Autor: Suselek
I
- A Monetowicz musi odejść! – zakończył gromko swą przemowę stojący na stosie opon od ciągników rumiany, łysy jak kolano jegomość w różowych, puchatych nausznikach. Z nausznikami doskonale konweniowało trzymane czule przy piersi różowe prosię.
- Obywatelu! Proszę Pana! Proszę Panów! Proszę się rozejść – grzmiał stojący po drugiej stronie barykady komendant miejscowego posterunku Zenon Struchlały.
Obywatele nie rozeszli się. Nastał znowu potworny jazgot zgromadzonego tłumku rolników prezentujących wszystkie działające w gminie partie i kółka. Precz! Precz! - Krzyczeli Ci z Doobrony. Bandyci! Złodzieje! – skandowali jak zawsze zwarci członkowie PCL –u.
„Tylko jełopy do Europy” – krzyczał transparent Ligi
Przyjaciół Radia stanowczo dzierżony przez przedstawicielki tego
szacownego ciała. Przedstawicielki nie krzyczały. Szeptały modlitwy
obracając w dłoniach koraliki różańców ze sprawnością palców godną
muezinów.
- Pana Wójta nie ma - tłumaczył przestraszony gminny urzędnik.- Nie przyjmie Panów.
-
Tam, nie ma... - żachnął się przywódca zgromadzenia – Przyszlim to
poczekamy! O to co mamy dla niego! – Podniósł wysoko w górę prosiaka i
wtedy zwierzę zakwiczało przeraźliwie, a potem jeszcze raz, i jeszcze...
Patrzyłem
na to przerażony i jednocześnie rozbawiony do chwili, kiedy nagle w
tłum rozzłoszczonych rolników wpadł osobnik mniej więcej pięcioletni.
Stanął przed przywódcą blokady i stanowczym głosem nakazał:
- Puść ją zaraz!
Tłum zafalował i zamilkł. Rolnik jakby oczom nie wierzył.
- Ty do mnie smyku mówisz? - upewnił się?
- Do Pana – potwierdził malec – nie wstyd Panu zwierzaka męczyć, nie wstyd?
-
A won mi ty zaraz... – zamachnął się w kierunku chłopca ale tak
nieszczęśliwie, że tylko stracił równowagę i wypuścił z rąk prosiaka,
który niezwłocznie prawidłowym truchtem podbiegł do chłopczyka i
schował się za nim. To rozwścieczyło chłopa. Nie żartując zsunął się w
barykady, co by gówniarzowi skórę przetrzepać, ale dobiec nie zdążył,
bo...
- Tylko mnie Pan ruszy – rozdarł się mały – to powiem Doobrona dzieci bije o!
-
Milcz gówniarzu! Milcz!!! – zawył przywódca ale ludzie, ponownie rwetes
podnieśli bo się niektórym przypomniało co i jak z tym biciem. Innym
zimno już było i tylko z tego powodu zaczęli napierać na siebie
nawzajem, na komendanta, na urząd.
Korzystając z chwili
zamieszania chwyciłem mikrusa za rękę i rzuciłem się na skos pomiędzy
straganami, furkami, końmi, wietnamskimi stoiskami, byle dalej od
zarzewia konfliktu. Za nami wiernie biegło prosię. Gdy oddaliliśmy się
nieco, zapytałem:
- I coście narobili? – Odpowiedziało mi ponure
spojrzenie dwóch par oczu – szarozielonych i skośnych oraz okrągłych
jak dwa guziki.
- Ratował mnie, kwikwik – powiedziało Prosię.
- Tato! Musiałem – powiedział mój syn – Franek Mizerek.
Nagle
stało się dla mnie jasne, że właśnie przybywa nam nowy domownik w
postaci różowego prosięcia z wymalowanym na grzbiecie inicjałem wójta a
co za tym idzie kłopoty, kłopoty, kłopoty – bo otóż wyobraziłem sobie
żonę mą Michasię jak podparta pod boki patrzy na mnie z wyrzutem, że
dziecko w niebezpieczną ludową demonstrację wciągnąłem. Nie wiem jak to
robiła, ale zawsze wiedziała, co się zdarzyło, zanim zdążyliśmy z
Frankiem usta otworzyć.
Zdaje się, że i mój synek, gdy nieco ochłonął, zaczął pojmować grozę sytuacji bo po cichutku zagaił do prosięcia:
- A ty jesteś chłopiec czy dziewczynka?
- Chłopiec – Prosię łypnęło na smyka.
- A ty duży urośniesz? – dopytywał się mały.
- No... no – odpowiedziało Prosię dość lakonicznie.
Mój
Boże! Wyobraziłem sobie rosłego knura buszującego po ogródku Michasi i
aż mi się słabo zrobiło. Prosię szło cały czas z nami toteż nie
mieliśmy żadnych wątpliwości. Zamierza u nas zamieszkać.
- Ty – zagaił synek – a wiesz, że my nie mamy chlewika?
- No... no problem, no...mogę w sionce – odrzekło Prosię.
Tym razem zauważyłem, że Prosiakowi na rozumku nie zbywa.
Tak
to pogadując i przemyśliwując dotarliśmy do domu, tego samego od lat,
spowitego badylami dzikiego winogrona i spod śniegu połyskującego
pruskim murem. Weszliśmy do sieni. Na pokoje nie starczyło nam odwagi.
Nagle gdzieś z głębi pokoju dobiegło nas kwilenie najpierw, a potem
sążnisty krzyk niemowlęcia, czyli mojej córki Basi i straszliwe
szczekanie wiernego stróża i opiekuna Hermesa Wyżlińskiego. Mała darła
się rozpaczliwie, z siłą spiżowego dzwonu, a Michasi chyba nie było.
Jak to nie było?????!!!!
Bardzo nas to zaniepokoiło. Jednak zanim
zdążyliśmy wejść, wyprzedził nas parzystokopytny. Stukając racicami po
podłodze zasunął bezbłędnie w stronę tapczanu i - zamarłem z
przerażenia – wsadził swój różowy ryjek w okolice pampersa pochrumkując
i posapując. Dzieciak ucichł jak zaczarowany. Rany boskie, gdzie
Michasia - tłukło mi się po głowie - jak okiełznać prosiaka, dlaczego
dziecko tak płacze? W tej samej chwili Wyżliński dopadł do moich nóg –
nieszczęście, nieszczęście - krzycząc. Zaniepokojony pobiegłem do
kuchni. Na podłodze leżała moja żona. Podbiegłem – oddychała, ale nie
powiodły się żadne rozpaczliwe próby przywrócenia jej do świadomości.
- Tato – Franek nagle znalazł się przy mnie – tato na pogotowie trzeba dzwonić.
Zachował większą przytomność umysłu niż ja.
- Tata masz, wcisnął mi w dłoń komórkę, leć na pole Zenona, leć i dzwoń.
Pobiegłem.
Pogotowie
przyjechało już po pół godzinie. Zabrali Michasię do szpitala w
Szczecinku, a ja po raz pierwszy w życiu nie wiedziałem co robić.
–
Jedź do mamy – powiedział Franek, a my tu poczekamy. Polecę do babci
Przybylańskiej. Przyjdzie do nas. Znowu zaskoczył mnie zimną krwią i
opanowaniem, ale lecieć nie musiał. Przecież cała wieś wiedziała już o
tym co się stało. Przybiegli i Babcia, i Henio Łaskotny i nawet podły
Zenek – Heniutkowy syn. Jako sąsiedzi przyobiecali zająć się dziećmi, a
mnie wsadzili w PKS i wyekspediowali do chorej żony. Dopiero w
autobusie pozwoliłem sobie na rozpacz.
