Poezja i proza - Portal Literacki  



Nowe recenzje


· GRZECHY JOANNY, Marat Joanna, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła
· ZŁOCISTA DOLINA, Walczak J. Iwona, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła
· MASTERTON. OPOWIADANIA. TWARZĄ W TWARZ Z PISARZEM, Masterton Graham. Cichowlas Robert, Pocztarek Piotr, Albatros, recenzent: Lipski Bartosz
· SATYNOWY MAGIK, Łysiak Waldemar, Wydawnictwo Nobilis, recenzent: Solecki Tadeusz
· NIEUGIĘTY, Millar Sam, Wydawnictwo Replika, recenzent: Stolarz Iwona
· APETYT NA JUTRO, Woźniak Agnieszka, Wydawnictwo Replika, recenzent: Błaszkowska Alina
· EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA, Schmitt Éric-Emmanuel, Wydawnictwo Literackie, recenzent: Solecki Tadeusz

[ RECENZJE ]

Online

Aktualnie jest 23 gość(ci) i 5 użytkownik(ów) online.

Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj

Epika: Widzenie bezoczne cz. III **
Wysłano dnia 23-09-2009 o godz. 06:55:51
Autor: Wabigon

 Część III


Jeżeli zdarzy mi się tu czasem, najczęściej w połowie nocy, zasnąć, to budzę się zaraz po wschodzie słońca, kiedy wisi ono, przymglone, nisko nad linią horyzontu, tuż nad swoim ogromnym, spokojnym odbiciem. Wydaje się wtedy, że stoimy w bezruchu zagubieni w monotonnej wieczności wód nie skażonych najmniejszą nawet falą, nieważni, nieczuli i nieśmiertelni.
Mdły i słonawy jest smak tej naszej nieśmiertelności, nie dzieje się prawie nic, trwa wieczna sjesta, czas nie płynie, ale stoi w miejscu, pusty jak tarcza zegara bez wskazówek.
O poranku moja egzystencja niebezpiecznie zbliża się do stanów minimalnych jej hipotetycznego wykresu. Jestem otępiały, odrętwiały, obojętny na wszystko; chciałbym w takich chwilach umrzeć, ale zupełnie nie wiem jak. Niestety, chyba jest to tutaj niemożliwe. Raz stworzony materiał duchowy, może podlegać przemianom, podziałom, łączeniom, ale już na wieczność pozostaje niezniszczalny. Można na nim jak na powierzchni karty papieru rysować różne kompozycje mentalne, potem ścierać je całkowicie i rysować nowe świadomości, ale sama karta pozostaje niezniszczalna. Jeśli stary obraz nie zostanie dokładnie usunięty, nowa osoba ma mylne wrażenie swojej reinkarnacji, a co najmniej napotyka w sobie strzępy wspomnień z innego życia.
Myślę o tym wszystkim siedząc oparty o półprzezroczystą nadbudówkę, a wokół naszej arki rozciągają się nieskończone płaszczyzny wód, lśniące o poranku jak rozlana rtęć, odbijające spękane majolikowe niebo, pojedyncze sunące obłoki, a czasem szare plamy miejsc, gdzie z dawno nie odnawianego nieboskłonu wysublimowały gdzieś fragmenty niebieskich przestrzeni, ukazując głębokie szare wżery nicości.
Wychylając się poza burtę przeglądam się czasem w morskiej powierzchni jak w lustrze i nie mogę się nadziwić, że będąc wektorem mentalnym pozbawionym nawet śladu materii widzę zawsze, nie żadną aurę, ale swoje materialne, ludzkie odbicie, do którego jestem, po prawie sześćdziesięciu latach życia w świecie materii, tak mocno przyzwyczajony. Natomiast jeśli wychylę się obok któregoś z wektorów-współpodróżników, chcąc zobaczyć jego odbicie, widzę tylko puste lustro wody. Nie ma odbicia, dobrze już znajomego po miesiącach wspólnej podróży wektora, ani jego aury.
Jestem pewien, że każdy z nas widzi tylko swoje odbicia. Nikt poza mną nie widzi więc odbić mojego wektora, ani mojej aury. Ale przecież widzimy się nawzajem, słyszymy swoje głosy, czasem nawet ze sobą rozmawiamy. Nikt z nas nie ma też tu swojego cienia. Owszem wędrują czasem po pokładzie cienie jakichś postaci, ale nie są to cienie nikogo z nas, żyją one swoim niezależnym złudzeniem życia, oderwanym zupełnie od wydarzeń tego Zaświatu. Słyszymy też jak niematerialne fale biją o burty arki, chociaż te odgłosy nie są zgodne z widzianymi przez nas uderzeniami fal. Czujemy zapachy, ciepło słońca, wiatr. Czujemy nawet ból, kiedy sunąc za szybko po linii działania zdarzy się nam zawadzić o niematerialny kant nadbudówki. Jednak nawet ten ból uderzenia przychodzi czasem spóźniony, a czasem uprzedza samo uderzenie. Zadaję więc sobie logicznie nasuwające się pytanie, w jakim stopniu jeszcze tu istniejemy, a w jakim już nigdzie nas niema.



