Nowe recenzje
· GRZECHY JOANNY, Marat Joanna, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła· ZŁOCISTA DOLINA, Walczak J. Iwona, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła· MASTERTON. OPOWIADANIA. TWARZĄ W TWARZ Z PISARZEM, Masterton Graham. Cichowlas Robert, Pocztarek Piotr, Albatros, recenzent: Lipski Bartosz· SATYNOWY MAGIK, Łysiak Waldemar, Wydawnictwo Nobilis, recenzent: Solecki Tadeusz· NIEUGIĘTY, Millar Sam, Wydawnictwo Replika, recenzent: Stolarz Iwona· APETYT NA JUTRO, Woźniak Agnieszka, Wydawnictwo Replika, recenzent: Błaszkowska Alina· EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA, Schmitt Éric-Emmanuel, Wydawnictwo Literackie, recenzent: Solecki Tadeusz[ RECENZJE ]
Online
Aktualnie jest 30 gość(ci) i 3 użytkownik(ów) online.
Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj
NA FORUM
 | CO Z RUBRYKĄ |
 | wszystko jest do zmiany |
 | FABRYKA-NASZE MIEJSCE W KOSMOSIE |
 | Funkcja redaktora - rezygnacja umorusańca |
 | Jerzy Reuter - Izobar nie żyje |
 | Zaproszenie na kwietniowy DACH |
 | O stronie na stronie. |
 | Fantazje Zielonogórskie 2012 - konkurs na opowiadanie |
 | Coś dla poetów i miłośników poezji |
 | Kwiecień plecień w netkulturze! |
 | Cytat z Forum |
 | Zbieramy teksty do nowego numeru Magazynu Cegła!!! |
 | Konkurs Poetycki „O Srebrne Pióro MDK” – VI edycja |
 | CHATA |
 | Dość codzienność! |
 | Zapraszamy na Świąteczny DACH |
 | Kto |
 | Ody odbite Karola Maliszewskiego |
 | Pierwsze zdanie! |
 | współpraca przy scenariuszu - za pieniądze |
 | Ankieta dotycząca czytelnictwa kryminałów |
 | Czarny Kot |
 | Rozwój osobisty medytacje terapeutyczne |
 | ID w Czasie Fantastyki |
 | Barwy, a tworzenie nastroju |
 | Nieznane teksty Tadeusza Konwickiego w |
 | Rozwój osobisty kluczem do sukcesu |
 | Co Na Scenie - Nowy Wymiar Teatru |
 | nieTUZINkowa 12-ka Netkultury |
 |
Epika: CO JEST /opowiadanie/ *
Wysłano dnia 13-02-2003 o godz. 18:23:52
Autor: tyler
- Co jest?! – warknął bramkarz.
Michał spojrzał na niego ni to ze strachem, ni ze złością. Mimochodem, jakby nie dosłyszał.
- No co jest, kurwa?! Głuchy?! Wypierdalaj, ale już!
- Może grzeczniej, co? – odpowiedział łagodnie i z udawaną dezaprobatą odwrócił wzrok
- Ci przypierdolę, to będziesz miał grzeczniej! „No tak, klasyka – pomyślał Michał – dlaczego wszelkiej maści bramkarze
i ochroniarze zawsze przypieprzają się właśnie do mnie?”. A zaczęło się
od jakiejś głupawej zaczepki ze strony panienki przy barze, jednej z
tych, którym wydaje się, że literalnie wszyscy faceci w całej knajpie
na nie lecą i wprost nie mogą oderwać oczu od ich obnażonych niemal po
samo krocze ud, a którą Michał zbył bardziej żartobliwie, niż
wulgarnie, w każdym bądź razie na pewno bez żadnych niecenzuralnych
inwektyw. Kto mógł wiedzieć, że to dziewczyna bramkarza i że jest taka
obrażalska? Nie trudno było się Michałowi domyślić, że znalazł się w
sytuacji, w której argument siły waży zdecydowanie więcej od siły
argumentu i że to on jest w tej konfrontacji na pozycji z góry
przegranej, ale jakieś pobudzone alkoholem poczucie dumy nie pozwoliło
mu tak po prostu wstać i wyjść. Są chwile w życiu mężczyzny, gdy budzi
się w nim jakiś atawistyczny zew kamikadze i każe brać się za bary ze
sprawą beznadziejną. Niestety, ma to miejsce na ogół w stanie silnego
upojenia; czy to miłosnym szałem, czy patriotycznym zapałem,
najczęściej po prostu alkoholem. Michał zmrużył oczy, zlustrował
najbliższego ze stojących obok jego stolika trzech bramkarzy,
uśmiechnął się szeroko i spokojnie, bez złości, ale za to z nutką
ironii, powiedział.:
- I tak nie chce mi się siedzieć w tej waszej spelunie, dupy tu macie ciulowe, ale...poproś jednak nieco grzeczniej, chłopcze.
Bramkarz wyłapał tę nutkę ironii.
- Ja cię, kurwa, poproszę, cwaniaczku – odpowiedział i usiłował
poderwać Michała od stolika za ramię. Jednak, czy to dlatego, że
bramkarz źle chwycił, czy może Michał zdążył zrobić jakiś unik, uchwyt
zakleszczył się jedynie na materiale koszuli w miejscu ramienia.
