Nowe recenzje
· GRZECHY JOANNY, Marat Joanna, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła· ZŁOCISTA DOLINA, Walczak J. Iwona, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła· MASTERTON. OPOWIADANIA. TWARZĄ W TWARZ Z PISARZEM, Masterton Graham. Cichowlas Robert, Pocztarek Piotr, Albatros, recenzent: Lipski Bartosz· SATYNOWY MAGIK, Łysiak Waldemar, Wydawnictwo Nobilis, recenzent: Solecki Tadeusz· NIEUGIĘTY, Millar Sam, Wydawnictwo Replika, recenzent: Stolarz Iwona· APETYT NA JUTRO, Woźniak Agnieszka, Wydawnictwo Replika, recenzent: Błaszkowska Alina· EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA, Schmitt Éric-Emmanuel, Wydawnictwo Literackie, recenzent: Solecki Tadeusz[ RECENZJE ]
Online
Aktualnie jest 52 gość(ci) i 1 użytkownik(ów) online.
Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj
NA FORUM
 | CO Z RUBRYKĄ |
 | wszystko jest do zmiany |
 | FABRYKA-NASZE MIEJSCE W KOSMOSIE |
 | Funkcja redaktora - rezygnacja umorusańca |
 | Jerzy Reuter - Izobar nie żyje |
 | Zaproszenie na kwietniowy DACH |
 | O stronie na stronie. |
 | Fantazje Zielonogórskie 2012 - konkurs na opowiadanie |
 | Coś dla poetów i miłośników poezji |
 | Kwiecień plecień w netkulturze! |
 | Cytat z Forum |
 | Zbieramy teksty do nowego numeru Magazynu Cegła!!! |
 | Konkurs Poetycki „O Srebrne Pióro MDK” – VI edycja |
 | CHATA |
 | Dość codzienność! |
 | Zapraszamy na Świąteczny DACH |
 | Kto |
 | Ody odbite Karola Maliszewskiego |
 | Pierwsze zdanie! |
 | współpraca przy scenariuszu - za pieniądze |
 | Ankieta dotycząca czytelnictwa kryminałów |
 | Czarny Kot |
 | Rozwój osobisty medytacje terapeutyczne |
 | ID w Czasie Fantastyki |
 | Barwy, a tworzenie nastroju |
 | Nieznane teksty Tadeusza Konwickiego w |
 | Rozwój osobisty kluczem do sukcesu |
 | Co Na Scenie - Nowy Wymiar Teatru |
 | nieTUZINkowa 12-ka Netkultury |
 |
Epika: WIEDŹMY /opowiadanie - 3 część Trylogii/ *
Wysłano dnia 09-11-2001 o godz. 12:20:31
Autor: Joanna_Handerek
Nie ma Konstancji
Tyle gwiazd znowu świeci nad nami. Pokaż mi tę najwłaściwszą. Boisz się! Nie bój, przecież nikomu nie powiem. Nie naruszę naszej umowy. Zawsze dotrzymuję tajemnicy. Wreszcie. Hi, hi, hi. To nie ta! Na pewno nie ta! Ta jest moją. Pokaż mi prawdziwą ważną gwiazdę. Nie ukrywaj jej przede mną! Jednak będę krzyczeć, na całe gardło. Niech mnie usłyszą! Niech wiedzą jaka ze mnie kłamczucha. Hi, hi, hi. Boisz się?! To mi pokaż! Znowu ta sama gwiazda!
– Nie wierzę ci, Ados!
– Komu nie wierzysz? Krystyna szybko odwróciła się w stronę głosu, zostawiając za sobą zabrudzoną jej palcami szybę.
– Tobie. – Powiedziała stanowczo i kolejny raz tego wieczoru zaśmiała się swym chichotem konika polnego.
– Mamie nie wierzysz? – Zaczęła przekomarzać się z nią jej rudowłosa matka.
Dziecko przytaknęło energicznie, pogłębiając dołeczki w policzkach kolejnym uśmiechem.
– A twoja dziurka w brodzie i dołeczki w policzkach? – nie ustępowała
matka – Czy to nie dowód, że mówię prawdę? Zresztą, w co nie wierzysz
tym razem?
Mała uśmiechnęła się tajemniczo.
– Na pewno zaraz znajdziesz się w łóżku i zaśniesz.
Dziewczynka zaprzeczyła stanowczym ruchem głowy.
– To, co będziesz robić?
– Pójdę z tobą na kawę do wróżki Konstancji.
– Konstancji od dawna nie ma, a zresztą ona śpi o tej porze.
– O tej porze śpią tylko grzeczne dzieci.
– No właśnie, grzeczne dzieci. – Z naciskiem powtórzyła matka i podeszła do małej by łagodnie odciągnąć ją od okna.
– Jeszcze chwila. – Zamruczała dziewczynka, przytulając się do miękkiego rękawa matki, jak do poduszki.
Niezawodne działanie, wystarczyło się przytulić i matka jeszcze
przez parę minut była uległa nim zdecydowanie odprowadziła córkę do
łóżka. Krystyna pozyskiwała parę chwil by ostatnim spojrzeniem pożegnać
mapę nocnego nieba. Zawsze, gdy uścisk matki robił się pewniejszy i
powrót do łóżka stawał się nie unikniony matka powtarzała:
– Przed godziną też była „jeszcze chwila”.
Gdy matka przykrywała ją kołdrą, Krystyna dotykała jej rudych włosów,
później porównywała ze swoimi, miękkimi, ciemno brązowymi kosmykami.
Zawsze myślała, że mają takie same włosy i zawsze, gdy to mówiła, matka
się śmiała, zresztą do dziś Krystyna nie jest pewna czy śmiała się z
tego spostrzeżenia, czy ze sposobu w jakim to wyrażała. Tamtej nocy,
leżąc w łóżku po raz drugi – bo za pierwszym w żaden sposób nie udało
się jej usnąć – naprawdę żałowała, że wróżka Konstancja wyjechała.
Brakowało jej zapachu Konstancji i dziwacznych opowieści. Brakowało jej
nadziei na jutrzejsze spotkanie. Zawsze podejrzewała... Lecz tego, co
miała na myśli, nie zdążyła ułożyć sobie w głowie, gdyż usnęła.
Przyśniła jej się Ados. Długi, wąski nos wyrastał z jej białej twarzy, jak kierunkowskaz, na tle ciemnej ściany.
– Idź. – Zakomunikowała dziewczynce. – Tam jest twoja droga.
Krystyna bała się Ados, jej czarnych, posklejanych włosów i dziwnego
blasku jej skóry. Ados była jak gwiazda, świeciła swą karnacją i
pokazywała drogę.
– Nie masz wyjścia. – Powtórzyła, patrząc na bose stopy dziewczynki – Musisz mnie uratować.
– Przed czym?
W odpowiedzi Ados skrzywiła się. Gdy grymas niezadowolenia
zniekształcił jej rysy, Krystyna wreszcie odkryła, jak bardzo jest
piękna, pomimo zbyt bladej twarzy i zbyt długiego nosa. Ados była
piękna pomimo wszystko, pięknem prosto z gwiazd.
– A powiesz mi, która to właściwa gwiazda?
– Twoja gwiazda jest tą właściwą.
– Nie kłam Ados. Kim jesteś Ados?
– Przecież wiesz.
Mała wzdrygnęła się i postanowiła obudzić, ale biała wiedźma przytrzymała ją za włosy.
– Nie tak prędko moje dziewczątko.
Piękna Ados gdzieś zniknęła, a przed małą stała, powykręcana jak konar drzew, biała wiedźma.
– Nie tak prędko! Chciałaś tyle wiedzieć, tak małym kosztem. Za wiedzę trzeba płacić.
Krystyna w przerażeniu odskoczyła od wiedźmy i otworzyła oczy. Był już świt.
Był już świt, w pokoju obok spokojnie spała jej mama, nie
podejrzewając nawet, że mała może zaraz odejść. Krystyna wiedziała, że
wszyscy kiedyś odchodzą, tak jak jej ojciec, który może jeszcze żyje, a
może już jest martwy, chociaż w jej wspomnieniach na pewno już go nie
ma. Pamięta tylko jak brał ją do parku na spacery i pokazywał jej rude
wiewiórki. Zawsze potem płakała, ponieważ nie chciał jej podarować
żadnego z tych kolorowych zwierzątek. Był czas kiedy myślała, że jej
nie kochał, skoro zniknął tak nagle i nie pozostawił po sobie ani rudej
wiewiórki, ani nawet rudego liścia na pożegnanie. Mama pewnie na niego
wciąż czeka, skoro wpatruje się w każdą kolejną porę roku, ale ona już
nie. Postanowiła nie czekać. Pierwszej jesieni, kiedy miała pięć lat
zaziębiła się, całymi dniami wyczekując na niego przy otwartym oknie.
Gdy z pierwszym śniegiem mama odkryła, dlaczego Krystyna ma wiecznie
chrypkę, zmartwiona zamknęła okno i zasłaniając zasłony, cicho
powiedziała, nie patrząc w jej oczy:
– Jak przyjdzie, to go spotkasz, obiecuję.
Ale nie przyszedł, nawet na gwiazdkę, więc Krystyna postanowiła nie czekać. Kto by czekał bez końca.
O świcie Krystyna najwięcej widziała. Słońce jeszcze nie rozbijało
kolorów na wyblakłe i niewyraźne, dlatego można było obserwować, jak
pulsują ledwo dostrzegalne plamki na białej ścianie. Czasami wyłaziły z
nich jakieś stworzenia i mieniąc się pulsującą bielą, przechodziły
przez cały pokój, by zniknąć w mroku przedpokoju. W przedpokoju o
świcie było najciemniej, tak by wieszak mógł pozostać w ukryciu, nie
przypominając nikomu o zewnętrznym świecie, po którym z nastaniem dnia
trzeba umiejętnie się poruszać i znać reguły ulic. Półmrok przedpokoju
był odroczonym werdyktem, oznaczał, że można jeszcze bezpiecznie
poleżeć, nim porwie dzień. Najpierw jej mama dawała się wciągnąć w wir
miasta, później Krystynę przeszywała intensywna jasność. O wiele
przyjemniej było leżeć w pokoju i słuchać szelestu powietrza, Odysei
przelewającego się przez nią czasu.
Budzik. Jak co rano, mama, zanim postanowi wstać, będzie jeszcze chwilę
leżała, przypominając sobie wszystko: że przecież jest potrzebna, ma
jeszcze tyle jeszcze planów, i że nie może zasnąć. Wolno pójdzie do
łazienki, a później przywędruje pod jej pokój.
– Nie śpię.
Krystyna powtarzała to, co rano, tak jak zaklęcie, potwierdzenie, że
jeszcze tu jest. Co rano mama wchodziła do jej pokoju stając w
rozproszonej paradzie zwierząt ze ściany, przerywając resztki snu
kołyszące się pomiędzy powiekami a sufitem.
– Buziak.
Mówiła radośnie, podchodząc do łóżka Krystyny i nachylając twarz
nad jej twarzą, wtedy zwierzęta z białej parady znikały nieodwołalnie
aż do następnego rana, a słońce zabijało odcienie bieli, zlewając całą
ścianę w jedną barwę gładkiej tapety.
– Poleż sobie jeszcze, nim zrobię śniadanie.
Ale Krystyna już była poza poranną podróżą, wstawała więc i spokojnie
szła do kuchni. Czarno - brązowy kot budził się dopiero teraz, na samym
końcu, gdy stały obie nad nim z wyższością ludzi rozbudzonych. Niemłode
już kocurzysko z trudem wstawało, tak jak człowiek, rozprostowując
kości, łapa po łapie, aż wreszcie z przeciągnięcia łuku siadał,
starożytna figurka, ojciec faraonów na emeryturze. Może jej ojciec
siedzi teraz w czyjejś kuchni i rozprostowuje kolejno swe łapy? Kiedyś
zapytała o to mamę, ale jej nie odpowiedziała tylko uśmiechnęła się i
rzuciła kocurowi kawałek kiełbasy.
– Smacznego.
Czasami, po kuchni plątała się Ados i to ona przeważnie odprowadzała
małą do szkoły. Oczywiście, szła z nimi mama, ale ona nic nie wiedziała
o obecności Ados i czuwała trzymając Krystynę za rękę. Może zresztą
zdawała sobie sprawę z obecności Ados i tym bardziej trwała na
posterunku, by nikt nie zabrał jej małej, chociaż jeszcze przez te
kilka lat, miesięcy, kiedy potrzebują się na wzajem i kiedy wszystko
jest takie świeże, zwłaszcza myśli. Krystyna rozumiała to bardzo
dobrze, obserwując jak myśli rosną w niej i dojrzewają niczym owoce, z
każdym dniem, coraz to nowsze, niby jej własne, a czasami jak
podrzucone lub znalezione.
– Co z Konstancją? – Spytała mamę tego poranka, gdy po raz pierwszy tej jesieni musiała włożyć beret.
– Wyjechała. – Odpowiedziała jej nieuważnie mama, szukając w szafie
rękawiczek. W ich szafie zawsze piętrzyły się w bezładzie czapki,
rękawiczki i szale, w wirze nie do okiełznania. Czasami, próbowały
poddać tresurze nie ujarzmione szale, połapać czapki. Nadaremnie,
minutę przed wyjściem rytualnie rozgrywała się bitwa, którą potrafiła
wygrać jedynie mama, wyszarpując z czeluści, nerwowymi ruchami, to, co
jej było potrzebne. Podobnie i dziś, czarne rękawiczki, obszyte
sztucznym futerkiem, po chwili pojawiły się na jej rękach.
– Idziemy. – Zakomenderowała, wbijając Krystynie beret na oczy.
– A Konstancja? – Stanęła w progu na znak protestu, że jej się nie odpowiada, tak jak tego chciała.
Mama popatrzyła na nią z lekką irytacją. Krystyna drgnęła.
Wprawdzie jej mama należała do tych najłagodniejszych, ale czasami
potrafiła wpaść w zły nastrój i zrobić prawdziwą awanturę.
– Idziemy. – Łagodnie powtórzyła, mimo pewnego wzburzenia. – Po
południu do niej zadzwonię, może się dowiem czegoś od jej ciotki.
– To chodźmy tam od razu.
– Od razu to pójdziemy do szkoły. – Stanowczo odpowiedziała jej mama.
I tak też zrobiły, bo w końcu nawet Ados i cały porządek wszechrzeczy
nie mógł się zbyt długo przeciwstawiać mamie. Krystyna miewała dni, w
których męczyła się w szkole i dlatego opóźniała jak mogła pójście w to
miejsce, gdzie czuła się osaczona. Drażnili ją nauczyciele i ich
śmieszne wymagania, by uważać, słuchać, pisać to, co oni każą. Cały
czas pod nadzorem i czujnym okiem tak, że nie mogła nawet na przerwie
odejść w jakieś zaciszne miejsce. A była już zmęczona tą nieustającą
uwagą. W domu, mama dawała jej dużo swobody, a przynajmniej
wystarczająco dużo, by móc skryć się w swym tajemnym świecie i pozostać
tam nie zauważoną do obiadu. Zdarzały się bowiem popołudnia, kiedy
przychodziły do niej dziwne myśli i postacie z nocy. Wówczas musiała
się ukryć by, przeczekać natłok. Jej mama zawsze to rozumiała, ponieważ
sama nieraz potrzebowała się ukryć, natomiast w szkole nikt nie
rozumiał tak Krystyny, dlatego nie mogła znaleźć chwili spokoju od
indagujących ją oczu.
Pokaż mi przestrzeń prawdziwą. Tak bardzo potrzebuje ją zobaczyć. To
jest moje biurko i wiem, że w tym samym momencie nie jest moje,
dlatego, że to tylko tutaj, a nie w przestrzeni. Potrzebuje twojej
przestrzeni. I ciszy. Tam znowu przesuwają się chmury, więc po co tu
tkwię? Przecież nic tu nie ma, tylko wielki bezruch, tylko moje
marzenia. Nie, ja wiem, to pierwszy etap, już słyszę, jak budujesz mi
stopnie do następnego. Nie zatrzymuj się, czekam, czekam cierpliwie.
Ale, w międzyczasie, pokaż mi wielką przestrzeń, żebym się tutaj nie
udusiła. Co ty robisz?! Znowu mnie oszukujesz! Myślisz, że jak mam
osiem lat, to wszystko ci wolno?! To nie jest wielka przestrzeń! To
zaledwie małe szkolne podwórko i dwie leniwe chmury nad nim. Jesteś
niewierna, jesteś zła. Pokaż mi wielką przestrzeń. To mój pokój! W nim
nie ma wielkiej przestrzeni, wiem to na pewno. Więc kolejny raz mnie
oszukałaś. Dziękuje ci Ados. Ados, ty niedobra!
Krystyna zakryła sobie oczy. Nie miała już sił na wszystkie ułudy,
które podsyłała jej Ados. Krystyna nie rozumiała, dlaczego chciała
wiedzieć to, o co cały czas pytała Ados. Dlaczego nie zadawalały ją te
oczywiste odpowiedzi wróżki? Może były zbyt proste, a może jednak były
zbyt nieprawdziwe. Konstancja pierwsza pokazała jej niebo w taki
sposób, że wyłoniły się z niego różne duchy i postacie, a wraz z nimi
spłynęła do pokoju dziewczynki gwiezdna Ados. A teraz, gdy natłok myśli
i nieba zwalił się na Krystynę, Konstancja, jakby nigdy nic, zniknęła.
Przez pewien czas, mała obawiała się, że Konstancja zniknęła tak samo
jak jej ojciec, gruntownie i na zawsze, ale później usłyszała jak jej
mama rozmawia z Konstancją przez telefon. Gdy podbiegła do słuchawki,
usłyszała niski, dobrze znajomy głos:
– Hej, mała, jesteś grzeczna?
– Konstancja, gdzie jesteś!
– Konstancjo. Mówi się: Konstancjo. Jestem na wakacjach.
– Gdzie!?
– Mama ci wszystko opowie, daj mi ją jeszcze na chwilę.
To uspokoiło Krystynę, przynajmniej na chwilę, bowiem zrozumiała,
że zniknięcie Konstancji, nie jest nim w rzeczywistości. Problemy
jednak zaczęły narastać, a Konstancja nie wracała, tylko od czasu do
czasu dzwoniła z jakiegoś odległego miejsca w górach. Po co tam
siedziała i co tam robiła, tego mała w żadnym wypadku nie mogła pojąć.
Natomiast coraz bardziej denerwowało ją to, że nie może sobie normalnie
porozmawiać z wróżką, patrząc w jej twarz i oczy.
Tymczasem, noce robiły się coraz bardziej agresywne. Niby wcale nie
męczyły Krystyny i rano wstawała wyspana, ale długo przed zaśnięciem,
siedziała na parapecie, wpatrując się w gwiazdy. Mama odkrywszy ten
zwyczaj, zaglądała raz po raz do pokoju Krystyny, by sprawdzić, czy
mała już śpi i za każdym razem odnajdywała dziecko z przyklejonym do
szyby nosem.
– Co robisz?
– Czekam.
– Na co?
– Na drogę.
– Jaką drogę?
– Nie wiem. Może moją.
– Jak nie wiesz dokładnie na co czekasz, to może to długo potrwać, zanim to zobaczysz.
– Dlaczego?
– Ponieważ możesz nie zauważyć, że to, co widzisz, jest tym, na co czekasz.
– Nie rozumiem. Trudno, muszę.
– Choć już spać.
– Jeszcze minutkę.
– Nie. Już dziesiąta.
Krystyna uśmiechnęła się, próbując mamie pokazać, że wie co robi,
czując jednocześnie, że mama miała rację. Rzeczywiście, nie wiedziała,
na co czeka i po co, dlatego jej oczekiwanie było pełne niepokoju i
troski. Za każdym razem, z ulgą przyjmowała nakaz mamy, by szła już do
łóżka. Mogła wyciągnąć się spokojnie w cieple, pocałować na dobranoc
mamę i zasnąć. Tak jak po jakiejś ważnej i męczącej pracy. Z czasem,
jej sny stawały się coraz cięższe. Od czasów nadejścia białej wiedźmy i
głośnych kłótni z Ados, Krystynie coraz gorzej spała. Za to cieszyły ją
poranki, podczas których mogła odpocząć po nocy, obserwując tylko
świat, powstały z białych ścian i jej spokoju. Po zniknięciu ojca,
matka prawie wcale nie sypiała po nocach, w dzień starając się ukryć
swój niepokój przed małą. Z czasem, ponownie nauczyła się spać sama i
nawet przestała nasłuchiwać przez sen, czy on nie wejdzie cicho do ich
sypialni. Zostały same, z podstarzałym kocurem, którego przyniósł w
pewien wiosenny poniedziałek, jako małe wylęknione kocię, ponoć
plączące się po podwórku. Matka nigdy w to nie uwierzyła, ale nie
przeszkadzało jej pojawienie się w ich mieszkaniu zwierzaka.
Konstancja dzwoniła rzadko, ale za to długo rozmawiała z mamą.
Potem mama opowiadała Krystynie jak Konstancja spędza dnie i co
opowiada o spotkanych ludziach. Wszystko to jednak było dla Krystyny
zbyt odległe i tajemnicze, a każdej rozmowie przez telefon towarzyszyła
aura tajemniczości. Podobnie tajemnicze było pojawienie się Konstancji
w ich życiu. Było to tuż po odejściu ojca, gdy jeszcze obie
rozpaczliwie czekały na jego powrót. Konstancja przyszła któregoś
popołudnia i przedstawiła się jako dawna koleżanka mamy. Mama nie mogła
jednak rozpoznać w obcej kobiecie, żadnej ze swoich koleżanek. Gdy
Konstancja próbowała się przypomnieć, żaden szczegół z dzieciństwa mamy
nie pasował do opisu nieznajomej. Konstancja odeszła więc z niczym,
pozostawiając mamę z samymi wątpliwościami. Wieczorem, opadły mamę
jakieś dziwne, męczące myśli, wyrzuty sumienia. Czyżby rzeczywiście nie
poznała starej koleżanki? Po paru dniach, zadzwoniła dziwna nieznajoma:
– Chciałam panią przeprosić, pomyliłam ulice, jest pani łudząco
podobna do jednej mojej starej koleżanki ... i jeszcze to samo imię –
Natalia.
