Poezja i proza - Portal Literacki  



Nowe recenzje


· NIEUGIĘTY, Millar Sam, Wydawnictwo Replika, recenzent: Stolarz Iwona
· APETYT NA JUTRO, Woźniak Agnieszka, Wydawnictwo Replika, recenzent: Błaszkowska Alina
· EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA, Schmitt Éric-Emmanuel, Wydawnictwo Literackie, recenzent: Solecki Tadeusz
· ZŁY WPŁYW, Campbell Ramsey, Wydawnictwo Replika, recenzent: Majewski Janusz
· TUNEL, Braver Gary, Wydawnictwo Replika, recenzent: Kwiatkowska Anita
· OSTATNIA NOC JEJ ŻYCIA, Jennings Maureen, Oficynka, recenzent: Cichowlas Robert
· KRÓLESTWO SPOKOJU, Ketchum Jack, Wydawnictwo Replika, recenzent: Majewski Janusz

[ RECENZJE ]

Online

Aktualnie jest 42 gość(ci) i 0 użytkownik(ów) online.

Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj

Epika: Widzenie bezoczne cz. II **
Wysłano dnia 16-09-2009 o godz. 08:23:24
Autor: wabigon

Część II


Z braku zajęć komandor zarządził od dzisiaj trzydziestoletnią sjestę. Rozwaliliśmy się w rozleniwiającym nas słońcu, na półprzezroczystej, drewnopodobnej mgle pokładu; tym razem w środkowej części arki, grupa mężczyzn tuż koło grupy kobiet. Ubiory naszych aur zmieniły się powoli w stroje plażowe, u wielu pań stanowczo zbyt skąpe jak na świat duchowy. Niektóre wektory, zarówno męskie, jak i damskie wzdychają nostalgicznie, pewnie do jakichś swoich wspomnień z materialnego świata.
Zerwała się lekka bryza. Ocean marszczy się miejscami. Pachnie solą, wiatrem i rybodziwami.
- Pierwszy raz widzę ocean – wzruszył się kokieteryjnie wektor mentalny jakiejś młodej nieboszczki – i to od razu widzę go duchowo; taka jestem szczęśliwa.
- Te głupie baby to zawsze cieszą się byle czym, przecież to morze jest nieprawdziwe, ani grama H2O – skomentował wektor kierowcy-alkoholika, odpowiedzialnego za moją nagłą przeprowadzkę do świata niematerialnego.
- Co za prymityw – oburzyła się mentalna pozostałość zachwyconej oceanem kobiety. Demonstracyjnie przekręciła się na swojej linii tyłem do byłego kierowcy i zaczęła nucić duchowo jakąś marynarską piosenkę. Fałszowała okropnie.
Przyjrzałem się dokładniej wektorowi mentalnemu mojego zabójcy, który został przed chwilą nazwany prymitywem; i rzeczywiście był on wyjątkowo krótki, miał wartość nominalną niewiele większą od zera. To był prawie skalar. Aż wstyd zawdzięczać takiemu komuś awans do sfery nieśmiertelnych.

*



Co prawda rzadko, ale jednak zdarza się, że rozmawiamy tu między sobą na różne tematy. Jedynie wektor zaciekłego ateisty ignoruje wszelkie nasze próby porozumienia.
- Nie ma was – neguje z uporem nasze fragmentaryczne istnienie – nie ma ani was, ani tego wszystkiego, co tu widzę. To tylko wytwory mojego umierającego, nie dotlenionego, a może już gnijącego mózgu. Umieram, pogrążam się w niebycie. Ale wiem dobrze, że nie ma życia po śmierci, nie ma Boga, ani żadnych zaświatów, to tylko moje ostatnie, śmiertelne omamy. Nie ma was ! Czy wy naprawdę nie potraficie tego zrozumieć ?
Faktycznie, nie potrafimy.

*

Podobnie jak pozostali współ-podróżnicy, myślałem za życia, że kiedy znajdę się już z tej drugiej strony, poznam odpowiedzi na wszystkie pytania, że otworzy się tu przed nami każda odwieczna tajemnica ducha i materii.
Niestety. Okazało się, że nie ma tutaj żadnych odpowiedzi, jest za to mnóstwo dodatkowych, skomplikowanych pytań, mnóstwo dziwnych, niezrozumiałych quasi-fizykochemicznych mechanizmów. W trakcie podróży rozrastają się wokół nas prawdziwe, gigantyczne labirynty nowych tajemnic.
Pomimo to, po wielomiesięcznej obserwacji otaczających nas stworów duchowych i przedmiotów niby-materialnych dochodzę powoli do pewnych, bardzo zresztą ogólnych, wniosków.
Na przykład, widoczne czasem na piaszczystych mieliznach, zasuszone i pokryte białym osadem niematerialnej istoty soli, truchła duchowe homoidów dwujaźniowych, naszych bezpośrednich, duchowych prototypów, wskazują moim zdaniem na to, że Zaświat i Przedświat, to ten sam obszar pozamaterialny.
Potwierdzają to mijające nas co kilka dni, płynące w przeciwnym kierunku arki wypełnione świeżutkimi, zupełnie nieukształtowanymi bytami, poukładanymi w becikach homo-schematów, z genotypami załączonymi na plastiko-podobnych przywieszkach.
Arki te są zawsze niższe od naszej. Zbliżając się do nas robią się też krótsze i węższe, a ich malejący przy spotkaniu do rozmiarów karłów, kapitanowie salutują naszemu Komandorowi z nieukrywanym lękiem.