Szarpnięcie bramkarza, zamiast podnieść Michała z krzesła, skończyło
się pęknięciem szwu rękawa i utratą jednego guzika.
Michał wstał sam. Powoli. Stanął twarzą w twarz z bramkarzem i wciąż
tym samym spokojnym, ciepłym, choć wyraźnie zdradzającym spożycie
alkoholu tonem powiedział:
- Masz pojęcie, ćwoku, że to moja ulubiona koszula?
I zanim bramkarz zdążył wysilić się na ripostę lub jakikolwiek
rękoczyn, Michał chwycił obydwie poły jego koszuli tuż pod
kołnierzykiem i jednym, mocnym szarpnięciem pozbawił ją wszystkich
guzików od góry do dołu. Nawet nie zdążył dobrze pomyśleć o tym, co
zrobił, gdy miał już wykręcone obydwie ręce i zaliczone dwa mocne
uderzenia w nerki.
- Skurwiel jebany, wszystkie guziki mi opierdolił! – oburzał się
poszkodowany wykidajło, rozpaczliwie obmacując ubytki swojej odzieży.
Dwaj pozostali nie dawali Michałowi szans poruszenia się - Doigrałeś
się, skurwysynu pierdolony!
Złe języki ludzkie powiadają, że jak policja jest potrzebna, to
godzinami jej nie ma. To pomówienia – policyjna Nysa zjawiła się pod
pubem w niespełna 10 minut od zawiadomienia. Michał stał przy furtce
płotu okalającego ogródek lokalu, a wraz z nim dwaj bramkarze wciąż
trzymający go za wykręcone ręce oraz bramkarz trzeci, w koszuli bez
guzików.
- No cześć Kafar, co u ciebie? Co się stało? – zapytał sympatycznie
młody, barczysty aspirant z glacą ściętą niemal na zero, gdy witał się
właśnie z tym trzecim.
- Siema Kali, patrz co mi skurwysyn jebany zrobił – pożalił się Kafar
wskazując rozczapierzonymi dłońmi na powiewające luźno poły swojej
koszuli.
Posterunkowy Kali zbliżył się do Michała, przez chwilę patrzył mu z
bliska w twarz, a potem zaśmiał się i zwrócił znów do Kafara.
- Kafar, z takim chujkiem nie dałeś sobie rady?
- Kali, to jest, kurwa, praca, a nie podwórko, jakby to kurwa było
prywatnie, to byś go przyjechał zeskrobać z chodnika, a nie zabrać. Ale
wiesz, tutaj, do chuja, nie mogę...
- No dobra, to dawajcie palanta do suki.
Gdy byli już przy Nysce, z szoferki wysiadł drugi policjant. Niski, krępy, po czterdziestce.
- No i co jest? – zapytał wesoło młodszego kolegi.
- Gość burdę urządził, chciał pobić ochroniarza, do żłobka go trzeba odwieźć. – odpowiedział posterunkowy zwany Kalim.
- No to zaproś pana do środka.
- Może najpierw wysłuchaliby panowie mojej wersji, co? – Michał odezwał
się po raz pierwszy od momentu interwencji organów ścigania. Mimo, że
wcale nie stawiał oporu, dwaj bramkarze dopiero teraz zwolnili mu
wykręcone przez ostatni kwadrans ręce.
- Na komendzie się będziesz tłumaczył – oznajmił Kali i silnym
pchnięciem skierował Michała w stronę otwartych, tylnych drzwi
policyjnej Nysy.
***
- No co jest? – irytował się policjant o pseudonimie Kali.
Zdenerwował go fakt, że Michał zatrzymał się przed wejściem i przez
chwilę czytał z zaciekawieniem szyld Izby Wytrzeźwień oraz tabliczkę z
adresem – „ul. Kawia 9”. Starszemu koledze również nie spodobała się ta
zwłoka, więc obydwaj szarpnęli energicznie z miejsca i wprowadzili
Michała do środka.
Za kontuarem „recepcji” – nie wiadomo, czy recepcja to fachowa nazwa
tego miejsca, ale tak ją sobie w myślach nazwał Michał – siedziało
trzech mężczyzn. Dwóch osiłków oraz jeden na-oko-inteliktualista. Na
oko, bo po pierwsze zdecydowanie nie był osiłkiem., a po drugie,
zamiast gapić się na Michała zblazowanym wzrokiem, jak dwaj pozostali,
grzebał w jakichś papierach.
- Dobry wieczór panom – Michał przywitał się grzecznie.
„Intelektualista” się uśmiechnął, ale osiłkowie poczuli się
najwyraźniej zmieszani takim wersalem i ponieważ nie bardzo wiedzieli,
jak na to zareagować, skwitowali powitanie jedynie znaczącym
zmarszczeniem brwi.
Imię, nazwisko, imiona rodziców, data urodzenia, miejsce zamieszkania,
zawód. Dokumentów brak. Spisano i opieczętowano. Mane, tekel, fares.
- Proszę dmuchnąć w alkomat.
Przez cały czas Michał zachowywał się spokojnie i kulturalnie, nie
szczędząc słów „proszę” i „dziękuję”, gdy tylko tok konwersacji
pozwalał na ich wtrącenie z jakim takim sensem.
