Poezja i proza - Portal Literacki  



Nowe recenzje


· GRZECHY JOANNY, Marat Joanna, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła
· ZŁOCISTA DOLINA, Walczak J. Iwona, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła
· MASTERTON. OPOWIADANIA. TWARZĄ W TWARZ Z PISARZEM, Masterton Graham. Cichowlas Robert, Pocztarek Piotr, Albatros, recenzent: Lipski Bartosz
· SATYNOWY MAGIK, Łysiak Waldemar, Wydawnictwo Nobilis, recenzent: Solecki Tadeusz
· NIEUGIĘTY, Millar Sam, Wydawnictwo Replika, recenzent: Stolarz Iwona
· APETYT NA JUTRO, Woźniak Agnieszka, Wydawnictwo Replika, recenzent: Błaszkowska Alina
· EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA, Schmitt Éric-Emmanuel, Wydawnictwo Literackie, recenzent: Solecki Tadeusz

[ RECENZJE ]

Online

Aktualnie jest 45 gość(ci) i 0 użytkownik(ów) online.

Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj

Epika: ŚWIADECTWO CZŁOWIEKA STOJĄCEGO **
Wysłano dnia 12-11-2001 o godz. 11:53:02
Autor: Michal_Palmowski

1. Salsefia

Stoję. Kręci się tu sporo ludzi. Raz, dwa, trzy... Będzie z tuzin. Grubas w czerwonej czapce właśnie kupuje gazetę. Przed chwilą spytał się mnie, co ja tu w zasadzie robię. Jak to co, nie widać ? Stoję - powiedziałem.
Stoję tak już od jakiegoś czasu. Często podchodzą i pytają się, co ja tu robię w ogóle. Denerwuje mnie to. Rozumiem, że dookoła chodzą, a jak stają to tylko na chwilę, żeby na przykład, tak jak teraz kupić gazetę. Siłą rzeczy muszę rzucać się w oczy. Ale przecież widać, że stoję. A oni podchodzą i pytają się. Przecież nie leżę.
Gdybym leżał wszystko byłoby prostsze. Nikt nie podchodzi do leżącego i nie pyta się go, dlaczego leży. Skoro leży to widocznie ma powód. Pod budką z piwem często leżą. Oczywiście mają swoje powody. Nikt ich nie zaczepia.
A mnie? Co chwilę: a dlaczego pan tak stoi? Nie lubię takiego nadmiernego zainteresowania swoją osobą. Próbuję udawać, że stoję w kolejce. Nie jest to łatwe. Przed kioskiem prawie w ogóle nie ma kolejki. Kioskarz patrzy się podejrzliwie. W warzywniaku niewiele lepiej. Jedna, dwie, góra trzy osoby. Góra dwie - trzy minutki spokojnego stania. Na szczęście istnieją jeszcze inne sposoby. Czy są bakłażany? Dosyć ryzykowne ale skuteczne. Z czasem nabiera się wprawy. Salsefia, roszponka a może bluszczyk siekany? Nie ma ? A kiedy będzie? To ja zaczekam. Nie szkodzi, postoję. Wówczas moje stanie nabiera obiektywnego sensu, staje się zrozumiałe dla przeciętnego przechodnia. Co robię? Czekam na salsefię.
Nie można jednak przesadzać. Teraz w warzywniaku mają już salsefię, bakłażany, roszponkę, bluszczyk siekany, a nawet anchois i koreczki heskie. Na szczęście nie mają w kiosku. Nie mają i prędko nie będą mieć. Nie muszę się nawet pytać. Ale pytam. Nie ma. Mogę spokojnie stać. Kiedy chcę i ile chcę. Po co stoję? Czekam na salsefię. Kiedy mi się znudzi mogę się w każdej chwili przenieść pod warzywniak. Po napar z berberysu. Jeszcze nie mają. 
2. Dzieci

