadomość, że ma się wokół siebie tylu prawdziwych... (cios w szczękę, ostatnie trzaśnięcie drzwiami, cisza zmącona jedynie szelestem opadającej kartki z tekstem przemówienia).


cisza

Potem przyszła cisza. Usiadła cichutko na łóżku i objęła Benedykta ramieniem. Delikatnymi palcami rozczesywała jego włosy i uśmiechała się. Benedykt uśmiechnął się i zanurzył palce w jej włosach. Miała piękną twarz. Twarz ciszy była piękna, a jej dłoń tak delikatnie głaskała go po głowie. Benedykt rozczesywał ciemne pasma jej włosów, a jego twarz była piękna. Uśmiechał się do niej, a ona odpowiadała uśmiechem i gładziła jego włosy. Przyglądał się jej pięknej twarzy, uśmiechając się do niej. Patrzyli sobie w oczy, objęci ramionami, uśmiechali się do siebie. Cisza gładziła jego włosy, a on rozczesywał pasma jej ciemnych włosów i, uśmiechając się wciąż, złapał je pełną garścią tuż przy głowie, zacisnął pięść i szarpnął brutalnie. Cisza wybuchnęła sardonicznym śmiechem, szczerząc bezzębne dziąsła, a z jej ust wionął mu prosto w twarz smrodliwy oddech.