- Panowie, gość ma na liczniku złoty siedemdziesiąt pięć, jak na jego
wiek i gabaryty to pewnie spokojnie jeszcze zrobiłby jaskółkę – szepnął
„intelektualista” policjantom na stronie – Zachowuje się grzecznie,
sprawia dobre wrażenie...ja wiem, czy jest go sens zostawiać? Może do
domu odwieźć, albo wypuścić po prostu? Spisany jest, nie?
- To pozory – wyjaśnił tonem belfra starszy stróż prawa – nie wie pan,
że najgroźniejsi bandyci to właśnie tacy, którzy sprawiają wrażenie
kulturalnych i grzecznych?
- Właśnie – młodszy poparł wywód kolegi – Ten gnojek zwyzywał
dziewczynę w pubie, wszczął awanturę i pobił pracownika ochrony. Trzeba
go zatrzymać. Niech się gówniarz nauczy.
„Intelektualista” postanowił nie dyskutować z decyzją władzy, choć
wzruszeniem ramion i kiwaniem głową zaakcentował swój brak aprobaty.
Machnięciem ręki wydał znak swoim pomagierom, by czynili swoją
powinność i tylko z braku naczynia z wodą w pobliżu nie obmył rąk w
symbolicznym geście. Osiłkowie kazali się Michałowi rozebrać do slipek
i spakowali jego rzeczy do brudnego, ukurzonego wora. Akcja ta
skończyłaby się bez niemiłych incydentów, gdyby Michał nie wpadł na
pomysł przemycenia do celi w slipkach papierosów i zapalniczki. Jeden z
osiłków zauważył próbę szmuglu, wykręcił Michałowi rękę, odebrał
przemytnicze łupy i przez to wszystko również i ten etap swojej
niezaplanowanej podróży, drogę do celi, podobnie jak drogę z pubu do
policyjnej Nysy i z Nysy na „recepcję” Izby Wytrzeźwień, przebył
wleczony przez osoby trzecie.
Cela była pusta. Wąska na dwa metry, długa na jakieś cztery, może pięć.
W czterech jej kątach znajdowały się prycze, na każdej materac obity
brązowym, mocno sfatygowanym skajem, a na każdym materacu - dwa
prześcieradła. Drzwi były grube, obite pomalowaną na zielono blachą,
bez klamki, ale za z „judaszem” umiejscowionym w lejkowatym
zagłębieniu. Na przeciwległej do drzwi ścianie znajdowało się
centralnie usytuowane, niewielkie okno, podobnie jak drzwi zabite
zielonkawą blachą, ale perforowaną.
Michał wybrał sobie legowisko po prawej stronie przy oknie. Zasnął niespodziewanie szybko i spokojnie.
***
- No co jest? – zapytał lekarz, który lekkimi szturchańcami obudził
Michała o wpół do siódmej rano. Za nim stał duży, tłusty sanitariusz o
prostej, jasnej jak len grzywce. Nie był to żaden z osiłków
zapamiętanych poprzedniego wieczora, więc widocznie pracowała już
kolejna zmiana.
Michał wyrwany tak nagle z objęć przepitego Morfeusza patrzył na świat
wzrokiem tępym i zaskoczonym, chwilę zajęło mu przypomnienie sobie,
gdzie jest i skąd się tu wziął.
- Wszystko w porządku? Dobrze się czujemy? – pytał lekarz niecierpliwie.
- Tak, tak...chyba tak – Michał odpowiadał półprzytomnie, wciąż balansował na granicy snu i jawy.
Poszli. A potem już tylko: skrzypienie metalowych drzwi, chrzęst rygla,
zgrzyt zawiasów. „O Boże, nie daj mi zwariować” – pomyślał Michał*.
Uniósł ociężałą głowę i teraz dopiero zauważył, że nie jest w celi sam.
Na pryczy znajdującej się u jego stóp leżał jakiś facet. Leżał i nie
ruszał się, ale oczy, ciekawostka, miał otwarte. Michał uniósł się
jeszcze wyżej i wsparł na łokciach, żeby lepiej przyjrzeć się
sąsiadowi. Był to człowiek na oko około czterdziestki, mający na twarzy
wypisaną skłonność do alkoholu i brak skłonności do głębszych
refleksji. Początkowo Michał trochę się przestraszył. Jego współlokator
wyglądał na człowieka obytego z takimi miejscami, jak izby wytrzeźwień,
areszty i więzienia, a tyle się słyszy o najrozmaitszych perwersyjnych
figlach i psotach płatanych nowicjuszom w penitencjarnych przybytkach
przez takich starych wyjadaczy. Szybko się jednak uspokoił; w końcu –
pomyślał – to tylko zwykła wytrzeźwiałka, a nie żaden kryminał,
przecież za godzinę, góra dwie stąd wyjdzie. Przez perforowaną blachę w
oknie wpadały do celi promienie światła i rzucały cętkowany deseń na
ścianę celi. A w tych ostrych,. świetlnych smugach na całej ich drodze
od okna do ściany tańczyły i wirowały pyłki kurzu. Świeżość poranka.