Na placyku, gdzie stoję bawią się dzieci. Umorusane dziewięciolatki rozdeptują ślimaki, pompują żaby, które pękają wydając przy tym głośne plaśnięcie, przypalają wąsy kotom i rzucają kamieniami w bezdomne psy. Psychologia rozwojowa doskonale zna takie przypadki. Kiedy brak żab, ślimaków, psów i kotów uwaga dzieci kieruje się w moją stronę. Nie można mnie co prawda pompować jak żaby, ani rozdeptywać jak ślimaki, ani przypalać mi wąsów, przynajmniej nie tak jak kotom. Za to zawsze można porzucać kamieniami. Z początku rzucały nieśmiało, tylko małymi. Nie reagowałem bo i po co. Nabrały odwagi. Teraz rzucają dużymi, wielkości pięści. Rzucają dopóki nie przegoni ich kioskarz ze strachu o własne szyby.
Czasami bawią się w Indian. Zakradają się od strony warzywniaka i dźgają mnie zaostrzonymi patykami. Albo miotają swoje oszczepy zza kwiaciarni. Później na moment przemieniają się w niewinnych małych chłopców i z rozbrajającym uśmiechem wracają po patyki. Kiedy tylko odzyskają swoją broń na powrót stają się krwiożerczymi czerwonoskórymi, zadają mi pchnięcie włócznią i z okrzykiem tryumfu wycofują się za kwiaciarnię. I tak przez cały dzień. Jeśli oczywiście nie znajdą sobie innej rozrywki. Dlatego lubię jak pada. Będzie dużo ślimaków i będę miał spokój. Bachory będą cały dzień szukać i rozdeptywać ślimaki.
Tak czy siak po czwartej jest na chwilę spokój. Bachory idą do domu na obiad. Poza tym nie przeszkadza im ani śnieg, ani deszcz, ani upał, ani mróz. Zabawa na placyku trwa cały czas w najlepsze. Przez okrągły rok.
Dzieci mają też swoje wyciszające zabawy. Taplają się w kałużach, ryją coś tam w ziemi, w lecie obsikują płot za warzywniakiem a w zimie wysikują esy floresy na śniegu.


3. O wyższości stania nad leżeniem

Jeszcze stoję. Choć nie jest to takie łatwe. Prawdę mówiąc to dosyć męczące. Te pytania: po co? dlaczego? Podejrzliwe spojrzenia sklepikarzy. Te dzieci dźgające mnie patykami. (Z ubrania zostały mi już same strzępy) Na dodatek bolą mnie nogi. W lewą oberwałem parę razy kamieniem. Mam guz wielkości śliwki. Na dodatek boli mnie od stania.
Ogarnia mnie pokusa, żeby sobie usiąść. Nie wiem. czy będę się jej w stanie długo oprzeć. Znowu strzelają. W prawą też dostałem. Dzieciom przewodzi teraz Mały Julek. Uzbroił swoją bandę w proce. Nie muszą już rzucać. Strzelają z procy. Może to i lepiej bo rzadziej trafiają. Chociaż bardziej boli.
Przesunąłem się w stronę kwiaciarni. Koło kwiaciarni jest ławeczka. Można by się na niej nawet położyć. Niestety zajęta.
Ponieważ charakter mojego stania jest bardzo specyficzny, w zasadzie mógłbym nawet stać siedząc bądź leżąc. Najważniejsza jest czujność. Nie oznacza to jednak, że nie mógłbym się zdrzemnąć. Choćby na chwilę. Chodzi tu o czujność wyższego rzędu, czujność wewnętrzną. Im więcej o tym myślę tym bardziej nabieram przekonania, że moje stanie ma charakter metaforyczny.
Niestety ławeczka jest zajęta. Już ktoś na niej leży. Najwyraźniej ma powód. Zresztą to widać. I nie tylko.
Mimo wszystko nie ulega wątpliwości, że stanie jest w gruncie rzeczy czymś lepszym od leżenia. Więcej widać. Pomijając już wszystko inne.
Na szczęście przestali. Już nie strzelają. To dobrze.
Cholernie bolą mnie nogi.