*

Podkradłem się kiedyś do grupy kobiet, aby posłuchać o czym rozmawiają. Mówiły wszystkie, jedna przez drugą, nie słuchając najwyraźniej wypowiedzi innych niż swoje własne.
- A młode kartofelki, to tylko z koperkiem – sapał stary damski wektor o aurze tak starej, grubej i odpychającej, że wyglądała ona na nim, jak ropucha nadziana przez niegrzecznego chłopca na patyk.
- Och moja droga, jak on mnie kochał, często przez pół nocy nie dawał mi spać - mówiła inna, której aura była smukła, wiotka i tak pociągająca, że nawet w tym pozbawionym seksu Zaświecie mój wektor zesztywniał z wrażenia.
- Biegłam, biegłam, wskoczyłam do stawu, myślałam, że może uda mi się go uratować – zwierzała się jeszcze inna, a w oczach jej smutnej aury lśniły niematerialne łzy.
- Posiekana natka pietruszki to zupełnie co innego. Nic nie zastąpi świeżutkiego koperku na młodych kartofelkach – sapała stara.
- Nie uratowałam mojego syneczka, nie umiałam pływać i trafiłam do Zaświatu zaraz za nim. A tu go nie ma. Często widzę ryby, z jego dziecięcymi twarzyczkami w miejscu rybich pysków, ale to chyba jakieś fatamorgany. Wszystko tu takie pomieszane. A może to są dobre znaki ? Może mój maluszek płynie jakąś inną arką i spotkam go jak arki dopłyną do niewiadomego celu. Bez niego nieśmiertelność nie ma sensu – żaliła się smutna aura młodej matki.
- W dzień też nie dawał mi spokoju. Zaraz po powrocie z pracy zasłaniał okna i ciągnął mnie albo do łóżka, albo na dywan w salonie, na taki puszysty. Obiad jedliśmy dopiero potem, już zupełnie wystygły. Często razem z kolacją – zwierzała się młodziutka miss naszej arki. – A kraksę mieliśmy bo obmacywał mnie jedną ręką, prowadząc samochód stówą na zakrętach. On oczywiście przeżył.
- Do kartofelków obowiązkowo zsiadłe mleczko prosto z lodówki; lekko posolone. Och jak to źle, że tu nie można nic zjeść. Co to w ogóle za raj, bez jedzenia ?
To były tylko pozory rozmowy. Każda z nich mówiła swoją historię, nie zwracając uwagi na to, o czym mówią pozostałe. Jeśli nawet któraś przerwała na chwilę potok słów, dając czas rozmówczyni, to była to tylko grzeczność, krótkie udawanie słuchania, bo cudze historie żadnej z nich nie interesowały.
- Czy przez całą wieczność one będą tak gadały – pomyślałem – przecież nie można, przez niekończące się sekwencje tysiącleci przeżywać wciąż na nowo, swojego stosunkowo krótkiego, materialnego fragmentu istnienia.
Chyba nasz hojny w wielu aspektach Stwórca, w niczym mu nie ujmując, poskąpił jednak tym kilku kobietom rozumu. Do swoich podstawowych ról, też się tu one nie przydadzą.
W tej sytuacji nie wiem czy warto istnieć wiecznie. Muszę się nad tym zastanowić, chociaż i tak nie mam najprawdopodobniej wyboru. Skąd więc bierze się ten mój nieokreślony strach przed niebytem, który odczuwam prawie od początku podróży ? Przecież czy chcę, czy nie chcę, to i tak jestem nieśmiertelny. Niestety, cała ta przereklamowana nieśmiertelność zapowiada się jako dość nudna.
A jednak dziwny, niesprecyzowany strach nie opuszcza mnie od pierwszych miesięcy podróży. Trudno czasem zrozumieć samego siebie.

