Nowe recenzje
· GRZECHY JOANNY, Marat Joanna, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła· ZŁOCISTA DOLINA, Walczak J. Iwona, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła· MASTERTON. OPOWIADANIA. TWARZĄ W TWARZ Z PISARZEM, Masterton Graham. Cichowlas Robert, Pocztarek Piotr, Albatros, recenzent: Lipski Bartosz· SATYNOWY MAGIK, Łysiak Waldemar, Wydawnictwo Nobilis, recenzent: Solecki Tadeusz· NIEUGIĘTY, Millar Sam, Wydawnictwo Replika, recenzent: Stolarz Iwona· APETYT NA JUTRO, Woźniak Agnieszka, Wydawnictwo Replika, recenzent: Błaszkowska Alina· EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA, Schmitt Éric-Emmanuel, Wydawnictwo Literackie, recenzent: Solecki Tadeusz[ RECENZJE ]
Online
Aktualnie jest 34 gość(ci) i 0 użytkownik(ów) online.
Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj
NA FORUM
 | CO Z RUBRYKĄ |
 | wszystko jest do zmiany |
 | FABRYKA-NASZE MIEJSCE W KOSMOSIE |
 | Funkcja redaktora - rezygnacja umorusańca |
 | Jerzy Reuter - Izobar nie żyje |
 | Zaproszenie na kwietniowy DACH |
 | O stronie na stronie. |
 | Fantazje Zielonogórskie 2012 - konkurs na opowiadanie |
 | Coś dla poetów i miłośników poezji |
 | Kwiecień plecień w netkulturze! |
 | Cytat z Forum |
 | Zbieramy teksty do nowego numeru Magazynu Cegła!!! |
 | Konkurs Poetycki „O Srebrne Pióro MDK” – VI edycja |
 | CHATA |
 | Dość codzienność! |
 | Zapraszamy na Świąteczny DACH |
 | Kto |
 | Ody odbite Karola Maliszewskiego |
 | Pierwsze zdanie! |
 | współpraca przy scenariuszu - za pieniądze |
 | Ankieta dotycząca czytelnictwa kryminałów |
 | Czarny Kot |
 | Rozwój osobisty medytacje terapeutyczne |
 | ID w Czasie Fantastyki |
 | Barwy, a tworzenie nastroju |
 | Nieznane teksty Tadeusza Konwickiego w |
 | Rozwój osobisty kluczem do sukcesu |
 | Co Na Scenie - Nowy Wymiar Teatru |
 | nieTUZINkowa 12-ka Netkultury |
 |
Liryka: WYBÓR WIERSZY / * *
Wysłano dnia 12-11-2001 o godz. 12:12:56
Autor: Rafal_Muszer

poranna rapsodia
Zimna kawa dodaje animuszu tam
gdzie zwykła herbata, a nawet mocna z cytryną
jest tylko profilaktycznym łataniem dziur.
Podczas śniadania łamiemy na smaczne
kawałeczki i częstujemy się porankiem,
najlepiej z dżemem, miodem i kozim mlekiem.
Rozbieramy lepką poczwarkę snu i
bierzemy prysznic z kosów rozwieszonych
pod parapetami sąsiedniego lasu.
Nakładamy świeże od słońca koszulki
i robimy okłady z młodych kwiatów. Tak rozradowani udajemy się następnie
do zatłoczonego podmiejskiego autobusu,
a on już rozwozi nas do miejsc, w których
więdną wszystkie dziecięce krajobrazy.

To, że...
To, że ten pan przy tablicy nie gryzie,
wcale nie jest takie pewne jak to,
że pies sąsiada, który wyglądał jak kot,
zagryzł kota, którego zawsze traktowałem jak psa.
Jeżeli więc sytuacja, o której sądzimy, że się nie wydarzy,
rzeczywiście nie miała dotąd miejsca,
wcale nie oznacza, że nie zdarzy się nigdy.
A jeżeli sytuacja wydawałoby się pewna, nie następuje,
prawdopodobnie pomyliliśmy godzinę korepetycji.

wiersz z podróży
dla Maćka Meleckiego
Światło rozciągnięte na językach cienia,
powoli przechodzi z rąk do rąk,
z ust do ust, wycieraczki wspomnień
zostawiają niezmywalne ślady.
Ułożeni w hibernetycznej pozycji,
zmieniamy przystanki jak rękawiczki,
wybierając pomiędzy obiecującą okolicą,
a kosztami pobytu w miejscowej kawiarni.
Raz na jakiś czas ustępujemy też miejsca
innym, choć sami ledwo spróbowaliśmy
tego wina. Niezrażeni,
lub jak kto woli podbudowani tym faktem,
próbujemy następnego, dopóki nie
trafimy na doskonałe.