– Nic się nie stało, to ja przepraszam, że tak niegrzecznie panią potraktowałam.
– Moja wina – powtórzyła przepraszająco Konstancja.
Po krótkim wahaniu mama zadała wreszcie grzecznościowe pytanie:
– I co? Znalazła pani koleżankę?
– Nie. Wyprowadziła się pięć lat temu.
– Szkoda.
– Rzeczywiście, cóż, pewnie nie zależało jej na mojej wizycie skoro podała mi nieaktualny adres.
– Ależ to nieładnie! – Wyrwało się mamie z oburzeniem i zaraz potem drugi okrzyk do dziecka – Krystyno!! Przepraszam panią!
Mama odłożyła szybko słuchawkę telefonu i pobiegła złapać małą,
która właśnie stawała na palcach, aby dosięgnąć do czajnika z gotującą
się wodą. Mamie chciało się płakać, zwłaszcza w takich momentach czuła
się samotna, przecież on nigdy by do takiej sytuacji nie dopuścił.
– Nie jesteś już mała. – Powiedziała obejmując dziecko w bezradnym uścisku. – Powinnaś wiedzieć, że to parzy, że tak nie wolno.
– Wiem. – Szepnęła mała.
– Więc co ty chciałaś zrobić? Poparzyć się?
– Nie. – Wyszeptała mała.
Po chwili odezwał się telefon, w słuchawce mama usłyszała głos Konstancji.
– I jak, nie poparzyła się?
– Nie, dziękuje, zdążyłam.
– Proszę się uspokoić, to nie pani wina.
– Możliwe, ale ona ma...
– Już pięć lat.
– Skąd pani...
– Taką mam pracę. Może chce pani porozmawiać?
– Może...
– Jutro, popołudniu?
– O piątej.
– Do zobaczenia.
– Do zobaczenia.
I tak, o piątej we wtorek, pojawiła się w ich życiu Konstancja,
elegancko ubrana, pachnąca leciutko pudrowym zapachem, który od razu
spodobał się Krystynie. Kot również przyjął, prawie natychmiast, nowego
przyjaciela domu, ufną mruczanką. Z Konstancją rozmawiało się lekko i z
jakąś przedziwną ufnością, tak jakby znało się ją od lat. Właściwie nie
trzeba jej było opowiadać zbyt wiele, wiedziała bowiem prawie wszystko.
Reszty doszukując się z kątów pokoi, ich gestów, sposobu poruszania się
i mówienia. Całą historię ich życia czytała jak w kartach, odkrywając
to, co najbardziej je niepokoi lub boli. Wkrótce, Konstancja
zadeklarowała pomoc przy małej. I tak mama mogła zostawiać dziecko, od
czasu do czasu, pod czułą opieką nowej przyjaciółki. Fakt, że wreszcie
nie jest sama, że ktoś, nie tylko ona może zająć się małą, najbardziej
uspokoił mamę. Bo właśnie to, że została ona jedna dla małej Krystyny,
najbardziej niepokoiło mamę, i że tylko ona ma się nią zajmować,
podczas gdy cały świat, swą dziwną nowością, czyhał na pięciolatkę. Gdy
Konstancja zadomowiła się u nich już na dobre, zaczęła pokazywać małej
świat, takim, jakim ona sama go widziała. Od razu okazało się, że
Konstancja widzi więcej. Więcej nawet od mamy, która przecież nie raz
pokazywała małej rzeczy niedostrzegalne. Więcej niż widział ojciec,
który czasami wyczuwał coś niespotykanego w ulicach i w drzewach.
Krystyna próbowała oczami Konstancji odszukać ojca, ale gdy tylko
Konstancja powiedziała jej, że w ten sposób nigdy go nie odszuka,
natychmiast przestała.
– Musisz się jeszcze wiele nauczyć, nim go odszukasz.
– Więc jednak go odnajdę?
– Tego nie wiem i nie mogę ci zagwarantować.
Nigdy więcej o szukaniu ojca nie rozmawiały, w Krystynie pozostała
jednak nadzieja, że Konstancja jej pomoże. Tymczasem Konstancja zamiast
ojca, pomogła jej znaleźć Ados i mapę nieba. I tak to się zaczęło, od
wskazania wąską ręką Orionu, a potem, w magiczną noc, największej pełni
księżyca. Olbrzymi, gładki księżyc, okręcił małą Krystynę wokół swej
osi. Magia zaczęła działać, a pierwsza, ukorzeniająca dziewczynkę
pełnia, trwała prawie miesiąc. Krystyna miała wówczas już sześć lat i
potrafiła czytać, zatem na wszystkim, na czym były napisy praktykowała
tę wiedzę tajemną, dopatrując się później, z przyzwyczajenia, nawet na
księżycu, liter i zdań. Sama pisała jeszcze nie najładniej, z trudem
wyginając kształty niektórych liter. Upłynęło trochę czasu, nim
zrozumiała, że to, co odczytuje na księżycu jako litery, nie jest
niczym, innym jak tylko tajemnymi śladami. Mama tłumaczyła jej, że być
może są to blizny, po dawno przebytych drogach księżyca. Przecież jak
krąży się tak jak księżyc, wciąż i wciąż w ciemnościach, łatwo można
pomylić drogę. Konstancji spodobały się te słowa mamy, o księżycowych
drogach, tyle że według niej, księżyc swe rany zawdzięczał, nie tyle
mylnie wybranym drogom, co zbyt szczodremu sercu. Blizny księżyca
powstały od ran, zadanych mu przez gwiazdy i planety, które zbyt mocno
pokochał, lub którym za bardzo zaufał.
– To gwiazdy są nieczułe? – Spytała zdziwiona mama. Konstancja jej
przytaknęła. Mama nie chciała w to wierzyć i pomimo, że obie z Krystyną
ją przekonywały, ta wciąż miała nadzieję, że w gwiazdach kryje się
dobroć, a nie tylko zimny blask i niezrozumienie. Dla mamy, noc z drogą
mleczną to noc dobra, właśnie dzięki gwiazdom, które prowadzą swą drogą
w nadzieję. Bo gdzieżby indziej? Konstancja była jednak innego zdania,
twierdziła, że dawno już przejrzała grę gwiazd.
– Spróbuj im tylko zawierzyć – zwróciła się do mamy – a zobaczymy
gdzie cię doprowadzą i możesz być pewna, że nie będzie to nadzieja.
– Skąd wiesz? – Broniła gwiazd mama.
– Bo sama tę drogę przeszłam.
Mama dziwnie popatrzała na Konstancję.
– Nie musisz małej uczyć nieufności.
– Ale ona nie powinna wszystkiemu wierzyć.
– Nie tak drastycznie.
– Nie tak naiwnie.
Był to jedyny raz, kiedy prawie się pokłóciły. Mama nie potrafiła
jednak kłócić się tak na prawdę i na serio, Konstancja z kolei, nie
chciała ranić mamy. Zresztą, obie wiedziały doskonale, że każda z nich
po części ma rację. Koniec końców, w Krystynie, po tej rozmowie,
zrodziło się przekonanie, że nie można tak do końca określić czym są
gwiazdy, a może nawet, czym jest noc i księżyc. Chociaż, z drugiej
strony, z księżycem było inaczej. Po pierwsze, świecił zupełnie innym
światłem niż gwiazdy, a jego pracowity obchód ziemi, napawał trzy
kobiety spokojem. Konstancja nazywała Krystynę i jej mamę, swoimi
Kobietami, dlatego jako trzy Kobiety przyglądały się niebu, próbując
odgadnąć jaki jest księżyc. Szczerość i regularność, z jaką się
zjawiał, powodował ich sympatię do tego podróżnego i były mu w stanie
wybaczyć nawet to, w jaki sposób wyciąga je czasem z łóżka w środku
nocy.
– Księżycowi na pewno już nic nie zarzucisz. – Powiedziała kiedyś mama do Konstancji.
– Nie wiem – uśmiechnęła się tamta – nie znam go na tyle.
– Ale ja go znam. – Spokojnie przyznała się Krystyna. – Księżyc jest prawie w porządku.
– Prawie? A co on przeskrobał? – Spytała mama, a Konstancja popatrzyła na małą uważnie.
– Czasami nie pozwala spać.
– No tak, każdy musi się z nim męczyć. – Przyznała mama.
– Ale może to dobrze, może nie pozwala nam przespać jakiś ważnych chwil? – Tajemniczo dodała Konstancja.
Potem już nie mówiły o księżycu, bo uwagę ich przykuł kocur, który nie
jadł już od paru dni, nawet ulubionych szprotek, kupionych tego dnia
przez zaniepokojoną jego stanem mamę. Wszystkie skierowały swą uwagę na
przykurczonego zwierzaka, który całym swym ciałem alarmował, że nie
jest z nim najlepiej. Postanowiły zabrać go do weterynarza i tak po raz
pierwszy odkąd zamieszkał z nimi, został zapakowany do wiklinowego
koszyka i wyniesiony na zewnątrz. Weterynarz wymęczył biednego burasa
badaniami, które nie doprowadziły do żadnego werdyktu. Mama i Krystyna
zrozpaczone zaniosły kocura do domu. Wieczorem wpadła do nich
Konstancja ze świeżą dostawą szprotek i swym wewnętrznym spokojem. Ale
ponieważ kot nadal nic nie jadł, tylko leżał ze smutkiem w zielonych
ślepiach, Krystyna zaczęła cicho płakać, a mama, siedząc obok na
podłodze, głaskała go po zapadłym brzuchu.
– Nie odchodź od nas. – Wyszeptała do kota. – Konstancjo zrób coś. – Zwróciła się z błaganiem w głosie do Konstancji.
– Jak będzie mógł, to zostanie. – Wyszeptała Konstancja, wiedząc, że nic nie może zrobić.
Kot z dnia na dzień chudł coraz bardziej, a jego futerko zrobiło
się matowe. Po paru dniach tego dziwnego stanu, już ledwo trzymając się
na łapkach, wstał jakby nigdy nic i zaczął jeść szprotki. W jego oczach
malowało się łobuzerskie pytanie: I co, jednak wszyscy mnie kochają? No
to jestem, no to żyję. Nigdy nie zrozumiały, dlaczego przez parę dni
nie jadł i co mu wówczas było. Tylko mama chodziła jeszcze długo
roztrzęsiona, bowiem w jego mruczeniu odkryła ton głosu jej ukochanego.
Krystyna bała się najbardziej tego, że może to ona była przyczyną
dziwnej choroby kota, przecież parę dni wcześniej wyrzuciła go ze swego
pokoju, krzycząc, by zniknął jej z oczu. Może kot tak właśnie zaczął
znikać? Co za szczęście, że mama w porę zatrzymała kocura, przecież ona
tak na prawdę bardzo kochała tego zwierzaka. Po powrocie do zdrowia,
kocur bardzo szybko utył, ponieważ wszystkie z radości karmiły go tylko
tym, co lubił najbardziej.
– Czasami każdy musi odejść. – Mama próbowała uciszyć wyrzuty sumienia Krystyny.
– Tak jak tata?
– Czasami tak jak on, a czasami jeszcze inaczej.
– Ale dlaczego?
– Taka jest kolej rzeczy.
– Dziwne.
I rzeczywiście, dla sześciolatki było to dziwne, ale dla ośmiolatki,
odejście stało się oczywiste. W pewnym sensie, Konstancja odeszła tak
jak tata. Krystyna zrozumiała, że i ona będzie musiała odejść. Od tego
momentu, zaczęła się przygotowywać do swej wielkiej wyprawy. Odkryła
również, że jej mama także się szykowała. Musiały jedynie wyczuć
odpowiedni moment, by odejść, tak by nikomu nie zadać większego bólu
niż sobie. Powolnym odchodzeniem było zapominanie. Już nie pamiętała,
jak nazywał się jej tygrysek, którego tak kochała. Mając trzy lata,
chodziła z nim, trzymając go za kosmatą łapkę. Czasami tylko, gdy czuła
się bardzo samotna, podkradał się do niej na swych pluszowych łapach,
by pogłaskać ją po głowie. Natychmiast znikał w ciemnościach po tym,
jak przestawała płakać. Innym razem, gdy długo pozostawała nie utulona
w żalu z jakiegoś bardzo ważkiego dla niej powodu, zabierał ją na długi
spacer po Księżycowym Mieście. Płynęli tam długo w gwiazdach drogi
mlecznej, by dolecieć do złotej bramy, zwieńczonej srebrnym ptakiem,
trzymającym klucze do miasta. Tygrysek potrafił przeniknąć przez bramę
bez pozwolenia srebrnego klucznika, wciągając ją za sobą w srebrne
zaułki miasta. Błądząc po ulicach przesypujących bruk pod jej ciałem z
powrotem w srebrny pył i trzymając za rękę kawałek swego wczesnego
dzieciństwa, zapominała o tym, co zraniło ją tego dnia. Na koniec,
przepływali wielką rzeką jej smutku w sam środek spokoju. Pod wodą nie
działo się już nic, pod wodą można było spokojnie usnąć, by rano
powrócić do domu, białego pokoju i codzienności. Nim poznały
Konstancję, spotkała ją w Księżycowym Mieście. Siedziała przy
fontannie, z której wypływała rzeka smutku. Konstancja uśmiechnęła się
do dziecka łagodnie i srebrną dłonią podała jej krople wody z fontanny.
Krystyna nie chciała przyjąć daru bojąc się podstępu, przecież chciała
wrócić do codzienności, ale Konstancja wyczuła chwilę wahania i
wypuściła wodę z powrotem do fontanny. Mała poczuła, że coś straciła i
że jest już za późno, by to nadrobić. Później pytała Konstancję co
miała oznaczać ta woda, którą jej podawała w Księżycowym Mieście, ale
Konstancja udała, że nie rozumie pytania. Przez chwilę patrzyły na
siebie podejrzliwie, aż wreszcie Konstancja roześmiała się i pocałowała
ją w policzek.
– Księżycowe Miasto z tygryskiem, pięknie to wymyśliłaś!
Wykrzyknęła zachwycona, lecz Krystyna wcale nie podzielała jej
rozbawienia. Czuła jak Konstancja próbuje coś przed nią ukryć i nie
było to według niej w porządku, pokręciła więc tylko głową i odeszła,
zaszyć się wśród zabawek w swoim pokoju. Konstancja pozostawiła ją samą
sobie, co potwierdziło jedynie, że nie wszystko zostało powiedziane.
Później, siedząc samotnie w pokoju, przypomniała sobie jeszcze coś.
Przecież Konstancja miała wówczas skrzydła. Długie, jak jej ramiona,
srebrne, miękko opadające na plecy. Na pewno. Konstancja wyszła jednak
już i Krystyna nie zdążyła zapytać ją o skrzydła, od tej pory też
zaczęły z mamą nazywać Konstancję wróżką. Bo nią była, jako pierwsza
wiedziała, że będą musiały odejść, że odkryją to każda w swoim czasie,
wiedziała dużo o nich i o ich gwiazdach, a co najważniejsze, zawsze
przychodziła, gdy była potrzebna i zawsze znikała, gdy potrzebowały
zostać same. Gdy tygrysek odszedł z pamięci Krystyny na stałe,
Konstancja podarowała jej Ados, wyszeptawszy, tuż przed zaśnięciem, do
ucha dziewczynki, imię: Ados. I tak, Ados przyszła do Krystyny.
Następnego poranka Krystyna chciała mamie powiedzieć o Ados, ale gdy
tylko zaczęła opowiadać o tajemnicy minionej nocy, zobaczyła jak
maleńka niczym świerszcz, przyklejona do boku jej filiżanki, Ados
rozpaczliwym ruchem głowy, prosi ją, by nic nie mówiła mamie. Odtąd
mogła szantażować Ados, że ją zdradzi, a ta zawsze lękliwie ustępowała
małej.
Czego się boisz Ados? Przecież i tak wszystkie stąd kiedyś odejdziemy?
Mojej mamy? Ależ to bez sensu! Ona ci przecież nic nie zrobi, jest taka
łagodna i tyle rozumie. Nie przecz, bo wcale jej nie znasz. O! Jak ty
czasami źle rozumiesz ludzi. Kim ty w zasadzie jesteś. Nie, Ados! Ty
ciągle coś dziwnego mi opowiadasz, wcale nie, ja sama potrafię już dbać
o moje wspomnienia. O nie! Ados! To nie jest w porządku, ja pamiętam
jaki był ojciec! Pamiętam! Krystyna wykrzyknęła ostatnie słowa do Ados.
Był pochmurny dzień i mama czuła się źle, prawie od rana nie wstawała z
łóżka, nie poszła do pracy, tylko tkwiła nieruchomo, ze wzrokiem wbitym
w jedno miejsce. Krystyna została z nią, a mama wcale nie protestowała,
od czasu do czasu wołając z sypialni, by przyniosła jej herbatę, albo
podała koc leżący w drugim pokoju na kanapie. Zaniepokojenie, które
odczuwała rano z powodu dziwnego zachowania mamy, ustąpiło, gdy
uświadomiła sobie, że Konstancja na pewno by się zjawiła, gdyby było to
coś poważnego, dlatego spokojnie zanosiła mamie herbatę za herbatą, nie
przejmując się, że prawie nigdy jej nie pije i cichutko siedziała w
swym pokoju, szeptem rozmawiając z Ados.
– O czym pamiętasz? – Wywołana okrzykiem Krystyny, spytała cicho mama, stając w drzwiach jej pokoju.
Krystynie zrobiło się głupio, nie wiedziała zupełnie jak odpowiedzieć mamie.
– Miał brązowe oczy, lekko kręcone, ciemno - blond włosy, takie miękkie
w dotyku, wąska twarz, gdzieś jest jego zdjęcie, dużo zdjęć, przecież
mamy ich mnóstwo, chodź!
Mama pociągnęła ja za rękę w stronę sypialni. Krystyna dreptała za nią, z niewyraźną miną, przeklinając w duchu podstępną Ados.
– Widzisz. – Pokazywała jej mama zdjęcia mężczyzny, który był jej ojcem.
Jaki był, już nie pamiętała, tylko ostatni dzień, w którym siedział z
nią w pokoju i układał dla niej litery w słowa, nazywając każdy z
tajemnych znaków: „To jest A, a to B”
– Bardzo wcześnie zaczął cię uczyć, pamiętasz? Cały czas czegoś
cię uczył, nawet gdy się z tobą bawił. Prawie nie musiałaś zadawać
pytań, bo on wyprzedzał twoją ciekawość. Chciał sam nauczyć cię jak
najwięcej.
Krystyna przypomniała sobie, jak ostatniego dnia przytulił ją na
dobranoc i opowiedział jej bajkę o Księżycowym mieście, w którym żyją
anioły i smuteczki. Gdy ludzie wchodzą zbyt głęboko w swój smutek, ich
dusza nie wytrzymuje tego balastu i po pewnym czasie wyrzuca z siebie
wszystko to, co złe i męczące. Wszystkie ludzkie smuteczki, tak jak
łzy, wpadają do rzeki w księżycowym mieście. Z każdą nową partią
zlatują się anioły, wyławiając z rzeki co ciemniejsze smutki i co
bardziej słone łzy. „Strzeż się – zakończył swą bajkę – by taki anioł z
księżycowego miasta, nie dał ci spróbować kropli z tej rzeki.” Krystyna
próbowała dowiedzieć się, dlaczego byłoby to zgubne, ale była zbyt
śpiąca, by otworzyć usta i cokolwiek powiedzieć, tylko jej
wszechwiedzący ojciec uśmiechnął się i dodał: „bo mogłabyś wyruszyć w
niekończącą się podróż...”
– O, a tak wyglądał, gdy go poznałam! – Mama, z prawdziwą
radością, odkryła małe zdjęcie, na którym jego wąska twarz uważnie
przyglądała się tym, którzy oglądali zdjęcie. – Widzisz, miał wtedy
inną fryzurę, nosił włosy do ramion, popatrz, tu widać jak mu się
kręciły, tak jak tobie, chociaż nie, ty włosy masz po mnie.
Jej ojciec, gdy wyszedł z pokoju, ostatniej nocy spędzonej z nimi, już
spała, błąkając się po zapamiętanych z jego opowiadań łąkach, a łąki
te, od czasu do czasu, przecinały różnokolorowe litery i jego ręce,
układające ciągi wyrazów i łańcuchy zdań. „ To jest C, po C jest D.”
Rano już go nie było.
– Widzisz, jak trudno go zapomnieć.
– Nie trudniej jak litery.
– Jakie litery? – Zdziwiła się mama, która najwyraźniej odpłynęła do chwil ze zdjęć.
– Alfabetu. – Odpowiedziała jej smutno Krystyna.
– Aaa.
Mama nic więcej nie powiedziała, położyła się na łóżku i przytuliła mokry od łez policzek do poduszki. Jego poduszki.
Ona jest chyba chora. Nie sądzisz Ados? Przecież tak się nie zachowuje,
to nie ona, to jakieś dziwne zachowanie. Ados, ty zdrajco! Dlaczego tak
mnie zirytowałaś, nie widzisz, jak bardzo muszę być ostrożna. Przecież
ja wszystko pamiętam, tylko czasami moje wspomnienia odchodzą! Czasami.
I co ja mam zrobić? Zadzwonię do tej wiedźmy Konstancji. Tak, jestem na
wszystkich zła, dlatego znikaj, chuda Ados, diabli nosie, koci chodzie.
Kiedy Konstancja przyjechała wszystko nabrało innego tempa.
Wieczorem siedziały już same, a Krystyna starała się nie płakać, ani
nie robić sobie wyrzutów sumienia. Miała je jednak, nie zauważyła
bowiem, jak bardzo jej mama była tego dnia chora i przez nią trafiła do
szpitala.
– Nieprawda. – Ciepłym głosem próbowała pocieszyć ją Konstancja.
Ale Krystyna dobrze wiedziała, kto tego dnia był samolubnie zajęty sobą i nie zauważył co się dzieje z mamą.
– Jutro, po jutrze, wyjdzie.
– Może.
– Na pewno.