*

Niewyobrażalnie barwne są podwodne obszary Zaświatu. Nawet bez kolorów dodatkowych byłoby w nich niezwykle kolorowo, a kiedy jeszcze do możliwych w świecie materialnym syntez czerwieni, żółci i koloru niebieskiego, dochodzą kombinacje kolejnych kolorów podstawowych, nazwijmy je alficznym, betalnym i gammicznym, co daje już w sumie sześć kolorów podstawowych, to wynikowa ilość możliwych kombinacji, rośnie lawinowo.
O ile za ziemskiego życia, mocno sprawę upraszczając, mówiliśmy o tysiącach barw podwodnego świata, to tutaj należałoby mówić o milionach, a uproszczenie i tak będzie jeszcze większe.
Naprawdę niesamowite są barwy krabostworów, będące syntezami koloru alficznego z betalnym i z niewielkim dodatkiem czerwieni. Ta rodzina wynikowych barw ma całą gamę odmian i odcieni, zależnych od proporcji kolorów składowych i nadaje krabostworom tak niesamowite piękno, że nam, przybyszom z ubogiego w kolory, o czym tam nie wiedzieliśmy, świata materii, oczy wychodzą z aurycznych orbit.
Ale najbardziej zachwycają mnie rybostrzykwy, niestety bardzo rzadkie w wodach, przez które aktualnie płyniemy. Ich barwy są oparte na kolorze gammicznym z dodatkami innych kolorów podstawowych, co daje kombinacje tak różnorodne i niesamowite, że jako obserwator czuję się nimi oszołomiony.
Jedynie egochłony są pozbawione bogactwa kolorów. Ze swoimi długimi białymi ciałami sprawiają tu smutne wrażenie; do tego stopnia, że mógłbym się zgodzić z estetyką rdzennych Afrykańczyków, w ramach której kolor biały uważa się za żałobny.
Jednak po wielu tygodniach podróży, już chyba tylko ja jeden zwracam uwagę na piękno podwodnych obszarów. Kobiety zajęły się całkowicie swoimi niemądrymi jednostronnymi rozmowami, a mężczyźni po prostu się nudzą.
I tak mijają tu kolejne dni wieczności.

*

Niepotrzebnie bałem się kary za moje niezupełnie moralne, żeby nie powiedzieć, że zupełnie niemoralne życie. Niezupełnie moralne, czy zupełnie niemoralne, to w końcu niewielka różnica, drobna gra słów polegająca na przestawieniu słówka „nie” w inne miejsce. No i z takiego głupstwa, ze zwykłego przestawienia zaprzeczenia „nie” bierze się głupi lęk przed sądem ostatecznym w Zaświecie.
Bo muszę się przyznać, że chociaż nigdy nie byłem za bardzo wierzący, to jednak czasem, zwłaszcza po zakończeniu jakiegoś bardziej udanego grzechu, budził się we mnie strach przed karą. Jednak na kary się tu nie zanosi, żadne ognie piekielne mnie nie tu palą.
Ale chórów anielskich też nie słyszę. Wszędzie tylko pustka i cisza, nieskończone płaszczyzny wód lśniących w słońcu, czasem jakaś wyspa, albo kawałek lądu w oddali, a nad tym wszystkim słoneczne niebo. Widok jak po biblijnym potopie.
Nic złego się z nami nie dzieje, poza tym, że trochę tu nudno. Pewnie gdzieś w końcu dopłyniemy, ale czuję, że nie będzie to szybko. Może tam zacznie się coś dziać. Nie wierzę, żeby mnie ktoś wpakował do kotła z gorącą smołą. Absurd. A na anielskim śpiewaniu też mi nie zależy. Nigdy nie byłem melomanem, księgowi to ludzie konkretni.
Jednak pomimo coraz bardziej oczywistej nierealności kary za moje postępki w minionym materialnym świecie, nie mogę się pozbyć tego dziwnego niesprecyzowanego lęku, który czai się gdzieś na peryferiach mojej świadomości.

*

Któregoś dnia jedna z kobiet, niewysoka myszowata studentka, zaczęła przeraźliwie piszczeć. Jej aura pulsowała jak światło alarmu przeciw włamaniowego. Próbowaliśmy ją uspokoić, ale ona, nie zwracając na nas najmniejszej uwagi, piszczała godzina po godzinie. Zakłócała nam spokój nieustannej sjesty bez żadnego widocznego powodu. To był pisk dla samego pisku, a jednak nie wyglądało na to, żeby sprawiał jej przyjemność. Raczej ją to męczyło. Nas też, chociaż z pewnością mniej niż ją.
Już na początku podróży ta studentka wydawała mi się dziwna, jej wektor był niestabilny; w odróżnieniu od innych miał nieokreśloną długość. W trudny do wytłumaczenia sposób był jednocześnie bardzo długi i bardzo krótki. A odkąd zaczęła piszczeć, wektor zupełnie już nie miał długości. O ile wcześniej był długi i krótki zarazem, teraz dla odmiany, jednocześnie nie był, ani długi ani krótki. Ponieważ długość wektora obrazuje tu zawsze poziom intelektualny zmarłej osoby, wniesiony przez nią ze świata materialnego, zacząłem mieć dość oczywiste w tej sytuacji podejrzenia.
Czy ta dusza podróżująca przez Zaświat mogła zwariować?
Myślę, że tak. Przecież choroby psychiczne, to właśnie choroby ducha. Materia nic do tego nie ma.
Prawdopodobnie można tu zachorować na schizofrenię, paranoję, depresję, katatonię. Nie grożą nam natomiast świerzb, dżuma, grypa, czy ebola.
Ani oczywiście AIDS. Tylko co z tego ?