Michał stanął na pryczy, oparł się dłońmi o krawędź otworu okiennego i
przez jedną z dziur w blasze wyjrzał na zewnątrz. Za oknem, jakieś 50,
najwyżej 100 metrów od okna, przebiegały tory kolejowe. Stał na nich
towarowy skład. Ludzi nie było w ogóle, ćwierkały jakieś ptaszki,.
przez otwory w blasze pachniało wiosną. Widok ten przykuł uwagę Michała
co najmniej na pięć minut. „Ciekawe, co stanie się wcześniej, ja stąd
wyjdę, czy odjedzie stąd ten skład?” – zupełnie niespodziewanie
pojawiła się u Michała taka myśl. A chciał wyjść jak najprędzej, bo
zaczął mu dokuczać głód nikotynowy. Jaka szkoda, że nie udało się
przemycić papierosów. I myśląc o wyjściu ubzdurał sobie, że zapewne
wyjdzie dopiero wtedy, gdy odjedzie ten pociąg zza okna. Nie wiedzieć
czemu, ale nabrał co do tego nieuzasadnionej, irracjonalnej pewności,
jakby doświadczył jakiejś profetycznej wizji.
- O której cię posadzili? – zapytał chropowatym tenorem współlokator, nie zmieniając ani o cal pozycji swojego ciała.
- Nie pamiętam, pewnie gdzieś koło północy – odpowiedział Michał.
- A mnie, kurwa, o trzeciej rano. I to sam się w chuja zrobiłem...
- Jak to - sam?
- Popliśmy ze szwagrem, jebany kutas, odjebało mu jak zwykle po bełcie,
taki już jest. Pierdolnie mózgojeba i małpiego rozumu, leszcz jebany,
dostaje. Ale tym razem pomyślałem sobie, nie ma chuja, do kurwy nędzy,
niech go mendy zgarniają, nie będę się ze skurwysynem szarpał. Poszłem
na komendę i mówię: szwagier zalał ryja i szopki mi w domu odpierdala,
a dzielnicowy patrzy na mnie i mówi: ooo!!! Zbychu, nieźleś się już
dzisiaj napierdolił, no to pakuj dupę w troki i jedziemy do żłobka. I
tak żem się, kurwa, sam wepchał na tą pierdoloną plażę.
- No to przejebane! – odpowiedział Michał kolokwialnie, bo uznał, że
dla uniknięcia ewentualnych nieprzyjemności dobrze będzie grać przed
współlokatorem „swojaka”..
- No. Kawał chuja z tego naszego dzielnicowego. Mieszkasz może na Dziesiątej?
- Nie, na Sławinku – skłamał Michał, wybierając dzielnicę jak najdalszą
od tej, o którą zapytał współlokator. Chciał uniknąć kłopotliwych pytań
o wspólnych znajomych.
- O! Mam paru znajomych na Sławinku!
Czasem naprawdę trudno uniknąć kłopotów.
- Właściwie to nie mieszkam na Sławinku, nie jestem z Lublina. Na
Sławinku mam kolegę i śpię u niego, gdy tu przyjeżdżam. Nie znam tam
ludzi. – Michał nadal wykręcał się od rozmowy o znajomych ze Sławinka.
W jakiś sposób krępował go jego towarzysz niedoli.
- Ahaaa...a za co cię zgarnęli?
- Pobiłem bramkarza w knajpie. – skłamał Michał, chcąc podbudować swój wizerunek „swojaka”.
- Ahaaa...no tak.
Po tej wypowiedzi Zbych popadł w zadumę, by po chwili po raz pierwszy
od momentu przebudzenia wykonał jakikolwiek ruch, ale za to konkretny.
Podniósł się i usiadł na rogu pryczy. Michał stanął na swoim legowisku
i przez dziury w blaszanym oknie znów obserwował nieruchomy skład
wagonów.
- Za ile nas stąd wypuszczą? – zapytał nie odwracając głowy od okna.
- A chuj wie, jak chcą, to mogą trzymać i dwadzieścia cztery godziny.
Ale jak nie będą chuje to za jakąś godzinę powinni już wypuszczać.
Ciekawe, kiedy ruszy ten pociąg? – pomyślał Michał i usiadł z powrotem na pryczy.
- Zapaliłbym. Albo chociaż do kibla poszedł – powiedział.
- Do bardachy zawsze możesz iść, trzeba tylko w drzwi kopać, żeby
usłyszeli – odpowiedział Zbychu i wstał z pryczy, by zademonstrować
Michałowi, jak w żłobku sygnalizuje się potrzeby fizjologiczne.
Michał, dla zacieśnienia wzajemnej komitywy ochoczo przyłączył się do
kopania i jak to bywa wśród neofitów, przez nadgorliwośc aż rozbolała
go stopa.
- A tak w ogóle to Zbyszek jestem.
- Michał.
Uścisnęli sobie prawice.
Pukajcie, a wam otworzą. W chwilę po kanonadzie kopniaków klucz
zazgrzytał w zamku i w otwartych drzwiach pojawił się sanitariusz. Ten
sam, który wcześniej był tu z lekarzem. Wymiana zdań była krótka, a
treściwa.
- Czego?!
- Lać!