– Tata! – Wykrzyknęła nagle Krystyna, tak, że zdziwiona Konstancja
obróciła się w stronę drzwi. – Zapomniała jego zdjęcia. – w głosie
małej było tyle niepokoju, że Konstancja zgodziła się zawieźć zdjęcie
jeszcze tego wieczoru do szpitala.
– Które?
– Tylko to małe, z czasów kiedy się poznali.
Co robisz Ados? Nie jestem niecierpliwa, mam tylko dość czekania. Nie
śmiej się ze mnie. Jesteś niedobra. Gdzie, no powiedz mi wreszcie,
gdzie jest Konstancja?!
Gdy poznały Konstancję, ta opowiadała im jak w przeszłości podróżowała
po różnych lądach, poszukując swego miejsca na świecie. Tam, skąd
przyszła, nie czuła się najlepiej, coraz trudniej znosząc to, co
robiła. Mama tłumaczyła Krystynie na czym polegała praca Konstancji. Z
tego, co mała zdołała zrozumieć, chodziło o jakieś specjalne, dziwne
pomaganie ludziom, jednak z czasem okazało się, że jest to bardzo
kłopotliwe zajęcie, ludziom bowiem przybywało kłopotów, a Konstancja
stawała się coraz bardziej bezradna.
– To była praca podobna do pracy lekarza. – Próbowała tłumaczyć jej mama. – Tyle, że Konstancja nie leczyła ciał.
– To co leczyła.
– Dusze.
Z czasem, Krystyna wyrobiła sobie wyobrażenie o tym, kim była
Konstancja nim do nich dotarła. Sama z resztą mówiła, że spotkały się
pośrodku swych dróg, gdy ona czuła się już bardzo zmęczona i
niepotrzebna. Konstancja wyruszyła w drogę by coś zmienić, zmienić w
sobie. Nie chciała już przyglądać się ludziom i poprawiać ich zbłąkane
myśli, nie chciała całymi dniami siedzieć i nic nie robić, tylko
wpatrywać się w ludzkie twarze, szukając tam dobra i zła. Chciała żyć
prawdziwie i prawdziwie pomagać, lecz równocześnie zrozumiała, że nie
pomoże całemu światu, ani nawet jednemu, jedynemu człowiekowi, gdy ten
nie będzie tego chciał, gdy sam jej nie poszuka. I tak, dotarła do
nich, idąc łąkami i szumem wiatru, ulicami miast i pędem samochodów,
blaskiem księżyca i światłem latarń. Konstancja dużo widziała po drodze
i czasami opowiadała im niesamowite historie, od których obie z mamą
nie mogły spać, tylko leżały długo w łóżku mamy i domyślały dalszy ciąg
zdarzeń. Konstancja opowiedziała im kiedyś o tym, jak widziała
starzenie się trawy. Coraz wyższa, dzika trawa, po której nikt nie
chodził i której nikt nie oglądał, rosła do momentu, aż stawała się
długim sztywnym pędem. Gdy dochodziła do tej chwili swego istnienia,
jej samotność przelewała dojrzałość na inne źdźbła, tak że prawie w
jednej chwili, całe zbocza i łąki pokrywały się siwiejącymi wysokimi
trawami. Zapadała wówczas dziwna cisza, przez chwilę ziemia nie
oddychała i ptaki uciekały do swych gniazd na drzewach. Wszystko
szanowało siwe włosy łąk i zboczy, do momentu, aż spadły pierwsze
liście z drzew. Wówczas wszystko odżywało w przygotowaniach do
nadchodzącej zimy i świat ruszał spokojnie dalej w swoją stronę nie
bacząc na siwe włosy i smutek trawy. Wieczorem, przytulona do mamy,
zastanawiała się, czy można jakoś pomóc trawie.
– Ale jak? – Pytała senna już mama.
Tego Krystyna nie wiedziała, męczyła ją jednak wizja, samotnej trawy,
szumiącej nocą swą siwą grzywą. Może jest jakiś sposób, żeby trawa nie
była tak bezgranicznie smutna?
– Nie przesadzaj. – Próbowała pocieszyć ją mama, usypiając. – To
nie jest aż takie złe, poza tym ze smutkiem nie powinno się walczyć.
– Jak to?
Już przez sen mama wymamrotała odpowiedź:
– Bo to jest naturalny smutek, tkwiący w każdym.
Nazajutrz Konstancja potwierdziła słowa mamy.
– Jest taki smutek, tkwiący najgłębiej w nas i w tym co nas otacza, po
prostu smutek wszystkiego i nie da się go wyleczyć, trzeba nauczyć się
z nim żyć.
Krystynie wydało się to straszne. Nie czuła się smutna, tylko czasami,
nie spostrzegła też, by inni ludzie i rzeczy nosili go w sobie.
Konstancja uśmiechnęła się do małej wyrozumiale i pocieszyła ją, że nie
każdy go odkrywa i nie każda rzecz wydobywa go z siebie na zewnątrz.
Jednak odtąd intrygowały małą każde siwe włosy. Nawet jej mamy, bo mama
miała kosmyk siwych włosów, podobnie zresztą Konstancja, nie mówiąc już
o Ados, która czasami cała była w siwych włosach, by zaraz potem
zmienić ich kolor na srebrny.
Może każdy chwilami jest siwy. Nie... Ados, skąd ty to możesz wiedzieć,
przecież nawet moja mama czasami nie jest siwa, gdzieś gubi swój kosmyk
popielu. I co? Może ja też mam siwe włosy, tylko ich nie widzę, gdzieś
z tyłu głowy, przy skórze, prosto z moich myśli wyrastają mi, siwiejąc
na moment, gdy płaczę. Jak to jest, kłamczucho Ados? Aaa... jak zwykle,
nie powiesz mi nic mądrego. Tego nie mów, ja to i tak wiem. Nie! Wcale
się ciebie nie pytam! Ja... tak sobie. Tak, nie muszę z tobą rozmawiać.
Tak! Idź! Idź już sobie. Tylko ciekawe do kogo pójdziesz?!
Po tej rozmowie, Ados rzeczywiście znikła na jakieś dwa tygodnie. Przez
ten okres, Krystyna zapomniała o problemie traw i ich smutku. Dopiero
nagłe pojawienie się Ados w oknie, ciepłego jesiennego wieczoru,
przypomniało małej całą ostatnią rozmowę.
I co, Ados? Jednak wróciłaś. Całkowicie o tobie zapomniałam, pewnie nie mogłaś sobie beze mnie poradzić?
Nie było to prawdą i Ados wiedziała o tym dobrze, spokojnie położyła
przed małą bukiet z wysokiej zasuszonej górskiej trawy. Krystyna od
razu poznała w tym bukiecie cały smutek łąki, na której Ados go
zrobiła.
Ados. Dlaczego?
Krystyna czuła wyrzuty sumienia. Nie chciała dopuścić do tego, by Ados
dla niej zrywała tą trawę, może tym jeszcze bardziej ją skrzywdziła?
Czuła, jak po kołdrze płynie zapach wiatru i ziół, wraz z łzami. Kołdra
natychmiast stała się zielona. W innych okolicznościach, Krystyna może
by pomyślała o tym, co pomyśli sobie mama rano, gdy zobaczy brudną
pościel, ale teraz, z trawą przy twarzy, Krystyna o niczym nie myślała,
tylko o łące, na której w samotności wyrastała trawa, o jej smutku i
dziwnej podróży, jaką odbyła z Ados do jej pokoju. Trawa w odpowiedzi
pachniała ostatnim ze swych zapachów, powoli zmieniając się w siano.
Ados siedziała przez cały czas przy głowie małej, nucąc jej jakąś
dziwną kołysankę, którą najprawdopodobniej usłyszała w drodze. Gdy rano
mama weszła do pokoju, zdziwiona popatrzyła na łóżko w nieładzie i na
rozrzuconą po pokoju, zasuszoną trawę.
– Co to? – Spytała Krystynę, nie mówiąc jej dzień dobry i prawie na nią nie patrząc.
– Dzień dobry. – Powiedziała ledwie rozbudzona Krystyna. – Wiesz, że jest mi do twarzy ze smutkiem.
Mama popatrzyła z gniewem w oczach na córkę. Nie podobały się jej słowa dziecka i to, co zastała w pokoju.
– Nie gniewaj się. – Szepnęła Krystyna próbując ją obłaskawić.
Ale wszystko na nic, mama nic już nie powiedziała tylko kazała natychmiast jej wstać i posprzątać.
Dlaczego czasami nic nie rozumiesz? Irytowała się, stojąc na bosaka
przed łóżkiem, Krystyna. To nie tak Ados. Ona, jak chce, to doskonale
rozumie, tylko musi chcieć.
– Pospiesz się! – Krzyknęła mama z kuchni, przerywając zaczynającą się rozmowę z Ados.
Krystyna już nic nie powiedziała, tylko zrozumiała, że musi ten
dzień przeczekać. Czasami zdarzały się dni, w których musiała uważać na
to, co robi i mówi, bowiem były to dni, w których mama była
nieprzystępna, zamknięta w sobie i na nic nie odpowiadająca. Konstancja
twierdziła, że każdy ma takie dni i nawet Krystyna na pewno miewa takie
chwile. Krystyna nie lubiła tego, zwłaszcza, gdy bardzo potrzebowała
coś z mamą omówić, lub coś ważnego jej powiedzieć. Tymczasem, mama
milczała, lub, z ponurą miną, odpowiadała sucho na najciekawsze
pytanie. Po takim dniu, krótkich pytań i szorstkich odpowiedzi, nie
pozostawało zbyt wiele wspomnień i szybko zapominały o nim obie, jednak
gdy Krystyna była mniejsza denerwowała się czy czasem mama nie
pozostanie taka na dłużej, jednak nigdy te czarne przewidywania nie
okazywały się prawdziwe. W tym dniu, w którym mama zobaczyła rozrzuconą
trawę w pokoju Krystyny, chodziło jednak o coś więcej. O co, tego
Krystyna nie domyśliła się. Popołudniu, gdy przyszła do nich, jak co
dzień, Konstancja, obie z mamą zamknęły się w kuchni, gdzie zwykły
przeprowadzać ważne rozmowy i zaczęły o czymś długo rozmawiać. Znudzona
mała, po pewnym czasie, podeszła do drzwi, by swoim starym sposobem
podsłuchać, co się dzieje w domu. Dzięki wypracowanej przez ciekawość
metodzie, zawsze wiedziała o wszystkim i jakich tematów należy unikać w
rozmowie z mamą. Wiedziała też doskonale kiedy i co martwi mamę
najbardziej. Siedząc na niskim stołeczku z przedpokoju, wpatrując się w
białe drzwi i smugę światła wychodzącą przez szparę między drzwiami, a
podłogą mała dowiadywała się jak świat potrafi być niebezpieczny i jak
życie potrafi dokuczyć. Potem, gdy kończyły rozmowę, szybko odchodziła
od drzwi, by ukryć swą wiedzę między zabawkami w swoim pokoju. Wyrzuty
sumienia, jakie jej czasami towarzyszyły, ukrywała szczelnie przed sobą
i przed mamą, która od razu domyśliłaby się wszystkiego. Tamtego dnia
Krystyna podsłuchała następujące słowa:
– To normalne – Tłumaczyła coś mamie Konstancja – nie możesz siebie o
to obwiniać. Zresztą czy ty zawsze musisz czepiać się siebie? To ja
mogłam zawinić.
Chwila ciszy oznaczała ruch głową matki, którego można się było, w tym chwilowym milczeniu, domyśleć.
– Jeszcze raz ci mówię, to nic złego, „choroba na starość” przytrafia się wielu ludziom.
– Ale ona jest...
– Nie, moja droga, pewne rzeczy wyczuwa się od razu.
– Żal mi jej dzieciństwa.
– Jezu! Jak ty potrafisz dramatyzować! Czego ci szkoda!! – W głosie Konstancji była wyraźna złość.
– Ty jesteś zbyt pewna wszystkiego. – Wyjątkowo ostro przerwała jej
mama. – Ona jest jeszcze dzieckiem, dlatego wieczne godzenie jej ze
smutkiem, cierpieniem, przemijaniem jest przedwczesne. Ja się na to nie
zgadzam! Ja się boje, że ją okaleczysz swą powagą, ciężkością.
– Natalio! Ale to nie ja! To jest w niej samej!
– Więc trzeba jej pomóc, by o tym nie myślała, a nie dodawać jej nowych
tematów i nowej pożywki, do i tak dziwnie przeładowanej głowy.
– Nie uchronisz ją przed nią samą. Zresztą pomyśl, jest taka jak
on, najpierw chory na starość, później na młodość, a na końcu na
prawdę. To dla niej odszedł.
– Co ty o nim wiesz!
Natalia zaczęła głośno płakać i wystraszona Krystyna uciekła do
swego pokoju. W uszach cały czas dźwięczały jej dziwne słowa: „chora na
starość”, „taka jak on”. Gdy mama weszła wieczorem do jej pokoju,
leżała pod oknem zwinięta w kłębek. Nie potrafiła wytłumaczyć, dlaczego
tak leży i co jej nie pozwoliło zapalić światła, może strach, że coś w
sobie zobaczy, coś o czym mówiła Konstancja.
– Co z Konstancją? – Zapytała mamę, która przyszła po nią do szkoły,
tego dnia, gdy po raz pierwszy tej jesieni musiała włożyć beret.
– Wyjechała. – Powtórzyła, jak rano, mama.
– Dokąd? – Nie dała za wygraną córka. – Miałaś mi wszystko powiedzieć,
tak zapewniała mnie Konstancja! Dlaczego mi teraz nie odpowiadasz?
Mama popatrzała na nią zmęczona.
– Wróciła do siebie.
Krystyna poczuła się dziwnie, przecież w miejscu, z którego
przyszła, Konstancja nie czuła się dobrze, przecież z niego uciekła.
– Jak to? – Zapytała mamę bezradnie.
– Ma tam jeszcze parę spraw do załatwienia. – Ucięła całą rozmowę mama.
Potem szły przez park, szurając liśćmi i wskakując w pracowicie
pozamiatane kupy złota i czerwieni, poszły też na kawę do ulubionej
kawiarni mamy i taty. Potem wróciły do domu, trochę zadowolone, trochę
zmęczone. Potem jadły kolację, trochę rozmawiały, trochę żartowały i
próbowały żyć normalnie, nie czekając, ani nie czując się opuszczonymi
czy zmartwionymi. Ados cały czas biegała nad ich domem, a noc
przyklejała się do szyb, gdy one tak po prostu próbowały, jak inni
ludzie, kierować się rytmem: potem – przedtem, trochę – bardzo, gdy nic
nie przeszkadza i nikt nie rani. Przecież musiały sobie radzić i udawać
dziecko i mamę, siebie i nie siebie. Przecież...
Natalia
Mama Krystyny miała na imię Natalia. Jej ukochany mężczyzna śmiał
się, że wyciągnął ją sobie z talii tarota, pewnego późnego popołudnia,
gdy wróżył mu przy piwie znajomy. Natalia weszła do knajpy, w której
siedzieli, zaraz po tym, jak wyciągnął „kochanków” i „trzy buławy”.
Jeszcze tej samej nocy przyprowadził Natalię do swojego mieszkania, z
balkonem wychodzącym na południe i z oknami oklejonymi bluszczem i tam
już zostali do jego odejścia. Gdy odszedł, Natalia nie mogła w to
uwierzyć, chociaż nieraz jej wspominał, że czeka go wielka wyprawa,
chodziła z kąta w kąt po ich mieszkaniu, czekając, aż wróci. Przecież
był jej ukochanym, a karta „kochanków” cały czas leżała w szufladzie
jego biurka. Dlatego Natalii było ciężko. Czas nie oddalał jej smutku,
a tylko osuwał ją w jakąś dziwną bierną rozpacz. Wokół siebie
odnajdywała coraz więcej jego obecności i wspomnień, aż wreszcie nie
potrafiła już w ogóle oderwać się od swego ukochanego. Wracał do niej
zapachem jakiegoś przechodnia, gestem, który zapamiętało całe jej
ciało. Mówiła sobie, że jest dobrze, ale nie było, bowiem cały czas
jakaś jej cząstka była z nim. Dlaczego odszedł, czy musiał? Zawsze jej
mówił, że wie gdzie zaczyna się światło i kiedy go wyczuje, będzie
musiał odejść, nawet gdyby kosztowało go to życie, odejdzie. I może już
nie żyje, chociaż wolała, by żył.
Był cichy wieczór, roczna córeczka spała już spokojnie, a on siedział
nad książką, którą czytał po raz kolejny. Siedział w swym ulubionym
fotelu z nogami wyciągniętymi przed siebie, spokojnie przewracając
kartka po kartce, powracając do już podkreślonych słów i zakreślając
kolejne zdania. Nie mogła na niczym się skupić, chodząc z kąta w kąt,
raz po raz zatrzymując się przed nim gwałtownie.
– No, mów. – Spokojnie odezwał się do niej nie odrywając wzroku od książki.
Natychmiast odwróciła się od niego i poszła w inny kąt pokoju.
– Natalio. – Za kolejnym podejściem zawołał ją, a gdy nie
zareagowała odłożył książkę i popatrzył na swoją ukochaną. – Natalio. –
Powtórzył z naciskiem w głosie, tym tonem, który tak dobrze znała,
tonem starego belfra nie znoszącego sprzeciwu.
Drań, pomyślała dziwnie rozdrażniona. Wiedziała, że to tylko ton
głosu, nic więcej, że jego właściciel spokojnie siedzący na swoim
fotelu zaraz wstanie i podejdzie do niej, zaniepokojony tym, co się z
nią dzieje, a może z nimi i chociaż jego głos się nie zmieni, jego
słowa będą dla niej, by ją uspokoić, by coś z niej wydobyć. Mimo
wszystko, nie mogła tego znieść. Jego spokoju, spokoju wieczoru, całego
świata. Coś w niej waliło się i szalało, jakieś demony biegały po jej
głowie, gdy tymczasem ich dziecko spało sapiąc swą nocną melodię, a jej
mąż czytał spokojnie książkę. Gdy, poirytowana odwróciła się na pięcie
już stał za nią. Uśmiechnął się do niej całą twarzą i uważnie popatrzył
jej prosto w oczy. Odpowiedziała mu złością.
– Co jest? – Spytał wyraźnie zdziwiony.
– Nic. – Odpowiedziała z jakimś sztucznym spokojem.
Wiedział, że to nic wcale nie jest niczym, tylko czymś przyczajonym
na dnie jej osoby. Natalia od zawsze była taka, nie wiadomo kiedy i
dlaczego nagle wszystko niszczyła: spokój, ciszę, siebie. Należało
przeczekać ten jej dziwny nastrój i potem wrócić do niej z czułością i
zapomnieniem, że widziało się jej wewnętrzny harmider.
– Chodźmy na spacer.
– A mała?
– Mocno śpi.
– Zwariowałeś!
– Chodźmy. – I spokojnie ujął ją za rękę.
Nie wyrwała się, ale czuł jej rosnącą niechęć. Wiedział, że zamyka
się w sobie. Odchodzi na tę noc, może dzień, mimo to trzymał ją mocno
za rękę i prowadził w stronę drzwi. Gdy wyszli z kamienicy, w której
mieszkali, doszło do niej chłodniejsze, niż w domu, powietrze.
Zatrzęsła się gwałtownie. Przyciągnął ją do swojego boku i objął mocno.
Szli w nocną ulicę, ich ulicę. Tą samą, na której trzy lata wcześniej
siedziała z przyjaciółką, w równie spokojną noc, i paląc papierosa za
papierosem, próbowała zakląć los i odwrócić kolej rzeczy. Tą samą,
którą parę miesięcy po sabacie prowadził ją po raz pierwszy do siebie –
sabat się udał i im się udało. Później rwał jej kwiaty jaśminu i bzu,
teraz biegał po pieluchy i zasypkę. Co będzie dalej? Szedł spokojny,
tak jakby na wszystko znał odpowiedź. A może zna? Matka Natalii mówiła,
że jest jej potrzebny ktoś spokojny i Natalia szła teraz koło swego
mężczyzny, spokojnego jak wszystkie półki biblioteki.
– Jezu! – Krzyknęła Natalia i wyrwała się z ramion spokoju. – A jak ona się zbudzi?
Nie czekając na jego reakcję, pobiegła w stronę domu. Dogonił ją i
razem wbiegli do kamienicy. Na korytarzu zatrzymał ją i położył na
swych ustach palec, znak ciszy, jego ciszy, pocałował ją. Demony jej
głowy chyba właśnie tego potrzebowały, bo pozwoliły jej wreszcie oprzeć
się na nim i dać mu pokierować jej krokami. Mała spała, zaróżowiona od
snów i ciepła. Nachylił się nad nią, tak jak nad słowami, które badał,
musnął jej policzek, sapnęła. Zamknęli za sobą drzwi. Natalia była już
spokojna. Popatrzył pytająco.
– Nie pytaj. – Odpowiedziała na jego spojrzenie.
– Już dobrze?
– Chyba tak? Tak.
– Chcesz iść na spacer?
Uśmiechnęła się w odpowiedzi.
– Nie. Chcę się kochać.
Tamtej nocy miała dziwny sen, pierwszy z kolejno po sobie
następujących, noc po nocy. Była w olbrzymim mieszkaniu. Trudno było
jej zorientować się gdzie jest, czy zna to mieszkanie, czy może jest w
nim po raz pierwszy. Były w nim elementy ich mieszkania, były całkiem
nowe, dziwne, niezrozumiałe. Mieszkanie to miało parę poziomów, ale nie
była w stanie doliczyć się ile dokładnie. Za każdym razem, gdy
próbowała przejść systematycznie z góry do dołu, lub na odwrót,
okazywało się, że zaczynała z niewłaściwego piętra i jakieś powyżej lub
poniżej zostało pominięte. Mieszkanie to wydłużało się lub kurczyło, w
zależności od tego gdzie była i jak bardzo się denerwowała. Bała się,
tym bardziej, że po mieszkaniu oprowadzały ją demony, jej własne
demony, które w dzień plączą jej spokój, męczą jej męża i nie pozwalają
jej na normalne zrobienie zakupów. Intensywny zapach słodko pachnących
kwiatów, coś pomiędzy floksami a hoją, nie pozwalał jej skupić się i
znaleźć cel jej obecności w tym mieszkaniu, dodatkowo biel, która była
tu stosowana do przesady, zacierała kontury korytarzy i mebli. Rano
obudziła się zmęczona, z ulgą wpatrując się w granatową pościel i szaro
zielone zasłony w kwiaty. Mała grasowała już po całym ich łóżku, co
oznaczało, że on wstał już dawno, nakarmił i przewinął córkę. Teraz
mała próbowała wejść w poszwę kołdry, znalazłszy w niej dwa odpięte
guziki i nie czując żadnego oporu, pchała głowę do powiększającego się
otworu. Natalia wyciągnęła kreta z poszwy i przytuliła pachnącą wciąż
mlekiem, upartą w swym dążeniu mordkę. Próbowała jeszcze zamknąć oczy,
ale mała zaczęła mruczankę, od której nie sposób było uciec w sen,
zresztą bała się powrotu do pustych przestrzeni białego mieszkania.