fant

Słońce było już wysoko na niebie, ale Benedykt wciąż był w łóżku. Benedykt był nagi. Benedykt był podniecony. Obok Benedykta nie leżała cudowna blondynka o smukłych nogach, słodkiej buzi i rozmarzonych, średnio inteligentnych oczach, z kształtną pupą kusząco przykrytą niedbale przerzuconym prześcieradłem. Obok Benedykta w ogóle nikt nie leżał. I to Benedykta nie cieszyło.
— Do czego to doprowadzi, pomyślał. Dlaczego w takiej chwili nie leży koło mnie jakaś cudowna blondynka o smukłych nogach, słodkiej buzi i rozmarzonych, średnio inteligentnych oczach, z kształtną pupą kusząco przykrytą niedbale przerzuconym prześcieradłem? Dlaczego w takiej chwili nie leży obok mnie jakakolwiek — w rozsądnych granicach — kobieta o rozmarzonych oczach? Przecież jestem atrakcyjnym, co tu ukrywać, mężczyzną, w dodatku poważnie podnieconym. Co mam zrobić z tym fantem?
Fant również zastanawiał się co z nim będzie i ciekawie łypał na Benedykta. Benedykt z grymasem zniecierpliwienia wepchnął fant pod uda, które natychmiast zacisnął, odbierając bezwstydnikowi możliwość aroganckiego domagania się swych uzasadnionych, trudno się spierać, racji. Fant rozpaczliwie napierał na uda.
— To minie, stwierdził Benedykt, zawsze mija. Wcale mnie to jednak nie cieszy. Trzeba coś z tym fantem zrobić.
A fant dalej swoje. Benedykt nie mógł tego tak zostawić. Tym razem to minie, już mija, ale w końcu on też ma swoje prawa, nieprawdaż?
— Mam w tej sytuacji dwa wyjścia. Drugie z nich to znaleźć sobie jakąś cudowną blondynkę, która mogłaby mieć w takich wypadkach rozmarzone oczy.
Nie była to jednak prosta sprawa. Benedykt był idealistą i marzycielem, a w kręgach jego znajomych nie obracało się zbyt wiele pięknych kobiet. Mówiąc prawdę, te piękne kobiety, które obracały się w kręgach jego znajomych, przeważnie obracały się tyłem do niego, a przyczyną tego faktu był sam Benedykt, którego stosunek do miłości własnej kobiet łudząco przypominał dezynwolturę. Będąc dość przystojnym i bardzo atrakcyjnym — z racji otaczającej go nierzeczywistej aury mistycznego zagapienia — mężczyzną, dość łatwo doprowadzał do sytuacji, w których wspólne pragnienia ułatwiały pokonywanie opornych guzików. Regularnie jednak burzył intymność sytuacji w sposób, który jego samego zdumiewał niezamierzoną skutecznością.
Spontaniczna nieporadność Benedykta wywoływała w partnerkach uczucia macierzyńskie, a jego nieskrywany zachwyt kruszył wszelkie zasady jak rdza pasy cnoty. W takich okolicznościach przyćmione światło, delikatne improwizacje fortepianowe w tle, odrobina alkoholu i dużo nagości — to dosyć, by oszołomić kobietę. Ale kiedy przesycony namiętnością szept zmierzał od przyzwolenia do zachęty, niemal przynaglenia, Benedykt, który rzadko przebywał w jednym tylko miejscu naraz, potrafił ni stąd ni zowąd, nie przerywając pieszczot, mruknąć z uznaniem pod adresem pianisty:
— Ale wycina!
I co z tego, że jego poczciwe oczy wyrażały szczere zdumienie, gdy rozcierał piekącą twarz? Jej nie obchodziło już, że i tym razem Benedykt nie rozumiał co też takiego zrobił, czy nie zrobił, by zasłużyć na policzek, płacz, nerwowe podskakiwanie do karnisza w nieudanej próbie odzyskania majteczek, trzaśnięcie drzwiami i nagłą ciszę, pogłębianą oddalającym się stukaniem nasiąkniętych szampanem pantofelków.
Cóż było robić? Liczyć na cud? Cudów nie ma.
Jednak cuda nie zdarzają się jedynie w dobrej literaturze. Delikatny dzwonek — Hosanna!!! — zadźwięczał u drzwi, najpierw nieśmiało, potem drugi raz, trzeci, a benedyktowe ciało za każdym razem przebiegał prąd elektryczny zmienny i wstrząsał nim jak pies Pluto ostrygą. To nie mógł być przypadek. Tylko blondynki tak dzwonią, tego jednego Benedykt był pewny i, wbrew zdrowemu rozsądkowi, pozwolił ogarnąć się nadziei. Jak rączy jeleń rzucił się do drzwi, porywając w locie szlafrok. Przez jego cudownie opustoszały umysł przebiegały uczone słowa — “nemezis”, “koincydencja”, “karma”, “prawo serii” i, nie wiedzieć czemu, “muzyka aleatoryczna” — a serce łomotało mu jak kafar. Fant, w gorącej wodzie nie kąpany, chwilowo się przyczaił. Benedykt z rykiem silników przeleciał przedpokój, wylądował pod drzwiami i przekręcił zamek.
— Dzień dobry, ja z elektrowni. Właśnie wyłączyłam panu prąd.
Trochę trwało nim Benedykt wszystko wyjaśnił. Kiedy baba z elektrowni (zdecydowanie nie w rozsądnych granicach, a oczu z pewnością nie miała rozmarzonych) już sobie poszła, Benedykt z gorzkim uśmiechem na ustach wrócił do pokoju, zrzucił szlafrok i, przepełniony mieszaniną sprzecznych uczuć, zaczął się ubierać. Spojrzał tam, gdzie przedtem fant butnie unosił głowę. Teraz wisiał markotny, osowiały, malutki. Nim podciągnął slipki, pstryknął go czule na pocieszenie.
— Do następnego razu.