*

Ta wariatka piszczała godzinami, bez najmniejszych przerw. Materialne struny głosowe nigdy by takiego wysiłku nie wytrzymały. Duchowo piszczy się jednak dużo łatwiej.
No i niestety dużo głośniej. Odczuliśmy to wszyscy.
Nawet wektor zaciekłego ateisty zwrócił na nią uwagę, ale oczywiście zinterpretował sytuację po swojemu i zaczął powtarzać sam do siebie:
- To już słychać jak nadchodzi twój koniec Buber. Nadchodzi ze świstem. Koniec omamów, koniec umierania, koniec wszystkiego. Za chwilę już cię Buber nie będzie.
Po chwili zamilkł i od tej chwili tylko cicho popłakiwał; na tyle cicho, że pisk kobiety prawie zupełnie go zagłuszył.
W końcu Komandor zamknął ją w wielkiej pustej ładowni na śródokręciu i zabronił nam zbliżać się do bulajów. Nawet stamtąd słychać było jej rozpaczliwy, stłumiony pisk.

*

Nazajutrz rano, na arce panowała już cisza. Piszcząca kobieta znikła i nigdy więcej jej nie widzieliśmy; ani wektora, ani aury. Ani też nie słyszeliśmy jej pisku, oczywiście.
Myślę, że Komandor miał z tym wiele wspólnego. Jednak nikt nie odważył się go o nią zapytać, a wkrótce wszyscy o niej zapomnieli. Albo tylko tak udają. Nie chcą się narażać, tym bardziej, że nie wiedzą na co.
Duchy postępują zupełnie jak ludzie. Konformiści pozbawieni grama materii.
Koło południa zajrzałem przez bulaj do ładowni, w której jeszcze wczoraj wieczorem piszczała ta biedna kobieta. Było tam pusto jak przed jej uwięzieniem, tylko w kącie stało samotnie nieduże wiadro, wypełnione do połowy jakąś szarą papką.
Wydało mi się, że unosił się nad nim leciutki blady opar, czy jakaś bezkształtna resztka aury.

*

Podczas szklistych, jasnych poranków Zaświatu, kiedy wszystko jest niesłychanie wyraźne, nie mogę patrzeć zbyt długo na wielką, lśniącą powierzchnię otaczających nas wód; tych nieskończonych wód po których mozolnie, beznadziejnie sunie nasza arka. Ich obraz zawsze pęka w końcu, na wiele płaszczyzn; płaszczyzn o różnych odcieniach rozsrebrzonego błękitu; ustawionych pod różnymi kątami względem siebie przecinających się i przenikających wzajemnie; płaszczyzn autonomicznych w swoich obszarach, ale ograniczonych łamanymi liniami ostrych krawędzi; krawędzi ostrych jak brzegi wielkich odłamków stłuczonego lustra. Krawędzie te ranią moją świadomość, wywołują ból i lęk, odbierają mi możliwość spójnego myślenia.
Zamiast logicznego ciągu myśli, w mojej głowie pojawia się chaos pojedynczych słów, dokuczliwych wewnętrznych dźwięków i abstrakcyjnych, czy kubistycznych obrazów. Te wszystkie elementy nie wiążą się ze sobą, ani logiką, ani nawet żadną postrzegalną konsekwencją.
Coraz wyraźniejsze stają się syndromy rozpadu.
Zamykam wtedy duchowo oczy, skupiam się w ich mroku, i kiedy po chwili na nowo je otwieram, widzę przez jakiś czas uporządkowany, prawie jakby materialny, obraz Zaświatu; obraz o logice przestrzennej, do której przyzwyczaiłem się jeszcze za życia.
Nic nie jest proste w tych onirycznych, duchowych przestrzeniach i momentami trzeba wielkiego wysiłku świadomości, aby utrzymać elementarny porządek otoczenia, zachować spójność obrazów, zapachów i dźwięków. Inaczej wszystko zaczyna mieszać i się rozpadać.
Utrzymanie Zaświatu w całości, w granicach praw i mechanizmów jakiejś powierzchownej przynajmniej logiki, jest najtrudniejsze w tych chwilach, kiedy moje istnienie osuwa się w okolicę minimów charakteryzującej je sinusoidy.
Nawet, prosty na pozór, obraz rozległej płaszczyzny spokojnych pustych wód Zaświatu ma swoje złożone, ukryte struktury, pełne alogicznych związków, tajemnych znaczeń i zawiłych zakamarków.
Nic nie jest łatwe na niezrozumiałych krawędziach naszego istnienia.