Ubikacja okazała się być ekstremalnie, żeby nie powiedzieć:
ekskrementalnie, nieestetyczna. Zdecydowanie nie sprzątano jej zbyt
często i zbyt dokładnie. Na dodatek po obiekcie musiał się Michał
poruszać boso, co potęgowało uczucie obrzydzenia podczas korzystania z
pisuaru. Jednak wyjście za potrzebą było okazją do napicia się wody z
kranu, a pragnienie doskwiera jakże często tym, którzy budząc się nie
pamiętają detali poprzedniego wieczora, więc rytuał wspólnego kopania w
blaszane obicie drzwi praktykowali obydwaj współwięźniowie dość
regularnie. Zaprzestali tego dopiero po cierpkiej uwadze zmęczonego
ciągłymi spacerami pod ich celę sanitariusza:
- Kurwa, jak się nie przestaniecie tłuc, to do końca mojej zmiany nie wyjdziecie!
Z czasem oczekiwanie na odjazd pociągu stało się u Michała obsesyjne.
Przyglądał się co chwilę nieruchomemu składowi i zaczynała go zżerać
niczym nieuzasadniona ciekawość, co jest dalej, za tymi wagonami.
- Cholera, nie mogę stąd wyjść, jeśli ten pociąg nie odjedzie i nie zobaczę, co jest za tymi wagonami.
- To jakaś bocznica, czy coś, ten jebany pociąg zawsze tu stoi i nigdy stąd nie odjeżdża – wyjaśnił Zbyszek.
Wypuszczono ich obydwu dopiero około południa. Wyszliby wcześniej, ale
„wypis” przedłużył się ze względu na brak dokumentów Michała.
Wiarygodność podanych przez niego personaliów trzeba było sprawdzić za
pośrednictwem Policji.
- Nie uwierzą, dopóki nie zobaczą – żartował do czekającego na niego Zbyszka.
Gdy wreszcie wyszli, Michał łapczywie zapalił papierosa i zaciągnął się
całą pojemnością swoich płuc. Poczęstował również kolegę
- Napiłbym się czegoś – mruknął Zbyszek po pierwszym sztachu i w tonie
tego mruknięcia dawało się wyraźnie wyczuć, że wrodzona duma nie
pozwala mu się przyznać, że nie śmierdzi groszem (była to z resztą
chyba jedyna woń, jaką nie śmierdział).
Michał miał zarówno pieniądze, jak i pragnienie, a do tego dobre serce,
nie na tyle jednak dobre, by wyskakiwać z zaproszeniem do jakiegoś
żulika tylko dlatego, bo ten szorstkim głosem zakomunikował, że czegoś
by się napił. Taką nadgorliwość uznałby za objaw własnego „mięczactwa”.
Zbyszek, zdaje się, wyczuł to, bo po chwili tonem już zdecydowanie
łagodniejszym odparł:
- Michał, mógłbyś mi może postawić piwo?
I dopiero wtedy przekonał się, że „proście, a będzie wam dane”.
***
- Co jest? – zapytała pełnym irytacji kontraltem bufetowa, którą Michał
przywołał z zaplecza natrętnym pukaniem w blat baru i demonstracyjnie
głośnym pokasływaniem.
Była to otyła, duża kobieta o wielkich cyckach i nalanej twarzy zdobnej
w obfity makijaż. Ubrana była w czarną sukienkę z dużym dekoltem, ale
czerń bynajmniej nie zdawała się wyszczuplać jej sylwetki. Głowę miała
zwieńczoną białym, koronkowym czepkiem, a bujne biodra opasane białym
fartuszkiem. Doskonale pasowała do tej knajpy, gdzie zakąski
prezentowały się zza szyby odrapanej lady chłodniczej, obskurne stoliki
dekorowały szaro-bure, gęsto podziurawione papierosowym żarem serwety
oraz sztuczne tulipany we flakonach sygnowanych logiem firmy „PSS
Społem”, a nastrój tworzyła muzyczka dobywająca się ze starego,
trzeszczącego radioodbiornika, niewiele mniejszego od telewizora. Czas
zatrzymał się tutaj gdzieś w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych.
Michał zamówił po piwie. Zbyszkowi rzeczywiście chciało się pić.
Pierwszy kufel wypróżnił „na dwa razy”, w kilkanaście sekund. Michał
również spróbował popisać się takim tempem i choć nie bez bólu, udało
mu się uzyskać czas niewiele gorszy. Drugą kolejkę pili już spokojniej,
umilając sobie czas rozmową.
Zbyszek, który powierzchownie stwarzał wrażenie prostackiego gbura, w
bliższym kontakcie okazał się być człowiekiem wrażliwym. Nie obce mu
były uczucia wyższe i refleksje natury egzystencjalnej, tyle, że środki
wyrazu miał dość ograniczone. Michał słuchał go z uwagą i zrobił na nim
potrójnie dobre wrażenie – po pierwsze, jako sponsor, po drugie, jako
dobry słuchacz, a po trzecie, jako człek mądry, którą to opinię
zaskarbił sobie pomagając Zbyszkowi w trakcie rozmowy znaleźć
odpowiednie słowa do wyrażenia swoich myśli, gdy jemu samemu sprawiało
to trudność. Wziął więc Zbyszek Michała za kogoś, kto na pewno go
zrozumie i pomoże mu się uporać z moralnymi dylematami. Jakże łatwo
zrobić dobre wrażenie, potrafiąc jedynie udawać, że z uwagą słucha się
tego, co inni chcą powiedzieć. Kto ma uszy, niechaj słucha. Rozmowa,
przerywana od czasu do czasu zamawianiem następnej kolejki, przybrała
formę spowiedzi.