– Wstajemy? – Zapytała małą, która tym razem jak kret próbowała wryć się w rozpięty dekolt jej nocnej koszuli. – O.k. wstajemy.
Lekko, jak na ciężki sen, wyszła z łóżka zabierając ze sobą małą. Kawy,
kawy. Powtarzała w myślach Natalia i zaczęła uśmiechać się do swojego
dziecka zapominając o tym, gdzie utknęła w swym śnie.
Drugiej nocy jej sen zaczął się dokładnie w tym miejscu, w którym się
skończył poprzedniej. Znowu błąkała się po korytarzach bez celu i
próbowała znaleźć choćby jeden przedmiot, który by nie był biały. Tej
nocy zaczęła wyczuwać, że to mieszkanie w jakiś sposób jest jej
bliskie. Pomimo palącej bieli i nieodgadniętych rozmiarów rozpoznawała
je coraz mocniej jako swoje własne. Coraz więcej też pojawiało się jego
przedmiotów, jakieś jego książki, jego stara popielniczka, którą używał
jeszcze za czasów kawalerskich, jego koszula w kratę, której nie nosi
od roku, bo już mu się przestała podobać. Coraz bardziej czekała na
niego, wyczuwała, że go szuka i że on zaraz nadejdzie. Ale nie
nadchodził, tylko słodki zapach kwiatów zamienił się w zapach jego
delikatnej wody kolońskiej. Szła po linii tego zapachu, odpędzając
demony ze swojej głowy i szepcząc jego imię. Jednak nie nadchodził,
chociaż czuła go coraz intensywniej.
Mała obudziła ją brutalnie wpinając się po niej i śliniąc się w uśmiechu ząbkującymi dziąsłami.
– Jeszcze chwilę. – Wyszeptała Natalia, sprawdzając czy dziecko ma
zmienioną pieluchę ale, jak co rano, ojciec małej spisywał się
nienagannie. Tymczasem dla malutkiej szept mamy był znakiem, że można
na dobre się rozgadać. Strzępy słów i jakieś nie zrozumiałe zgłoski z
całą siłą małego gardła poleciały w przestrzeń. – Koniec. – wyszeptała
zmęczona nocą Natalia i przez chwilę próbowała ignorować koncert jaki
dawała jej córka, po chwili stało się to jednak nie do opanowania.
Drugi dzień, po tak dziwnie przespanej nocy, dał się we znaki Natalii.
W środku dnia, razem z małą zapadła w krótką drzemkę, z której wyrwał
ją jej ukochany, w tym momencie mniej ukochany, wchodząc hałaśliwie do
mieszkania. Popatrzył na Natalię zdziwiony, nie miała bowiem zwyczaju
sypiać w ciągu dnia i poszedł zrobić kawę. Dobrze. Pomyślała
rozgoryczona. Wykup się kawą. Coś w głowie odpowiadało jej: A czym
innym ma się wykupić.
– Zrozumieniem.
– Czego? – Dobiegło ją pytanie z kuchni.
– Nie z tobą rozmawiam! – Odkrzyknęła mu zdenerwowana.
– Źle sypiasz.
– Też mi nowina.
– No. – Popatrzył tym swoim znaczącym spojrzeniem, a ona uśmiechnęła
się do niego starając się w tym uśmiechu ukryć pustkę białego
mieszkania. – Co się dzieje? – Zapytał.
Nie odpowiedziała mu.
– Zły okres.
– Być może.
Na resztę dnia, jak kot, zniknął jej wraz z małą. Nie przejmowała
się tym, znając jego kocią naturę, wiedziała zresztą, że zniknął dla
niej. Próbowała sobie w samotności poukładać znaczenia i przetrzeć
biel, jaka jej została po snach ostatnich dwóch nocy. To jednak, co
wychodziło z mieszkania jej snów, mocno osiadało w teraźniejszości
dnia, zamykając ją na słońce i ciepłe gesty rodziny. Czuła, jak topi
się w swym śnie, jak wpada w jakiś przedziwny lej pustki i że za chwilę
utonie do reszty w morzu bieli i bezdechu. Co było po drugiej stronie
tego oceanu? Na pewno nie był to spokój, za mocno biło jej serce na
myśl, że kiedyś się dowie. Co miała oznaczać ta oplatająca ją biel?
Wszystko atakowało ją swą czystością barwy. Szarości i odcienie,
załamanie światła i zmiana perspektywy nic nie dawały, cały czas przed
jej oczami tkwiła biel. Tracę siebie lub jego. Nie, tracę siebie samom.
Przecież on był cały czas tuż obok, jak czarnoksiężnik oplatający ją
wstęgą zaklęć, tulący jej głowę, gdy śniła dziwne obszary. Byleby tylko
zdążył. Byleby tylko był na czas. Gdy wrócili z radością otworzyła im
drzwi. Mała już spała w jego ramionach i przebudziła się z okropnym
płaczem.
– Zdążyłem.
Pokiwała mu głową. Potem zjedli w przyjemnym nastroju kolację, ale
zaraz po niej, Natalia wyczuła zbliżającą się noc i powracającą do domu
biel snu. On zresztą też wyczuł nadciągające złe sny i próbował
ratować. Noc przesądziła jednak o tym, co porwie biedną Natalię tak, że
mógł jedynie przytulić ją na dobranoc.
Sen zaczął się dokładnie w tym samym miejscu, w którym skończył
się poprzednio. Tym razem wiedziała już na pewno, że jest to ich
mieszkanie, nie wiadomo tylko dlaczego tak dziwnie rozciągnięte. Może
oczy jej córeczki tak je postrzegały, a może to ona tak je widziała
całą sobą. Teraz już prawie pewnie podeszła do okien w czymś, co
przypominało ich duży pokój. Podobieństwo to bowiem było bardziej
intuicyjne, bardziej czuła, że to jej mieszkanie, niż mogła to
rozpoznać. Na zewnątrz panowała dziwna, ciemno – szara noc. Padał
deszcz. Przykleiła nos do szyby i zaczęła czekać, nie musiała trwać tak
długo, dość się naczekała w dwie poprzednie noce. Przyszedł, stał na
zewnątrz pod oknami ich mieszkania nie patrząc na nią i nie czując, że
moknie. Dawała mu znaki, choć nie mogła ruszyć ręką, krzyczała, by
wszedł do środka, choć nie mogła wydobyć z siebie głosu, płakała, choć
nie było w niej łez. Tylko raz uniósł głowę i spojrzał w jej stronę.
Wszystko w niej zamarło, na tę jedną chwilę, gdy on spojrzał przelotnie
w okno, przy którym stała, potem jak człowiek, który pomylił adres,
odwrócił się i odszedł.
Obudziła się o szóstej rano. Było jeszcze ciemno. Nie spał.
– Jestem. – Pocałował ją w policzek.
– Jeszcze. – Odpowiedziała mu, łykając łzy.
Zamknął oczy, ona też próbowała zasnąć. Białe mieszkanie, zimną falą
odpływu wyrzuciło ją na brzeg łóżka. Jeszcze był, mała spała, spało
miasto. Była meduzą odepchniętą przez morze.
Poznali się z Szymonem dawno temu, kiedy była jeszcze wiedźmą błąkającą
się po korytarzach świata. Układała wróżby z obłoków i rozsypanych
zapałek po podłodze. Podróżowała w snach i drogami jakimi prowadzili ją
inni. Natalia była samotna i w jakiś sposób taka pozostała. Miała jedną
jedyną przyjaciółkę, taką samą jak ona wiedźmę. Gdy były razem, do nich
należał świat, stwarzały swe własne cuda, tak jak wtedy, gdy weszły na
wieżę. Razem, trzymając się za ręce, wolno, ostrożnie stawiając kroki.
Jakim sposobem weszły do środka, tego nikt nie wie, one same nie
rozumiały, jak stara, zamknięta brama może tak łatwo się otworzyć.
Potem w górę, przez zapach starych, drewnianych schodów i korytarzy
pełnych pajęczyn. Do piątej kondygnacji szły wąskimi, krętymi schodami,
na wyższych kondygnacjach wieża ukazała swe puste wnętrze, tak jakby
wewnątrz ktoś ją wypatroszył. W środku była tylko drewniana konstrukcja
prowadząca schody na sam szczyt. Na samej górze, wąskie gotyckie okna
pozwalały im jedynie wsunąć głowę w swe otwory i z tej średniowiecznej
odległości oglądać miasto. W dole, ulice migotały swym współczesnym
gwarem, a one, ponad tym wszystkim, czuły, jak wiedźmy im podobne
unoszą się nad ich głowami wokół wieży. Gdy zeszły, świtało i
rozbawieni ludzie wracali do swych domów. Tylko one, spokojne tak jak
rzeźby mijane, tam w górze, przesuwały się niczym duchy przez budzące
się miasto. Godzina duchów dawno minęła, mimo to, szły wyznaczonym im
szlakiem.
– Może pójdziemy do wujka Alberta? – Tuż pod domem Natalii zapytała raptem jej przyjaciółka.
Natalia spojrzała na nią zaintrygowana. Była już ósma rano, a im nadal nie chciało się spać. Dominika pociągnęła ją za sobą.
– Przecież nie będziemy o tej porze spać.
Natalia przytaknęła jej i poszła w kierunku, w którym tamta ją
prowadziła. Okazało się, że wujek Albert mieszkał w średniowiecznych
warownych murach okalających stare miasto. Od strony plant przedostały
się do środka i na dobre pół dnia zaszyły się w apartamentach
kloszardów i drobnych kieszonkowców. Wuj Albert przyniósł im na
śniadanie ptasi śpiew i dobrze im znane powietrze zamkniętych
kamiennych murów. Usnęły koło południa, a gdy się zbudziły, nie było
już ani wuja Alberta, ani ich torebek. Popatrzyły na siebie ze śmiechem
w oczach.
– Opłata odebrana za nocleg. – Zaśmiała się Dominika. – Możemy iść do domu.
Natalia wstała pierwsza, podała przyjaciółce rękę, tamta jednak nawet się nie poruszyła.
– Co? – Zapytała, widząc wystraszone oczy siedzącej.
– Tam. – Wyszeptała Dominika, pokazując oczami korytarz przed nimi.
Natalia obróciła się ze strachem, który przejęła z oczu przyjaciółki. Za nią rozciągał się jedynie pusty, mroczny korytarz.
– Tam nic nie ma. – Próbowała uspokoić siebie i przyjaciółkę.
– Jest. Usłysz.
Natalia wolała jednak nie słyszeć. Złapała Dominikę za rękę i podciągnęła w górę.
– Idziemy. – Zakomenderowała, próbując opanować drżenie niepewności w głosie.
– To król denarów. – Wyszeptała przerażona Dominika. – Bawi się
światem, podrzucając nasz los w górę. Nie możemy teraz koło niego
przechodzić, bo jeszcze nas upuści.
Usiadły z powrotem na swoim miejscu, czując jak wszystko wiruje
dookoła. Czekały, żeby przestał, żeby zakończył tą zabawę ich światem.
Przecież miał tyle innych, nie musiał akurat ich. Trzymały się za ręce
by przezwyciężyć żonglerkę nieskończoności i czekały niespokojnie.
Wreszcie pod wieczór wszystko ucichło. Świat przestał wirować.
Wymęczone ledwo wróciły do swych domów. Pod drzwiami leżały ich
skradzione torebki. Gdy Natalia otworzyła ostrożnie swoją, znalazła w
niej pięć denarów. W torebce Dominiki była śmierć. Dziewczyny nic nie
powiedziały do siebie, tylko szybko zamknęły swe torebki.
Do dzisiaj Natalia nie wie, jak po tym wszystkim mogła pozwolić
Dominice ot, tak po prostu, odejść. To było zaraz po jej ślubie z
Szymonem. Dominika przyszła pewnego popołudnia z butelką czerwonego,
wytrawnego wina, niechybnym znakiem, że jest źle. W milczeniu
odkorkowały złą wiadomość i nalały wyrok do kieliszków.
– Kochasz mnie jeszcze? – Zapytała ją wówczas Dominika.
– Zawsze cię będę kochać.
– Pójdziesz jeszcze za mną do wuja Alberta?
– Zawsze będę z tobą chodzić.
– Pomimo wszystko?
– Tak. Pomimo wszystko! Dominiko, co się dzieje?
– Czuję, że odchodzę.
I Dominika opowiedziała jej, jak w nocy, raz po raz, budzi ją król
denarów, jak razem z nim żongluje światem i denarami, jak wstaje i
chodzi po wyjątkowo pustych ulicach. Wszystko w tamtym czasie
prowadziło Dominikę w jednym kierunku. Nie mogła pozbierać myśli, ani
nie chciała od nikogo usłyszeć słów pomocy.
– Ty rzeczywiście możesz odejść. – Przerwała smutną opowieść Dominiki. – Zostań u nas przez jakiś czas.
– Nie mogę.
– Dlaczego?
– Po prostu.
– A to wino? Czy nie wybrałaś je jako S.o.s.
– Może.
– To czemu nie chcesz zostać?
– Chyba jest już za późno.
– Nigdy...
– Tak wiem. – Przerwała jej Dominika. – Tyle, że ja już jestem zmęczona.
Natalia objęła przyjaciółkę.
– Choć, pójdziemy do wujka Alberta, a jutro się nad tym pomyśli.
Tak jak zawsze, poszły swym podziemnym szlakiem, poprzez dżin z
tonikiem i kawę z adwokatem, pod same stare mury, by jak zawsze nad
ranem, zajrzeć do wujka Alberta. Tym razem Dominika chciała wejść do
niego sama, a Natalia nie mogła jej zabronić. Mogła jedynie przytulić
ją i całą sobą powiedzieć jak bardzo ją kocha. Mogła później na nią
czekać i niepokoić się, ale nie mogła jej zabronić, ani jej zatrzymać.
Wracała więc do domu, sama w ciepłym wietrze, krok za krokiem, coraz
bliżej ciała Szymona i coraz dalej od niego swoją duszą. Bo tak
naprawdę weszła z Dominiką do wuja Alberta i patrzała teraz jak tamta
odchodzi. Z każdym krokiem Natalii na bruku, swe kroki Dominika
stawiała w powietrzu, kropla po kropli. Gdy Natalia przyszła do domu,
Szymon jeszcze spał. Obudziła go i opowiedziała mu, że właśnie
pożegnała Dominikę. Nie zrozumiał, albo nie chciał, lub pozwolił by
działo się to, co miało się stać. Natalia została więc sama.
Tymczasem wuj Albert otrząsnął się z wiekowego snu, otwierając powieki
z pajęczyn i poruszając wiatrem swych korytarzy gołębie. Przypomniał
sobie jak wieki temu, gdy jeszcze go budowali, pragnął latać w
powietrzu. Był jednak za ciężki, zbyt mocno osadzili go w ziemi. Nie
mógł nawet nabrać odpowiedniej ilości powietrza do płuc korytarzy, nie
mówiąc już o jakimkolwiek rozpostarciu ramion przejść dla wiatru.
Trwał, zmęczony swym snem przysadzistej budowli ciała, do momentu, aż
nie zaczęły odwiedzać go strzygi i wiedźmy. Lekkością głosów, ruchem
ciał, miękkością włosów, budziły starego Alberta z jego średniowiecznej
drzemki. Aż wreszcie odkryły go Natalia i Dominika. Nie mógł pozostać
na ich głos obojętny. Ostatniego poranka Dominika przyszła po niego.
Cóż miał robić jak nie próbować. Dziewczyna była tak lekko wietrzna,
tak pięknie pachnąca, musiał oderwać się od swych starych fundamentów,
podać jej swą dłoń. Murowany wuj Albert i wietrzna Dominika musieli
odlecieć. Perpetum mobile do gwiazd.
Zaraz na początku, gdy zaczęli być ze sobą, Szymon powiedział
Natalii, że kiedyś odejdzie. Nie rozumiała jeszcze wtedy, co znaczą te
słowa, zresztą umknęły jej w tamtym okresie poznawania się na nowo.
Poznawania się tylko dla siebie nawzajem. Znali się bowiem już od
dawna, chodząc tymi samymi drogami, po tym samym mieście, nie potrafili
się tylko zauważyć, rozpoznać. Dopiero wczesną wiosną, gdy przyszedł po
raz pierwszy, ze swym nowym przyjacielem, do miejsca, w którym
przezimowała, zobaczył ją, zaraz po tym, jak wyciągnął „kochanków” i
„trzy buławy”. Przyjaciel, ze śmiechem w głosie, tłumaczył mu znaczenie
kart, a on patrzył, jak się porusza, wchodząc w ciemną salę i rozgląda
za wolnym stolikiem. Nie dosłuchał do końca co mówi mu los, tylko
podszedł do pięknej rudej dziewczyny i przysiadł się nie czekając na
pozwolenie. Natalia i Dominika z początku nie chciały z nim rozmawiać,
chociaż jedna i druga doskonale czuła, jak zbliża się to, co ma
nadejść. Został z nimi do końca ich wieczoru, a potem z Natalią wrócił
do swego domu. Przyciągał ją mocno dzień po dniu, wprowadzając w swój
świat, pokazując swoje życie i kąty. To była magia na dzień dobry i
czary na do widzenia. Nie można było przestać go kochać tak z dnia na
dzień, w ten sposób można się było jedynie w nim zakochać. On był
magiczny i znał układ gwiazd nad ich głową, wiedział jakimi drogami
chodzić i z której strony obchodzić rynek i wieże, na której czarowały
z Dominiką. Mieli wspólny żywioł: powietrze. Jej okna wychodziły na
korytarze wiatru i marzenia senne, jego na ziemię, po której hulał
wiatr i ludzkie rozrzucone słowa. Słowa były dlań bardzo ważne, badał
ich wielkość i znaczenie, tropiąc w nich to, co skrywały usta mówiących
i dłonie piszących. Natalia przyszła do niego prosto z lasu w swojej
głowie, a dokładnie przywiał ją wiatr, najpierw do Dominiki, a później
na spotkanie z nim.
To, co Natalia miała w głowie od początku było smutne: wielki,
zimno – zielony las, pełen szarości półmroku i jej zamyślenia. Od
najmłodszych lat nosiła go w sobie, od czasu do czasu, kryjąc się w
nim. Czasami irytowało to innych, którzy nie mogli zrozumieć, jak tak
miłe dziecko z promiennym śmiechem może być aż tak smutne i zamyślone.
W tym czasie swego zamyślenia, Natalia błąkała się po swym lesie, jak
mały wilk, biegając w poświacie słońca i księżyca, od ciemności do
błyszczącej w głębi niej samej poświaty. Potem wychodziła ze swej głowy
silniejsza o smutki i melancholie, które widziała w sobie. Ci, których
tak tym irytowała, pozostawiali ją po jakimś czasie samą tak, że
zostało jej niewielu przyjaciół i znajomych. Do nich mogła z pełnym
zaufaniem powiedzieć, że wychodzi, zamyka się w sobie i nie będzie jej
jeszcze jakiś czas. Jej mama również znała drogi Natalii, sama pewnie
nosiła podobne półcienie życia w sobie, dlatego, gdy Natalia jeszcze
jako mała dziewczynka, znikała w swoim dziwnym nastroju, nie próbowała
jej łowić, tylko spokojnie czekała, aż Natalia sama do niej powróci. W
lesie Natalii czasami wiał mocny wiatr łamiący złością drzewa i
przyginający do ziemi konary i jej głowę. Wówczas Natalia była zła,
biegając bez celu, jak zagubiona, po swym lesie, lub po ulicach miasta,
w którym żyła. Nie lubiła wiatru w swojej głowie. Wiatr zewnętrzny jej
nie przeszkadzał, ale ten w głowie zbyt dużo wyrządzał krzywd,
rozrzucając jej myśli i wprowadzając w nieład to, co zaczęła już
układać. Zawsze potem nie mogła dokończyć tego, co zaczęła, gubiła się
w swych planach i była dziwnie rozbita, jak łódź rzucona podmuchem
huraganu w inną, niż płynęła, stronę. Jak wydobyć się ze szczelin lasu,
w które wbijał ją wiatr? Jak zapomnieć jego wycie pośród połamanych
marzeń i nieprzespanych snów. Tak, Natalia czasami nie znosiła swego
lasu i jego wiatru. Pewien wyjątkowo silny podmuch rzucił ją do
odległego miejsca, w którym jeszcze nie była. Siedział tam stary
pustelnik z brodą mchu i skórą pomarszczoną jak kora. Był jak wielki
korzeń wyrwany dawno temu i porosły przez lata mchem, trawą i śladami
skradających się po nim zwierząt. Stary pustelnik zdawał się nie
zauważać niczego oprócz wiatru. Żył z jego podmuchów, które wtłaczały
mu do ust i oczu otaczający świat. Inaczej się nie komunikował z
zewnętrznością jak tylko poprzez wiatr, a to, co mu przyniósł brał z
pokorą i wdzięcznością, nie robiąc żadnej selekcji, ani nie
wybrzydzając. Natalia w ten właśnie sposób dostała się w jego oczy i
tak poczuł jej delikatny zapach. Pustelnik oduczył się już mówić,
potrafił jedynie kiwać się delikatnie i otwierać szerzej oczy i usta,
by więcej dostać od wiatru. Gdy stała na przeciwko tego żywego
korzenia, zrozumiała, że jest on korzeniem jej duszy. Najgłębiej w niej
schowany, najmocniej zakorzeniony, półmartwy korzeń jej smutku. Później
wiatr ją wywiał z obrębu pustelnika i więcej go już nie widziała, czuła
tylko czasami jak otwiera w niej szerzej swe oczy i usta, by więcej
połknąć wiatru i jej zapachu. Wiatr tak samo jak się pojawiał, tak też
znikał, raptownie porzucając ją pośród połamanych drzew i myśli.