***
W tym samym czasie, w domu, głośnym płaczem wybuchnął Franuś, wtulając ubrudzoną buzię w fartuch Babci Przybylańskiej.
II
Gdy
Babcia Przybylańska przysiadła w fotelu po nakarmieniu i uśpieniu Basi,
uspokojeniu i wytarciu łez Franeczkowi, zapadając w milutką drzemkę,
nie przeczuwała nawet jak wiekopomną chwile przesypia. Otóż pod stołem
zawiązało się Stowarzyszenie Trzech. Dwa posępne i zmartwione pyszczki
zwierzęce oraz jeden ryjek wypowiedziały przysięgę pomocy i ochrony.
***
-
o wa kolo – ale masakra – szepnął Wewiór – no i jak oni teraz poradzą
sobie, bez tej matki co na świeci jedyna przecież jest? – zapytał po
wysłuchaniu relacji Wyżlińskiego.
- Wielce Panie Szanowny – odezwało
się Prosię – pro..proszę nie siać de..defetyzmu kwik-kwik, właśnie
po...po to podejmujemy tę szlachetną inicjatywę, aby po..pozostającym
pod naszą kuratelą kwik-kwik nieletnim zapewnić opiekę i wsparcie
na..na czas nieobecności ma..matki, a i ojca rodziny wesprzeć kwik-kwik.
- Hmm, w takim razie na tym zakończymy na razie - zaproponował Wyżliński - plany i projekty powstaną po rozeznaniu sytuacji.
- E chłopaki – to po co ta paka? Która pomagać miała. Nie wiemy co robić? –zdenerwował się Wiewiór.
-
Czcigodny wielce P...Panie - zaoponowało Prosię – nie wiemy nic,
na...nawet jak długo Michasia będzie chorować, ani co..co jej jest? –
czekać trzeba...
***
Słowa te okazały się prorocze, bo
w chwilę po tej salomonowej radzie, otworzyły się drzwi i stanął w nich
zgnębiony ojciec, czyli ja – przybity ciężarem wieści tak bardzo, że
widząc nagle obudzoną babcię Przybylańską uciekł do pokoju dzieciaków,
aby nie mówić. Niestety wiedział, że coś powiedzieć trzeba.
- Synek – zapytała babcia – co jej? Co Michasi?
-
Miała ciężką operację. Serce. Nie wiem, nigdy się nie uskarżała. Nie
obudziła się jeszcze, choć doktor powiedział, że zabieg udany ech...
- To jak długo w szpitalu zostanie? – spytała.
-
Nie wiem Babciu, nie wiem – powiedziałem i głos mi się załamał – pewnie
długo, jeśli nie... - to nie chciało mi przejść przez ściśnięte gardło.
-
Oj głupiś – zdenerwowała się Babka – nawet tak nie myśl – ofuknęła mnie
i zaraz zakrzątnęła się wokół pieca – tak, aby przygotować coś do
jedzenia.
- A jutro dzieciakowi powiesz, że z mamą wszystko
dobrze, ja się już wszystkim zajmę jak ty będziesz w tym szpitalu
siedział. Ot – niby chłop jak dąb a miętki - gderała.
Nie musiałem
czekać do jutra. Dostrzegłem błysk wiernych psich oczu i wiedziałem, że
kto jak kto ale naczelny gończy hrabiego Ponurackiego dziecka nie
oszuka. Wyraz wiernego pyska mówił wszystko. Mnie. A co dopiero
najbardziej zaufanemu przyjacielowi. Po chwili z sypialni Franka
dobiegło mych uszu ciche zawodzenie Wyżlińskiego.
***
-
No co ty – nie płacz! Przestań zaraz. – malec ofuknął Wyżlińskiego -
Chcesz żeby mi ojciec do końca się załamał? Patrz, jaki jest bezradny.
Pies kilka razy pociągnął nosem i stłumił szloch.
- Wybacz Franeczku, ale wiesz jak bardzo Matkę Twoją kocham i szanuję, toteż..
- ...toteż pomóż, a nie histeryzuj.
- Franeczku ty chyba serca nie masz – zaafektował się Wyżliński. Chłopiec popatrzył na niego z politowaniem.
-
Serca nie mam, uch..., a wy co serca macie to tylko płakać potraficie.
Tatę trzeba ratować i mamę. Ale nie wspólnym szlochaniem, tylko
tym...no...zespólnym działaniem.
- Zespołowym czy spójnym? – zapytał nagle Wyżliński i Franuś odetchnął. Przyjaciel wrócił do stanu równowagi psychicznej.
- Takim i takim. Muszę z tatem pogadać i popytać ludzi we wsi, a jak trzeba to i do szpitala pojechać.
- I ja też i ja też – podskoczył pies.
-
Nie, tu tu zostaniesz i nad wszystkim będziesz czuwał i babkę
Kobylańską budził, bo ma swoje lata i czasem nie słyszy jak Basia
płacze. No, a teraz spać i jutro się zobaczy.
Za żadne skarby
świata Franek nie pokazałby nikomu dwóch wielkich jak groch łez, które
stoczyły się z pulchnych policzków, gdy odwrócił buzię do ściany.
Widział je tylko Anioł Stróż z obrazka wiszącego nad łóżkiem i
zmarszczył brwi w zamyśleniu. Potem machnął skrzydłami i wyleciał przez
uchylone okno zostawiając w ramce kartkę z szeregiem przedziwnych
znaków, który dla wtajemniczonych brzmiał jakże swojsko: „zaraz wracam”.
III
-
No nie, nie da rady stary, ja ją na liście mam. No patrz tu, o zobacz,
i tak miało być wcześniej, ale wtedy to matka, wiesz Szef się ugiął
i... – gruby anioł w przymałej szacie przewracał papierki na biurku –
No sam zobacz...
- E, Stary, przecież wiem, że plenipotencje masz, żeby sprawę popchnąć, no przecież...
-
Ty wiesz, jaka kolejka czeka na przywrócenie, ozdrowienie,
cofnięcie.... – kładł z głośnym hukiem kolejne teczki na biurku
wyraźnie upojony ogromem władzy i poczuciem własnej wartości i mocy
decyzyjnych.
Damazy wreszcie się zdenerwował. Wstał, oparł gwałtownie rękę na ostatniej z teczek i lodowatym tonem zapytał?
- A anulowanie? Ile masz podań o anulowanie? Pokaż teczkę.
Okrągły choleryk zawahał się, jakby chwilę zastanowił, a potem otworzył cieniutki papierowy skoroszyt.
- No. Hmm – rzekł – tylko Twoje.
- I naprawdę nic z tym nie możesz zrobić? – zapytał Damazy prawie sycząc?
- Może mógłbym spróbować...
-
To spróbuj ty leniwy kurzy móżdżku i pamiętaj – zanim mi odmówisz
przypomnij sobie magiczne słowo „alty”. Czekam w bufecie – zasapał
Damazy i wyszedł trzaskając drzwiami i gubiąc parę piór.
- Poczekaj
Jełopie, ja Ci dam alty, ja Ci...ja Ci... – wykrzykiwał do zamkniętych
drzwi tłusty urzędasa, potem podniósł słuchawkę telefonu.
Nie minęło
15 minut, kiedy zjawił się w bufecie, z tryumfującą miną i teczką pod
pachą. Coś w jego wzroku kazało jednak Damazemu zaniepokoić o
powodzenie akcji. W świńskich oczkach czaiła się radość rewanżu.