zaćmienie
Nagle ustało tykanie porcelanowego
zegara na ścianie.
To był sygnał dla innych,
lodówka wstrzymała oddech,
radio zamilkło wystraszone
Nawet mały bojlerek brzęczący
cicho nad zlewozmywakiem zapadł
w głuchą ciszę.
Czas nie wytrzymał próby
oderwania się od rzeczywistości
gdy ktoś tam wkręcił byle jaką żarówkę.
Jedyna nadzieja w zegarku na baterie,
myślę sobie, ale póki co
wiatr trzaskając oknem
odmierza klatki STOP
a my nie musimy się już spieszyć,
można za to do woli
oglądać telewizję
i czytać ponadczasowe
wiersze.

ostatnie podejście
Każdego dnia sączymy się w korku ulicznym
jak sok z żywych śliwek, który babka
sporządza z takim namaszczeniem.
Każdego dnia wspinamy się pod górę
podchodząc pokornie i w bólu jak wierni
na kolanach do świętego obrazu.
Gorący oddech wdzierający się przez małą
szczelinę okna przyciska wysuszone organizmy
do ścian fotela. Przerdzewiała karoseria autobusu
bardzo źle konserwuje surowe mięso, które
systematycznie psuje się.
Nafaszerowane smoki żujące czarną gumę
malują szyby gorzką śliną. Spływający
wzdłuż czoła i bioder pot chłodzi rozgrzane ciało
przynosząc nieprzyjemną w dotyku ulgę.
Jeżeli nikt nie otworzy okna po przyjeździe
zmumifikowaną masę sześćdziesięciu pasażerów
trudno będzie rozdzielić na elementy pierwsze.
Ten ledwo widoczny wierzchołek, który nie potrafi
zdecydować się po której stronie horyzontu jest jego
miejsce coraz wyraźniej zamiast zbliżać, oddala się
bezlitośnie, jak spocony poeta, który w empikach
nie może odnaleźć swojej książki.

napisałem nowy wiersz
napisałem nowy wiersz
pierwszy z tych, które mogły powstać
i nic
siedzę oparty o metaforyczną poręcz
mojego na pozór krzesła
na razie dumny z prostych kresek, dobrze
wyprofilowanych zakrętów
niepewnych podpowiedzi
ostry epitet który za żadne skarby
nie pasował do całości i teraz
uwiera mnie w tyłek
lub jak komu przyjemniej, w dupę,
wchodzi za głęboko
niestety
tylko powiedz czy nadal
papieros to tylko papieros ?
czy zupa jest zawsze pomidorowa ?
a może zupełnie nie o to
w tym wszystkim chodziło ?
powiedz, bo u mnie
jak na złość.

erotyk
"linux jest lepszy niż seks"- usłyszane w ubikacji
dla andrzeja
dobrze mi w tym towarzystwie
nagich grzbietów piętrzących
się po obu stronach stołu
sprowadzonych tu potajemnie
w kieszeni poszarpanych spodni
w płaszczu bez jednego guzika
ukryte pomiędzy brudnymi
gazetami z tanią reklamą
w ciemnym pokoju przy malutkiej
zaledwie nocnej lampce
przy pustej popielniczce
po naprężonej skórze kartki palce
przechodzą rozbierając
najmniejszy nawet szczegół
patrząc na ten niewinny akt, myślę
sobie, że niewiele jest drobiazgów
które prowokują takie skojarzenia
jak nieprzyzwoicie rzucona na tapczan
książka.

* * *
wystarczy mały podmuch wiatru aby unieść
ziarno pyłu, albo spalić dwa miliony hektarów
stoję pod drzewem, które widuję z okna
i wmawiam mu, że ma cholerne szczęście,
że nie rośnie w lesie, bo tam jeden za wszystkich
a wszyscy za jednego
idąc w pośpiechu nastąpiłem na mrówkę
nie liczę, ale od rynku przeszedłem już sporo
i sporo też zrobiłem takich kroków
których nie można cofnąć
co ma się spalić i tak spłonie
bez względu na to jakbyśmy nie byli szlachetni
po nas przyjdą następni
ludzie-mrówki

Nie pisać i być
jeden wiersz miesięcznie
to za mało aby być
poetą ?
dwa miesięcznie
to za dużo aby być
poetą ?
A trzy na miesiąc ? -
jeden można wyrzucić
drugi wydrukować, a do trzeciego
pomodlić się i schować
na gorsze dni

naturą ideału jest wyznaczanie skrajności
Jeżeli nie można napisać wiesza który przeczytają
wszyscy ludzie na świecie, jedynym wyjściem pozostaje
napisać wiersz którego nikt nie przeczyta.