huśtawka

Benedykt wieczorami lubi usiąść w kąciku łóżka, rozebrany do naga i wtulony w poduszki. Rozmyśla wtedy o tym i owym, czasem słucha muzyki, czyta. Nie przyzwyczajone do nagości ciało ciągle szturcha zajęty czym innym umysł, ale to cieszy Benedykta. Benedykt troszeczkę bardziej wtedy wie, że jest. Odnotowuje chłodne dotknięcia kołdry w miejscach zwykle ogrzewanych przez slipki i, trzymając w prawej dłoni książkę, lewą beztrosko drapie się po jajkach. Z uśmiechem czyta:
“Kiedy wstaję z rana, wracam zaraz z powrotem do łóżka. Najlepiej mi wieczorem, w chwili gdy gaszę światło i naciągam pierzynę na głowę. I znowu podnoszę się, rozglądam z nieopisaną radością po pokoju, i znowu dobranoc, myk pod pierzynkę.”
Benedykt twierdzi, że bardzo dobrze rozumie ten fragment. Zna go zresztą niemal na pamięć, podobnie jak wiele innych fragmentów. Toteż po małej chwilce filozofii odkłada książkę na półkę, przesuwa końcami palców po grzbietach innych książek, a potem myk pod kołderkę, ale głowę trzeba odsłonić, bo będzie muzyka. Siada więc Benedykt wygodnie, zapala papierosa i pozwala się unieść rozrastającym się drożdżom dżwięków. Często gasi światło i przygląda się czerwonemu punkcikowi żaru, który rozjaśnia się gdy Benedykt wciąga dym do płuc i przygasa gdy papieros świecącym łukiem płynie do popielniczki. Muzyka wypełnia ciemność pokoju, bas Clarke’a wędruje rytmicznie po przeponie, dźwięki unoszą się w powietrzu i splatają się w obrazy — wystarczy zamknąć oczy by zobaczyć spaloną, białą trawę pokrywającą zalaną słońcem równinę, a na niej ociężałego, basowego olbrzyma i filigranowego, roześmianego człowieczka w kolorowym kubraku. To pojedynek żartownisia z tyranem. Drgające od żaru powietrze rozmywa drobną sylwetkę Jestera, podskakującego wokół posępnej postaci Tyranta. Przekrzykują się, słychać dudnienie głosu olbrzyma, po chwili śmiech Jestera, i znów Tyrant i Jester i bas i gitara i bas i gitara, a potem nagle koniec, i cisza, papieros parzy palce, Benedykt gasi niedopałek w popielniczce i znów jest sam. Chwile wędrują po framudze jak kolumny mrówek i przebierając szybko łapkami bezpowrotnie znikają w szczelinie drzwi. Benedykt czuje jak powoli nadchodzi smutek. Właściwie nie smutek, tylko beznadzieja, brak jakichkolwiek uczuć, nijakość, zawieszenie. Jeszcze przez chwilę Benedykt broni się, reanimuje przeżycia sprzed ciszy, łowi przyspieszone tętno, wspomina dreszcz przebiegający po grzbiecie, ale emocje przesypują się przez palce, a na ich miejsce wdrapują się czarne myśli. I znowu trzeba sięgnąć po książkę, może chociaż wróci ta przewrotna satysfakcja, to coś co ściska serce, gdy napotka się myśl tak nieobcą:
“Czuję się, jak musi się czuć figura szachowa w chwili, kiedy przeciwnik powiada: tej figury nie możesz ruszyć.”
Tylko że Benedykt tak właśnie się czuje i nie pomaga mu wcale świadomość, że nie on jeden. Poczucie solidarności z Filozofem nie jest w stanie wypełnić pustki, więc Kierkegaard ponownie wędruje na półkę, a Benedykt wraca do kąta i zaczyna czuć, że się osuwa. Czarne myśli stają się coraz czarniejsze i Benedykt co chwila odkrywa coraz głębsze czernie stwierdzając ze zdumieniem, że nie miał pojęcia jak czarna może być czerń. Sytuacja wydaje się być bez wyjścia, a Benedykt wcale nie pragnie wpaść w depresję. Na szczęście istnieją jeszcze kobiety. Ku nim przypadkowo kierują się myśli i już po chwili Benedykt musi założyć piżamę aby ukryć to, co powinno być ukryte. I, chcąc nie chcąc, musi dopuścić taką malutką myśl, czy aby na pewno życie jest nie do wytrzymania. Dziwny jest Benedykt.