Zbyszek miał 33 lata. Wyglądał na więcej, co wśród osób z marginesu,
mających predylekcję do spożywania dużych ilości kiepskich jakościowo
trunków, jest normalne. Wychował się w przeciętnej, patologicznej
rodzinie, w której obydwoje rodzice za kołnierz nie wylewali, a dzieci
wychowywała ulica. Nie było to w jego środowisku niczym wstydliwym, czy
nadzwyczajnym. Geny były wszystkim, co dostał kiedykolwiek od rodziców
Pić zaczął mniej więcej w tym samym czasie, co jego koledzy – w połowie
podstawówki. Jako dziecko lubił przygodę i był ciekawy świata. Marzył o
dalekich podróżach. W szkole zawodowej zdobył profesję mechanika
samochodowego. Po jej ukończeniu pracował przez rok w jakimś warsztacie
i powodziło mu się całkiem nieźle, ale gdy trafiła mu się propozycja
ruszenia w Polskę z ekipą objazdowego wesołego miasteczka, nie zawahał
się ani chwili. Prawie 6 lat podróżował po całym kraju obsługując
karuzelę łańcuchową i były to najpiękniejsze lata w jego życiu. Żył
wolny jak ptak, poznał setki wesołych dziewcząt, przeżył dziesiątki
burzliwych romansów, pił, bawił się i korzystał z młodośc pełną gębą.
Zjeździł kraj od morza po Tatry i od Bugu po Odrę. Nie lubił tylko zim,
które ze względu na sezonowość jego branży spędzał na ogół w rodzinnym
domu zabijając czas tanim winem. Podczas jednego z takich przymusowych
urlopów zdarzyło mu się uwikłać w miłosną przygodę z dziewczyną z
sąsiedztwa, która to przygoda zaowocowała nieplanowanym poczęciem. Z
bólem rozrywającym serce zdecydował się na ślub i porzucenie
koczowniczego życia , które tak ukochał. Zamieszkał w dwupokojowym
mieszkaniu, będącego współwłasnością jego żony oraz jej brata. Ciężko
mu było, jego nomadyczna dusza zamknięta w betonowej klatce wyła z
tęsknoty za barakowozem. Namiastką wędrownego życia stały się dla
Zbyszka cugi alkoholowe, podczas których znikał z domu na całe dnie, a
czasem i tygodnie i odnajdywał się w różnyc,h najmniej oczekiwanych
miejscach. Lubił te przebudzenia, przypominały mu one klimat dawnych
lat, gdy jako majster od karuzeli często nie wiedział, jak wygląda
miejsce, w którym przyjdzie mu przeżyć następnych kilka dni. W
przerwach między cugami alkohol również był stałym towarzyszem jego
życia. Żona i szwagier, wywodzący się z tego samego, co on, środowiska,
takoż należeli do grona ludzi, co to pacierza i kieliszka nie
odmawiają. Szwagra nigdy nie lubił i nie akceptował jego obecności w
rodzinnym gnieździe. Było to uczucie odwzajemnione. Animozje, nigdy z
resztą specjalne nie tłumione, przybrały na sile, gdy szwagier znalazł
sobie swoją lepszą połowę i z braku innych możliwości lokalowych,
dokwaterował ją do i tak ciasnego już mieszkania. W domu się nie
przelewało, żona, szwagier i szwagierka nie pracowali wcale, a Zbyszek
tylko dorywczo, gdyż skłonność do cugów nie pozwalała mu zagrzać
miejsca na żadnym stanowisku. Nie był Zbyszek pozbawiony uczuć
ojcowskich, z troską obserwował, jak dorasta jego syn i często ubolewał
nad faktem, że dorasta on w domu mało zamożnym, a przy tym na okrągło
pijanym. Musiała też cierpieć z tego powodu jego żona, o czym świadczy
podjęta przez nią próba samobójcza. Po którejś z pijackich awantur
pomiędzy szwagrami, które tradycyjnie doprowadziło do spazmatycznego
płaczu 6-letnie już wówczas dziecko, podcięła sobie żyły na przegubach
obu rąk. Odratowano ją. To smutne wydarzenie, jak i narastające
ojcowskie wyrzuty sumienia sprawiły, że Zbyszek postanowił się
poprawić. Ograniczył spożycie alkoholu, znalazł kolejną pracę, kupił
synowi skórzaną piłkę, za której cenę z powodzeniem mógłby pić przez
tydzień albo i dłużej (co z dumą podkreślał), ale niestety, niedługo
trwała idylla. A wszystko przez szwagra i jego żonę, wciąż
wszczynających nowe awantury. Na dodatek pechowa wpadka z alkoholem,
absolutnie incydentalna, pozbawiła Zbyszka kolejnej posady, a sytuacja
na rynku pracy zaczęła się gwałtownie pogarszać. Nie mając na widoku
nic lepszego, zajął się dla chleba okradaniem samochodów. Radia
cieszyły się dużym popytem, a jako wykwalifikowany mechanik radził
sobie z zamkami dość sprawnie. Niestety, został przyłapany na gorącym
uczynku i trafił do więzienia, gdzie spędził prawie pół roku. Czuł się
tam dobrze, odpoczął od znienawidzonego szwagra i nieznośnej atmosfery
rodzinnego domu, poznał ciekawych ludzi, a jak zapewniał, opowieści o
rzekomej przemocy i gwałtach wśród więźniów to mit do straszenia
gówniarzy, w pierdlu są ludzie honorne, tylko, jak mawiał - „trzeba się
reguł trzymać i nie być chujem”. Po powrocie jednak wszystko zaczęło
się od nowa. Znalazł co prawda całkiem dobrze płatną pracę na budowie,
ale po pierwszej wypłacie znów wpadł w cug i po dwóch tygodniach
alkoholowego niebytu nie miał po co nawet tam wracać. Pijackie awantury
znów wróciły do porządku dziennego, a wyrzuty sumienia ze względu na
chodzącego już do szkoły syna, nasiliły się jeszcze bardziej. Właściwie
Zbyszek stracił już wszelką nadzieję, że będzie kiedykolwiek żył
normalnie. Najchętniej machnąłby na to wszystko ręką i powiesił się
albo zapił na śmierć. Żal mu tylko było strasznie syna, ale nie widział
również i na to żadnej nadziei, by mógł wraz z żoną stworzyć mu
normalny, rodzinny dom.