*

W trzy czy cztery miesiące po zniknięciu wyjącej kobiety, dwie mentalne pozostałości mężczyzn, które od tamtego wydarzenia, kryjąc się po kątach arki, ciągle szeptały między sobą, wtargnęły pod nieobecność Komandora do budki sterowej, zamknęły się w niej od wewnątrz i próbowały zawrócić arkę w drogę powrotną.
Jednak gwałtowne ruchy koła sterowego, obudziły nie zauważonego przez zbuntowane wektory warana, śpiącego w niszy za sterem, i potwór przepędził intruzów na pokład.
Komandor zjawił się w chwilę później, jakby wiedział już o wszystkim co się wydarzyło i zamknął buntowników w zakratowanej kajucie na rufie. Powiedział nam, żeby nikt, nigdy więcej nie ważył się takich rzeczy próbować, bo podobnie jak te dwa indywidua, spędzi resztę podróży w zamknięciu.
I tyle. Niczego, ponad to co powiedział, nie zamierzał nam wyjaśniać. Nikt z obecnych nie ujął się za uwięzionymi.
W Zaświecie, zupełnie jak w świecie materialnym, każdy myśli tylko o sobie. Egoizm jest trwalszy od życia materialnego.
Ponieważ warany nie umieją mówić, a są zbyt prymitywne na przekaz telepatyczny, domyśliłem się, że ktoś z nas, zmarłych doniósł o wszystkim Komandorowi.
Jeśli ja zdecyduję się złamać zakazy naszego nadzorcy, to będę działał dyskretnie i indywidualnie.
Zabawne. Nawet duchom zmarłych nie można tu wierzyć.

*

Komandor musiał zauważyć moje zainteresowanie strukturą Zaświatu, a może raczej wsłuchał się w moje myśli, bo w pewnym momencie podszedł do mnie, wyraźnie zirytowany i powiedział, że nie mam co dumać nad przyczyną otaczającego nas bałaganu. Aktualny stan, zalanego potopem Zaświatu, wynika bowiem, jak mnie zapewnił, z tego, że zawiedziony efektami swojej pracy Kreator już dawno odszedł na zawsze w zupełnie inne, przyjemniejsze czasoprzestrzenie.
- Ja, chociaż pracuję tu prawie od początku, to nawet nie zdążyłem go spotkać – powiedział – ani Stwórcy, ani jego hipotetycznej antytezy.
- No i teraz już nikt tu nie rządzi – dodał po chwili, przyglądając mi się uważnie.
Od tego momentu zacząłem podejrzewać, że to właśnie pozbawiony mocy stwórczej Komandor przejął bezpańską władzę. Zacząłem powoli rozumieć bezlitosny mechanizm osieroconych zaświatów.

*

Po wielu tygodniach rozmyślań, stało się dla mnie jasne, że kiedy zabrakło tu mocy i umiejętności kreowania nowego materiału duchowego na byty mentalne, niezbędne do ożywiania nowonarodzonych stworów materialnych, zaczęto po prostu wykorzystywać do tworzenia nowych dusz powracający ze świata materialnego, pełen nadziei na wieczną, rajską szczęśliwość, używany materiał duchowy.
Nie spotkamy więc tu niestety, żadnych naszych przodków, zmarłych wcześniej sąsiadów, ani znajomych. Ta smutna matka nigdy nie odnajdzie swojego synka, za którym tu podążyła.
Niewątpliwie, po przymusowej skalaryzacji powracających wektorów mentalnych, lub inaczej mówiąc, po ich pełnym odmóżdżeniu, czy jeszcze dokładniej, po ich deauryzacji i dememoryzacji, poszczególne jednostki mentalne zostają rozdrobnione na papkę i wymieszane z masą innych zmielonych osobowości.
Pozwala to, tak jak produkuje się czysty papier z makulatury najpiękniejszych nawet ksiąg, uzyskiwać tu jałowy materiał duchowy, na którym można zapisywać, czy hodować, nowe nie skażone żadną pamięcią, ani osobowością zarodki mentalne przeznaczone na wkłady duchowe do ciągle, pomimo antykoncepcji, powstających na Ziemi nowych stworów materialnych.
To oburzające. Przecież wszystkie religie obiecywały przetrwanie ludzkich dusz. A tu, aby utrzymać produkcję nowych jednostek mentalnych łamie się podstępnie tą odwieczną obietnicę.
Wszystko w imię ciągłości produkcji nowych stworów z ożywionej materii ! Bezsens!
Tak sprecyzował się mój lęk narastający w trakcie podróży.

c.d. (chyba jednak) n.
Czytaj
Tekst lubią:

 
Logowanie/Założenie konta | liczba komentarzy: 23 | Szukaj

Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować

Re: Widzenie bezoczne cz. II /opowiadanie/ ?
przez ecz dnia 16-09-2009 o godz. 10:57:29
Dobre, dobre (uśmiałam się przy ateiście ;)) i czekam nieciepliwie na ciąg dalszy. Może by ktoś w końcu jednak wyskoczył do tej wody?
I jedno zastrzeżenie mam - do tych wszystkich religii. No bo chyba jednak nie wszystkie. Chyba, że chodzi konkretnie o to rozdrabnianie i mieszanie, to wtedy może i tak.
Pozdrawiam




Re: Widzenie bezoczne cz. II /opowiadanie/ ?
przez tsole dnia 16-09-2009 o godz. 11:44:15 http://www.tsole.prv.pl http://tsole.salon24.pl/ http://tsole.nowyekran.pl/
No i zmusza nas Autor do postulowania zielonej i niebieskiej gwiazdki! Muszę wyznać że porcja humoru w tej części zaskoczyła mnie (ani mile ani niemile, po prostu neutralnie). Natomiast wplątanie w akcję Bubera wręcz mnie rozanieliło :))
Mówiłem już wcześniej o imponującej wyobraźni i znajduje to potwierdzenie w tej partii tekstu. A koncept zawarty w ostatnich akapitach - mniam - genialny!
Gdybym się miał czepiać konkretów, wskazałbym na epizod z waranem - ryzykowne jest przypuszczenie, że jeśli waran nie umie mówić ani telepatować, to znaczy że ktoś doniósł. Bohater nie rozumie przecież tego świata, z drugiej strony jest wnikliwym i bystrym obserwatorem (za bystrym jak na szarego księgowego:)), lubi wyciągać wnioski ze swych obserwacji i stawiać hipotezy, mógłby dopuścić tę możliwość, że relacje dotyczące Komandora z waranami mogą mieć inną naturę. Ja rozumiem, że lansujesz tezę, że egoizm i podłość będą się ciągnąć za nami w zaświaty jak przysłowiowy smród w gaciach - ale czemu zaraz po trupach do celu :)
Więc - jako się rzekło - zamawiam (panie kelner) - jedna czerwona, jedna zielona i jedna niebieska!
Pozdrawiam



Re: Widzenie bezoczne cz. II /opowiadanie/ ?
przez Anonimus dnia 16-09-2009 o godz. 12:03:41
Postuluję do autora o mniejszą gorliwość w spłaszczaniu głównego bohatera opowieści z zaświatów. Fajnie byłoby się z nim identyfikować we własnej ciekawości świata po śmierci, a takie identyfikowanie utrudnia w niektórych momentach ten księgowy infantylizm:-)
Księgowy nie musi być przecież takim ignorantem.
Daj mu szansę na odrobinę więcej wrażliwości i ostrożności w wyciąganiu wniosków.

Wprowadzenie wektorów mentalnych których świadomość pachnie smarami Fabryki jest świetnym zabiegiem, mam nadzieję, że będzie rozwinięty :-)
Podobnie świetnym pomysłem jest postać ateisty - wyczuwam tu potencjał na fajne sytuacje :-)
Ciekawy jestem następnych części :-)

umor.



Re: Widzenie bezoczne cz. II /opowiadanie/ ?
przez ElminCrudo dnia 16-09-2009 o godz. 19:18:41
Na początek o Słońcu i wodzie.
---------
O Słońcu :

Cz. I
"Chcąc poleżeć w słońcu na niskich, pochyłych dachach ładowni, ustawiamy nasze linie działania tuż nad nimi, równolegle do nich i odpoczywamy jak szaszłyki na patykach."
cz. II
"Rozwaliliśmy się w rozleniwiającym nas słońcu, na półprzezroczystej, drewnopodobnej mgle pokładu; ...."

Chyba się rozszaszłyczyli? -:)

Jak może wyglądać "rozwalony " wektor rozleniwiony przez słońce w zaświatach?
Taki wektor ma prawo wyglądać mo-mentalnie opalizująco. *)

---------

O wodzie :

Cz. II
"...przecież to morze jest nieprawdziwe, ani grama H2O ..."
Cz. I
" Dwa ciepłe światła, kołysząc się, płyną po czarnej tafli otaczającej nas idei wody, wydającej się nam zupełnie materialną, gęstą i tłustą jak smoła."

* jeżeli padają takie stwierdzenia, a mają prawo paść w świecie niematerialnym, ma prawo występować wizja, złudzenie pokonywania morza, które morzem nie jest, to wszystkie zdania mówiące o tym, że podróżnicy płyną wodami - należy przemyśleć

* odnosi się to zarówno do cz.I, jak i do cz.II
* w obu częściach zbyt często występują opisy typowe dla przemierzania wód, ale oni nie przmierzają wód, więc zdanie się na słownictwo typowe dla opisu mórz, oceanów rodzi pytanie: czy nie zabrakło słów, wyobraźni do nazywania?