Czasami wyrzucał ją z jej głowy wprost w świat, by musiała intensywniej
zmagać się z rzeczywistością. Gdy dorosła i zaprzyjaźniła się z
Dominiką, czasami, gdy zbyt brutalnie wyrzucała ją złość wiatru z lasu
w jej głowie, biegła zmęczona szukać pomocy u Dominiki. Dominika znała
jej las i tajemnice, wiedziała, gdzie szukać Natalii, gdy ta uciekała
przed ludźmi i codziennością. Dominika też najskuteczniej leczyła
posiniaczoną jej duszę z zadrapań kolców i igieł. Zawsze, gdy
przychodziła z włosami w nieładzie i wzburzeniem w oczach, Dominika
otwierała przed nią szeroko swe serce i wpuszczała ją tam jak ptaka,
który wysmagany przez wiatr, mógł się w tym gnieździe wypłakać. Później
szły na spacer, rozpoznać na nowo ludzi i ulice, lub odczyniały swój
mały sabat w tajemnicy przed Natalii duszą i jej lasem tak, by wyjść
już na dłużej i nie dać się sobie, ani temu, co niosła ze sobą
rzeczywistość. W noc, w którą Natalia poznała swego ukochanego, obie szły
niespokojne, wiedząc, że tym razem wiatr przywiał Natalię w świat dla
swego tajemnego celu. I rzeczywiście, „kochankowie” byli już w rękach
trzymających talię, a wydobył ich jeden ruch lewej ręki, która ciągnęła
karty i jej kroki w stronę pustego stolika.
Gdy pierwszy raz obudziła się u niego, nie zauważyła, że nie śpi u
siebie. Otworzyła oczy i wpatrując się w sufit myślała o dniu
poprzednim. Dopiero po paru minutach uświadomiła sobie, że leży w innym
łóżku i pod inną kołdrą, na samym końcu odkryła, że to zupełnie inne
mieszkanie, a obok niej leży jej mężczyzna. Wszystko to wolno
dochodziło do jej budzącej się świadomości, tak jak to, że zna go od
ośmiu, czy dziewięciu godzin, że jest absolutnie pewna swoich i jego
uczuć. Ich pierwszy poranek prawie niczym nie różnił się od kolejnych,
tyle, że przybywało im tematów i problemów do rozmowy. Od początku było
to naturalne, że są ze sobą tak, że nie musieli nigdy się pytać, ani
upewniać siebie. Jeszcze tego samego dnia pomógł jej przeprowadzić się
do siebie, co zresztą zajęło im cały dzień. Tak jego mieszkanie stało
się ich mieszkaniem, a jej pewność, że właśnie tak ma być, po jakimś
czasie stała się rzeczywistością. Pierwszego wieczoru po przeprowadzce
próbował jej wytłumaczyć, że kiedyś odejdzie.
– Dlaczego? – Spytała go wówczas, zbyt rozszczebiotana nagłą miłością by się zmartwić.
– Tak ma być, mam w siebie wszczepioną tę podróż.
– Jaką podróż?
– Do kresu.
Natalia roześmiała się tylko na to tłumaczenie i dalej już nic nie
mówili, zajęci sobą. Jedno, co zapamiętała, to jego ciemność. Ciemną
stronę jego serca. Tak jak był magiczny, tak czasami był ciemny,
milczący, gotujący się do drogi. Ale tą właśnie ciemną stroną najlepiej
czuł jej las, a ona z kolei najbardziej rozumiała swą ciemnością jego
krótkie podróże w głąb siebie. Gdy pytał dokąd idzie, a ona odpowiadała
mu, że do nikąd, nie musiała potem nic więcej dodawać. Tak samo i ona
nigdy nie czekała na wytłumaczenie, dokąd znikał. Był też jedyną osobą,
która tak jak ona czuła wiatr – ich wspólny żywioł. Gdy był porywisty,
wychodzili na spacer, by wyhulał się w ich włosach i przegonił ich
wewnętrzny niepokój. Jej ukochany miewał dni pełne ciszy. Siedział,
niby tak jak zawsze, nad jakąś aktualnie czytaną książką, ale coś
zamykało go tak, że był niczym, za szybą z siebie samego. Jedynie to
irytowało Natalię, która próbowała czasami przebić się przez jego
szybę.
– Jesteś jak demon! – Krzyknęła kiedyś, w bezradnej złości, do niego.
Drgnął i popatrzał na nią. To było złe spojrzenie, pierwsze i jedno
z nielicznych złych spojrzeń, jakimi ją obrzucił. Popatrzała wówczas
przerażona. Wtedy był dla niej naprawdę demonem. Uciekła prosto do
Dominiki. Było to tuż przed ucieczką Dominiki z wujem Albertem.
Dominika siedziała nad kartami. Kolejny pasjans jej nie wychodził, gdyż
królowa uciekła wraz z giermkiem, a małe numery stojące na straży
szczęścia gdzieś się rozpierzchły. Gdy Natalia weszła, Dominika
uśmiechnęła się do niej znad talii i przywitała ją słowami:
– Nie. Nie jest.
– Wiedźma. – Natalia parsknęła śmiechem nagle pozyskanego spokoju.
– Jesteś małym tchórzem. – Zawyrokowała Dominika.
– A co miałam zrobić?! – Kolejna fala niepewności i dziwnego smutku ogarnęła Natalię.
– Wysłuchać go lub dać się pożreć.
– Przestań.
– Nie mogę. Po prostu nie powinno cię tutaj być.
Przez całą tą powitalną rozmowę Natalia stałą wpatrując się uważnie
w karty Dominiki, po ostatnich słowach przyjaciółki rzuciła się na
fotel.
– Dominiko! Zrozum mnie! On mnie czasami oplata i nie chce
wypuścić z jakiś swoich dziwnych sideł. On czasami jest jak demon,
cicho podchodzący do mojej głowy i manipulujący moimi myślami.
Czasami...
– To mu nie pozwól! Jak możesz być tak bezradna! I jeszcze ta dzisiejsza ucieczka.
– Do ciebie. – Broniła się cicho Natalia.
– Dobrze wiesz, że ja ci nic nie dam bez twojego udziału.
– Postaw mi...
– Nie! – Przerwała jej brutalnie i zerwała się ze swojego miejsca. – To nie karty! To ty! Idziemy.
Dominika pociągnęła za sobą wystraszoną Natalię.
– Dokąd?!
– Na naszą wieżę!
I pobiegły w nocne ulice, bo od ich lęku zrobiła się noc. Nigdy nie
potrzebowały ciemności, by mieć na niebie księżyc, ani jasności, by
oglądać słońce. Nigdy nie potrzebowały nakręcać zegara, by wybijał im
obecne, lub przeszłe godziny. Po prostu rzucały się w rzeczywistość,
wyciągając z niej dzień lub noc to, co aktualnie było im potrzebne.
Drugi raz bez problemów dostały się za starą bramę do środka. Tym
razem, jej wnętrze było zupełnie inne. Schody stały się kamienne i
bardziej strome, do samego szczytu kręte i niezmiennie ciemne. Dawna
pustka i lekkość środka wierzy została zastąpiona przez ciężkie
kamienne mury, które zdawały się wypełniać ją całą. Tak jak za
pierwszym razem szły trzymając się za ręce, tyle, że tym, razem wolniej
i mniej pewnie. Wieża była zresztą jakby dłuższa i mroczniejsza, a jej
powietrze bardziej gęste. Gdy dochodziły do ostatniej kondygnacji,
wyczuły, że ktoś tam jest. Natalia, która szła pierwsza, zatrzymała się
i odwróciła do Dominiki.
– Trudno. – Wyszeptała zmęczona schodami Dominika.
– A jeśli?
– Przecież jesteśmy razem.
Natalia uśmiechnęła się do przyjaciółki i ruszyła w stronę widocznego już wejścia na ostatnią kondygnację.
Na samej górze stał on, jej ukochany. Spokojnie czekał. Nic nie
mówili do siebie, tylko oglądali miasto, okno po oknie. Wreszcie
odezwał się do Natalii, dźwięczącym w tej ciszy głosem:
– Nie powinnaś tak ryzykować.
– Czego? Ciebie czy nas?
– Krystyny.
Zamilkł przyglądając się jej uważnie. Dominika przysiadła na
parapecie wąskiego okna. Ponownie cisza wdarła się w nich wszystkich do
momentu, aż nie przełamała jej zdenerwowana Natalia.
– To ty ryzykujesz! To ty chcesz odejść.
Zanosiło się na pierwszy ich spór, ale Dominika siedząc na parapecie, jak wielki kot, czuwała.
– Natalio, będzie co będzie, teraz ważna jest Krystyna.
– Jeszcze jej nie ma! – Złościła się nadal Natalia.
– Jest. – Spokojnie jej odpowiedział.
Dominika przytaknęła ruchem głowy, jak ruchem ogona. Natalia
podeszła do okna. Pod nią było to miasto, tyle razy oglądane z Dominiką
i z nim, z różnych perspektyw i epok. Bała się, bo nagle zrozumiała, że
zostaną same: ona i Krystyna.
– Nie. – Stanowczo zaprzeczyła jej myślą Dominika. – Zawsze będę przy tobie czuwać.
– A on? – Prawie z płaczem, bezsensownie, zapytała Natalia.
Lecz nie dostała odpowiedzi, gdyż jej ukochany rozpłynął się w ciemności wieży.
– Choć. – Łagodnie objęła ją Dominika i wolno zaczęły schodzić w dół.
Szymon bardzo się bał, każdego dnia budził się niespokojny. Krystyna
rosła sobie spokojnie w Natalii, dobijając się o jego opiekę i
obecność. Każda chwila spędzona w jego głowie była zdradą, każde
zdenerwowanie Natalii trucizną. A wszystko to przez niego, jego czarny
rydwan, który czasami ponosił go zbyt wysoko. Gdy wreszcie urodziło się
dziecko, uspokoili się oboje, zajęci kołowrotkiem, jaki napędzał
noworodek. Potem ząbkowanie, jakiś pierwszy katar i dużo płaczu w nocy.
Nie myślał, nie bał się i nie podróżował, cały pochłonięty radosnymi
ruchami rączek, lub boleśnie nie zadowoloną minką. Natalia też
przestała myśleć o tym, co ich łączy i o tym, co może ich podzielić.
Gdy brali ją w nocy do łóżka, by spała między nimi, mogli spokojnie
rozmawiać lub drzemać nad małą, jak parasole rozłożone przez los.
Chciał, by trwało to wiecznie, by nie przemijała kruchość córeczki i
spokój Natalii. Dominika, która już od paru miesięcy krążyła po niebie
jako dobry anioł, przefruwała nad ich głowami strzegąc snów małej.
Oboje wiedzieli, że większość przespanych nocy zawdzięczają Dominice.
– Ona ją czuje.
Natalia uśmiechała się do Szymona, który dobrze wiedział, że to prawda.
Mała wiedziała, kto nad nią czuwa i komu ma zawdzięczać spokojny sen.
Dlatego Krystyna nie bała się ciemności. Mogli spokojnie ją pozostawiać
w poświacie księżyca, co też robili coraz częściej. Tak ich córeczka
stawała się samodzielna.
Czasami, jakiś mały lęk przedostawał się z nich w rozgardiasz pieluch i
karmienia, ale zaraz radzili sobie z tym, nie chcąc przestraszyć
dziecka. Jedno, co zastanawiało przeczuloną Natalię to czułość jaką
obdarzał Szymon je obie, tak jakby na zapas chciał dać im ciepło i
siebie. Zawsze jednak, gdy przepływała przez jej głowę taka myśl on
zaprzeczał jej ruchem głowy. Jesteś jednak demonem. Pomyślała za
którymś razem Natalia. Może. Przytaknęła jej Dominika. I co z tego,
takiego go obie kochacie. Szymon pokiwał głową i poszedł zmienić
pieluchę małej. Nie zostawiaj mnie, Dominiko! Znów zaczynam się bać.
Jak mam z nim porozmawiać? Jak mu to powiedzieć? To nie takie łatwe i w
cale nie takie normalne. Och, Dominiko. Idź już idź! Gdy Szymon wrócił
z małą na rękach, wszystko to, co sobie roiła, wydało się Natalii
szaleństwem. Wtedy Szymon jeszcze raz powrócił do rozmowy z początków
ich pierwszych dni.
– Nie bój się, ja wcale nie chcę odejść.
– To czemu mnie tym straszysz?
– To będzie poza mną, nie chcę, żeby cię to zaskoczyło.
– To po prostu zostań.
– Na razie będę.
Natalia nie wiedziała czy to dobrze czy źle, ale uspokoiła się,
przynajmniej zewnętrznie, chociaż tak naprawdę, dopiero wówczas ich
rozstanie miało z nią zostać już na zawsze.
Szymon naprawdę nie chciał odchodzić tyle, że w jego głowie był ciągły
wiatr. Czasami go uspokajał życiem z Natalią, książkami, dniem
zapracowanym, jednak wiatr wyrywał się z niego, popychając go w coraz
dziwniejsze stany i unosząc go w różne strony pięter jego głowy. Gdy
ten wiatr jego głowy przedostawał się na zewnątrz, Szymon robił
najdziwniejsze rzeczy i stawał się sobie nie znany. Tych momentów bał
się najbardziej, zwłaszcza teraz, gdy miał je obie i gdy obie czekały
na niego. Dlatego walczył tym zacieklej i trzymał się łóżeczka małej
jak kotwicy, by jak najdłużej tu pozostać. Nad łóżkiem małej powiesili
przezroczyste i niebieskie dzwonki i kawałki magicznych kamieni. W nich
odbijało się światło, padając na twarz małej, bawiąc ją jasnymi
odbiciami prześlizgującymi się z jednego miejsca jej skóry w inne.
Czasami, gdy patrzał na małą ułożoną w kryształkach światła, widział
Natalię, z tych czasów gdy jeszcze się nie znali. Pierwszy raz bowiem
zobaczył ją przelotnie jak biegł w deszczu i może wcale nie zwróciłby
na nią uwagi gdyby nie to, że spokojnie stała na środku ulicy, pomimo
ogromnej ulewy i tych jedynych przechodniów, którzy odważywszy się na
nią wyjść, biegli jak oszaleli pod smagającym biczem wody. Natalia cała
już mokra, stała nieruchomo, nie zwracając na nic uwagi, tak jakby jej
nie było. Podszedł wówczas do niej i zapytał czy wszystko w porządku,
ale ona nawet mu nie odpowiedziała, zostawił ją więc sobie samej, miała
bowiem dziwną, dziwną i piękną twarz, twarz na której tańczył ogień.
Dopiero jak urodziła się Krystyna i zawiesili nad nią paciorki, Szymon
przypomniał sobie o tym, a gdy zapytał Natalię o to, co działo się z
nią wówczas, ta tylko uśmiechnęła się i odpowiedziała mu, że odgadł
prawdę, tańczyła wtedy w ogniu.
Natalia z Dominiką przy ulewnym deszczu odkrywały jak w kroplach
zaciekle spadających skrzą się kawałki nieba. Złość bogów wylewana na
ziemię. Ludzie ukryci pod parasolami, które czasami nic nie dawały,
tylko poczucie schronienia, gdy wszystko wirowało od wody i boskiego
oddechu, nie czuli żaru ognia, który krył się w deszczu. Tylko one
dwie, lub może jeszcze parę innych wiedźm, zaczynały tańczyć, tańczyć
stojąc w strugach, pozwalając by ich ciała przenikał ogień deszczu.
Kołysał je rytmicznie wiatr i unosił deszcz. Gdy wszystko mijało, mogły
spokojnie odejść, odejść z przestrzeni w ulice i świat, który jeszcze
przed chwilą chronił się pod parasolem.
Moje życie składa się z wiecznego wydobywania się z dołu, a gdy już
wyjdę, robię wszystko, żeby wpaść w kolejny. –Myślała Natalia
następnego dnia po nocnym spacerze i paradzie demonów w jej głowie, z
którymi próbował uporać się Szymon. Szymon mag, do pewnego stopnia
potrafił je przegonić, stojąc na szczycie i podając jej rękę, gdy ona z
mozołem wspinała się w jego stronę. Później to on zamykał się w sobie,
a ona próbowała przetrwać. Mam w sobie smutek świata. Przenika z murów
i drzew. Ile wysiłku trzeba włożyć by się śmiać, czuć się szczęśliwym.
Tylko czasami pojawiają się iskry ognia, wtedy można tańczyć bez
wysiłku, bezwiednie powtarzając śmiech i wyuczoną przez życie radość.
Wtedy procentuje mozolnie wypracowana lekkość, lekkość ponad wszystko
co wokół, gdy w gardle schną łzy, przebiwszy się przez smutek
zaciśniętych oczu. Kocham cię, Szymonie. Natalia bez słowa pchała przed
sobą wózek, a mała Krystyna wyskakiwała z siebie i z ubranek, by tylko
zwrócić na siebie uwagę mamy. Od czasu do czasu, Natalia wkładała małej
czapeczkę, albo dotykała jej ramienia mówiąc tym gestem: „jestem”. Ale
dzieci jeszcze nie doceniają tej mowy ciała, chociaż tak dobrze ją
znają. W zasadzie to one ją wymyśliły i to one kodują w sobie pewne
gesty i ich znaczenie, by jako ludzie dorośli ruchem ręki lub dotykiem
przekazać to coś niewypowiedzianego. Małej Krystynie chodziło o całą
uwagę matki, gdy tymczasem Natalia mówiła jej sobą: „Jestem, ależ
jestem” i dalej szła swoim światem. Później będą się wymieniać i nad
zdjęciami Szymona, to Natalia będzie poszukiwać pełnej uwagi swojej
córki, gdy ta tylko potakiwaniem będzie jej towarzyszyć. Błędne koło, w
którym mijamy się sporadycznie idąc wspólnymi korytarzami. Obie zresztą
wiedziały o tym i nie to było źródłem ich lęku. Gdy kogoś się kocha,
zawsze uda się z nim spotkać. Bały się czegoś zupełnie innego – bały
się siebie, ale to później, w zupełnie innym okresie. Na razie, roczna
Krystyna w akcie desperacji usiłowała zjeść czapkę, a mama Natalia
sfrunęła jej na pomoc z samotnego nieba rozmyślań. Odkorkowany żal
wypłynął skargą z pustego gardła. Natalia wzięła ją na ręce i wróciły
do domu.
– Nie jestem dobrą matką. – Opowiadała później wszystko Szymonowi, a
ten się śmiał i jak zwykle próbował ją usprawiedliwić przed samą sobą.
– Na nocne spacery sam cię wyciągam.
– Bo ty też nie jesteś dobry. Nie powinniśmy!
– A co powinniśmy? Zmienić się i zabrać małej wszystko?
– A cóż my jej dajemy?! – Zdenerwowała się Natalia. – Szaleństwo? Niepokój?
– I coś jeszcze.
Natalia popatrzyła na swojego ukochanego podejrzliwie.
– Dajemy jej wolność. – Pomimo skrzywienia na twarzy Natalii,
Szymon mówił dalej. – Dajemy jej wolność wyboru. Bo ona będzie swego
czasu wiedziała, że może wybrać między sobą pełną wiatru i poszukiwań,
a sobą spokojną i przykutą do ziemi. I dokona tego wyboru spokojna.
– Czyli co? – Przerwała mu, chociaż dobrze wiedziała o czym on mówi.
– Przecież wiesz. – Uśmiechnął się do niej spokojnie i zrozumiawszy, że powiedział jej wszystko, zmienił temat.
– Przekrwione liście. Spójrz jakie ten kroton ma przekrwione liście.
– Natalio. – Odpowiedział jej uśpionymi myślami. – to boli tylko nasze oczy.
– Ale to przykre.
– Tylko dla ciebie.
– Taki jesteś nieczuły.
– Raczej przyzwyczajony. Lepiej popatrz jak w nim pulsuje życie.
– Boleśnie.
– Nieprawda. Przestań. Cicho. Już.
Natalia spała nadal, chociaż oczy miała otwarte i wcale nie śniła.
Przebijała myślami ciemność i rozmawiała z nim, tak samo jak on,
oblepionym snem, milczeniem odpowiadał jej. Tak trwali, pewnej nocy,
rozciągającej się po wszystkim co w ciemnościach pulsowało, drgało,
żyło. Na ciemnozielonych liściach skraplały się czerwone linie i plamy
krotonu. Fioletowe kwiaty fiołków żadnym zagięciem barwy nie odróżniały
się od ciemności liści. Tylko azalia postawiona na parapecie świeciła
bielą swych kwiatów. Ich głowy, momentami, dotykały się delikatnie.
Czasami włosy i oddech stapiały się w jedno. Potem znowu w przeciwne
strony rozchodziło się bicie ich serca. W powietrzu odbijało się echo
jej imienia, które wymówiła jego głowa. Odpowiadała nieznacznym
poruszeniem dłoni, lekko uginając palce. Raz po raz, spokój przerywał
kroton napinając swe liście, jak przed walką, aż omal nie pękał w swej
stanowczości trwania.
– On cierpi. – Płakała nad krotonem Natalia, przesuwając rękę wyżej pod brodę.
– Tylko istnieje – Próbował ją uspokoić cichym westchnieniem.
Nagle Natalia zaczęła śnić, jak wszystko ucieka, wypływa z ich domu w
ciemność, aż do momentu, gdy pozostali sami, zdani na siebie samych.
Bez ochrony mebli, zasłony ścian i barier kwiatów, obrazów i zegarów.
Już nic nie ratowało ich przed szczerością. I tak odkryli, że są nadzy.