-
Tu są wytyczne i warunki anulowania. Jeśli zostaną wypełnione w ciągu
miesiąca ona nie umrze. Jeśli nie...Żegnam i chyba mogę zapomnieć o
„altach” w tej sytuacji?
- Możesz – powiedział Damazy zrezygnowany i
z kopertą pod pachą poszybował do domku z czerwonej cegły i drewnianej
oprawki z mostkiem nad rwącą rzeką, którą w arcyważnej sprawie opuścił.
***
-
Hermesie, Hermesie – młody wyskoczył z łóżka jakby tam była sprężyna i
z siłą pastora Kinga darł się w niebogłosy – miałem sen!. Miałem sen!!!
Słyszysz????
Wyżliński nerwowo podrapał się za uchem. Wiedział, iż entuzjazm ten może przynieść niejakie kłopoty.
- Mów, zatem Franeczku.
-
Wiem, wiem jak uratować mamę...trzeba tylko...no przekonać
dysydentów... wiesz... polityków, albo dyrektorów do jakiegoś dobrego
uczynku, no żeby szpital albo żłobek otworzyli, albo żeby przestali
kraść lub kłamać. I tyle... – relacjonował podniecony Franek.
-
Decydentów Franeczku? – sprostował pies - Żeby nie kradli, nie kłamali?
Taaak. Zaiste nic prostszego. Już raczej złodzieja wprost na właściwą
drogę nawrócić łatwiej...
- No właśnie, zapalił się Franek. Co za różnica?
Kolosalna,
a może żadna właśnie? - pomyślał sobie stary wyżeł i pospiesznie
opuścił sypialnię. Teraz już wiedział, na czym wszyscy stoimy.
***
Umierałem z rozpaczy.
***
Pod stołem zakotłowało się, a po chwili rozległ się uroczysty głos Prosiaka:
-
Sza....szszsz...aanowni K...koledzy otóż i przyszedł czas na konkrety.
Wiemy już, jakie problemy rozwiązać trzeba. Nie...nnie. wiemy tylko jak?
- Panie dzieju – Wyżliński podrapał się nerwowo za uchem – toż to jest awykonalne. Niemożliwe i...i.... – zabrakło mu słów.
-
Dosyć. To jest dosyć – jak zwykle dosadnie i lakonicznie skomentował
Wewiór. Polityka to nie dla nas. Która jak zawsze brudniejsza jest niż
fana chłopaków z innego sioła. Jak paździerza takiego, który politykiem
jest, albo papugą zmusić żeby nie kroił, nie stukał. Nawijki szkoda.
-
Mmm... oment - rozpromeniło się Prosię. Nie inaczej Panowie jak do
stolicy, do sejmu nam trzeba jechać. Rozeznamy to i owo, kto podatny,
kto nie i....
- Ale jak, och jak? – zawył Wyżliński – skoro my
ludzie prowincji nie mamy znajomości na tamtejszych parkietach.
Przecież w Sejmie ni zwierząt, ni ptactwa.
- A nnnnie! – nagle
błysnęło okrągłe ślepie – nie nna darmo obracałem się ekhem... w.ekhem
politycznych kręgach. Wwie... wie.. wiem do kogo trzeba się zwrócić!
Zgromadzenie zamilkło, a Prosię łypało triumfalnie wokół.
-
W bangaldeszu bangla deszcz, więc nie banglaj kolo wiesz – Wewiór jak
zwykle elokwentnie podsumował decyzję.- Furę trzeba jakoś skołować i
kopa, komu w drogę, która jak to mówią.
Sprzymierzeni rozpoczęli przygotowania.
IV
Maurycy
Kobiałka – woźny sejmowy z kliniczną wręcz ciekawością przyglądał się
chudej, niewysokiej kobiecie, kobiecinie raczej, która pokornie już
trzeci dzień siedziała cichutko na krzesełku w oczekiwaniu na audiencję
u posła Hilarego Podszczypka. Wybitny ten mąż, był niezwykle zajęty i
chyba tylko to powodowało, tak bezduszną reakcję na błagalne spojrzenia
oczekującej. Asystent posła regularnie informował co prawda kobietę aby
poczekała bo za pół godziny itd., ale to pół godziny przesunęło się już
o dobre 3 dni.
Maurycemu żal się zrobiło kobieciny i w jakimś
zwykłym odruchu serca zaproponował, żeby usiadła w pomieszczeniu
socjalnym i zrobił jej herbaty. Pani Eulalia Strączek pochodziła z
pomorskiej wsi i jak twierdziła, musi się spotkać z posłem w bardzo
ważnej sprawie. Kiedy Maurycy próbował dowiedzieć się czegoś o sprawy
tej istocie, zmieszana milkła. Wreszcie odrzekła, że to sprawa bardzo
poważna, „tylko unego dotyczy i un może cóś zrobić”.
- A co to Wam? – zapytała kiedy nagle twarz Maurycego wykrzywił grymas bólu.
- A nic – sapnął – coś mi we krzyże weszło i siedzi.
- O – zmartwiła się naprawdę szczerze – ziółek Wam trzeba takich co by bóle odegnać. Gdybym to ja wiedziała – zafrasowała się.
- Ale nic to, Pani kochana, jakoś sobie poradzę.
Oczekiwanie
przeciągało się ponad miarę i woźny z panią Eulalią zdążyli się już
nieco zaprzyjaźnić kiedy asystent pojawił się znowu i oznajmił, że
poseł znalazł czas dla kobiety.
Kobiałka, zatwardziały stary kawaler
bardzo boleśnie i niespodziewanie odczuł to gwałtowne wyrwanie Eulalii
z jego świata. Sam się zadziwił tą reakcją. Nie umiał powiedzieć co
takiego zobaczył w tej mizernej, ubranej na czarno i spracowanej
kobiecie. Niepokoiło go też, czego taka porządna i stateczna osoba chce
od posła. Podszczypek – sejmowy adonis znany był z licznych i bliskich
kontaktów z kobietami, ale z reguły młodymi i ładnymi aktywistkami kół
ochrony życia i moralności. Wielu kolegów zazdrościło Hilaremu tej
charyzmy, która spowodowała, że do mocno wiekiem zaawansowanych
obrończyń moralności i życia dołączyły młode, piękne i wspaniałe
dziewczyny.
***
- O ja cię Larek – powiedział
asystent posła chwilę po tym jak za Eulalią zamknęły się drzwi. – to
właściwie koniec. Twój. I mój kurna też.
- Zamknij się! Proszę
najuprzejmiej. Myślę – odpowiedział wściekły poseł. Piękne i smukłe
palce burzyły bujne złote włosy. Błękit oczu pociemniał.
Krwistoczerwone wargi prawie pękały pod naciskiem śnieżnobiałych kłów.
-
Co tam myśleć – odpowiedział asystent – jakby co wyszło do publicznej,
powiemy, że to nieprawda, przecież sam jej to powiedziałeś, to czemu
się tak wściekasz.
- No właśnie - czemu się wściekam – w zamyśleniu
powiedział poseł i nagle na jego twarz spłynął spokój. – No nic. Za
chwilę mam zabrać głos w dyskusji. Chodźmy, no już, gdzie to
przemówienie?
***
Zenobia Małpecka siedziała w loży
sprawozdawców i czekała. Czekała na cud. Cud informacyjny. Nic, ale
dosłownie nic nie wskazywało na to, żeby dziś taki miał się wydarzyć. I
kogo ona dziś rozszarpie w swoim programie? Kogo złapie na kłamstwie?
Kogo znokautuje i przygwoździ? Wszyscy politycy bali się Zenobii.