bezsenność

Różowy blask regularnie omywał mu twarz, dym przesłaniał oczy śledzące rytmiczną wędrówkę świecącego punktu od ust do popielniczki, od popielniczki do ust, do prawieust, do corazbliżejust, w miarę jak dopalał się ostatni tej nocy papieros. Ciemność i cisza oblepiały zmysły, sprowadzając sen, może wreszcie sen. Do łóżka wciąż jeszcze podchodziły zdarzenia z czasu światła, ustawione gęsiego wdrapywały się na pościel i składały czuły pocałunek zmęczonej świadomości, ale, same coraz bardziej senne coraz łatwiej poddawały się regułom onirii, potykały się o kapcie Benedykta, w ciemnościach wplątywały w rzucony niedbale szlafrok, wpadały jedne na drugie. Ostatnim przytomnym gestem zgasił papierosa, położył popielniczkę obok łóżka i dał się ponieść fali obrazów, prowadzących go za rękę na drugą stronę lustra. Sen powoli przedzierał się przez stłoczoną kolejkę dziennych myśli, grzecznie przepraszając jedne, delikatnie, acz stanowczo, odsuwając z drogi inne. Rozsiewał wokół aurę ciszy i bezruchu, a gdy dotarł do łóżka Benedykta, usiadł u wezgłowia i narzucił ciepłą, lekką jak jedwab zasłonę na jego oczy, nucąc cichutko pozbawioną rytmu melodię sprowadzającą sen, kołyszącą sennie i obiecującą sen o słodkim śnieniu…Po kwadransie Benedykt zrezygnował. Wyskoczył z łóżka, kopniakami rozgonił uśpioną kolejkę zdarzeń, które z wrzaskiem rozpierzchły się po pokoju i ze wszystkich kątów przyglądały się jak nerwowo zapala kolejnego ostatniego tej nocy papierosa. Co robić? Czy kiedyś wreszcie uda mu się, do kurwy nędzy, zasnąć przed świtem? Jak sprowadzić sen? Konwencjonalne sposoby od dawna nie dawały rezultatów: liczenie baranów nieodmiennie przywoływało przed oczy Benedykta denerwujące wizerunki ludzi; ćwiczenia oddechowe wywoływały nieodpartą potrzebę zapalenia jeszcze jednego ostatniego tej nocy papierosa; słuchanie muzyki nie wchodziło w grę z powodu sąsiadów (patrz także: liczenie baranów). Cała nadzieja w literach. Ale i tu sprawa nie wyglądała zbyt dobrze. Swoją ulubioną lekturę na takie okazję “Przed sklepem jubilera”, nudny kawałek jakiegoś trzeciorzędnego moralisty, którego nazwiska nie pamiętał znał już prawie na pamięć. Innych nudnych książek nie trzymał w domu. Pozostało samemu coś napisać. To jest myśl! Benedykt miał umiarkowane wyobrażenie o swoim talencie literackim, ale wygłoszony przez jednego z nielicznych czytelników dwuznaczny epitet “hipnotyczna proza” w tych okolicznościach nie odbierał sensu przedsięwzięciu. Niepokojąco ożywiony nową nadzieją, Benedykt wyjął z biurka zeszyt i długopis i metodą monologu wewnętrznego (niefrasobliwa interpunkcja, luźna struktura tekstu i takie tam sztuczki) jął spisywać przeżywane aktualnie stany umysłu: “Sen nie chce przyjść. Siedzę tutaj sam zmęczony i senny a on nie chce przyjść. Wszyscy w okolicy już śpią czuwają tylko kurwy i poeci a ja wciąż nie mogę zasnąć. Byłbym dobrym stróżem nocnym lub mleczarzem ale miałem aspiracje i teraz marnuję wrodzony talent. Nie mogę zasnąć. Sen nie chce do mnie przyjść. Już prawie zasnąłem, już prawie mnie ogarnął, ale nadepnął na źle dogaszonego peta i zwiał.” I dalej w tym stylu. Kiedy pierwszy tramwaj przeciął zgrzytem ciszę przedświtu, Benedykt właśnie kończył zapisywać ostatnią stronę zeszytu. Nie zauważył nawet, że słaby poblask wyciął ze ściany kanciasty kontur okna. A gdy pierwszy zimny promień słońca błysnął na kratkowanym papierze, zmęczona ręka dopisywała w ostatniej linijce taką mniej więcej myśl:“ … dolony skurwysyn nie chce ruszyć dupy żeby do mnie przyjść.” Zamknął zeszyt. Skostniałymi rękami otarł zaspane oczy, wstał ociężale i z bolesnym grymasem na twarzy schylił się pod biurko. Wyciągnął kartonowe pudło wypełnione po brzegi zapisanymi zeszytami, położył ten najnowszy na wierzchu, zamknął klapki, po czym otworzył okno i z wysokości dziesięciu pięter zrzucił pudło, które z impetem runęło na sięgającą szóstego piętra pryzmę identycznych kartonowych pudeł, wypełnionych po brzegi zeszytami zapisanymi do ostatniej kratki. Zanim zamknął okno spojrzał w dół, na rozciągającą się aż po horyzont pryzmę, za którą wtoczył się z cichnącym zgrzytem pierwszy poranny tramwaj.
Czytaj
Tekst lubią:
Lukasz_Stadnicki,