Ewa z Adamem chcieli uciec, zaprzeczyć swej raptownej samotności, ale
Natalia z Szymonem ich powstrzymali. On Adama w sobie, a ona Ewę. Nie
bali się patrzeć na to jakimi są na prawdę. Może to człowiek doszedł do
takiego etapu pychy, a może to oni naprawdę się kochali. W każdym bądź
razie Natalia śniła swój sen spokojnie, w czasie, w którym Szymon
zrywał dla niej w swym śnie złote jabłko.
– Może się zdarzyć wszystko albo nic. – Jego miarowy oddech wyrwał ją z
jej sennych widziadeł. Odpowiedziała mu niepewnym poruszeniem ramion i
mocniej wtuliła głowę w poduszkę. Nie chciała tego oddechu nocy, bała
się, zwłaszcza tego co teraz mógł jej przekazać. Już wolała
współodczuwać z pęczniejącym krotonem, lub wsłuchiwać się w rytm
rozwijających się liści fiołka. Ale on był nieustępliwy i z każdym
wydechem wyrzucał w przestrzeń jej imię i to rytmiczne wszystko albo
nic, droga lub pustka. Chciała pustki, otulić się jej ciszą. On jednak
wolał drogę. Może dlatego przekrzywiała głowę i swym oddechem
krzyczała:
– Nic! Wielkie nic jest nam potrzebne!
– Ono nie zrobi za nas wszystkiego. – Odpowiadał jej na wpół się
budząc. – Drzewo życia jest w nas. Dziesięć denarów. Tak trzeba, nim
obstąpią nas wątpliwości. Adam nie dojdzie sam do Kadmona!
Obudziła się. Pokój w ciemnościach z rozwartą paszczą czatował, by
ją porwać. Szybko wstała i pobiegła do okna. Jednym szarpnięciem
odsłoniła zasłony, by półmrok ulicy i blask latarni przebił gardziel
czarnego potwora. Tym obudziła Szymona. Półprzytomny lekko rozchylił
powieki by zaraz potem je zamknąć.
– Szymonie. – Wyszeptała, nie dając mu uciec w sen. Nie
odpowiedział i nie poruszył się, trwając w zastygłej półprzytomności –
Szymonie. – Powtórzyła nieco głośniej.
Otworzył oczy i wciąż w takim samym stanie próbował zrozumieć skąd
dobiega głos i kto mówi. Zrezygnowana, usiadła pod oknem i wtedy
zrozumiał, że głos syreny to głos jego żony. Usiadł na łóżku
wystraszony.
– Natalio?! Co ci jest?
– Nic.
Chwilę milczeli. Wstał i podszedł od niej.
– Co ci jest? – Powtórzył.
– Dziwnie się czuję.
– To znaczy? – Usiadł na ziemi na przeciwko niej i okna tak, że jego
twarz znalazła się w srebrno szarej poświacie z ulicy. W odpowiedzi
rozłożyła bezradnie ręce.
– To ta noc. – Próbowała się wytłumaczyć. Ale on już wszystko rozumiał i dotknął jej zimnej nogi.
– Noc. – Dodał machinalnie myśląc już o czymś zupełnie innym.
Takie momenty niepokoiły ją najbardziej. Niby jeszcze był z nią ale
odsuwał się gdzieś w głąb, poza. Nie czuła go jakby jej nie dotykał,
jakby go nie było. Odchodził stopniowo i chociaż zaraz wstał podając
jej rękę i poszedł do kuchni zrobić herbatę, to tak naprawdę nie było
go. Machinalnie wykonywał czynności tak jak czasem pielęgnował dziecko,
a ona kurczyła, się malała do rozmiarów niepozornej muszelki, by
wreszcie zniknąć. Potem jak kot na palcach wychodziła, przechodząc obok
jego nieobecności zanurzając się w las pachnący żywicą, deszczem i
zwiędłymi liśćmi. Oboje byli wówczas jesienni.
– Zaśniesz? – Zapytał łagodnie gdy dopiła melisę, bo jednak postanowił
zaparzyć jej ziółka, ryzykując jej nie zadowoleniem, bo nie lubiła nic
mocno pachnącego do picia.
– Chyba tak.
– Spróbuj. – Objął ją w geście, który miał znaczyć: będę czuwać,
ale był takim samym gestem, jakim ona na spacerze głaskała małą po
ramionach.
Noc mijała cicho.
Dlaczego jeszcze nie? Powtarzała w myślach zaklęte pytanie. Tak jak
wtedy gdy była mała i miała iść z mamą do lekarza. Jeszcze nie. Jeszcze
chwilę. Klepała formuły zaklęć by zatrzymać czas. Powstrzymywała
nieuniknione mając nadzieję, że uda się jej w ten sposób przezwyciężyć
siebie i to, co miało nadejść. Później dopiero, jako starsza
dziewczyna, zaczęła się zastanawiać dlaczego jeszcze nie? Co to ma
znaczyć? Jaką daje jej to gwarancję i jaką przewagę? Tak Natalia
zaczęła sobie uzmysławiać, że była to zwykła ucieczka przed
rzeczywistością. Gra, która polegała na oddalaniu przyszłości. Im
bardziej coś było nieuniknione, tym bardziej chciała to ominąć, aż
wreszcie zapytała sama siebie: A dlaczego właściwie jeszcze nie? Boisz
się spojrzeć w lustro? To ciągle ta sama kobieta, po drugiej stronie. Z
tymi samymi rudymi włosami, tak samo bladą cerą. Czemu nie patrzysz w
jej niebieskie oczy? Czy to strach, że zobaczyła w nich błaganie o
odroczenie werdyktów. Nie moja piękna! Nie moja królowo. Wyjdź z ram
lustra, prosto w to, co na przeciw, w nieuniknioną ścianę przyszłości.
To właśnie dlatego Szymon jej nie przestraszył. Żyła już pogodzona z
tym, co nieuniknione. Z drugiej zaś strony, cały czas, jej serce biło
magiczne: jeszcze nie! Była rozdarta. Pokonywała i była pokonana.
Godziła się na to, co ma przyjść i odruchowo cofała ręce. Mimo to
brnęła w każdy następny dzień wiedząc, że już przełamała największą
niemożność, niemożność pytania: „dlaczego?” Dlaczego nie moja królowo –
powtarzała w swej głowie tyle razy gdy on w zamyśleniu wychodził z
mieszkania. Dlaczego jeszcze nie – brzmiało w niej gdy trzymała ostatni
raz Dominikę za rękę. I czuła jak robi się silniejsza, jak w środku jej
ciała przestaje się tłuc przerażone niepewnością serce, jak ucieka z
zamknięcia w klatce prośby: jeszcze nie. Czasami wszystko bolało ją od
tego już, którego nigdy wprost nie powiedziała, ale wraz z magicznym
pytaniem wpuszczała je do siebie, jak przeszłość w teraźniejszość. Gdy
Szymon odszedł powiedziała do siebie po raz pierwszy – To już. – i
spokojna usiadła na łóżku. Jeszcze nie wszystko się wydarzyło, choć
wszystko już było. Myślała wówczas spokojnie. Jeszcze tyle do zrobienia
i Krystyna jeszcze taka mała. Chociaż świat już się zamknął. I jeszcze
raz i znowuż. Cykl po cyklu. Adam po Adamie. Ja, On, Kadmon. Drzewo
życia nie dopełni się niczym. Wstała i idąc do pokoju córki
zastanawiała się dlaczego właśnie te, a nie inne słowa przyszły jej do
głowy w dniu w którym odszedł jej ukochany. A świat jak kamień toczył
się w tym czasie dalej.
Twarzą w twarz ze sobą. Ja chyba zwariowałam! Jak długo tak można? Ile
w ten sposób człowiek wytrzyma? Nie! Nie jestem ideałem. Nie! O nic nie
proszę. Spokój – to się nie zdarzy, tylko czasami, wyrywkowo. I ta
rozpaczliwa niepewność. Chociaż z dnia na dzień jestem starsza i
konkretniejsza, to czasami jak mgła rozpływam się. I może tak zniknę?
Chociaż robię wszystko to, co inni ludzie. Jem, śpię, pracuję, kocham,
nawet bardzo kocham. A mimo to, są chwile, w których trudno mi
wytrzymać. Prawda Dominiko? Nie kręć głową. Ta wieczna twoja ironia.
Wiem wtedy też byłam słaba. Ale już nie będę.
– Nie! – Stanowczo powiedziała Natalia i wsłuchała się w krótki wyraz, dziwnie brzmiący w jej jak niezdecydowanych ustach.
To moje usta i barwa mojego głosu. Niekiedy nic nie znaczy to, czym
jestem i to, co mam, gdy staję naprzeciwko siebie z wyciągniętą ręką i
rozliczam sama siebie. Bezsensowna, ale konieczna procedura.
W ich ostatnich wspólnych miesiącach Natalia bardzo się uspokoiła.
Podobnie Szymon. Wszystko toczyło się szczęśliwie i zgodnie. Byli
razem, bez ucieczek w las głowy, bez zamykania się gdzieś głęboko w
sobie. Słuchali siebie uważnie i mówili do siebie istotne rzeczy.
Budowali mosty, po których, jak Natalia wierzyła, kiedyś przyjdą do
siebie. Szymon uczył wówczas małą wszystkiego i mówił do niej prawie
bez przerwy, przedwcześnie, jak twierdzili jedni, szaleńczo jak dziwili
się drudzy. Lecz jego obie kobiety doskonale to rozumiały, dlatego
Natalia nie oponowała, a Krystyna wszystkiego słuchała, zbierając każde
jego słowo łapczywie w swojej głowie. Byli już pogodzeni i spokojni
ponieważ wiedzieli, ile im pozostało wspólnych dni i jak je
wykorzystać. Wiedzieli jak od siebie odejść i jak być ze sobą.
Drogi na końcu świata
Szła górską łąką, pachnącą nagrzaną trawą i ziołami. Nie widziała jaki
to rodzaj ziół, nigdy nie była dobra w rozpoznawaniu drzew, kwiatów i
ziół. Lubiła bardzo takie nagrzane łąki, szczególnie ich zapach.
Wysokie trawy szumiały i słychać było cykady. Zawsze wyobrażała sobie
jak grają na skrzypcach chude koniki polne i chociaż wiedziała, że jest
to jedynie wyobrażenie, jakie podsuwa się małym dzieciom na spacerach,
bardzo lubiła je sobie przedstawiać. Była tu już od dłuższego czasu.
Potrzebowała spokoju i ciszy tego miejsca, potrzebowała w samotności
odszukać siebie. W licznych podróżach, rozmowach z ludźmi, dniach
przeżytych szybko i chaotycznie zagubiła siebie. Czasami wydawało jej
się, że jej jako Konstancji nie ma, jest tylko maszynka o tym dumnym
imieniu do wykonywania szczególnych posług. Miała słuchać uważnie tak,
że w końcu stała się słuchaniem, miała mówić to, co potrzebowali inni
usłyszeć tak, że stała się mową, miała być tam gdzie ją potrzebują tak,
że stała się drogą. Z miejsca na miejsce, od człowieka do człowieka. To
już nie była ona tylko zbolałe stopy i skrzydła. Aż wreszcie się
zbuntowała i przestała poruszać się, przestała reagować na jakąkolwiek
prośbę i jakąkolwiek potrzebę. Ale i z tym było jej źle. Nie umiała
istnieć bez innych, była uzależniona od ich problemów, ich słabości,
kruchego istnienia, tak jakby pomaganie innym było nią samą. Wreszcie
dała za wygraną i spróbowała raz jeszcze, tym razem z uwagą skierowaną
na siebie, co dało, jak sądziła, całkiem dobry skutek. Teraz
Konstancja, jak po zwycięskiej próbie, mogła rozpoznać co jest słuszne,
a co błędne w jej postępowaniu. Oczywiście tęskniła za małą Krystyną,
martwiła się o Natalię, ale wiedziała, że nie są jedyne i w końcu muszą
same dać sobie radę. Natalia rozumiała zresztą prawie wszystko, w końcu
była z Szymonem. A mała? Mała zrozumie to kiedyś, na pewno. Pomimo
spokoju i pewnego sukcesu w istnieniu Konstancji była niepewność, za
dużo widziała, za dużo przeczuwała. Dlatego od trzech miesięcy nie
wyjeżdżała z zacisznego pensjonatu w górach, tylko co rano, rytualnie
już, schodziła na śniadanie, zjadała grzanki z konfiturami, wypijała
małą czarną kawę i wyruszała na cało dzienny spacer. Pod wieczór
wracała, brała prysznic i jadła, jak na nią, obfitą kolacje. Tak
wyglądały jej dni, a przynajmniej postronny obserwator w ten sposób
mógł to opisać. W miarę upływu czasu, Konstancja nabierała przekonania,
że ona tu na coś zaczeka. W pierwszym miesiącu oczekiwała samej siebie,
ale wkrótce przekonała się, że jej eksperyment powiódł się w zasadzie
bardzo dobrze, bo przecież znalazła złotą regułę pomagania innym i nie
zapominania o sobie. Później zaczęła mieć niejasne przeczucie, że
została tu wezwana. Taki imperatyw, który nawet ludzie niekiedy
odczuwają, żeby przyjść w pewne miejsce i coś tam zrobić. Głos boga,
albo podszept świata usłyszany w sobie. I rzeczywiście, to przeczucie
nie straciło na znaczeniu pomimo upływu czasu i ciszy jaka panowała
cały czas wokół. Czekała więc cierpliwie wierząc, że to, co ma nadejść
nadejdzie i ci, którzy mają tu przybyć, przybędą.
Mieszkała w pensjonacie o pretensjonalnej nazwie „Pod zagubionym
aniołem”. Był to niewielki górski hotelik cały w drewnie tak, że nocą
drewno zaczynało żyć swym własnym życiem, oddychając i przemieszczając
w sobie swe dawne wspomnienia i soki tak, że towarzyszyły mu trzaski i
nieistniejące kroki. Konstancja odkryła, że te kroki nie do końca są
nierealne. Duchy drewna, które w nim pozostają cały czas, wstają
właśnie w nocy i idą w stronę, z której przybyły. Przecięte słoje drzew
i skroplona żywica, jak wspomnienie dawnego życia wyznaczają trasy, po
których poruszają się wspomnienia drzew. Las za oknem woła, a ludzie
ukryci w swych rozmowach i snach, nie zauważają parady zielono-szarych
i sękato-nosych. Pensjonat miał na piętrze małe pokoiki gościnne, w
których mieściło się jedynie łóżko (w każdym pokoju inne, tak że
tworzyły doskonały przekrój snów i zagłówków, a ich cienkie żelazne i
grube drewniane nogi odciskały porozumiewawcze znaki w podłodze) i
szafy (szafy z kolei były jednakowe, tak samo ciężko drewniane i
ciemno-bejcowe). Konstancja mogła wybrać sobie pokój, ponieważ
przyjechała w okresie, w którym nie było jeszcze gości. Wybrała sobie
od zachodniej strony z łóżkiem o delikatnej konstrukcji, na cienkich
żelaznych nogach, przypominającym swym kształtem łódź. Łodzie wikingów,
które zanosiły swych szalonych podróżnych w odkrycia nowych lądów,
obejmowały ją teraz co noc, zabierając ją w wyprawy daleko – senne i
daleko – ciemne. Tylko stateczna szafa czuwała nad jej podróżą, co rano
wzywając do powrotu jej starym ubraniem, noszącym jej kształt i ciało.
Na parterze znajdowała się restauracja cała przeszklona tak, że świat
co rano wlewał się do środka i wzywał. Pensjonat ten powinien według
Konstancji nazywać się „Pod zagubionymi podróżami”, a nie „Pod
zagubionym aniołem” cały był bowiem przesiąknięty podróżą, podróżą
która nie wiadomo gdzie prowadzi, lecz nie jej cel jest ważny, a sam
ruch jaki wprowadza w życie. Nawet te wielkie okna, przez które pukało
słońce i twarze zaciekawionych przejezdnych prowadziły w dzień i drogi,
tylko po to by wprawić w ruch, by poczuć kierunki świata, a nie po to
by gdzieś zaprowadzić i coś pokazać. Konstancja przez wszystkie swe
spacery nic nie odkryła oprócz spokoju swych kroków i poczucia, że to
właśnie jest słuszne. W każdym kącie i w każdym meblu pensjonatu czaiła
się Odyseja świata, ruch potrzebny do istnienia. Nie miała tylko
pewności, czy to właściciel odkrył ten dziwny rytm podróży, czy to
miejsce samo w sobie pulsowało krokami istot i biciem serca ziemi. W
pensjonacie najważniejszą osobą był stary portier, który niekoniecznie
przesiadywał na portierni. Sam cały pomarszczony i pamiętający
zadziwiająco dawne historie wędrował po całym pensjonacie, jak po
jakimś niesamowitym labiryncie, znajdując raz po raz przedziwne
korytarze i tajemne przejścia. To właśnie dlatego zadziwiał gości
nagłym pojawianiem się w restauracji, by zaraz potem z niej zniknąć i
wyjść w czyimś pokoju i odkryć, że dawno tu nikt nie sprzątał. Choć
rzadko widziało się go na portierni, gdy tylko ktoś go potrzebował
zjawiał się natychmiast. Portier był Chińczykiem i mówiono, że kiedyś
stracił wszystko łącznie ze swoim życiorysem, dlatego teraz nie
reagował na swe imię Wu i wszyscy musieli mu mówić: Panie Portierze,
tak jakby to, co robił obecnie, stało się nim samym. Niewiadomą było
też, jak dostał się do tego górskiego pensjonatu w środku Europy, ale
stary Wu, obecnie Pan Portier, nie był skory do żadnych wyjaśnień.
Jedyne, o czym lubił mówić, to jego niewielka kolekcja kapeluszy. Miał
ich może pięć, albo sześć, ale każdy pojawił się w jakiś dziwnych
okolicznościach i miał dlań szczególne znaczenie. Kapeluszy nie
należało nosić, ani przymierzać, były jak żyjące istoty, miały nawet
imiona. Specjalne miejsce w tej kolekcji zajmował niebieski kapelusz,
kształtem przypominający melonik. Portier znalazł go na spacerze parę
metrów za motelem, ale nikt z gości nie chciał przyznać się do jego
wcześniejszego używania. Dlatego portier uznał, że jego kapelusze same
uciekły od ludzi, którzy nawet nie wiedzieli co mają, wszystko
traktując jako przypadkowość, lub do niczego nie przywiązując uwagi.
Stary portier uważał bowiem, że wszystko zasługuje na szczególną uwagę
i że wszystkiemu należy się skupienie. Gdy przeglądał swą kolekcję
stawał się kapeluszem, gdy chodził po motelu był korytarzem i pokojem.
To może właśnie dlatego bez przerwy odkrywał coś nowego w miejscu tak
dobrze mu znanym, a może dlatego stracił wszystko w przeszłości. Stary
Wu z morską brodą i pomarszczoną jak kora skórą.
Konstancja, choć nie wiedziała dokładnie, na co czeka, co rano z
nadzieją schodziła na śniadanie. Pan Portier chyba jako jedyny domyślił
się co robi tu ta dziwna kobieta. Bo Konstancja była dziwną kobietą.
Była bardzo wysoka, chuda, miała długą twarz, może troszeczkę nawet
zbyt wąską i chudą i długie jasno – popielate włosy. Nie była piękna,
ani nie przyciągała uwagi ludzi swą urodą, ale gdy poznało się ją
bliżej, przyzwyczaiło się do linii jej twarzy i do niechlujnego sposobu
poruszania się, mogła zacząć się podobać. Tylko jej imię zdawało się
nie pasować, przynajmniej do jej zewnętrznego wyglądu, bowiem w środku
naprawdę była królewska. Portier od początku sprawiał takie wrażenie
jakby ją polubił. Z przyjemnym uśmiechem, którym wszystkich nie
obdarzał, podawał jej klucz i czasami dosiadał się do niej przy
kolacji. Pytając, czy może i siadając naprzeciw pokazywał jej w oczach,
że rozumie. Wreszcie nie wytrzymała tej nici porozumienia, której w
ogóle nie znała i zapytała go o co mu chodzi, co o niej wie, a czego
ona jest nieświadoma. Uśmiechnął się wówczas tajemniczo i zapytał:
– Jak to? Nie wie pani o co chodzi?
Potwierdziła ruchem głowy i spojrzała na niego uważnie, zachęcając go do rozmowy.
– Przecież przychodzi pani z końca świata. – Gdy mu nie
odpowiedziała, porażona jego stwierdzeniem, zaczął rozwijać co ma na
myśli. – Tak, poznałem panią zaraz po pani sposobie chodzenia. Pani ma
takie zmęczone kroki, jakby pani stopy były już wszędzie. Nie mylę się?
Poza tym, pani czeka, dobrze mówię? Czeka cały czas. Pani wie, że to
wszystko może się skończyć. Nie mylę się?
Zdziwiona przerwała mu:
– Jakie wszystko? Czy to świat ma się skończyć?
Odpowiedział ja ironicznym uśmiechem.
– Niech pani nie udaje, przecież widzi pani, że wszystko wiem. Przecież ich spotkałem. Świat będzie trwał wiecznie.
– To, co ma się wkrótce skończyć? Kogo pan spotkał?
– Droga pani!
– Naprawdę nie wiem, o co panu chodzi. – Stwierdziła spokojnie.
– Oj! Pani albo udaje, albo swą podróżą tak się wyczyściła. Dziwna ta
pani pustka, przecież wiadomo, ten cykl, cykl obecnego trwania, wiem bo
widziałem czterech jeźdźców.
Konstancja poczuła się zmęczona tą rozmową.
– Spokojnie. – Cicho, jak ojciec do dziecka powiedział jej portier.
– Niech pani idzie się przespać. I proszę się nie martwić, wszystko
wróci. Skrzydła też.
Konstancja wstała od stolika jak pijana, zatoczyła się i mało, co
nie upadła na sąsiedni stolik. Portier natychmiast poderwał się i
pomógł jej złapać równowagę. Ludzie popatrzyli na nią zaciekawieni, z
ironicznym półuśmiechem. Nie. Nie jestem pijana. Pomyślała zmartwiona
Konstanca, gdy portier prowadził ją przez salę, jak manekina. Jestem
manekinem. Myślała obolała, strącając po drodze czerwone serwetki ze
stolika w przejściu i zataczając się, pomimo, że cały czas była
podtrzymywana. Jestem manekinem w cudzych rękach. Co mogę? Nawet
podtrzymywana zataczam się?