Omijali ją szerokim łukiem. Żaden jednak nie śmiał odmówić udziału w
programie. Dziennikarka nie miała nawet pomysłu kogo dziś zaprosić.
Zapowiadała się nudna debata na temat projektu dopuszczalności aborcji.
Wszystko już na ten temat zostało przecież powiedziane. Podniosła
głowę. Na mównicy grzmiał właśnie poseł Podszczypek. Uśmiechnęła się
gorzko. Już parę razy próbowała przyszpilić posła i jego nienaganną
moralność, złapać na czymś. Niestety nawet dziennikarze śledczy niczego
nie znaleźli. Ta nienaganność zawsze wydawała się Zenobii mocno
podejrzana.
Tymczasem poseł grzmiał:
- Odpieram tym samym zarzuty
stawiana przez wojujące feministki, że to my mężczyźni zmuszamy kobiety
do aborcji poprzez brak zainteresowania, odrzucenie, deficyty troski...
My mężczyźni jesteśmy odpowiedzialni. Żadna, ale to żadna matka nie
zostanie bez pomocy. Żadne, ale to żadne dziecko nie będzie cierpieć
samotności i odrzucenia. Nie wolno, nie wolno zabijać dzieci, nie
wolno!!!
Zenobia nagle złapała się na tym, że patrzy zafascynowana.
Hilary wyglądał niczym archanioł Gabriel. Żywa gestykulacja,
podniesiona do góry ręka, aureola splątanych złotych włosów i
przenikliwe spojrzenie błękitnych oczu paraliżowało, hipnotyzowało. Ona
sama przecież kiedyś... Chwyciła torebkę i wybiegła.
Chcąc uspokoić myśli przysiadła na najbliższej sejmowemu budynkowi ławeczce. Nagle na jej głowę spadła kupa śniegu.
- Hej Ruda – usłyszała jakiś szept. Rozejrzała się wokół nerwowo.
- Ciiii. Tu jestem.
Podniosła głowę i pomyślała, że zwariowała. Na gałęzi nad ławeczką siedziała wiewiórka i przenikliwie patrzyła jej w oczy.
-
No cizia, do ciebie rozmawiam – powiedziało stworzenie – Ruda jesteś
jak ja to i pewnie z czegoś innego do mnie podobna. No i chyba kapujesz
skoro luukasz jak nieprzytomna?
- Taak – Małpecka nie wiedziała czy
to schizofrenia już, czy może lekki flashback po wczorajszej kuracji
odprężającej z odrobiną haszyszu.
- Słuchaj Ruda. Problem mam i
pytanie. Które to bezpośrednio związane jest z tymi drzwiami co przez
nie jak kamień kibola stadionowego wyleciałaś. Szukamy kogoś. Manfreda
znaczy się, co w kancelarii tejże co tutaj znajduje się mieszka.
Zenobia ochłonęła już nieco i z wrodzoną sobie bystrością dziennikarską, acz głosem nieco ochrypłym zapytała:
- Szukamy?
- No, bo nas więcej jest. Paka cała co na ten kwadrat z babulewa naszego przybyła do ziomala Manfreda.
Zza ławki błysnęło guzikowate oko i otóż Małpecka ujrzała przed sobą różowe Prosię z inicjałami na grzbiecie. Prosię zagaiło:
-
Szszsz...anowna P...p.. ani Małpecka. Witam, pppprzecież my się znamy.
Jestem, aaaa...właściwie bb...byłem maskotką Doobrony. Kilka razy Pani
do nas p...ppp...przyjeżdżała...
Opanowana i zawsze elegancka
Zenobia zmieniła się na twarzy, zawyła, a potem zaczęła się
histerycznie śmiać. Aż się z tego śmiechu popłakała. Potem zaczęła
trochę tracić oddech, aż wreszcie go odzyskała i pomyślała, że musi się
napić. Gdy już miała wstać z ławeczki wyczuła inną jeszcze obecność.
-
Zenobio – modliłaś się o cud dzisiaj – usłyszała nagle słowa
wypowiedziane aksamitnym głosem. – uwierz im i pomóż. Dostałaś dar
wigilijny – rozumiesz mowę zwierząt – pomóż im proszę.
Nie odważyła się odwrócić głowy.
Damazy
po tej ultra pompatycznej przemowie chciał cichuteńko zmyć się z ławki,
ale poślizgnął się i upadł. Zadek anioła wylądował w wielkiej zaspie, a
samo klapnięcie spowodował niebywały łoskot. Zwyciężył reporterski
instynkt. Odwróciła jednak głowę i znowu zaczęła się histerycznie
śmiać, a potem.... potem nagle spojrzała trzeźwo na niepozbieranego
wciąż Damazego, i prosiaka z wiewiórką, i zapytała bardzo rzeczowo:
- No chłopaki, to czego ode mnie chcecie?
Po pierwsze chcieli do Manfreda. Szczura pracującego w sejmowej kancelarii.
***
O
ile znalezienie kancelarii trudne nie było, o tyle wprowadzenie tam
sprzymierzonych nastręczało już pewne kłopoty. Poza tym, jak
wnioskowała Zenobia Manfred musiał być zatrudniony w sejmowym archiwum,
a droga do niego prowadziła przez pokój kostycznej panny Basi –
archiwistki bez serca i ducha jakby powiedział poeta. Jednak Zenobia
nie byłaby sobą gdyby nie znała słabego punku owej Paper Lady.
Popatrzyła chwilę na Damazego i spytała.
Panie Aniele, a Pan to się może zmaterializować w jakiejś innej postaci?
- A co - zasępił się Damazy – moja coś nie halo?
- Nie, nie – skrzywiła się Zenobia – halo, ale....Posłuchajcie. Zrobimy tak.
***
Serce
Panny Basi drgnęło na widok przystojnego bruneta, z wyjącą psiną
przytuloną do piersi, stojącego bezradnie w gąszczu korytarzy. Młody
ten mężczyzna rozglądał się niepewnie. Pani Basia miała tylko dwie
słabości. Skłonność do starych bezbronnych psów i tak samo bezbronnych
młodych mężczyzn. Ileż to razy w życiu ratowała życie zarówno jednym
jak i drugim. Stare psy pielęgnowała troskliwie, znajdowała im domy lub
w najgorszym razie miejsca w zaprzyjaźnionym schronisku. Młodych
mężczyzn, najczęściej maturzystów, którzy zgubili swoje wycieczki
prowadziła do światła drzwi wyjściowych niczym Pani Labiryntu. To, co
widziała przed sobą stanowiło swoistą kwintesencję. Co prawda zadziwiło
ją występowanie tych, rozłącznych zazwyczaj, zjawisk w jednym miejscu,
ale wiedziona imperatywem pomocy porzuciła biuro i krzesełko by na
pomoc biec.
Na to tylko czekała zaczajona za filarem płowowłosa
kobieta z dużą torbą. Niczym wielki wódź Oglalów, Szalony Koń,
bezgłośnie przegalopowała przez korytarz, pokój panny Basi i zniknęła w
czeluściach archiwum.
Zauważył to tylko Wyżliński, nie tracąc łba,
który właśnie traktowała pieszczotami czuła archiwistka. Już – szepnął
do Damazego – wyczuj moment i dematerializuj! Ale Damazy niewprawiony w
akcjach specjalnych zamiast zagaić, odwrócić uwagę damy, słowem
przygotować grunt, zdematerializował natychmiast i sknocił. Panna Basia
najpierw oniemiała. Następnie zawyła z taka siłą, że ze wszystkich
zakamarków i korytarzy zaczęli wybiegać urzędnicy, a co gorsza straż
marszałkowska. Wreszcie padła jak kłoda. Połowa z pracowników sejmowej
kancelarii reanimowała omdlałą, połowa kręciła się w miejscu, a straż
zaczęła zaglądać do pomieszczeń próbując dociec, co tak wystraszyło
poczciwą niewiastę. Cały ten rejwach spowodował, że Małpecka i
sprzymierzeni przycupnęli za jakąś stertą akt wstrzymując oddech.