4. Kwiaciarka

W ten sposób poznałem kwiaciarkę. Przesunąłem się bliżej kwiaciarni. Jest ławeczka i zawsze można usiąść. Kwiaciarkę poznałem przez szybę. Siedzi wśród kwiatów i czyta książkę. Wstaje i uśmiecha się, kiedy ktoś wchodzi.
Od razu nabrałem do niej sympatii. Zdecydowanie odbiega od mrukliwych i antypatycznych sklepikarzy. Dam głowę, że jest wrażliwa i delikatna.
Próbowałem jakoś zwrócić na siebie uwagę. Też się uśmiechałem. Niestety, nie udało się. Zwrócić uwagę, oczywiście.
Wówczas zacząłem pisać listy. Na szybie bo nie miałem papieru. Aby napis był czytelny od środka, pisałem od prawej do lewej. Chuchałem na szybę i na zaparowanej powierzchni rysowałem palcem litery. Najciężej pisało się w zimie. Jest zimno, palce przymarzają mi do szyby, trudno cokolwiek naskrobać. Trzeba najpierw roztopić lód, palce przymarzają do szyby. I gdy padał deszcz. Wszystko rozpływa, rozmywa się.
W sumie napisałem 59 krótkich i średnio-krótkich listów. Oficjalnych i całkiem bezpośrednich. Takich jak: Droga Pani! Ma Pani prześliczne kwiaty. Droga Pani! Zastanawiam się, co Pani czyta z takim przejęciem. Czy mogę liczyć, że pożyczy mi Pani tę książkę, kiedy Pani skończy? Przyrzekam, że szybko oddam. Albo: Cześć! Cholernie dzisiaj pada, nie? Cześć! Nie nudzi Ci się ciągle tak sprzedawać te kwiaty? Ja się trochę nudzę.
Ponieważ na żaden z listów nie dostałem odpowiedzi, zacząłem poszukiwać innych form kontaktu z kwiaciarką. Parę razy wszedłem do kwiaciarni, niby rozejrzeć się. Te krótkie wizyty upewniły mnie o jej urodzie. Miała smagłą cerę, długie rzęsy, kruczoczarne brwi i zmysłowe usta.
Zdobyłem dwie kartki papieru, ułamany ołówek i napisałem jeszcze parę listów. Obiecałem Małemu Julkowi, że jeśli tylko będzie podrzucał listy kwiaciarce, będzie sobie mógł mnie dźgać do woli i kiedy będą do mnie strzelać z procy, nie będę się ruszać. Zgodził się.
Droga Pani Kwiaciarko! Bardzo Panią polubiłem i mam nadzieję, że będziemy mogli się lepiej poznać. Droga Pani Kwiaciarko! Stoję pod kwiaciarnią. Jeśli Pani wyjrzy za okno, na pewno mnie Pani zobaczy. Mam na sobie zieloną koszulę w czerwoną kratę. Droga Pani Kwiaciarko! Jeśli zdecyduje się Pani mi odpowiedzieć, proszę przekazać wiadomość Julkowi. To ten miły mały chłopiec z czarnymi włosami, który podrzuca Pani moje listy.
Kwiaciarka wyrzucała je wszystkie do kosza. Trudno. I tak ją lubię.