Pomimo tej lśniącej, stalowej, zupełnej nieprzezroczystości wodnych płaszczyzn o poranku, widzę wszystko co jest w głębinach, aż do piaszczystego morskiego dna. Tak! Widzę wyraźnie przez to, co jest nieprzezroczyste. Za życia nie potrafiłbym chyba nawet wyobrazić sobie takiej widzialności, a tu odbieram ją jako coś bardzo naturalnego.
Duchowo, a więc bez ograniczeń wynikających z materialnej istoty oczu, widzi się wszystko inaczej, głębiej.
Morze staje się dla mnie naprawdę nieprzezroczyste dopiero kiedy zapada zmrok. Dzieje się to powoli, widzialność spada stopniowo, tak jakby Zaświat przestawał istnieć. Zawieszane przez komandora lampy naftowe niewiele tu pomagają.
Ponieważ wieczorami moja egzystencja zbliża się do stanów maksymalnych, czuję zazwyczaj przeraźliwy strach przed duchową śmiercią i bolesną tęsknotę za utraconym istnieniem materialnym. Trudno mi wtedy zasnąć, a każda myśl wydaje się ostatnią. Jednak nawet w chwilach największej tęsknoty za minionym życiem nie opuszcza mnie świadomość, że w miarę trwania podróży, coraz mniej z materialnych czasów pamiętam, coraz mniej odnajduję we wspomnieniach osób, zdarzeń i uczuć, które je wypełniały i czyniły tamto istnienie moim własnym. Zaczyna mnie to niepokoić. Nieubłagana jest ta jednokierunkowość wieczności.

Brakuje mi tu kogoś bliskiego, nawet tej mojej nigdy nie kochanej żony z którą toczyliśmy wieczne, zawoalowane poprawnością wojny. Mój ziemski, czysto użytkowy stosunek do kobiet, stracił tu sens, a w jego miejsce pojawiło się coś zupełnie innego, coś co jest tu bardzo na miejscu, bo pasuje do świata duchowego, a na co jednak jest już zdecydowanie za późno. No cóż, widać nawet po śmierci można zaskakiwać samego siebie.

Wiem już niestety, że w Zaświecie nikogo bliskiego nie spotkam, obojętni mi współpasażerowie to najprawdopodobniej ostatnie osoby, które w dziwaczny sposób widzę. Nie mogę się jednak tak zupełnie poddawać, może jest jeszcze dla mnie jakaś szansa. Widzę ją w tym, że przejrzałem perfidny plan połączenia naszej indywidualnej śmierci z nieśmiertelnością materiału duchowego z którego jesteśmy zbudowani.