Dopiero, gdy karetka zabrała archiwistkę, straż zaplombowała drzwi
magazynu i gdy zapadła cisza odważyli się poruszyć. Spowodowali kolejną
katastrofę. Sterta akt, za którą byli ukryci przekrzywiła się, a z
samej góry z głośnym hukiem zaczęły spadać tomy, wzbijając tumany
kurzu. Przez chwilę nic nie było widać. Gdy kurz opadł usłyszeli
jękliwe zawodzenie:
- Aj jaj jaj...oj jojoj....tyle pracy, tyle pracy na nic...
Wokół
kartonowych zgliszcz biegał nerwowo pokaźny szczur w przekrzywionych
binoklach na posiwiałym pyszczku. Zachowywał się tak jakby nie zauważał
sprawców całego zamieszania. Nagle przysiadł i zapłakał. Głośno i
rozpaczliwie jak dziecko, któremu ktoś rozdeptał babkę z piasku.
Zgromadzonym zrobiło się bardzo nieswojo. Przemowę zaczął Prosiak:
- Witam szanownego kolegę! Ko...koopę lat.
Szczur podniósł głowę i poprawił binokle, a potem popatrzył przez przybrudzone szkła i wreszcie się rozpromienił
- Pan Prosiak! Jak pragnę zdrowia. Potem rozejrzał się przytomniej i dostrzegł resztę gości.
- Niech się Pan nie martwi p...p...panie Manfredzie. Zaraz tu posprzątają. Pani Zenobia i...
- Kto?!!!! – z wściekłością zapytała Zenobia, cała w pajęczynach, ogniskując niebezpiecznie swą uwagę na Prosiaku.
- Ciii – zganił ją Damazy - chcesz mieć materiał na newsa?
Małpecka
wzruszyła ramionami i zaczęła układać akta, a tymczasem poniżej
odbywała się ceremonia prezentacji. Wymianie szarmanckich zwrotów i
uprzejmości nie byłoby końca gdyby nie Wiewiór, który całe to
zamieszanie bezpiecznie przeczekał w torbie dziennikarki. Teraz jak
zwykle niczym dzeus ex machina wyskoczył i...
- Wystarczy tego
banglania – biznes mamy! – oświadczył - Który to najważniejszy na
świecie jest. O życie idzie, o życie matki jednej zioma małego – łypnął
bystrym oczkiem – bez ściemy i czasu. Który to przez pazury leci w
sensie, że zapitala.
- Rozumiem – powiedział szczur – tylko jak ja mogę pomóc?
Jeden
przez drugiego starali się opowiedzieć, o co chodzi. Chaos i kociokwik,
jaki zafundowali niejednego przyprawiłby o zawrót głowy, jednak
Małpecka zaprawiona w sejmowych bojach bezbłędnie zrozumiała o co
chodzi. Siwowąsy Manfred dopytywał:
- Uczciwy polityk? Taki, co nie kradnie, albo nie ulega lobbistom? – upewniał się.
- I bez nepotyzmu – dorzucił Wyżliński.
- I nie kkkabotyn – uzupełnił Prosiak.
- Ziom taki, git . Spox człowiek bez gibania.
- Krótko mówiąc: nie kłamca – zasępiła się Zenobia.
-
Elo i spox i na maxa tylko Ty kolo możesz pomóc nam uczciwego polityka
wylukać. W tym to oto sejmie Ojczyzny naszej taki znaleźć się musi –
zapodał patetycznie Wiewiór przykładając, amerykańskim zwyczajem, łapę
w okolicy brzucha, co pewnie znamionować miało najwyższy szacunek dla
onej – Ojczyzny chyba, a może i instytucji. Zenobia patrzyła osłupiała
na tę niewątpliwie patriotyczną postawę.
- W krótkowzrocznym oku
Manferda również pojawił się patriotyczny błysk – jak uczciwy to tylko
jeden taki przychodzi mi na myśl – Pan Poseł Hilary Podszczypek.
- O nieeee – jęknęła Zenobia – tylko nie on!!!
***
Na
ławeczce, tej samej, przy której dziennikarka spotkała godzinę temu
sprzymierzonych, siedziała przygnębiona i bezradna starsza pani. Co
chwilę do oczu przykładała chusteczkę i na przemian, a to ciężko
wzdychała, a to łapała się za serce. Taki właśnie obrazek zobaczyli
Damazy, Zenobia i spółka, gdy chyłkiem opuszczali gmach sejmu. Coś w
gestach starszej kobiety kazało Małpeckiej zatrzymać się i popatrzeć
uważniej. Staruszka rozpaczała. Bezsprzecznie. Wiedziona odruchem serca
dziennikarka podeszła do smutnej kobiety:
- Czy Pani się dobrze czuje? Czy mogę w czymś pomóc?
Staruszka podniosła załzawione oczy i odpowiedziała:
- Nie, mnie już nie. Chyba, że cud jaki – wyszeptała.
-
Może da się coś zrobić – powiedziała współczująco Zenobia patrząc
znacząco na Damazego. Anioł aż się skulił, bo to nie było życzenie
tylko wyraźny rozkaz.
***
Małe mieszkanko Małpeckiej w
samym centrum Warszawy stało się jednocześnie przytuliskiem i sztabem
operacyjnym oraz gniazdem dziennikarstwa śledczego. Wszystko z powodu
nagłego odruchu serca, który kazał Zenobii zainteresować się losem
zrozpaczonej kobiety. Pani Eulalia, ta sama, która tyle dni oczekiwała
audiencji u posła Podszczypka opowiedziała swoją dramatyczną historię.
Małpecka była zachwycona, otóż złapała wreszcie swojego newsa, tym
cenniejszego, że dotyczył on osoby nieskazitelnej, kryształowej.
Niezłomny Hilary, gdyby posiadał choć cień damskiej intuicji, powinien
zadrżeć.
***
Nie drżał. Siedział w sejmowej
restauracji i knuł. Knuł, jakby się tu ostatecznie pozbyć swojego
problemu, który rzucał mroczny cień na reputację posła. Nie, Hilary nie
był do końca zły i pozbawiony ludzkich uczuć. Był raczej pragmatyczny.
Skoro tylko zorientował się, że jako polityk liberalny, nie będzie się
niczym wyróżniał, ani też nie może okazywać nadmiernych emocji, przy
pierwszej możliwej okazji zmienił partyjne barwy. Stał się gorącym
orędownikiem i piewcą idei ultraprawicowych. Wtedy przeanalizował listę
tematów, wymagających uwagi i natychmiast wybrał ten budzący najwięcej
emocji. Dzieci. Ochrona życia. Opieka nad matkami. Z wrodzoną sobie
energią zabrał się za aktywizowanie wszelkiego rodzaju kół i kółek
zrzeszających zażywne emerytki i oddane sprawie aktywistki.