5. Głosy spod budki z piwem

Barbarzyńskie, ochrypłe, znużone. Przesiąknięte zwątpieniem. Wołające: Daj 2 złote na wino! Słabnące i gasnące. Złotówkę, 50, 20, 10 groszy. Bezsilne, bezradne, spływające po przechodniach. Nie. Nie mam. Nie dam bo nie mam. Odczep się frajerze. Gotujące się w swojej bezsilności. Zrezygnowane mamrotające pod nosem: pies ci mordę lizał lub wyrzucające w pustkę wściekłe "ty chuju"!
Wiele mnie łączy z tymi głosami. Na przykład Kazek. Przede wszystkim Kazek. W zasadzie to chyba tylko Kazek. Nie jest to jednak mało. Z Kazkiem łączy mnie bardzo dużo.
Kazek jest jednym z najdonioślejszych i najbardziej ochrypłych głosów spod budki z piwem. Jest człowiekiem niewysokim o przenikliwym spojrzeniu. Nosi niebieski golfik i wytarte, obszerne dżinsy. Mówi, że pod tą budką zdarł sobie swój głos. Stoi pod budką najbardziej wytrwale.
Lubi wątpić. Czasami wątpi nawet w bezcelowość mojego stania. Mówię, że stoję po salsefię. W końcu przywiozą, nie takie rzeczy już przywozili - mówi. Kiedyś, mówi, pamiętam jak baby przywiozły tu na targ żywego prosiaka. Poprawiam się: po salsefię i po napar z berberysu i na wszelki wypadek przesuwam się jeszcze wyraźniej pod kiosk "Ruchu". W końcu przywiozą ten salceson, a do picia można wziąć coś innego na przykład: wino "Pokusa".
Ja stałem pod kwiaciarnią, a on parę metrów dalej, pod budką z piwem. Nie lubił mnie. Z początku. Patrzył się nieufnie, podejrzliwie. Z czasem przyzwyczailiśmy się do siebie i zżyliśmy się ze sobą. Rozmawialiśmy, dyskutowaliśmy. W zimne noce paliliśmy ognisko w koszu na śmieci. Podtrzymywaliśmy ogień dorzucając gałęzie z krzaków rosnących koło płotu. Miały małe czerwone owoce, które nazywaliśmy "koraliki" i które były bardzo niedobre. Ale i tak je jedliśmy.
Z Kazkiem dyskutuję głównie o możliwościach i prawdopodobieństwie. Może przywiozą. Może może. Chociaż mało prawdopodobne.
Czasami przenosimy naszą dyskusję na rzeczy bardziej doraźne, natychmiastowe. Pytam, czy może mi dać papierosa. Może może, a może nie może. Może czy nie może? To zależy czy ma. A ma? Mało prawdopodobne. A może jednak? Może. A jednak ma. Nieprawdopodobne!
Palimy na spółkę.


6. Spotkania

Przez placyk, na którym stoję czasami przechodzą znajomi. Czasami przystają na chwilę. Przez chwilę rozmawiamy. Potem idą dalej.

Czasami przechodzi Witold.

WITEK: Cześć!
JA: Cześć.
WITEK: Co słychać?
JA: Nic.
WITEK: Co porabiasz?
JA: Stoję.
WITEK: Aha.
JA: A co u ciebie?
WITEK: Nic specjalnego. Ożeniłem się, mam dwójkę dzieci.
JA: Aha.
WITEK: No to...
JA: No to cześć.
WITEK: Właśnie, muszę już lecieć. Obiecałem małemu, że kupię mu czekoladę. Na razie.
JA: Na razie.

Czasami Ala.

ALA: Cześć to ty?
JA: Cześć to ja.
ALA: Co za spotkanie! Jezu, jak się cieszę!
JA: Ja też.
ALA: Co za niespodzianka! Co ty tu w ogóle robisz?
JA: Stoję.
ALA: Ha, ha, ha. Strasznie się cieszę, że masz taki dobry humor. Wszyscy są ostatnio jacyś tacy przygnębieni.
JA: Ja też.
ALA: Strasznie fajnie się rozmawiało, ale niestety muszę już lecieć.
JA: No to...
ALA: Na razie. Trzymaj się. Cześć.
JA: Cześć.

Przebiega Karol.

KAROL: Cześć stary!
JA: Cześć.
KAROL: Kupę lat!
JA: No, dziewięć.
KAROL: Nic się nie zmieniłeś, nawet koszula ta sama.
JA: Faktycznie, ta sama. Tylko się trochę pobrudziła.
KAROL: Co teraz robisz?
JA: To samo. Stoję.
KAROL: Muszę pędzić na zebranie rady nadzorczej. Trzymaj się.
JA: Cześć.
KAROL: Cześć stary!

Agnieszki.