Na spowiedzi zeszło im po pięć piw na głowę. Michał był tylko podpity,
ale przepity organizm Zbyszka miał najwyraźniej obniżoną tolerancję na
alkohol. Zbyszek był pijany. Wyznanie bardzo go roztkliwiło, chciał pić
więcej. Michał nie miał sumienia odmówić, ale że atmosfera lokalu już
go znudziła, a za brudnymi oknami knajpy kusiło słońcem piękne wiosenne
popołudnie, zaproponował kontynuowanie imprezy w plenerze. Gdy dzierżył
już w dłoni foliowy wór, nazywany bez sensu „reklamówką”, a w nim dwie
butelki taniego wina, przypomniał sobie o kolejowej bocznicy i
towarowym składzie, który tak zaintrygował go tego ranka. Zbyszek co
prawda wolał co prędzej zwilżyć wysuszone długim monologiem gardło na
najbliższym murku lub ławeczce, ale jako beneficjent cudzej hojności
uległ namowie i podjął się dziesięciominutowego spaceru. Przysiedli na
stercie rozrzuconych cegieł w cieniu wagonów. Mieli stąd doskonały
widok zarówno na malowniczą perspektywę ciągnącego się aż do horyzontu
składu, jak i na okno celi, w której się poznali. Z bliska Michał
zauważył, że tory mocno już porosły trawą, z rzadka tylko
przebłyskiwała przez nią stal szyn.
- Bierz i pij – szturchnął przysypiającego Zbyszka i podał mu butelkę
wina, którą wcześniej nie bez trudu uwalniał od plastikowego korka.
Zbyszek oprzytomniał i pociągnął solidnego łyka przechylając flaszkę strzeliście denkiem do nieba.
- No i co ty myślisz, Michałku? – zapytał i otarł usta wierzchem dłoni – Co ja, kurwa, powinienem zrobić?
Milczenie było kłopotliwe, ale Michał nie miał pojęcia, co mógłby na to
pytanie odpowiedzieć. Standardowe „jakoś to będzie” wydawało mu się w
tej sytuacji bezczelną kpiną, a nic głębszego jakoś nie przychodziło mu
do głowy. Przytknął szyjkę butelki do ust i sączył powoli, by
usprawiedliwić przedłużające się milczenie i nie być posądzonym o
ignorancję.
- Bo ja to sobie tak kurwa myślę – Zbyszek po kolejnym łyku wina sam
odpowiadał sobie na swoje pytanie – że to wszystko jest chuja warte.
Szkoda tylko dziecka, w pizdę, bo zdolny jest chłopak i fajny. Wiesz,
że kupiłem mu skórzaną piłkę? Kosztowała w chuj kasy, mógłbym za to
chlać przez tydzień, jak nie dłużej. Mówię ci, kurwa, jak się cieszył.
Michał wciąż to sączył, to przepłukiwał zęby tanim winem, bo nadal nie
miał żadnego pomysłu na stosowny komentarz. Zbyszek znów pociągnął z
flachy i otarłszy usta, mówił dalej:
- Chuja, chuja warte to wszystko, w pizdu! To nie jest, kurwa, życie, w
tych dwóch pokojach z tym jebanym szwagrem i tą kurwą, jego żoną. Ja z
resztą też nie lepszy, nie umiem nie chlać, taka prawda. Muszę się
napierdolić i tyle. Żal tylko mojej Madzi i mojego Tomeczka. Ale ze mną
ich życie jeszcze, kurwa, gorsze, niż beze mnie. Chuj z takim życiem,
powieszę się kurwa albo potnę, nie będę ich przynajmniej męczył. Chuj!
Tak właśnie zrobię!