Niewątpliwym sukcesem posła było wprowadzenie do tych gremiów osób
młodych i atrakcyjnych, co raz na zawsze ucięło złośliwe komentarze
sejmowych kolegów dotyczące średniej wieku i zasobów pamięci
aktywistek. Ba, naprawdę uwierzył w słuszność i siłę głoszonych przez
siebie poglądów. Niestety w euforii pracy zapomniał o pewnym epizodzie,
drobnym, jeszcze z poprzedniego liberalnego życia, który teraz urósł (i
to dosłownie) do rangi poważnego problemu. Z jednej strony niby
wszystkiego można się wyprzeć, wszystkiemu zaprzeczyć rzucając
argumenty o nagonce i prowokacji. Z drugiej strony zaczynało go kąsać i
poszarpywać sumienie. Jeno z tych dotkliwszych szarpnięć, nagle ni z
tego ni z owego przypomniało mu twarz Zenobii Małpeckiej i wtedy poczuł
się delikatnie mówiąc nieswojo. Jeszsss – zakwili l -... gdyby tylko
się dowiedziała.
Rozterki posła obserwował Damazy sączący pepsi –
colę kilka stolików dalej. Jednak potrzeba knucia i ukrycia
zdecydowanie przeważała w myślach parlamentarzysty. Mimo wszystko Anioł
ocenił sytuację jako sprzyjającą. Zapłacił za colę. Wychodząc westchnął
tylko cichutko w zachwycie nad klasyczną urodą Hilarego. Gdybym ja był
taki z pewnością zostałbym sekretarzem Szefa, albo, chociaż doradcą –
pomyślał i zaraz zganił się za tę słabość. Podążył do sztabu.
***
Eulalia posadzona przez Małpecką w fotelu typu vintage, ocierając chusteczką oczy kontynuowała opowieść.
-
I jak Marylka odumarła nam, to ja już nie wiedziałam co zrobić. Jeszcze
jak mi wreszcie tuż przed śmiercią prawdę powiedziała, kto jest ojciec
małej to jużem się całkiem zmartwiła bo un wielki pan, oj wielki.
Pojadem – pomyślałach – przecie matka mi prawili, ze nasz dziedzic też
dużo dzieciaków po wsi miał, ale każdenu jakiś grosz dał, czy i do
służby wzion. Ja przecie nie mam nic. Chałupę co się wali, ogródek,
emeryturę małą, a dzieciak potrzebuje. Coraz więcej.
- O w mordę –
jak zawsze skwitował Wewiór – Marylka? Zaraz. Ta Marylka? Która to w na
jesieni padół i babulewo nasze zostawiła wraz z Kasią malutką, córką?
-
Ano – potwierdziła Eulalia i w rozpacz większą znowu popadła – Matko
Chrzestna, do mnie powiedziała, przyjedźcie no, bo ja do szpitala
muszę, powiedziała. Ale żeby już nie wróciła.
- O w mordę -
powtórzył Wewiór – co to babulewo nasze na matki czyha jak Saddam na
amerykańskich żołnierzy? – tym razem pytanie skierowane było do
Damazego. Damazy zastanowił się przez chwilę. Rzeczywiście, choroba
Michaliny i losy Maryli jakoś zborne były niesłychanie i logiczne.
- O w mordę – zawołała Małpecka – jak to wasze babulewo?
-
Mmmmmoment...moment – powiedziało Prosię – rzecz całą zreasumować
należy. Wyciągnąć wnioski. Mmm....yślę, ba, ja w tym widzę jakiś
większy plan.
W tym momencie Damazy jakby zapadł w jakiś trans.
Potem przez chwilę wydawał z siebie dźwięki dziwne. Następnie
powiedział: „zabiję skurwysyna”. Uciszył zebranych i rzekł:
- Ja wam
powiem jak to widzę, o! Jestem dyplomowanym Aniołem Stróżem. W chwili
obecnej sprawuję kuratelę nad nieobecnym tu Franeczkiem - synem,
Michaliny i Jacka Mizerków zamieszkującym we wsi Kusyłapka, w okolicach
Szczecinka. W Kusyłapce zamieszkiwała też siostrzenica pani Eulalii
Maryla wraz ze swoją córką Kasią. Tak?
Anioł wziął głęboki oddech i kontynuował:
-
Nigdy nie wykazywałem gorliwości organizacyjnej. Nie realizowałem się
twórczo. Nie bawiły mnie honory, no i przede wszystkim lubiłem dzieci
toteż nie awansowałem. Byli jednak wśród nas i tacy, którzy mieli
ambicję. Jeden z nas, Meryton, na wszelkie sposoby próbował robić
karierę. Nie wychodziło mu to ani w sekcji malowania nieba, ani w
chórach anielskich. Opiekunem też był byle jakim. Widząc jak się męczy,
a głównie opieką nad dziećmi, postanowiłem mu pomóc. Przy okazji
jednego z przesłuchań do służby w niebiańskiej administracji
zaśpiewałem zamiast niego na eliminacjach. Okazało się, że był
najlepszy ze wszystkich altów. To znaczy ja byłem. Uzyskał stanowisko i
zniknął z mojego pola widzenia. A teraz wrócił. Jest taki starodawny
zwyczaj, że byłemu Aniołowi Stróżowi, nawet na wysokim stanowisku, raz
na jakiś wyznacza się podopiecznego. Tym razem kolesie Merytona
zawiedli. Wydawało im się, że jak dadzą mu pod opiekę dziecko byłej
modelki i posła to nie będzie z nim miał najmniejszych kłopotów. Tak
się zazwyczaj „ułatwia” kolegom pracę. Tym razem nie wyszło. Maryla –
była Miss Pomorza zmarła, a poseł o dziecku słuchać nie chciał. Meryton
został w sytuacji bez wyjścia. Sami wiecie, jak to jest opiekować się
sierotą, biedną, wychowywaną przez zaawansowaną wiekiem niewiastę.
Zaczął myśleć, jak to problem rozwiązać i przypomniał sobie o mnie.
Miał szczęście, że opiekuję się dzieciakiem z tej samej wsi. Dalej już
poszło z górki. Zamiast myśleć o adopcji, o zapewnieniu dzieciakowi
bytu, czy ratowaniu matki (pewnie o tym zapomniał w nawale obowiązków),
co mogło generować wiele przyszłych problemów, postanowił nawrócić
posła na właściwą drogę. I to jak zwykle cudzymi rękami. Zamiast
przyjść, pogadać i poprosić o pomoc uknuł tę intrygę z chorobą
Michaliny, i szukaniem jednego sprawiedliwego. Jednego był pewny.
Wiedział, ze zrobimy wszystko, żeby Michasię uratować.
- Moment – wtrąciła się Zenobia – to znaczy....
- To znaczy, że Meryton jest aniołem stróżem Kasi.
Eulalia
słuchała jak zaczarowana, dopiero teraz uświadomiła sobie, że Damazy
jest aniołem i jak siedziała tak zmartwiała, a potem osunęła się na
kolana.
- Nie teraz Pani Eulalio, nie teraz – powiedział nieco
zniecierpliwionym tonem Damazy podnosząc ją z kolan. - Teraz trzeba
pomyśleć jak Podszczypka usidlić i spowodować, żeby chciał się zająć
dzieckiem.
- O to już zadanie dla mnie – huknęła Zenobia i poruszyła burzą rudych włosów – wychodzę. Usłyszeli trzaśniecie drzwi.
- No chłopaki – pilnujcie Eulalii – rzucił. Zabieram Wewiórskiego. Wy tu!
- Taaa jest – odpowiedzieli Prosiak i Wyżliński.
- To ja może rosołku ugotuję - już całkiem trzeźwo zaproponowała Eulalia. Obiad za dwie godziny.