rondo
wychylony przez krawędź okna miejskiej aglomeracji
zahipnotyzowany toczonymi po rondzie kołami
zbity z tropu, na moment uśpiony tym
precyzyjnie określonym ruchem
matematycznie opisanym harmonogramem
nie bardzo ufam w celowość krążenia
wokół jednego punktu, który na dobrą sprawę
nie oferuje żadnego rozwiązania
a jedynie trzy równorzędne możliwości
i chociaż naturę mam łagodną czekam
aż któryś wjedzie za szybko, przetoczy się
przez trawnik i uderzy w stojącą tam
wielką jak San Francisko Kupę

* * *
Mikołów o szóstej spowity mgłą wygląda jak
spontaniczna pocztówka z Londynu.
Nie muszę wyjeżdżać poza rodzinne miasto
aby poczuć zapach Tamizy autobusów
sunących pod oknami i usłyszeć Big-Ben
skurczonego żołądka.

pierwszy wiersz
pierwszy wiersz niewyraźnie
rysuje się na obrzeżach parku
na ławce
szturcha mnie zawadiacko
nieśmiało
domaga się
na początku delikatny w dotyku
z ojca poety, z matki
nie jednej
wylęga się bez skorupki
rozgląda ciekawie wokół
niepewny
czy dobrze trafił

na końcu, pomiędzy
mroźne tchnienie poranka, surowy krajobraz
unoszony na mglistej kołderce o piątej
rano na małej stacji, gdzieś
gdzie rozpierzchnięte zarysy pociągów widmo
przykuwają uwagę swoją pustką.
peron to kilka prowizorycznych prętów
zespawanych przypadkowo
czarne kruki świecą zamiast latarni
i nigdy nie dochodzi piąta piętnaście.
wrażenie podpowiada, że to ostatnia stacja
wrota Hadesu
końcowa przesiadka przed krainą dusz.
Chociaż może jednak stacja to pierwsza?
przecież twórcze spojrzenie łatwo zmontuje
nowe życie z tych poszarpanych kształtów,
ujmie swoimi dłońmi i pomoże wydostać się z półmroku
człowiekowi śpiącemu na ławce, albo psu
szukającemu wśród petów resztek hamburgerów
świat zanurza się we mgle i odchodzi?
czy może odwrotnie, wygrzebuje się z niej aby żyć?
początek jest łudząco podobny do końca
ta dziwna forma przejściowa utrwalona na zawsze
a wyrażona w bezpiecznym półśnie
tak naprawdę nie przynależy do żadnej ze stron
pachnąca nocą i smakująca dniem,
trwa pośrodku, w celowej rozterce.

ludzie z lotu
są dalecy, niedotykalni
o sekundę zaledwie lotu
wypalonej zapałki
ich ostrokątne twarze wyrażają
strach, niepewność dopóki nie
zorientują się że ktoś ich obserwuje
ściskają wówczas mięśnie na policzkach
udając betonową fontannę
biegnąc na autobus są tylko punktami,
wyschniętymi liśćmi
spychanymi przez wiatr
ludzie z lotu ptaka
z drugiego piętra kamienicy
o piątej zero pięć

co pamiętam
niewiele, poza kilkoma adresami i tym
co na pozór nieistotne,
jak kolor oczu w lustrze nad wanną.
wiem, gdzie jest kościół, sklep nocny,
dwa bary, jeden śmietnik,
wiem jak zawiązać sznurowadła,
sądzę, że wiem, co jest ważne
nie pamiętam jednak dokąd idę, dlaczego
i czy to miało jakiś sens
gdy opuszczałem kamienicę
kawałek kosmosu przedarł się do atmosfery,
a ja znów zapomniałem pomyśleć życzenie
- może to i dobrze?
nie będzie żal jak się spełni

trup
leżę na mniej przegnitym boku
mojego ciała
w nie zmienianych od tygodnia skarpetkach
pojawiły się różne związki
leżę sztywno
ułożony
w ciasnej trumnie
goście jedzą, rozmawiają,
a ja śmierdzę
coraz intensywniej
napiłbym się kawy,
ale nie mogę się poruszyć
gwoźdź do wieka
niestarannie przybity
uwiera w nogę
zakopali mnie
obok tego starego drzewa
w ogrodzie
z pięknymi
czerwono-żółtymi
kwiatami