- Przestań Zbyszek – Michał jednak postanowił powiedzieć cokolwiek, nie
wypadało dłużej milczeć – Zawsze jest jakaś nadzieja. Ludzie czasem
pozbywają się wszystkiego, wyjeżdżają na drugi koniec świata i
zaczynają życie na nowo. Czy to nie byłoby lepsze od śmierci, jeżeli
już koniecznie chcesz uwolnić od siebie żonę i syna? Nawet nie myśl o
samobójstwie, zawsze jest jakaś nadzieja. Ufaj!
- Tak, masz rację, Michałku! – Zbyszek był rozentuzjazmowany i
poruszony słowami Michała – Zawsze musi być jakaś nadzieja! Przecież
nie muszę mieszkać z tym jebanym szwagrem, mogę wyjechać, gdzie chcę..
To zawsze lepsze, niż się zabić! Kto wie, może się, kurwa, uda, może
stanę na nogi i jeszcze wyciągnę Madzię i Tomeczka z tego jebanego
syfu! Tak, Michałku, zawsze jest, kurwa, jakaś nadzieja, nie?!
Dossał się do szyjki swojej butelki i opróżnił ją niemal do ostatniej
kropli. Na świecie wciąż zmieniają się mody, trendy, koniunktury, ale
nadzieja bez pokrycia sprzedaje się doskonale zawsze i wszędzie.
- Michałku, ty to, kurwa, zajebisty facet jesteś, naprawdę. Kurwa,
zajebisty! – Zbyszek w podnieceniu przytulił Michała i ucałował go w
policzek.
Michał był zakłopotany. „Nieszczęsny człowieku – myślał sobie –
rzuciłem ci jakiś wymyślony na poczekaniu, tani bzdet. Jesteś żulem z
marginesu, nałogowym alkoholikiem i prymitywem, twój syn ma twoje geny
i chowa się w patologicznej rodzinie. Będzie takim samym przegranym
zerem, jak ty, a największą krzywdę jaką mu zrobiłeś był akt jego
poczęcia. Nie ma żadnej nadziei ani dla ciebie, ani dla twojej Madzi,
ani dla twojego Tomeczka. Nigdy nie wyrwiecie się ze swojego zaklętego
kręgu zapijaczenia, brudu, nędzy i beznadziei. Nigdy nie pozbędziecie
się swojej prymitywności, nigdy nie będziecie żyć normalnie i nigdy nie
ustaną w waszym śmierdzącym domu pijackie burdy. Tacy jak ty, twoja
Madzia i twój Tomeczek są niewolnikami przeznaczenia zapisanego w
gwiazdach i karmienie ich jakąkolwiek nadzieją jest obłudnym
zakłamaniem. Przegrywacie życie w momencie przyjścia na świat.”
- Słuchaj Zbyszek – powiedział nagle Michał poważnym tonem – Okłamałem cię. Prawda jest zupełnie inna. Prawda jest taka, że...
Zbyszek zwiesił bezwładną głowę pomiędzy rozchylonymi kolanami.
Prawdopodobnie przysypiał i nie słyszał już, co się do niego mówi.
Michał, gdy to spostrzegł, przerwał monolog, chwycił jedną z cegieł ze
sterty, na której siedzieli i z całej siły uderzył w wystającą
spomiędzy kolan potylicę. Cegła i podstawa czaszki pękły.
- Judasz... – wyrzęził Zbyszek, gdy osuwał się w kałużę własnej krwii.
- Okłamałem cię, przyjacielu. Tacy jak ty nie mają żadnej nadziei, to nie była prawda.
- Czemuś mnie opuś..... – wyszeptał umierający ostatnim tchnieniem i resztką sił rozrzucił na boki ramiona.
- Musiałbyś chyba narodzić się na nowo, żeby móc cokolwiek zmienić. – powiedział Michał do trupa i odwrócił się, by odejść..
Nie zdążył zrobić kroku, gdy nagle ciarki przeszły po całym jego ciele.
Powietrze przeszyła demoniczna kakofonia pisków i zgrzytów.. Po niej
przyszedł łomot i stukot, który zdawał się zbliżać od linii horyzontu,
niczym tętent galopujących koni. Jeźdźcy Apokalipsy. Dopiero po chwili
Michał zorientował się, że skład wagonów towarowych ociężale ruszył z
miejsca. Słońce było już bardzo nisko i niebo stawało się coraz
bardziej czerwone.
***
- Co jest? – zapytał zaskoczony kolega, gdy Michał wrócił na stancję.
Nie widział go od poprzedniego wieczora, gdy po awanturze z bramkarzami
zabrała go spod pubu policja. Zaczynał się już poważnie niepokoić.
Michał uśmiechnął się blado i przez chwilę zastygł w tej pozie, nad
czymś się zastanawiając.
- Nic – odpowiedział wreszcie –Jak zwykle – nic.
Walnął się na łóżko i od razu zasnął.
Damian Dec
|
|
|
|
Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować |
|
Re: CO JEST /opowiadanie/ * przez Anonimus dnia 03-10-2008 o godz. 14:09:25 | | Staruszka emerytka ze mnie, opowiadanie dzisiejsze, a ja przedwczorajsza, a wciagnęło i to mocno. Brawoooooooo.... BABCIA |
|
|
| |
Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2011 poczta małpiatka portalliteracki.pl Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione. |
Reklama w Portalu Literackim
|
|