żeby nie być gołosłowną podaję przykłady:

Cytaty z cz.I
- "Pogoda jest tu dość słoneczna, morze spokojne."
- "Jest niebo, słońce, nasza arka i woda wokół nas; bardzo dużo wody."
- "Morze pod nami jest przezroczyste aż do odległego dna. "
- "... im głębiej nasza arka zagłębia się w wieczność, w ten spokojny, pogodny bezkres oceanu nieśmiertelności, którego niematerialnych, lśniących w słońcu wód nie marszczy najmniejsza nawet fala."
- "Pogodne majolikowe przestrzenie nieba nad nami są lekko przykurzone i pocięte siecią drobnych pęknięć, a nad linią horyzontu zwisają gdzieniegdzie ogromne pajęczyny poruszane powiewami wiatru."
- "Płomienie lamp odbijają się w czarnej wodzie zaświatów, ich drżące odbicia suną obok nas aż do świtu."
- "Ale aby doczekać świtu, trzeba długo płynąć poprzez noc, w której dwa światła, dziobowe i rufowe oraz ich odbicia na wodzie, ...."

* W tej pierwszej części zaledwie chyba raz zostaje powiedziane, iż nie jest to woda, co za tym idzie, nie płyną po morskich falach.
Dysproporcja między tym jednym zdaniem, zdaniem mówiącym o tym, że w niematerialnym świecie nie ma wody, i nie płyną po morzu - duża!

* Zarówno w cz.I jak i w cz.II drugiej pojawia się wiele słów, bądących opisami wody.
Dlaczego autor nie wprowadza nowych pojęć np.
- niby-woda
- cieczopodobna substancja
- ciekła wizja
- bezmiar cieklisty
?
Wydaje mi się, że należy jednak co jakiś podkreślać fakt, że znajdują się w bezkresie, że płyną po powierzchni bezmiaru hologramującego złudzenie cieczy.

Na dwie części po dwa zdania mówiące o tym, że nie płyną po morzu, że nie woda ich otacza - to za mało, tym bardziej, że reszta opisów, których jest sporo, wraca do "wody" i tylko wody.
------

Teraz o nieboszczyku księgowym, przy czym mam pietra, bo o nieboszczykach wolno dużo, pod warunkiem, że dobrze.

Im bardziej poznaję wartość wektora mentalnego, czyli im więcej wiem o podmiocie, tym - momentami, przy czytaniu pewnych fragmentów - mniej mnie przyjmuje fakt, że może on zostać "wyjałowioną papką".

Zaczyna natomiast martwić, to, że :
- w nadpsowanym, niematerialnym przednieistnieniu,
- w tym magazynie przyszłych składowych z obecnych aurodusz, by...
- by z odzyskanego uczynić niematerialność wyjściową dla przyszłych bytów świadomych materialnego, ziemskiego świata,

otóż

- może się zdarzyć fuszerka, i
- i wektor mentalny byłego księgowego nie zostanie wyjałowiony należycie oraz po uczciwości bożej do cna.

Gdyby stało się właśnie tak, że przy wyjaławianiu popełnią bubel, to ów "męski niebyt po ziemskim bycie" nie przyda się nawet do podstawowej roli, czyli - jako niematerialny materiał z odzysku.
Zaliczy kosz, mimo, że wierszem zapowiadał się nieźle, a po cz.I w najgorszym wypadku zasłużył w kilku miejscach na wiaderko w ładowni. I o!

Ja rozumiem, że w nadpsowanym nieświecie są defekty wymiarów, jasne, ale one dotyczyły chyba spłaszczania się niemorskich jakbygłębi, i myślałam, że na prawiepamiętanie wektorów defekty nie się przenosiły aż tak. No, ale...

Jesteś pewny, że ten księgowy nie żyje? Bo jest taki moment w tekście, w którym wyraźnie odżył. A może nie, bo w rezultacie dosztywniał bardziej. Eh.

Być może zarzucisz mi w tej chwili solidarność jajników, więc na zapas odpowiem - owszem, czytając poczułam się kilkakroć nie bardzo.
Najgorzej w tym miejscu:
" Chyba nasz hojny w wielu aspektach Stwórca, w niczym mu nie ujmując, poskąpił jednak tym kilku kobietom rozumu. Do swoich podstawowych ról, też się tu one nie przydadzą. "

Od niebezpiecznej granicy dzieli ten fragment jedynie słowo "kilku". Jeśli spojrzeć na całość od tej strony, to w obu częściach za wiele jest "używania sobie", do przedobrzenia już tylko krok.
Zawsze można napisać, że ten były księgowy ma takie spojrzenie,że to w nim majączą i dochodzą do głosu porażki, ziemskie, złe doświadczenia.
Fakt. Faktem jest także to, że możesz zubożyć, spłaszczyć postać, przerysować ją w nieciekawą stronę - wybór należy do autora.