AGNIESZKI: Cześć.
JA: Cześć.
ONE: Co tutaj robisz?
JA: Stoję.
ONE: Długo?
JA: Dość długo.
ONE: Nie nudzisz się?
JA: Nudzę się.
ONE: Fajnie tu. Chociaż może trochę nudno.
JA: No. Dosyć.
ONE: No to cześć. Musimy już iść. Na pewno jeszcze się spotkamy.
JA: Cześć. Na pewno.

Wojtki, Piotrki, Moniki, Krzyśki, Anie. Miłosz. Czasami.
Czasami Nikt. Nudzę się.
Czasami Witek, Ala, przebiega Karol, Agnieszki. Witek: cześć. Ja: cześć. Ala: cześć. Ja: cześć. Karol: cześć. Ja: cześć. Witek, Ala, Karol, Agnieszki: co robisz? Ja: stoję.
Muszę już lecieć. Cześć, cześć. Słychać głosy spod budki z piwem.
Cześć, cześć. Co za niespodzianka, co ty tu w ogóle robisz?
Nudzę się.

Nudzę się. Co za niespodzianka.


7. Czołganie się czyli o względności odległości

Z tego wszystkiego zacząłem się czołgać. Z nudów. Zawsze to jakieś urozmaicenie. Czołgam się do budki telefonicznej i z powrotem. Budka telefoniczna znajduje się po przeciwległej stronie placyku, za wąską asfaltową alejką. Czołgam się najpierw do kwiaciarni, później wzdłuż kwiaciarni do budki z piwem, później wzdłuż budki z piwem do asfaltowej alejki, przeczołguję się przez asfaltową alejkę i jestem na miejscu. Droga powrotna jest o wiele trudniejsza. Około południa placyk ożywia się. Ludzie zaczynają kupować gazety, warzywa i kwiaty. Czasami nawet piwo. Na alejce pojawiają się pierwsi rowerzyści. Koło budki telefonicznej nagle robi się tłok. Każdy musi gdzieś pilnie zadzwonić. Ludzie przestępują niecierpliwie z nogi na nogę. Czołganie się w takich warunkach jest bardzo niebezpieczne i wymaga maksimum koncentracji.
Trzeba wyczekać na odpowiedni moment i szybko przeczołgać się pod właśnie uniesioną nogą. Za chwilę wahania, drobny błąd w kalkulacji płaci się bardzo boleśnie. Uniesiona noga opada i wrzyna się w jeszcze nie przeczołgany kawałek ciała. Jeśli jednak nie pozwoli się dać ogarnąć panice i zachowa się przytomność umysłu, o ułamek sekundy wcześniej można jeszcze wykonać unik. Trzeba się błyskawicznie skulić i przetoczyć odrobinę w bok. Manewr ten wymaga jednak niesamowitej precyzji. Zbyt dalekie przetoczenie się, lub przetoczenie się w nieodpowiednim kierunku grozi znalezieniem się pod innymi nogami, równie bezwzględnymi co poprzednie. A więc z deszczu pod rynnę.
Na szczęście z czasem opanowałem ten manewr do perfekcji . Tylko dzięki niemu, gdy wydawało się, że już dojdzie do zdecydowanego nadepnięcia mnie, jeśli nie rozdeptania, udawało mi się dosłownie w ostatniej chwili zażegnać grożące niebezpieczeństwo i wszystko kończyło się na niewielkim przydepnięciu.
Wszystko to jednak jest zaledwie przedsmakiem właściwego czołgania się, a wszystkie przydepnięcia czy też wręcz nadepnięcia muszą się wydać błahostką w porównaniu z najechaniem, najściem lub nabiegnięciem przez rowerzystów, obładowane siatkami baby i pędzących do biura otyłych urzędników, ściskających kurczowo w ręku swoje aktówki i stukających po twardym podłożu swoimi ostrymi obcasami. Prawdziwe czołganie zaczyna się dopiero po przebyciu asfaltowej alejki. Tu, z powrotem na placyku trzeba stawić czoła tym trzem najpoważniejszym zagrożeniom: urzędnikom, babom, rowerzystom. Błędem byłoby bowiem sądzić, że rowerzyści ograniczają