 
Logowanie/Założenie konta | liczba komentarzy: 4 | Szukaj

Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować

Re: BENEDYKT /cykl opowiadań/
przez Anonimus dnia 04-01-2003 o godz. 18:53:29
Świetne opowiadania. Przeczytałem niemal jednym tchem. Dobrze się czyta. Czasem zastanawiające, czasem wzruszające i często zabawne te opowiadania. Pozdrawiam autora i przede wszystkim gratuluję.




Re: BENEDYKT /cykl opowiadań/
przez tyler dnia 23-02-2003 o godz. 13:55:44
Przeczytałem wszystkie opowiadania Kaszuby i mogę powiedzieć tylko jedno - cholernie mi smutno, że nigdy nie będę umiał TAK pisać!

To dobrze, że w kraju, w którym za autorytety literackie robią jakieś Pilchy windujące na piedestały jakieś Masłowskie, przynajmniej na necie można trafić na Kaszubę.



Re: BENEDYKT /cykl opowiadań/
przez Anonimus dnia 06-03-2003 o godz. 17:12:33
m



Re: BENEDYKT /cykl opowiadań/ * * *
przez Anonimus dnia 28-08-2007 o godz. 09:10:09
Witam Autora;

Fajnie piszesz. Masz wyczucie słowa i rytmu. Ciekawie postrzegasz rzeczywistość. Wprowadzenie magii w blokowisko to fajna zabawa.
Chyba zbędnie epatujesz wulgaryzmami. Zdarza się używasz słów, które nie pasują do Twojego stylu, na przykłd słowo funkcja (Benedykt w grze w raz, dwa , trzy). To słowo to powinna byc rola, funkcja burzy nastrój.
Odnoszę wrażenie, że masz także łatwość pisania. To bardzo przydatne przy pisaniu piorunujących maili do dziewcząt, natomiast bardzo zdradliwe w literaturze.
Weźmy sobie taki fragment:
"Benedykt twierdzi, że bardzo dobrze rozumie ten fragment. Zna go
zresztą niemal na pamięć, podobnie jak wiele innych fragmentów."
Spróbujmy teraz wyrzucić z niego słowa: bardzo, zresztą, podobnie.
I mamy:
Benedykt twierdzi, że dobrze rozumie ten fragment. Zna go
niemal na pamięć, jak wiele innych fragmentów.
Jeśli usuniemy jeszcze słowo "bardzo" to zyskujemy ciekawą dwuznaczność przez opozycję twierdzi - rozumie. To, ze Benedykt rozumie narrator wyraźnie poddaje w wątpliwość, bo to przecież tylko Benedykt tak twierdzi.
Inaczej mówiac, używasz zbyt wielu słów, które wprowadzają zbędne znaczenia lub niwelują to, co mógłbyś uzuskać używając mniejszej liczby słów.

Powodzenia.




Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2011 poczta małpiatka portalliteracki.pl
Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione.


Reklama w Portalu Literackim