* * *
sPotykamy się na ulicy
w barach
przed sklepami
nie dostrzegamy siebie na ulicy
w barach
przed sklepami
umieramy na ulicy
przed sklepami
w barach

* * *
przyszedłem wcześniej
i spóźniłem się na miejsce
z którego odszedłem

przed burzą
zdesperowane i dzikie róże próbują wyrwać się z ziemi
kołysząc coraz mocniej na boki
mały pies ukryty pomiędzy nogami
ławki sika ze strachu
nie rozumie jeszcze
że nic mu nie grozi
jest psem

* * *
prawe oko mam plus półtora
za to na lewe widzę wyraźnie.
używam ich na zmianę w zależności
od zapatrywania
na świat

* * *
czynności są niemiłosiernie rozpoznawalne
siadamy, siedzimy, siądziemy, siadaliśmy
próbuję uciec poza zdradliwe ramy słów
ukryć się pomiędzy zdaniami,
pierwszym a drugim śniadaniem
przemknąć niezauważonym przez park
jutro wyjdę z całym
impetem i premedytacją
nowego wyrazu

brama
jeden rzut okiem i zaraz znika
jakaś ławka jakiś śmieć
pół samochodu
fragment życia pomiędzy
czerwonymi wodospadami ścian,
oknami do samego nieba,
i stadem gołębi na parapecie.
W rogu opuszczony trzepak
żałośnie czekający na cud

ławka
wymyśliłem sobie "moją" ławkę
taki kaprys. pod baldachimem
zielonych rozstrzępionych dłoni
w parku, żebym było gdzieś wrócić
gdy z domu wyrzucą
gdy okradną
nie trzeba giąć w palcach
gorzkiego tytoniu
wystarczy usiąść
na dobrze pomalowanym końcu
w cieniu przez chwilę,
odetchnąć

dla Rafałów
W Mikołowie jest teraz wiosna
na chodniku kwitną ludzie
z okna domu, na pierwszego Maja,
dobiega śmiech
dobrze odmalowane kamienice
czyste klatki schodowe
uczęszczamy do siebie bez przeszkód
zdajemy się być
szczęśliwi?

preludium moll (for Ola Sobolik)
odłożyłem ostatnią już książkę
na półkę pomiędzy inne
przedostatnie woluminy
pod niebem stygnie dym papierosa
gromadząc się leniwie we wszystkich
sześciu rogach i za kanapą
gdzie zepsuty nocny oddech zmieszany
z kurzem zbija się w kłęby
rzeczywistość blednie w cieniu świecy
i tonie niczym okręt z pijanym kapitanem
w pękniętym kubku kawy
metafizyka całej sytuacji
nabiera pewności
i wypełnia niezamieszkałą
przestrzeń mojego
pokoju

* * *
za oknem, roztrzęsioną firanką i praniem
rozwieszone pod dachami słońce
odprowadzam je wzrokiem
za dworzec kolejowy
tam wsiądzie do pociągu
kolejnej chybionej relacji
kolejny raz bezskutecznie obiegnie
świat w poszukiwaniu ciemności
jutro pokaże nam się
z zupełnie innej strony

dzień po końcu świata
przegapiłem koniec świata
jedząc śniadanie nierozważnie
nie zauważyłem apokalipsy
choć skończyła się herbata
nazajutrz po końcu świata
bolały mnie uda
bo zanim się skończył
pół miasta przeszedłem
w poszukiwaniu ostatniej
koperty
po końcu świata
jestem starszy
o jeden dzień

przestajemy liczyć swoje lata
W pewnej chwili przestajemy liczyć swoje lata
bardziej interesują nas wieczorne chłody
ludzie z piwnic i biało czarne koty.
Ostrożniej stawiamy kroki
nie spotykamy tych samych
ludzi, chociaż wiemy że są
coraz bardziej zmęczeni.
nie liczymy już lat od
dwudziestego drugiego roku
liczymy lata innym.

erotyk 14.21
dom pusty
w domu cztery
dłonie, cztery nogi
chodzą, dotykają
szeleszczą cicho
żeby nie zbudzić
kota

dla Rafałów niekoniecznie Wojaczków II
i na wszelki wypadek
W Mikołowie jest już zima
na chodniku marznie śnieg
błyszczące tornistry
oświetlają brakujące latarnie
rudy kot przebiega mi przez drogę
za nim pies z kapeluszem w pysku
za psem pan bez kapelusza
za każdym rogiem czai się poeta
na niebezpieczeństwo nie ma już miejsca
przyjechali wszyscy
poeci z Petersburga
jutro ja wyjeżdżam
do Petersburga albo
zacznę czytać pod mostem
wiersze z playbacku
na zaparowanej szybie
przy pierwszego Maja,
ktoś napisał zdanie
"wygrałem - jadę na Hawaje"

o braku klasy
klasa VIc bez wiedzy
opuściła teren szkoły
i udała się na piwo
oraz papierosy

pytanie do Dr inż. Skowronka
Panie Doktorze
jaki wzór ma
Bóg
?