***
Rzecz
działa się tuż przed debatą. Zdenerwowany poseł Podszczypek kręcił się
nerwowo w swoim fotelu. Martwił się tysiącem rzeczy na raz i jakby
najmniej interesowały go losy ustawy. Dręczyło go przeczucie klęski. Po
raz pierwszy od początku swej oszałamiającej kariery dotkliwie odczuwał
posiadanie sumienia. Wydawało mu się, że już je zabił i stłamsił, a ono
jak na złość raz po raz przywoływało fragmenty ostatniej rozmowy z
Marylą. To było trzy lata temu:
- Nie usunę, chcę tego dziecka. Przecież damy sobie radę.
- Marylka, no pomyśl, a moja kariera, a twoja, a z czego będziemy żyli? - No pomyśl – argumentował nieporadnie.
Wtedy
zupełnie nie był w stanie wyobrazić sobie życia wśród pieluch, płaczu,
nieprzespanych nocy, przy boku grubej i rozhisteryzowanej żony. Dopiero
z biegiem czasu i pod wpływem środowisk, w których obecnie się obracał
zmienił światopogląd. Co prawda denerwowały go przegięcia i „ciumkanie”
nad bobasami i rodzinkami, ale wokół widział wielu szczęśliwców, którzy
mieli do czego wracać po pracy i którzy kochali te grube histeryczne
połowice.
Wtedy, po prostu trzasnął drzwiami i aż do wizyty matki
chrzestnej Maryli, nawet przez moment nie myślał o tym, co właściwie
stało się z nią i dzieckiem, które urodziła. Ach gdyby dało się cofnąć
czas. Zacisnął powieki.
Do ich otworzenia zmusił go łomot i stukot
wysokich obcasów oraz krzyki asystenta. Niczym ogień z niebios do biura
posła wtargnęła ubrana na czerwono, otoczona burzą płomiennych włosów i
z rozpalonymi policzkami Zenobia.
- Hilary – ty gnoju – wysapała ignorując powagę urzędu.
Wiedziała.
Oczyma wyobraźni zobaczył swój upadek, całą medialną i moralną sromotę.
Opuścił głowę. Podniósł. Wstał. Chciał walczyć, ale zrozumiał, że to
nie ma najmniejszego sensu.
- Hilary – jeszcze raz powtórzyła
Zenobia – mogłabym Cię zmiażdżyć jak robala, na co zresztą zasługujesz,
ale mam propozycję. Uratuję twój tyłek jeśli się otrząśniesz, zachowasz
jak człowiek i udzielisz mi wywiadu na wyłączność, chcesz poznać
szczegóły?
W serce Hilarego na moment rozbłysnęła iskierka nadziei.
- Słucham - powiedział drżącym głosem.
***
W
czasie obrad obowiązywała dyscyplina. Wszystkie miejsca na sali były
zajęte. Nawet ciężko chorzy postanowili przybyć, na co wskazywały
prychnięcia, kichnięcia i odgłosy czyszczenia nosów. Nie przeszkodził
również śnieg i mróz. Ważyły się bowiem losy ustawy, o którą walczyli
poseł Podszczypek wraz z całym ugrupowaniem. Szef partii rozparty w
sejmowej ławie niepokoił się nieco. Nigdzie nie było widać gwiazdy
medialnej i lidera.
- Gdzie jest do cholery ten Larek? – szepnął do partyjnego kolegi. Zaraz zacznie się dyskusja.
Marszałek
sejmu ogłosił porządek obrad. Wprawne oko przewodniczącego natychmiast
dostrzegło zadziwiający obrazek, otóż Podszczypek wszedł na salę w
towarzystwie wyraźnie czymś przejętej Małpeckiej. Zenobia machała
posłowi przed nosem palcem, a ten posłusznie, niby karcony chłopiec,
przytakiwał. W mężnym sercu przewodniczącego zakiełkował niepokój.
Potem wręcz panika. Dziennikarka poszła sobie wreszcie, a przygaszony
Podszczypek skierował się w stronę sejmowej trybuny.
***
Damazy
wykorzystał wszystkie swoje nadprzyrodzone zdolności i wpadł do sejmu
równo ze stuknięciem laski marszałka. Szybko odszukał Małpecką.
Przekazał jej depozyt, a potem pomknął na galerię dla publiczności.
Przedstawienie się zaczynało.
- Szanowne Panie Marszałku, Wysoka
Izbo, Koleżanki i Koledzy Posłowie – zaczął Hilary - Przypadł mi
dzisiaj zaszczyt przedstawienia ustawy służącej zaostrzeniu ochrony
życia poczętego. Zaszczyt, którego nie jestem godzien, bo....
Po sali przebiegł szmer niedowierzania. Przewodniczący partii otarł chustką spocone czoło.
-
…po pierwsze – kontynuował Podszczypek - kłamałem jak najęty gdyż
żadna, ale to żadna ustawa nie zmusi nikogo do miłości i
odpowiedzialności. To kwestia sumienia. Po drugie, sam jestem
przykładem ich braku.
Tym razem Marszałek musiał uciszać posłów zgromadzonych w sali energicznie stukając laską w podłogę.
-
Trzy lata temu porzuciłem matkę mojego dziecka. Żądałem aborcji – głos
posła załamywał się nieco. Ówczesna moja narzeczona nie uległa presji -
pomimo prostoty i prawnej dopuszczalności tego rozwiązania. Nie
potrzebowała ustawy do podjęcia właściwej decyzji. Została sama bez
żadnej pomocy. I beze mnie dały sobie radę. Niestety umarła. – przez
twarz posła przebiegł grymas – Jeszcze przed chwilą nie przyjmowałem do
wiadomości faktu, że powinienem się zająć moim dzieckiem i zrezygnować
z politycznej kariery. Przed chwilą, dopóki nie zobaczyłem mojej córki.
Kasi. Poseł zszedł na chwile z trybuny i podszedł do pobliskich drzwi.
Zgromadzeni
wstrzymali oddech. Poseł odchylił jedno ze skrzydeł i pochylił się. Po
chwili wrócił na mównicę trzymając na ręku dwuletnią, może,
dziewczynkę. Nikt nie miał wątpliwości, co do ojcostwa. Złote kędziory
i karminowe usta były jakby miniatura obrazu ojca.
- Eeeech -
westchnął poseł - i co tu dużo gadać – uśmiechnął się o zebranych.
Panie Marszałku, wysoka Izbo, rezygnuję z powodu ważniejszych spraw.
Obiecuję, że kłamać więcej nie będę. Myślę, że Państwo to zrozumiecie.
No i nie możemy spóźnić się na obiad – puścił oko do małej, na co ona
odpowiedziała szerokim uśmiechem.
Operator zaproszony przez
Zenobię kręcił to wszystko jak w transie. Uwaga! - krzyknął do
potarganej i rozemocjonowanej dziennikarki – zaraz mamy wejście.
***
W
mieszkaniu Małpeckiej właśnie zasiadano do obiecanego rosołu. Poseł
Podszczypek, a teraz po prostu Larek pocałował dwornie w rękę panią
Eulalię, a potem rozbeczał się jak dziecko i pociągał nosem jak
skrzywdzony chłopiec, gdy usłyszał: „Wiedziałam Tato, ze psyjedzies” –
Kasia już całkiem dobrze mówiła. Wyżliński, Wewiór i Prosiak jak
pełnoprawni członkowie rodziny siorbali rosół pod stołem i omawiali
żywo powrót do Kusyłapki. Umierali z niepokoju, bo zadanie zostało
wykonane, ale czy....? Brakowało Damazego i Zenobii, która natychmiast
po ognistej relacji z sejmu pobiegła przygotowywać swój wieczorny
program. Dziennikarka miała dziś super wywiad na wyłączność.