– Spokojnie, spokojnie. – Powtarzał jej dobrotliwie portier do ucha. –
Spokojnie, to wszystko minie. Uspokoi się pani, zrobi co do niej
należy, prawda?
Co? Co należy do mnie? Jak można spokojnie przejść przez korytarz,
gdy oni nadciągają, jak można zachować trzeźwość, gdy portier jest
bogiem. Weszli do jej pokoju, pomógł jej rozebrać się i wejść do łóżka.
Przykrył ją kołdrą mówiąc:
– Niech pani nie bluźni. Nikt nie wie, kim on jest.
I zasłaniając okna dodał:
– Wszystko w swoim czasie. Poza tym, oni nie są tacy groźni, przecież pani to wie, przecież już nie raz, prawda?
Portier wyszedł, a ona zapadła się w siebie, zaczęła śnić. Śniła,
jak pensjonat, w którym obecnie mieszka, przekształca się w nią,
przerasta jej głowę swym ciężkim dachem, kominami i kunami grasującymi
na strychu. Czuła, jak w stopy wrasta jej parter i zapuszcza w niej
piwnice i fundamenty. Wkrótce zaczęły chodzić po niej drewniane duchy
lasu i ludzie poszukujący wygodnych łóżek. Miała w sobie wszystko, z
parzącą kuchnią po środku i ciasnym korytarzem, przez który do bólu
przeciskali się z walizkami i plecakami podróżni. Nagle portier wyszedł
na środek jej ciała – pokoju i zaczął wołać:
– Skrzydła! Skrzydła! Kto zgubił te skrzydła?!
Jego sześć kapeluszy zaczęło wirować wokół jego głowy, a w jego starych rękach wisiały olbrzymie filcowe skrzydła.
– Pobudka! Już dzień.
– To nie moje.
– Spokojnie. Obudź się. To już dzień.
– Nie moje. – Powtórzyła Konstancja i od razu zaczerwieniła się widząc, że faktycznie już nie śpi.
Przed nią stał portier uśmiechając się ciepło.
– Przyszedłem panią obudzić, już jest jedenasta, a pani nigdy tak długo nie zostaje w łóżku.
– Dziękuje. – Odpowiedziała niepewnie.
– Nie ma za co. – Odpowiedział, uśmiechając się znacząco i podając
jej sok ze świeżo w wyciśniętych pomarańczy. – Dobrze robi na cerę.
Wyszedł, a ona jak zaczarowana piła grzecznie sok, którego nie zamawiała.
Po południu zadzwoniła do niej Natalia. Miała radosny głos i
opowiadała jej o parku i spacerze z małą. Krystyna tęskni, ale pomimo
to świetnie się bawiły w ostatni piątek na spacerze. Myślą też o psie.
Podobno taki brązowy kudłacz pełen pcheł i nieszczęścia w mordce plącze
się po ich ulicy i chyba go przygarną. Kocur przecież jest spolegliwy,
a znajduchowi można by było urządzić całkiem dobre życie. I jeszcze
parę nowin w tym duchu, i ta szczególnie dobra, Krystyna chyba
zaprzyjaźniła się z jakąś miłą dziewczynką. Konstancja słuchała tego
wszystkiego z przyklejonym uśmiechem do ust i pogodnym czołem. „To
dobrze”, „wspaniale” powtarzała prawie bez przerwy, aż wreszcie
powiedziała:
– Natalio, posłuchaj.
Natalia zamilkła, pod wpływem jej poważnego tonu.
– Natalio, powinnyście tu przyjechać. Już czas.
Cisza po drugiej stronie, oznaczała, że Natalię poraziła wiadomość.
– Już? – Wydusiła wreszcie z siebie Natalia.
– Tak.
Konstancja odłożyła słuchawkę zadowolona. Już. Pomyślała i poszła na spacer.
Gdy wróciła ze spaceru dowiedziała się, że właśnie pojawili się
czterej nowi goście. Abel, Kain, Abraham i Adam, albo inaczej, portier
nie mógł odczytać ich imion, zbyt niechlujnie wpisanych do książki
meldunkowej. Sądząc jednak po jego minie, dobrze wiedział kim są,
Konstancja zresztą też wiedziała. Gdy weszła wieczorem do restauracji
zobaczyła ich siedzących przy jej stoliku. Byli to mężczyźni w średnim
wieku z twarzami, na których była mapa całego świata, w których
odbijały się cztery strony świata. Gdy tylko podeszła do nich uprzejmie
wstali by ją przywitać.
– Wreszcie! – Wykrzyknął pierwszy o posturze kamienia.
– Tak długo. – Uśmiechnął się drugi i podał jej swą chropowatą jak kora rękę.
Trzeci ją ucałował zapachem ziemi a czwarty jak struna o żelaznych
włosach nic nie powiedział tylko uśmiechnął się do niej znacząco.
Portier podał im wino i karty menu. Usiedli i zaczęli przeglądać spis
potraw. Gdy wybrali i zamówili, co trwało, gdyż każdy z nich wprowadzał
swe małe uwagi i zastrzeżenia, a Konstancja nie była lepsza, wznieśli
pierwszy toast:
– Za nas.
Szkło ich kieliszków zadźwięczało donośnie tak, że inni spojrzeli ukradkiem na nich.
– Patrzcie, patrzcie. – Uśmiechnął się Mrok.
Czarny jak zwykle speszył się, nie przyzwyczajony do przebywania
wśród ludzi, a Blask i Jasny z ciekawością rozglądali się po sali
wypatrując, co nowego ludziom przybyło.
– Jak zwykle testujecie. – Ironicznie uśmiechnęła się Konstancja.
– Nie powinnaś się dziwić. – Próbował bronić się Blask. – Cały czas jesteś z nimi.
– Do bólu. – Weszła mu w słowo Konstancja.
Rozmowę przerwał im kelner, przynosząc potrawy. Zabrali się do
jedzenia, które wyraźnie im smakowało. Mrok z zadowoleniem przełykał
każdy kawałek i cieszył się ładną zastawą. Czarny najmniejszą miał
przyjemność z kolacji walcząc ze sztućcami i winem, które z niechęcią
przełykał. Po kolacji, gdy podano im kawę ze śmietanką i po kieliszku
koniaku, Konstancja zaczęła pierwsza:
– Dobrze. Mamy swe powody by się spotkać, ale chyba każde z nas co innego zamierza.
Mrok ruchem głowy jej zaprzeczył, a Jasny zaczął mówić:
– Moja droga, procedura jest jak zazwyczaj taka sama, mamy skończyć świat.
– Koniec świata. – Poprawił Jasnego Blask, wymawiając z dziwnym zadowoleniem słowo koniec.
– Nie zupełnie. – Uśmiechnęła się pewna swego Konstancja. – Człowiek jeszcze tak daleko nie doszedł, przyspieszacie.
– My przyspieszamy! – Oburzył się Mrok. – To człowiek za nas każdego dnia urządza koniec.
Konstancja zaprzeczyła ruchem głowy i dodała:
– Dramatyzujecie, a co najważniejsze nie znacie w ogóle obecnego
człowieka, nie zdajecie sobie sprawy jak wiele już zrobił i co
osiągnął.
Popatrzyli na nią ze smutnym uśmiechem.
– Pneumusie, co się z tobą dzieje? Dziwne to, co mówisz, czyżbyś zaczął wierzyć w człowieka?
– Czy w człowieka, tego nie wiem. – Odparła Konstancja. – Ale wierzę w życie, w jego życie!
Ostatnie zdanie wypowiedziała z mocą, jaką dała jej twarz małej
Krystyny, którą sobie właśnie przypomniała. Od razu wyczuli, co się z
nią działo.
– Szaleńcze! – Zaczął Mrok, ale umilkł.
Tymczasem Konstancja odzyskała równowagę po chwilowym wzruszeniu i wróciła do swej myśli:
– W jednym macie rację, człowiek za was zrobi koniec świata. To
jego dzieło, tak jak życie stało się jego dziełem. Wyrwał się wraz z
Adamem spod naszej kontroli i zaczął działać na własną rękę.
– Jest zbyt słaby! – Nie wytrzymał Blask i brutalnie jej przerwał. – To my go kształtujemy, to my go stwarzamy! To my!
– Czyżby?! – Uśmiechnęła się Konstancja. – Jego błędy też?
– Błędy są wpisane w świat. – Zawyrokował Czarny.
– A my? Też? – Wtrącił się we wszystko Wu.
Popatrzyli nań zdziwieni.
– Jakie my? – Zapytał Mrok Wu. – Przecież ty jesteś człowiekiem.
– Tak mówią. – Tajemniczo odpowiedział Wu i odszedł po następną butelkę.
– Widzicie. – Odezwała się do zadziwionych Konstancja.
– Może rzeczywiście? – Zamyślił się Jasny.
Milczeli. Wu przyniósł drugą butelkę koniaku i co tu dużo mówić, wypili
ją w ciszy podejrzewając siebie o zwyczajne ludzkie upicie. Ale tylko
Konstancja wiedziała, że to jedynie ich życzenie.
W czasie, w którym Konstancja jadła kolację z czterema jeźdźcami, a
Natalia z małą Krystyną jechała do pensjonatu „Pod zagubionym aniołem”,
samotny Mag szedł wolno przez świat. Przyglądał się ludziom i ich życiu
bez cienia zainteresowania i życzliwości. Miał spotkać życie, czterech
jeźdźców, cztery żywioły, odszukać koniec świata, ale nic mu nie
wychodziło i nawet nie szukał starannie. Pewnego dnia obudził go jego
wewnętrzny głos i powiedział mu: już czas. Wstał i odszedł od swego
dotychczasowego życia, od siebie i świata, a wszystko po to, by
wypełnić przeznaczenie człowieka. Gdy był jeszcze małym chłopcem
przyszła w nocy do niego czarownica Ados i oznajmiła mu, że jego
przeznaczeniem będzie odszukać człowieka. Gdy rano opowiedział o swym
śnie rodzicom, ci wyśmiali go boleśnie. Zawsze tak dobrze im się
rozmawiało, ale tym razem uznali, że jego sen był pełen pychy, a to im
się nie spodobało.
– Jak możesz? – Powiedział doń ojciec.
– Nie wstyd ci? - Zapytała mama.
Mały Szymon poczuł się wówczas bardzo zawstydzony. Nie wiedział co im
odpowiedzieć, nie wiedział co złego było w tym, że opowiedział im o
Ados. Przecież sam sobie tego nie wymyślił. Od tego czasu zrozumiał, że
coś jest w nim dziwnego. Jakiś czas potem, do małego Szymona przyszedł
czarnoksiężnik. Był ciepły poranek i wszyscy jego koledzy wybiegli już
do ogrodu. Tylko on jeden siedział na łóżku nieprzytomny i wpatrywał
się w czarnoksiężnika. Nie mógł się obudzić, raz po raz przecierając
oczy, nie był pewny czy to jeszcze sen, czy rzeczywistość.
Czarnoksiężnik spokojnie czekał na małego, wiedział bowiem, że
sześciolatkom najłatwiej jest wytłumaczyć czym jest dzień i noc, czym
jest cały ten otaczający nas świat. Gdy mały wreszcie wstał, niepewnie
stawiając stopy, czarnoksiężnik wyciągnął doń rękę.
– Choć, choć ze mną Szymonie.
Mały przez chwilę się wahał, ale ruszył grzecznie za czarnoksiężnikiem.
Zresztą do dzisiaj nie jest pewien czy za nim poszedł tamtego
poranka, gdy miał złamaną ręką i smutną minę o poranku. Możliwe, że tak
zwłaszcza, iż jego mama szukała go przez cały dzień, gdy on tym czasem
siedział w swoim pokoju za tajemnym przejściem serca. Może zresztą
nigdy tam nie był, tylko krążył po malachitowym świecie, gdy reszta
kolegów biegała po ogrodzie.
Przeszli korytarz i weszli w świat pudełka od zapałek. Wówczas po raz
pierwszy zauważył niepewność tego, co go otacza. Od tej chwili
poszukiwał pewności i coraz bardziej tracił ją sprzed oczu. Świat
połamanych zapałek szeleścił pod jego stopami, a ktoś wykradał mu z
głowy jego smutek i strach. Za dwadzieścia lat, czarnoksiężnik odda mu
tą niepewność z nawiązką. Teraz jednak, będzie go prowadził po wąskich
dniach książek i rozlanych w człowieku nocach. Czarnoksiężnik oswajał
małego z wielkimi przestrzeniami i źdźbłem trawy. Dziecko coraz głębiej
wchodziło w tą rzeczywistość, zapominając o swym strasznym śnie i o
pomyłce wczorajszego wieczoru przy kolacji. Zresztą może już nikt tego
nie pamięta. Bezwiednie przytrzymywał się płaszcza czarnoksiężnika, gdy
ten przyspieszał kroku. Nie był pewny czy bez swego przewodnika mógłby
jeszcze wrócić do domu, a przecież był to ten okres, w którym jeszcze
wracał. To dopiero po latach, jego wyjścia i przyjścia stracą
znaczenie, bowiem wszyscy będą wiedzieli, że pielgrzymuje w swą
rzeczywistość i nierzeczywistość świata. Pomimo, że czarnoksiężnik
zaczął przyspieszać, mały szedł coraz wolniej, wyczuwał bowiem, że
idzie w stronę swej przyszłości. Instynktownie, jak zwierzątko, nie
chciał tego, choć coraz wyraźniej widział swą twarz doroślejszą, z
każdym krokiem coraz starszą. Widział jak odchodzą i przychodzą jego
obecni i przyszli przyjaciele, widział coraz więcej i coraz mniej był
pewien czy to on sam, czy ktoś inny, czy to on idzie u boku
czarnoksiężnika, czy jakiś inny chłopiec. Kroki szeleściły łamanymi
zapałkami, a ściany pudełka rozszerzały się w coraz odleglejszą
przyszłość. I tak rozpoznał różne stopnie smutku i strachu, odcienie
samotności i przyjaźni, i tak rozpoznał siebie w sobie i poza sobą.
Szymon nie jest też pewny w jaki sposób powrócił. Czarnoksiężnik
pozostawił go przed starym człowiekiem siedzącym przy oknie z książką w
ręku. Obok na stole stała herbata o której tamten zapomniał, czytając
kolejny raz tego popołudnia wiersze, które rano tak bardzo go urzekły.
Mały postał obok przez chwilę patrząc na żylaste ręce, potem się
odwrócił i usłyszał głos matki. Do dojrzałego mężczyzny przyszedł
anioł. Rozpoznali się natychmiast, to on trzymał go za rękę tyle razy w
życiu. To z nim przepływał swoje sny i poszukiwał siebie. Anioł też od
razu rozpoznał mężczyznę, to z nim bowiem tyle razy pielgrzymował i to
ten człowiek podtrzymywał go na duchu, gdy wszyscy opuszczali go w
potrzebie. Anioł czasami czuł się zagubiony w tych podróżach człowieka,
a człowiek w skrzydłach anioła, lecz ilekroć rozstawali się, poznawali
się, nawet gdy ich spotkanie następowało po wielu latach i wielu
zmarszczkach ich obu. Tak naprawdę, Anioł potrzebował Szymona a Szymon
anioła. Odkąd po raz pierwszy zgubili się w płaszczu czarnoksiężnika, a
ostatni raz w słowach i znaczeniach, które ludzie ze sztukaterią wiedzy
czarnoksiężników układają jak dzień i noc w snach małego chłopca.
Czasami anioł nie zauważał jak w świecie przecinków i znaków zapytania
niepostrzeżenie upływa czas. Wchodząc za Szymonem w słowa i ich
znaczenia zapominał o wszystkim, do momentu gdy Szymon zapalał lampę.
Czas stał w miejscu dopóki przeskakiwało się ze słowa na znaczenie, z
sensu w życie. Potok słów i starania innych ludzi, niepokój w mówieniu
i radość w przekazywaniu własnych odkryć. Ręce starożytnych i
renesansowych tak samo szeleściły kartkami, które dziś niosły ukojenie
lub ten miły niepokój. Anioł nie lubił jak Szymon marszcząc nos
wyśmiewał się z zapału innych. Wówczas Anioł odchodził, by w spokoju,
ukryć się przed czasem. Z kolei Szymon nie lubił, gdy Anioł unosił się
w patetycznym nastroju i odchodząc od Anioła, nerwowym krokiem,
pozostawiał go wśród książek. Jednak oboje zawsze powracali do siebie.
I tak żył Szymon pomiędzy swym dziwnym przeznaczeniem, wiecznym
poszukiwaniem prawdy i światem pełnym wiatru w swojej głowie. Był
pogodzony ze sobą i zajęty swymi poszukiwaniami do momentu, aż nie
spotkał swej ukochanej, wówczas świadomość, że będzie musiał wyruszyć,
pozostawić tą którą kocha, stała się bolesna. Cóż mógł jednak zrobić,
gdy los upomniał się o niego, wyruszył wypełnić wszystko, nie
odwracając się w przeszłość. Szukając człowieka, czasami zastanawiał
się czy to ma sens, czy będzie w stanie znaleźć to, o co chodzi w tych
poszukiwaniach. Czuł się jakby z wnętrza jakiegoś sejfu wydobywał
monetę po monecie, kradzież metafizyczna, która nie wiadomo czy będzie
mu odpuszczona. Z czasem zaczął pojmować siebie jako największego
złoczyńcę, wykradającego z ludzi ich dusze. Z kolei myśl o
pozostawionej rodzinie odbierała mu resztę sił i znaczenia tej drogi,
aż wreszcie przestał szukać, tylko szedł zrezygnowany bez celu, myśląc
o jednym, o tym że świat go oszukał, a on dał się wciągnąć w pułapkę
półsłówek i przeznaczenia. Z dawnej pewności nic mu nie pozostało,
została mu tylko tęsknota.
Tak szedł do momentu, w którym przypomniały sobie o nim jego dawne
duchy. Gdy sfrunęły do jego poszukiwań Ados z Aniołem, starym druhem,
odzyskał nieco pewności. Zmęczony sobą i drogą zapytał Ados, pierwszą
jego gwiazdę wskazującą mu drogę:
– Powiedz mi kim jestem?
– Magiem. – Odparła mu gwiezdna Ados.
Szymon popatrzył na Anioła, a ten jej przytaknął.
– Jesteś Magiem szukającym prawdy. – Ciągnęła swym brzęczącym głosem. – To dlatego musisz wędrować.
– Jestem już zmęczony.
– Nie szkodzi. – Uciął jego użalanie się Anioł.
– Dosyć okrutny jesteś jak na Anioła.
– A ty powolny jak na Maga.
– Cicho, cicho. – uspokoiła ich Ados. – To wszystko nieważne.
– Jak to nieważne? – Zdenerwował się Szymon. – Manipuluje się moim losem, a teraz nieważne.
– Chwileczkę! – Zdenerwował się Anioł. – Nikt tobą nie manipuluje!
– Sam się tu nie wybrałem.
– Ale od dziecka chciałeś poszukiwać. To jesteś ty: poszukiwanie.
– Od dziecka czarowałeś, czytałeś gwiazdy, rozmawiałeś z nami. – Wtrąciła Ados.
Szymon poddał się ich osądowi zwłaszcza, że nie mówili kłamstw, coś takiego było w nim od dawna.
– Jak to się skończy? – Zapytał.
– To zależy od ciebie. – Uśmiechnął się Anioł.
– Zależy gdzie dotrzesz. – Dodała Ados. – Może znajdziesz koniec świata?
– Wolałbym początek. – Zażartował Szymon.
– To na jedno wychodzi. – Odpowiedziała mu Ados i zniknęła w białym powietrzu.
– Ona ma rację. – Potwierdził Anioł i za Ados, zmorą nieba, zniknął.
A Szymon wyruszył odszukać koniec i początek, bo teraz zrozumiał,
co w tarocie oznacza karta świata, oznacza jedność końca i początku,
życia i śmierci, rozstanie i powrót. Zrozumiał, że stoi w środku tej
karty i albo podda się jej, albo ona zamknie go w niedopełnieniu jego
poszukiwań. Więc zaczął się spieszyć, by przeciwieństwa nie połączyły
się poza nim i by nie stracił szansy na swój koniec, który będzie jego
początkiem.
Gdy Natalia i Krystyna dotarły do pensjonatu „Pod zagubionym
aniołem”, mała prawie oszalała ze szczęścia. przestrzeń i wiatr które
im towarzyszyły od samego początku były wymarzonym żywiołem dla małej.
Dodatkowo, te nagłe wakacje w środku jesieni, cała podróż, która trwała
dzień i noc autokarem i cuda, które widziały po drodze, takie jak stare
warowne zamki, leśne drogi i przestrzeń zupełnie nowa i nie znana dla
Krystyny. Wszystko to razem sprawiło, że nie wiedziała jak ma wyrazić
swą radość, a jedyne co przychodziło do jej głowy, by wyrazić swą
radość, to ciche popiskiwanie. Dlatego co chwilę, jak mały prosiaczek,
popiskiwała i pochrząkiwała pełna entuzjazmu i radości. Dodatkowo
spotkanie, z długo wyczekiwaną Konstancją, ukochaną wróżką, z którą nie
widziały się już tak długo, przyprawiało ją o radosne podskakiwanie i
wykrzykiwanie jej imienia.
– Jesteś! Jesteś! – Wykrzyczała na jej spotkanie Krystyna.
Konstancja przytuliła je obie i ucałowała. Pensjonat wydał się
małej najcudowniejszym miejscem na ziemi, cały w drewnie, pachnący
lasem i ziołami. Małe pokoiki szczególnie przypadły jej do gustu.
Gorzej z Natalią, która nie przepadała za małymi pokojami. Zawsze
wolała duże, jasne pokoje z dużymi oknami przez które wpadałoby jak
najwięcej powietrza. Dlatego restauracja dużo bardziej przypadła jej do
gustu. Przyjechały pod wieczór i mogły zobaczyć wyjątkowość zachodu
słońca w tym miejscu.
– Dobrze rozumiem dlaczego tak tu długo byłaś. – Uśmiechnęła się Natalia do Konstancji.