-------

Zauważam dwa minusy:
1 - rozpoznawalność imienna nie służy tekstom, takie jest moje zdanie. Chyba, że założeniem jest opowieść satyryczna, bawiącą określone grono, zawężająca krąg czytelników zorientowanych, co do całości przekazu - i wtedy ja jako czytelnik zostawiający tu swoje komentarze wypadam z gry, nie piszę się na to.
2 - główna postać okrojona z takiego spojrzenia, jakie zapowiada ciekawą lekturę na dłużej - niektóre jej wypowiedzi są zjadliwym zauważalstwem przywiązanego do jądrzenia się ziemianina.

---------
Zauważam dużo plusów, wymienię tylko trzy, te, które uważam za najważniejsze:
1 - pomysł - wyróżnia się, bo jest to bardzo ciekawe wyobrażenie bytu po śmierci, odczytuję jako próbę odpowiedzi na pytania: gdzie podziewają się myśli, czy myśl umiera wraz z ciałem?
2 - ładne opisy [ z drobnymi potknięciami, więc nic to, więc ładne] - pokazanie, jak może wyglądać inna rzeczywistość, jak daleko odbiegać od spodziewanej,
3 - umiejętność przyciągania uwagi i zatrzymania czytelnika.


Pozdrawiam
Elm



Re: Widzenie bezoczne cz. II /opowiadanie/ ?
przez ajszyna dnia 17-09-2009 o godz. 09:32:46
No i tak żeglujemy sobie w kierunku antyutopii reinkarnacji.
Ale ja chwilę zastanawiałem się nad fizyką Zaświatu. Z pierwszej części wiadomo skądinąd, że widzialność bezoczna jest nieograniczona - morze widać do samego dna. W takim razie czemu nie widać (do dna) w innych kierunkach. Co jest na końcu tej podróży która przypomina przesuwanie się po taśmie wzdłuż krajobrazu? Tak w sumie istotne wydaje się pytanie dlaczego niebo jest niebieskie? Powinno być przezroczyste!
Autor kilkukrotnie pisał o płaszczyźnie morza. Ale to nie jest płaszczyzna! W pierwszej części przynajmniej raz pojawiła się wzmianka o horyzoncie. A poza tym jest jeszcze zjawisko dni i nocy. Stąd wydaje mi się, że przestrzeń po której poruszają się wektory powinna być np. kulą albo sferą albo płaszczyzną torusa, w każdym razie jakąś figurą zamkniętą. A skoro tak to można wrócić do punktu wyjścia wcale nie zawracając, ale płynąc cały czas w jednym kierunku. Poza tym czy wektory nie muszą co jakiś czas korygować swojego ruchu ze względu na krzywiznę tej domniemanej przestrzeni. Inaczej same od siebie opuściłyby arkę, czego im przecież nie wolno. Grawitacja z definicji tyczy tylko zjawisk materialnych!
Jest jeszcze kwestia widma. Z pierwszej części wynika, że dodatkowe kolory są składowymi światła białego, po przeczytaniu drugiej części mam jednak wrażenie, że to widmo zostaje rozszerzone o zakres niewidzialny dla ludzkiego (nie-mentalnego) oka, czyli dajmy na to promienie alfa, beta, gamma, itp.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że takie dociekania są czysto teoretyczne, ponieważ trudno w takiej fikcji oddzielić prawdę od metafory, nie mniej jednak poddaję je Autorowi pod rozwagę. I czytam dalej z zaciekawieniem.



Re: Widzenie bezoczne cz. II /opowiadanie/ **
przez sleepyhead dnia 18-09-2009 o godz. 21:32:37
Jestem trochę zaskoczona... Chyba nie takiego ciągu dalszego się spodziewałam. Nie będę się tu czepiać wymierności czasu, materiałów, itd., bo ludzki umysł nawet wyzwolony z materii pewnie nadal ma tendencję do nazywania, ujmowania w ziemskie ramy - może potrzebuje (nie)czasu, żeby się z tych ram wyrwać ;)
Co mnie natomiast zaskoczyło to fakt, że w tej części poszedłeś w obyczajowość, a chwilami nawet komedię. W poprzedniej części były tego sygnały, ale miałam wrażenie, że nastrój oniryczności i metafizyki dominuje. Tu niebezpiecznie zaczyna się przechylać w tę drugą stronę... Może uznałeś, że nie dałoby się tego "nieziemskiego" nastroju utrzymać przez całą długą nowelę, nie zamęczając przy tym czytelnika?
Nadal jest ciekawie, niekiedy porywająco, ale niedosyt pozostał ;)




Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2011 poczta małpiatka portalliteracki.pl
Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione.


Reklama w Portalu Literackim