się jedynie do jeżdżenia po alejce. Najczęściej alejka służy im po prostu do rozpędzenia się by mogli z jak największą prędkością wjechać na placyk i niby to przypadkiem zahaczyć czołgającą się osobę. Mówiąc rowerzyści mam na myśli nie tylko rowerzystów ale również deskorolkarzy, rolkarzy, motorowerzystów a nawet wózkarzy. Niewiele milsze jest bliskie spotkanie z urzędniczym ostrym butem a już najbardziej trzeba się strzec bab prących do przodu i tratujących wszystko co znajdzie się na ich drodze.
Poza tym na czołgającą się osobę czyha cała masa pomniejszych niebezpieczeństw. O przypadkowych przechodniach nie warto wspominać. Są jednak jeszcze przekupki, które koło południa rozkładają swoje kramy na środku placyku i kiedy zawadzi się o nie, choćby bardzo nieznacznie, doskakują błyskawicznie i odganiają kopniakami i uderzeniami kija. Są małe złośliwe pieski, które ujadając podążają twoim śladem, szarpią cię za nogawki od spodni i gryzą w łydki. Są wreszcie bardzo uciążliwe nierówności i przeszkody terenowe, najtrudniejszy odcinek znajduje się na wysokości budki z piwem. Najpierw trzeba zręcznie wyminąć wszystkie leżące ciała, a później umiejętnie zczołgać się w dół, prawie pod kątem prostym. Za budką z piwem teren gwałtownie opada by po chwili wznieść się w górę. Trzeba przeczołgać się przez tą niewielką kotlinkę, w której gromadzi się woda z opadów oraz nieczystości spływające z góry. Nie jest to ani łatwe ani przyjemne. Ręce i stopy ślizgają się i grzęzną w błotnistej śmierdzącej mazi. Do oczu cisną się łzy, a odrażający fetor zapiera dech.
Tak więc nic dziwnego, że choć od kiosku do budki telefonicznej jest raptem niespełna 20 metrów, to przeczołganie się tam i z powrotem nie rzadko zajmuje mi cały dzień. Nie rzadko zmierzch zaskakuje mnie już pod budką z piwem i dalszą drogę muszę pokonać po ciemku. Niby blisko a jednak daleko. Kamyki i drobny żwir kłują mnie w łokcie i kolana. Muszę bardzo uważać, żeby nie wczołgać się w kwiaciarnię.
Mimo wszystko czołganie się sprawia olbrzymią satysfakcję i jest doskonałym sposobem na zabicie czasu. Szczególnie teraz, kiedy nie ma już ani kwiaciarki, ani Kazka, i nawet zniknął gdzieś mały Julek z dziećmi, z którymi kiedyś bawiłem się w Indian. Nudzę się.
Czytaj
Tekst lubią:

 
Logowanie/Założenie konta | liczba komentarzy: 2 | Szukaj

Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować

Re: ŚWIADECTWO CZŁOWIEKA STOJĄCEGO /opowiadanie/ * *
przez Anonimus dnia 12-09-2008 o godz. 14:32:57
Tekst długi, o bezsensownym trwaniu, o ciekawych obserwacjach zachowań dzieci, o zerwaniu relacji z przyjaciółmi. Czołganie się w ekskrementach czemu służy? To wytrwałość, wierność swoim zasadom? Śmierdzenie jako odkupienie? Czego? Przeciętności? A może bunt? Jestem tym, co nigdy nie kupi salsefii?!




Re: ŚWIADECTWO CZŁOWIEKA STOJĄCEGO /opowiadanie/ * *
przez auganoff dnia 12-07-2009 o godz. 12:36:29
Świetny tekst. Literacko znakomity. Nie potrafię się do niczego przyczepić. I jest o czymś, pobudza do myślenia.




Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2011 poczta małpiatka portalliteracki.pl
Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione.


Reklama w Portalu Literackim