Ta odpowiedziała jej bladym uśmiechem i pociągnęła ją za sobą, by pokazać Natalii wszystko.
– Jak się nazywa ta miejscowość? – Zapytała Natalia.
– Nie wiem. Po prostu „Pod zagubionym aniołem” nikt tu inaczej nie mówi o tym miejscu.
– Nie uważasz, że to dziwne? Przecież jest tu tak pięknie, tak rajsko, w tym miejscu żaden anioł nie mógłby się zagubić.
– Tak sądzisz?
Natalia przytaknęła jej.
– A ja? – Zapytała znienacka Konstancja.
Natalia poczerwieniała. Czuła się jakoś dziwnie.
– Gdzie Krystyna?
– Spokojnie mamo, córcia z Panem Portierem.
– On lubi dzieci?
– Wierz mi, on lubi wszystkich. To mądry człowiek, który dużo wie.
– Ależ ja... tylko martwię się o moje dziecko.
– Przecież wiesz, że niepotrzebnie.
Konstancja wzięła Natalię pod rękę i poprowadziła w stronę wąskiej
ścieżki, która zarysowywała się na końcu łąki, którą oglądały.
– O tej porze? – Zdziwiła się Natalia, że idą do lasu. Ale Konstancja szybko ją uspokoiła.
– Nie bój się, nie pamiętasz jak mi ufałaś i jak potrafiłyśmy iść w
ciemność. Nie bój się już Natalio, nie bój, ani las, ani świat nie są
tak okrutne.
Gdy weszły w las i otulił je wilgotny, szary zmierzch, wątpliwości
opadły Natalię jak muszki. Tak jakby się broniła przed ich napadem
zaczęła się opędzać od nich w myślach, aż wreszcie nie wytrzymała i
odezwała się do idącej przed nią Konstancji:
–Poczekaj na mnie.
– Po, co?
– Jestem jeszcze niegotowa.
– Na co?
– Do wyjścia.
– Ty nigdy nie będziesz gotowa, jeżeli tego nie będziesz chciała.
– Poczekaj proszę. – Powtórzyła Natalia.
– Słyszysz szepty?
– Tak. Co to?
– To w twojej głowie. To ty. To twoje prośby. Wyjdź już.
– Dokąd?
– Do mnie. Do świata. Do Szymona.
Natalia popatrzała zdziwiona na Konstancję, ta odpowiedziała na jej zaskoczenie.
– Wszystko zależy od was, od ludzi. Chcesz się bać, będziesz
strachem, chcesz być silna, będziesz mocą. Szymon zgubił się po drodze,
chociaż wiedział tak dużo i chociaż jest Magiem. Jeżeli będziesz
chciała możesz być jego wieżą, po której świetle odnajdzie właściwy
kierunek. Czy wiesz, że trwa koniec świata?
– Teraz wierzę, że jesteś Aniołem. – zaśmiała się Natalia. – Tylko
wy możecie nie zauważać, że koniec świata trwa od zawsze i co dzień w
każdym z nas, ludzi.
Konstancja popatrzała na nią z podziwem i zaczęła:
– A więc ty...
– A jak myślałaś?! Jestem kobietą! Jestem wiedźmą! Czuje każdego
dnia jak przychodzi i odchodzi, jak toczy się i przemija istnienie. Co
ty myślałaś, że nie czułam, co może otworzyć życie. Każda kolejna
chwila była moim powolnym otwarciem, otwarciem na świata, na życie.
Każda kolejna chwila była zamykaniem się w sobie, w bólu, śmierci. Cóż
mogłam z tym zrobić, w wiecznym przeciągu zamykanych i otwieranych
drzwi. Nie wiedziałam tylko, co czeka za kolejnymi i co mi odpowie
następna chwila, ale za każdym razem otwierałam i wchłaniałam w siebie
świat i życie, równocześnie zamykając się i umierając w sobie,
samotności. Taka byłam cały czas, pomimo wszystko w miłości i dążeniu,
dlatego nie mów mi o końcu świata i jego początku, bo to jest jak
przeciąg. Co do Szymona przyjdzie bez niczyjej pomocy, on też zna ten
rytm, ten przeciąg nosi w swojej głowie. Po prostu będzie już tak
zawsze Adam za Adamem, Początek za Końcem. Konstancjo, Aniele, Ados!
Konstancja stała skonsternowana.
– To dlatego czuję się niepotrzebna, stajecie się samodzielni.
– Nie. Nie wszyscy. Może nigdy. – Natalia zamyśliła się i objęła
Konstancję. – Poza tym, my tylko możemy wyczuć to, co wy widzicie.
Konstancja uśmiechnęła się.
– Daremnie przyjaciółko, znów jestem zmęczona. Zresztą myślę, że nie ja jedna.
– Normalne. Przecież jest wieczór, chodź, Krystyna czeka.
– Tak, już jest w restauracji, szkoda by jadła sama.
Tymczasem Krystyna odkrywała labirynt pensjonatu wraz ze starym Wu,
bo Pan Portier od tej pory wprawdzie tylko dla małej, był panem Wu. I
tak, stary Chińczyk zaprowadził małą w świat, który tkwi w rzeczach jak
w podszewce. W jednym z pokoi, pod podłogą, mieszkała stara wiedźma. Wu
przyłożył dziewczynce palec do ust. w nakazie milczenia i przysunął jej
ucho do szpary w podłodze. Wewnątrz, jak ropucha przyklejona do liścia
na wodzie, wiedźma mruczała swą odwieczną mruczankę. Jej głos prawie
nie był głosem a skrzypieniem podłogi, a to, co udało się usłyszeć
małej Krystynie brzmiało mniej więcej tak:
– „Moje ręce są bardzo nieposłusznymi psiakami. Tyle razy
prosiłam, by nie pozostawiały mnie w samotnej bezczynności, by nie
pozwalały mi tkwić w bezruchu. Moje ręce są mymi jedynymi
przewodnikami, dłonie rozpracowują dla mnie świat, węsząc uważnie.
Ciągle muszę na nie czekać, a to takie męczące, gdy przez głowę
przepływa tyle naraz, a one nie nadążą, lub co znacznie gorsze, gdy
świat podsuwa gęstą rzeczywistość, a one spóźniają się z wybieraniem
znaczeń. Moje ręce często same wychodzą na spacer, gdy ja jeszcze śpię,
zanurzona w sobie, one już nurkują w zewnętrzność. Czasami denerwuje
mnie to, ale one rządzą i choć raz po raz próbuję nad nimi zapanować,
one i tak pozostają nieujarzmione. Taki mój los, z nie kochającym mego
sposobu widzenia przewodnikiem. Moje ręce są pełne, gdy głowa pozostaje
pusta i nie cierpią tak jak ja, bez powodu. Na wysokim tonie
górnolotności gubią zbyt wyrafinowane frazy, wolą zdecydowanie rzeczy
proste, dlatego i ja przyzwyczajam się do prostoty. W końcu za dużo
było we mnie aspiracji, by wszystko na raz objąć. Dłonie o wiele
szybciej przystosowały swe opuszki niż ja mój nos, dlatego róże
bardziej kłuły niż pachniały. Na szczęście pozwoliłam rękom na wybór,
który czasami jeszcze irytuje, ale już nie rani. Skóra zresztą jest tak
gładka, zwłaszcza gdy się kocha i myśli tylko o dotyku. Moje ręce
potrafią kochać, czasami wydaje mi się, że kochają również mnie, nie
wiem jakim cudem ciągle jeszcze po tych wszystkich wysłużonych dla mnie
latach. Szkoda tylko, że czasami za szybko odchodzą w rejony, które
słabo czuję. Może to zresztą wszystko jest złudzeniem, a one cały czas
siedzą przy mnie wiernie, czekając aż moje oczy będą gotowe zobaczyć,
to o czym im opowiedzą. Ale nieprędko, nieprędko, ponieważ powieki boją
się otworzyć, drżące źrenice nie potrafią wypytywać o drogę. Jeszcze
nie potrafią mówić powieką: ‘zamknij’, ‘otwórz’, a ręce od dawna
otwierają i zamykają, nawet gdy śnię, szeleszczą pościelą. Ja nie
jestem ślepa, jestem przerażona, jestem przerażona tym, że mogę
zobaczyć.
Moje prawe oko zaczęło czuwać. Drży niespokojnie wpatrując się w
ciemność. Dlaczego ciemność dla niektórych jest czarna, lub granatowo
szara. Moje prawe oko spostrzega ją jako ciemną sepie, pełną
wypukłości. Z rogu wychodzi pokoju wypełniony bryłą przestrzeni. Jak
muszla przechowuje zapachy i szelesty dnia. Moje prawe oko nie daje
spokoju wspomnieniom i inwigiluje cały dzień kąt po koncie, ściana po
ścianie. Nie opłacało się to kolekcjonowanie murom, nie warto było
wysyłać oka na zewnątrz. Ręce mimo wszystko były spokojniejsze, mniej
brutalnie przynosiły dla mnie rzeczywistość. Tymczasem moje oko powoli
zaczyna się usamodzielniać. Samo się budzi i samo wychodzi w
przestrzeń.”
Krystyna popatrzała pytająco na starego Wu, a ten jej wyjaśnił, że
ta stara pokojowa ropucha – czarownica, była kiedyś pisarką, która z
nadmiaru wchłaniania świata w siebie, najpierw zamieniła się w swe
oczy, uszy i ręce piszące, a później, gdy tu dotarła, została podłogową
wiedźmą – straszycielką, tych którzy przez przypadek ją usłyszą.
Krystyna zaśmiała się nad mruczanką i ironią Wu. Ale uśmiech nie zdążył
zniknąć z jej twarzy, gdy Wu pociągnął ją dalej za sobą.
– Choć Krystyno, pokażę ci jeszcze kogoś. Zabłąkaną przed laty
czapeczkę. Wszyscy myślą, że jest to jeden z moich kapeluszy, ale nie,
to czapeczka, mała niebieska, przypominająca nieco melonik, czapeczka.
Wu wprowadził Krystynę do swego pokoju, który nie różnił się ani
meblami, ani gabarytami od gościnnych pokoi. Jedyne, co wyróżniało jego
prywatny kąt to duży, oczywiście drewniany, wieszak. Na nim właśnie,
jak na rogach barana, pozawieszana była kolekcja kapeluszy. Na samej
górze, jak na piedestale, leżała niebieska czapeczka.
– Z tą czapeczką jest pewien problem – zaczął wyjaśniać Krystynie
– ona sądzi, że jest Panną Przeszłością i że codziennie wolno wracała
do domu. Mijając po drodze wolno płynące tłumy teraźniejszości. Uważa
również, że koło niej biegnie zziajana Melancholia. Panna Przeszłość
nie jest w stanie wytłumaczyć mi, dlaczego przygarnęła tego kudłatego
potworka. Już na początku zorientowała się, że to brzydkie stworzonko
będzie jej nie lada ciężarem, ale smutna mordka opuszczonego pieska
zatrzymała ją dawno temu w pół drogi. Odtąd chodzą razem, Panna
Przeszłość nie mieszcząca się w codziennych rozmowach i mała psinka z
obciętym ogonem. Jak twierdzi przechodząc przez ulice teraźniejszości
trudno jej kogokolwiek zobaczyć, żyje bowiem na krawędzi dystansu i
tego, co tu puka właśnie do jej drzwi. To jest przyczyną, dla której
przestała odróżniać jedne zdarzenia od drugich, bowiem i ludzie i
zdarzenia zlewali się w jedność.
Krystyna z rozczuleniem pogłaskała niebieską czapeczkę.
– W takim razie musi być bardzo smutna.
– Ma mnie. – Pocieszył małą Wu. – Ja ją rozumiem, nie noszę jej, ani nie przeszkadzam w codziennym trwaniu do tyłu.
Gdy przyszły do restauracji mała rzeczywiście siedziała już przy
kolacji z naburmuszoną miną. W jej oczach był, raczej dla pozoru niż na
serio, żal o to, ż e została pozostawiona sama na całe po południe.
– Co robiłaś? – Spytała ją Natalia.
– To i owo. – Odpowiedziała tajemniczo.
– Czyli?
– Jak będziesz dla mnie dobra to może jutro ci pokażę.
Krystyna cieszyła się swą tajemnicą tak bardzo, że mama przestała drążyć temat.
Rano mała zbudziła Natalię nieznośnie wcześnie i pomimo protestów
rozpaczy, wyciągnęła ją na spacer. Zjadły wczesne śniadanie, Krystyna
tajemniczo uśmiechnęła się do portiera Wu i wyszły na jeszcze mokrą od
rosy łąkę. Gdy Natalia poczuła zapach porannej łąki, jeszcze delikatny
i niepewny z powodu braku słońca i gdy zobaczyła szczęśliwą jak rzadko
Krystynę biegnącą przed nią, poczuła, że zrobiła dobrze i że faktycznie
dopełnia się wszystko to, co miało się wydarzyć.
– Widzisz?! Widzisz?!
Raz po raz wołała Krystyna pokazując a to na kamienie, a to na kwiaty.
– Słyszysz?! Słyszysz?!
Reagowała na świergot ptaków i szum trawy. Nagle stanęła zadziwiona.
– Mamo. – Jej głos brzmiał nie pewnie. – Mamo czy to jest siwa trwa?
Natalia podbiegła do córki i objęła ją zaniepokojona jej dziwnie
wystraszonym głosem. Mała wskazywała na długie szaro – srebrne trawy.
– Tak. – Najłagodniej jak mogła odpowiedziała Natalia. – Tak, to
on, to dziwne, że zapamiętałaś opowieść o nich, byłaś już tak zmęczona.
– Próbowała zagadać lęk córki.
– Mamo, czy tato jest siwy jak one?
– Nie. – Natalia uważnie wpatrywała się w twarz dziecka.
– A ja widzę jego włosy wyraźnie siwe.
– Jak to widzisz? – Wyszeptała z trudem łapiąc oddech Natalia.
– Tak. – Powtórzyła mała. – On jest siwy, całkiem siwy, stary. On jest stary.
Natalia usiadła na trawie.
– Krystyno? Skąd to wszystko wiesz? Jak? Co ty widzisz?
– Widzę jak siedzi u nas w mieszkaniu, przy swoim biurku, przegląda
swoje stare notatki i głaszcze kota, który nie może odkleić się od
niego.
Krystyna zaczęła płakać. Natalia przytuliła ją.
– Chodź. – Powiedziała do małej łagodnie. – To, co widzisz jest ważne,
ale niekoniecznie tak musi być, czasami – Natalia przez chwilę myślała
jak powiedzieć małej to, co chciała – czasami, widzimy tylko to, co
jest w naszej głowie.
– I nic z tego nie znajduje się na zewnątrz? – Zapytała dziwnie przytomnie Krystyna, co jeszcze bardziej zbiło z tropu Natalię.
– Nie zawsze. Widzisz, czasami niektórzy potrafią, rzadko, to co mają w głowie pogodzić z tym, co na zewnątrz.
– Zaczarować świat?
– Krystyno, tak jakby, to znaczy, nie, po prostu uzgodnić, przenieść.
– Czyli zaczarować. – Powtórzyła Krystyna. – Natalia nie odpowiedziała
jej, więc mała ciągnęła dalej – Ale mamo, ja zobaczyłam go jako starego
człowieka, rozumiesz? To nie uzgadnianie, to nie czary! Rozumiesz? On
jest! On wrócił i czeka!
Ostatnie zdania Krystyna mówiła w dziwnym wzburzeniu i z drżeniem
głosu, tak jakby chciała przekonać matkę do czegoś co było nie możliwe.
– Chcesz wracać? – Spytała uspokojona Natalia.
– Nie. – Głos Krystyny stał się nagle dorosły i pewny. – Chcę żebyś powiedziała mi prawdę.
– Dobrze, wracajmy. On czeka.
– Skąd to wiesz?
– Z tego samego miejsca, z którego ty się dowiedziałaś, z głowy.
Krystyna uśmiechnęła się gorzko i pomyślała a jednak.
Gdy wróciły do pensjonatu, nie było jeszcze południa, gdzieś między
dziesiątą a jedenastą. Konstancja siedziała w restauracji, jak co dzień
ubrana w ciemno niebieskie dżinsy lekko już wytarte na kolanach i w
ciemno zielonej bluzie. Długie włosy miała zaplecione w warkocz, tak,
że wyglądała jak dziewczynka. Natalia pociągnęła Konstancję za warkocz,
gdy podeszły do niej, a ta popukała się w czoło.
– Prowokujesz? – Uśmiechnęła się do niej Natalia.
Krystyna nic nie powiedziała tylko wyczekująco patrzały na mamę.
Konstancja, nie zwracając uwagi na spojrzenie małej, oznajmiła Natalii:
– Muszę cię z kimś poznać.
– Dzisiaj? – Zapytała zaniepokojona Natalia, wyczuwając nadciągającą burze niezadowolenia, wzbierającą w oczach małej.
– Tak. Przecież jeszcze nie jedziecie. Przyjechać tu na jeden dzień w ogóle się nie opłaca. – Prowokowała Konstancja.
– Wszystko się opłaca. – Wymijająco odpowiedziała Natalia.
– Wszystko co ma cel. – Spokojnie dorzuciła Krystyna.
– O! Patrzcie, jak nam dorasta. – Bagatelizowała małą Konstancja.
Natalia popatrzyła uważnie na Konstancję.
– Kogo chcesz nam przedstawić?
– Wam? – Ironicznie uśmiechnęła się Konstancja.
– Im. Im, Konstancjo.
Natalia i Krystyna z zaciekawieniem popatrzyły w stronę głosu. Przy
stoliku, jak duch, stał wysoki mężczyzna. Miał ciemno – szare włosy i
oczy, i matową twarz, bez blasku skóry i życia. Obok niego stało trzech
innych. Jeden niewielki, wręcz filigranowy, o czarnych oczach i włosach
z ciemną karnacją, drugi równie wysoki jak ten który mówił, tylko, że
wręcz przeciwnie do mówiącego, z jasnymi włosami, niebieskimi oczami i
jaśniejącą cerą. Ostatni tęgawy, rudy o brązowych oczach, wydał się
Krystynie najsympatyczniejszym, może dlatego, że cały czas był
uśmiechnięty. Konstancja uśmiechnęła się do przybyłych i ruchem ręki
zaprosiła ich do stolika. Próbowała przedstawić towarzystwo sobie, ale
gdy tylko zaczęła wymieniać: To Pan Adam Biały, to Adam Czarny,
natychmiast jej przerwano.
– Ależ Konstancjo. Wczoraj tyle o ludziach mówiłaś, o tym jak dużo już rozumieją, a dziś?
Krystyna uśmiechnęła się porozumiewawczo do tęgiego Jasnego, a tamten przytaknął jej:
– Tak moja mała, widziałem i koniec, i początek.
Tymczasem Mrok kontynuował swe przemówienie.
– A więc, gdy wszyscy wiemy o sobie wszystko, przejdźmy do sedna sprawy. Jesteśmy tu po to, by rozwiązać.
– Masz ci los! – Prychnął Blask. – Ty dalej swoje rozwiązywanie i porządkowanie.
– Tak. Tego nie ma. – Odezwała się wreszcie Natalia. – Co pan chce rozwiązać? Kłopoty, istnienie, śmierć?
– Czy pani sugeruje, że jesteśmy nie potrzebni?
Wszyscy popatrzyli z ciekawością na Natalię. A Jasny otarł pulchną ręką czoło.
– Tego nie wiem. Ale wiem jedno, tego nie rozwiąże się raz i stanowczo.
Przecież za dużo i intensywnie istnieje świat, nie tylko z człowiekiem,
ale z wami i wszystkim tym, co go przemierza. Więc jak chcecie to
skończyć? Rozwiązać?
Blask przytaknął Natalii, a Jasny popatrzał na nią ze zrozumieniem.
– Więc jakie jest nasze zadanie? – Wymamrotał zdenerwowany Czarny.
– Takie jak nasze. Trwać.
– Nie droga pani. – Zabrał wreszcie głos Jasny. – My jesteśmy
historią świata. Wchłaniamy w siebie wszystko i zachowujemy w sobie
wiele.
– To skąd strach przed wami, jak przed końcem świata? – Spytała Konstancja.
– Bo człowiek boi się własnej historii. Boi się, że wyliczą mu
wszystko, nawet to, czego nie zrobił. Jest nie wielu, którzy nie boją
się patrzeć do tyłu.
– Jak tata?
Uśmiechnęli się do małej wyrozumiale.
– Być może. – Odpowiedział jej Jasny. – Być może wyczuł nas i ...
Reszta pokiwała znacząco głowami.
– To świat się skończył i zaczął? – Pytała nadal Krystyna.
– To jedno i to samo. – Odpowiadał jej spokojnie Jasny.
Natalia poczuła się zmęczona.
– A jakie to ma znaczenie. Zaczynał się, gdy tańczyłyśmy z Dominiką
na deszczu i kończył, gdy o świcie tuliłyśmy się do wujka Alberta.
Zaczynał się i kończył, gdy kochałam się z Szymonem, gdy rodziłam
Krystynę. Co więcej, szukajcie, rozwiązujcie, kolekcjonujcie i tak
nigdy nie odgadniecie, gdzie był Szymon, gdzie ja jestem. Chodź –
Złapała małą za rękę. – Chodź, wracamy do domu.
Konstancja próbowała coś powiedzieć, Mrok coś zrobić, gdy Natalia powtórzyła do zaczarowanej Krystyny:
– Chodź, wracamy. Tata czeka.
|
|
|
|
Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować |
|
Re: WIEDŹMY /opowiadanie - 3 część Trylogii/ * przez Ariana dnia 22-06-2011 o godz. 20:37:55 http://www.opowiastka-miriam.blog.onet.pl | | Piękne opowiadanie. Przeczytałam dopiero pierwszy z Pani tekstów i już wiem, że uwielbiam Pani styl pisania. Nie mam żadnych zastrzeżeń! Pozdrawiam i biorę się za następny tekścik. Ciekawe, czy będzie równie ciekawy? |
|
|
| |
Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2011 poczta małpiatka portalliteracki.pl Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione. |
Reklama w Portalu Literackim
|
|