***
Babcia
Przybylańska, która przysnęła przy kołysce małej Basi, wzdrygnęła się
nagle i otworzyło oczy, bo jakby wiatr przez izbę przeleciał.
Popatrzyła chwilkę na śpiące dziecko, a potem w okno. Na niebie
rozbłysła właśnie pierwsza gwiazdka. I jakoś lżej się zrobiło Babce na
duszy, jakoś jaśniej. Potem poszła zajrzeć do Franka – dzieciak
uśmiechał się przez sen. Zaczął prószyć śnieg.
***
Damazy
siedział wygodnie w fotelu i po raz kolejny przebiegał wzrokiem
dokument otrzymany przed chwilą. Przy witrażowym oknie stał Meryton.
Tym razem zakłopotany i jakby nieco przestraszony. Przestraszony nagłą
nominacją na eksponowane stanowisko. Nominacja ta związana była z
daleką podróżą, aż za 7 niebo i całkowicie odcinała go od spraw
ziemskich. Pozbawiony został również kurateli nad podopieczną.
- Ekhem...Stary – zaczął niepewnie – czy jesteś hmm.... zadowolony?
- Słuchaj – odparł Damazy – czy ty wreszcie jesteś zadowolony?
- Przysięgam, już nigdy...
- Nigdy nie mów nigdy. Po prostu zachowuj się przyzwoicie. Jakby, co wiesz gdzie mnie znaleźć.
***
Pochylony
nad łóżkiem Michasi obserwowałem wszystkie te rurki, pikające i
migające maszyny i już prawie straciłem nadzieję, gdy nagle moja żona
otworzyła oczy. Gdy nasze spojrzenia spotkały się – zapytała całkiem
rzeczowo: ” Kto to jest Hilary?” Nie umiałem odpowiedzieć, ale to nie
miało najmniejszego znaczenia w poczuciu wszechogarniającego mnie
szczęścia.
***
Kamera pokazała zbliżenie twarzy dziennikarki
prowadzącej program. Przewodniczący właśnie w tym momencie włączył
telewizor. Spodziewając się Armagedonu uważnie słuchał. Obmyślał
strategię. Oj już mu się ta Małpecka dobierze do...ekm – nie dokończył
myśli. Się go wyrzuci, napiętnuje jako czarną owce w łonie, a potem się
zobaczy.
- Szanowni Państwo – Małpecka zwrócił się do publiczności –
nie zwykłam zaczynać swojego programu od jakichkolwiek komentarzy, ale
tym razem zrobię wyjątek. Moim gościem jest pan poseł - właściwie były
poseł – popatrzyła uważnie na gościa – Hilary Podszczypek. Człowiek,
który wzbudził mój głęboki szacunek swoją otwartą postawą. Jako
pierwszy od niepamiętnych czasów członek parlamentu, przyznał się
publicznie do kłamstwa i co więcej zamierza ponieść konsekwencję swoich
czynów. To rzecz niesłychana i nieprawdopodobna wręcz w dzisiejszej
polityce.
- Panie Pośle - zwróciła się do interlokutora – jakie były.......
Przewodniczący
już nie słuchał patrząc jak zaczarowany na tego idiotę Podszczypka
rozjaśnionego jakimś wewnętrznym blaskiem. Na tego idiotę Podszczypka –
pierwszego uczciwego polityka świętej RP, na tego idiotę, który akurat
musiał utkwić w jego partii.
Dlaczego, kurwa, ja? – pytał
retorycznie – przecież teraz uczciwego nie napiętnuję… Do dupy z tą
uczciwością, kapota. Co to za koalicjant, co w przypływie histerii jak
baba wyklepie wszystko. Powie o machlojkach, powie o romansach. Boże! A
jak to stanie się modne? Ożywi jakiś trynd? Jesteśmy skończeni – załkał
przewodniczący - Na amen.
V
Zaczynał
się grudniowy wieczór. Na białym obrusie leżały nakrycia, stały
tradycyjne potrawy. Sianko zostało schowane nieco głębiej. Prosiak
dostał już ze dwa razy ścierką od Babci Przybylańskiej za nieudolne
próby ściągnięcia go spod obrusa. Przy oknie wypatrując pierwszej
gwiazdki przepychały się dzieci i zwierzęta.
- O jest! Jest! - Darł się Franek.
- No co ty kolo, spoko loko luuuukam i nic - kłócił się Wewiór.
- Tak Franeczku – to chyba światła samolotu – eksperckim tonem korygował emocje młodzieży Wyżliński.
- Ttto może być s..pp...utnik – sugerował Prosiak.
-
To najprawdziwsza pierwsza gwiazdka – roześmiał się Damazy – osobiście
załatwiłem to z zarządzającym. Meryton zrobił się ostatnio bardzo
uczynny.
Nie była to ostatnia planowana na ten wieczór przez Damazego niespodzianka.
-
No to zasiadajmy - zaproponowałem. Michasia już wyciągał rękę w stronę
opłatka, kiedy dzieci zauważyły przez okno zbliżające się światła
samochodu. Z pojazdu, który zaparkował na podwórku wysiadły całkiem
nieznane mi osoby. No może tylko starsza pani wydała mi się jakoś
znajoma. Wytężyłem wzrok i rozpoznałem Eulalię, czasowo zamieszkującą w
Kusyłapce oraz – o mamo! – rudą gwiazdę najpopularniejszej w kraju
telewizji informacyjnej. Ale ci pozostali? A jeszcze szczur? Moje
wątpliwości, dotyczące identyfikacji rozwiały dobiegające z sieni:
radosny kwik, szczekanie i okrzyki Franka. Znaczy się nie byli to obcy.
Po
chwili nastąpiła uroczysta, ale dość ogólna prezentacja. Dopiero przy
stole, po złożeniu sobie życzeń i spałaszowaniu grzybowej goście
rozpoczęli opowieść. Nie powiem kilka razy przebiegły mnie dreszcze,
gdy uświadomiłem sobie, jakiej zawiłej intrygi byliśmy uczestnikami, a
poniekąd i ofiarami. Michasia przyglądała się z uśmiechem zgromadzonym.
Pani Eulalia, woźny sejmowy Maurycy, Podszczypek i Zenobia – widać
było, że teraz już sobie bardzo bliscy oraz Manfred wychwalali
wigilijne potrawy. Dzieci i zwierzęta buszujące pod choinką wzniecały
co chwila jakieś konflikty. Było głośno i wesoło. Jednak przez twarz
posła Podszczypka - teraz lidera nowo utworzonej, pozaparlamentarnej na
razie a przekraczającej już próg wyborczy, formacji Prawda Przede
Wszystkim – przebiegał cień – gdy patrzył na baraszkującą pod choinką
córeczkę. Dostrzegła to Michalina i nachylając się do posła szepnęła:
- Panie Hilary – ja ją tam spotkałam. Bardzo prosiła, żeby powiedzieć, że jest z Pana dumna i wszystko wybacza. Naprawdę.
Młody
mężczyzna spojrzał na Michasię z wdzięcznością. Wyczytał to już
wcześniej ze spojrzeń, córeczki, która gapiła się na niego czarnymi jak
węgiel oczami Maryli. Teraz jednak, jak nigdy potrzebował
potwierdzenia. Łzę płynącą po policzku posła dostrzegła tylko
adresatka, która z uśmiechem stała na mostku z dziecinnego obrazka.
Obok pęczniejąc z dumy tkwił Damazy. Pierwszy w historii anioł stróż,
któremu w dowód uznania przydzielono dwoje podopiecznych.