* * *
każdy chce mieszkać gdzie indziej,
ale tam już nie ma miejsca.

niechętnie czytamy uznanych poetów
a co będzie jak nam się nie spodoba?
autor ma najlepsze lata za sobą?
nie znamy się na poezji?

kwestia formy
pomyłką jest przekonanie,
że kolejki zostały ukrócone przez ustrój
to ekspedientki przywdziały szare garnitury,
a kiełbasa wydawana jest
w bankomatach

ciepło zimno
W czasie upalnego lata marzymy o śniegu i świętach, ale już
W styczniu gdy marzniemy na przystanku tęsknimy za otwartymi na oścież oknami.
Gdy wokół jest dużo ludzi pragniemy samotności,
Gdy jesteśmy sami rozpaczliwie szukamy rozmowy.
Gdy wpadamy w biedę łakniemy pieniędzy,
Ale uważamy, że każdy bogaty człowiek ma nieczyste sumienie.
W dzień chce nam się spać,
W nocy oglądamy telewizję.
W domu marzymy o zwycięskich bitwach, a chwilę później
W ciemnym zaułku myślimy o kawałku świecy.
W piekle będzie nam za ciepło,
A w niebie za jasno.

o fraszkach
znajomy z wadą wymowy słusznie zauważył,
że flaszki się skończyły.

"GDYBYM WIEDZIAŁ TO CO WIEM" - Kazik
może zdążyłbym na autobus
a wczoraj nie wyszedłbym na dwór
bez odrobiny parasola
może wybrałbym te właściwe
liczby, kanały, bursztyny, słowa
półprodukty, gesty, telefony
może gdybym obejrzał się w porę ?
w odpowiednim momencie zobaczył
swoje odbicie w filiżance kapuczino,
mógłbym podać jej na tacy jakieś wyjaśnienie losu
który mimo wielu prób nadal jest niejasny
Całe szczęście, że nie wiem !
czego się dowiem. Jak dla mnie
wystarczy, iż mam pewność, że umrę
choć nigdy nie przypuszczałem,
że się urodzę.

książka
gdy przyjaciel poprosił mnie o jakąś ciekawą książkę
podałem mu z półki niewielką czarną starannie oprawioną
- musi być niezła, zachęciłem
skoro Miejska Biblioteka
tak się o nią upomina

poeta z zasadami
pali tylko z filtrem,
a zwłaszcza klubowe

ciepło, nieznośni - laboratorium
włosy odrastają szybciej
od południowej strony głowy
więc staram się o tym nie myśleć
zwykły dzień kiedy strzelimy sobie palcami
jest dłuższy od typowego czwartku
ukrytego w rogu prześwietlonego
pokoju na końcu korytarza.
drażniące charczenie kosiarki sprawia,
że głód staje się bardziej oczywisty.
Minuty tiptopami błądzą w kółko
nie mogąc wyrwać się z tej obłędnej
pętli gorącego popołudnia.
krzyż okna rozciągnięty na ścianie
skłania się powoli do wyjścia
wskazując koniec męki zegarek
nie pozostawia jednak złudzeń.
|
|
|
|
Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować |
|
Re: WYBÓR WIERSZY / * * przez krytyk_literacki_AW dnia 07-05-2009 o godz. 23:09:59 | | Czytałem to 10 razy i w koncu wyszło mi że kot psa a pieskotai obaj pogryźli profesora a potem zapomnieli.... To takie misz-masz dla intelektualisty, czyli dla ellyt. Ja ciągle czekam aż wreszcie jakiś pisarz mnie zaskoczy i wyjdą mi oczy z orbity a dzieci powiedzą że wiedzą o co w tym wierszu chodziło autorowi... |
Re: WYBÓR WIERSZY / * * przez Anonimus dnia 10-05-2009 o godz. 00:39:41 | | uważaj żeby cię jakiś nie zaskoczył, gdzieś w ciemnym zaułku - wtedy i oczy z orbit i nie tylko ;) |
|
|
| |
Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2011 poczta małpiatka portalliteracki.pl Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione. |
Reklama w Portalu Literackim
|
|