*

Rozumiejąc już co ma się ze mną stać nie mogłem biernie czekać na przemiał mojej osobowości, musiałem w końcu podjąć walkę o jej przetrwanie. Moja pamięć, moja dusza, moja mniej czy bardziej ciekawa, ale moja własna i jedyna w swoim kształcie osobowość, nie mogą zostać unicestwione.
Kiedy w parę tygodni po odkryciu przeze mnie sekretu cyrkulacji, czy raczej recyklingu materiału duchowego, mijaliśmy kolejną arkę załadowaną bytami przednarodzeniowmi, ja, będąc akurat w maksimum charakteryzującej moje tu istnienie sinusoidy, podjąłem próbę ratowania się przed przemiałem na podglebie do hodowli nowobytów.
Trwała akurat szara godzina, cichy przedsionek zmroku. Przestrzenie nad wodami gęstniały, obraz podwodnego świata szarzał i rozmywał się w natłoku cieni.
Wykorzystując moment zatrzymania obu arek dla rozmowy naszego Komandora ze skarlałym ze strachu kapitanem, ignorując oburzone spojrzenia współpodróżnych, szybko ukierunkowałem linię działania mojego wektora na arkę nienarodzonych i prześliznąłem się na nią, ponad parometrowym pasem wody.
Niezauważony przez zajętych rozmową nadzorców obu arek wcisnąłem się w jeden z homoschematów transportowanych do strefy pośredniej, będącej miejscem transplantacji ducha w materię.
Robiąc dla siebie miejsce w nowym homoschemacie, bez skrupułów wypchnąłem z niego świeżutki, różowy, nie uformowany jeszcze byt mentalny. Wpadł do ciemniejącej z minuty na minutę wody i z cichym kwileniem opadł między homolongi, krabostwory i rybodziwy. Szybko pokryła go warstwa białych egochłonów pożerających tu wszelkie duchowe byty, które są jeszcze zbyt świeże i nieukształtowane osobowo, aby umiały obronić się siłą woli i chęcią istnienia.
Rozumiałem już wtedy w jakim celu cyklopo-podobni rybacy łowią egochłony. Te odżywiające się drobnymi resztkami duchowymi robalo-śledzie, są z pewnością patroszone, a mentalny materiał, który udało im się zgromadzić, jak fokom tłuszcz przed zimą, wzbogaca papkę niezbędną dla produkcji zarodków nowych osobowości.
Warto było obserwować Zaświat i wyciągać wnioski.
Dzięki temu, z moją wydedukowaną i potwierdzoną kolejnymi faktami wiedzą o Za i Przed Świecie będę mógł przez całą wieczność krążyć pomiędzy światami ducha i materii, osiągając w ten sposób prawdziwą nieśmiertelność.
O ile Komandor nie odkryje mojego podstępu, oczywiście.

*

Przez parę pierwszych dni podróży powrotnej bałem się, że ktoś z moich poprzednich towarzyszy w wieczności, doniesie Komandorowi, a ten zawróci arkę, aby mnie przechwycić.
Jednak dni mijały i nic takiego się nie stało. Widocznie tamci pasażerowie bardziej bali się donieść, niż nie donieść, o mojej ucieczce.
Odzyskałem stopniowo pogodę ducha, co jest tu określeniem wyjątkowo dosłownym.

*

Już od bardzo dawna jestem w drodze do strefy animizacji materii, a prościej mówiąc, do strefy uduchowiania poczętych.
Moja podróż powrotna potrwa zapewne tak długo, jak trwało moje oddalanie się od tego kluczowego dla moich planów miejsca; miejsca położonego tuż obok strefy odzysku dusz z umierających ciał.
Spoczywam w ciągłym bezruchu w moim homoschemacie, jak materialne truchło w swojej trumnie, czasem tylko pozwalam sobie na dyskretne poruszenie auryczną ręką lub nogą.
Moja około-wektorowa aura z trudem zmieściła się we wnętrzu becika homoschematu, jestem tu maksymalnie skurczony i ściśnięty, ale mam nadzieję, że żaden fragment aury nie jest widoczny z zewnątrz.
Leżąc ciągle na wznak nie mogę nawet przez chwilę popatrzeć na mijane co parę tygodni krajobrazy wysp i lądów, ani wychylić się przez burtę aby obserwować bogactwo podwodnych głębin. Bardzo mi tego brakuje. Widzę ciągle tylko niebo, a każde na nim pęknięcie, plama kurzu, czy strzęp pajęczyny, każdy najdrobniejszy wżer nicości jest dla mnie urozmaiceniem w monotonii podróży. Próbowałem już wielokrotnie wzbogacić niebo zapamiętanym ptakiem, czy choćby owadem, ale pamięć odmawia mi posłuszeństwa. Spoczywam więc jak zapomniany eremita, coraz bardziej jałowy, w ciągnącej się miesiącami nudzie swojego mdłego bytowania.
W chwilach minimów hipotetycznej sinusoidy mojego istnienia jest mi łatwiej, ale gdy zbliżam się do maksimów, tęsknota za byle jakim, ale innym niż wieczne niebo widokiem, bolesne pragnienie najdrobniejszego nawet wydarzenia, które urozmaiciłoby moją podróż powrotną, stają się trudne do wytrzymania.
Jednak nie mogę ryzykować wyjścia z homoschematu i zbliżenia się do burty, bo ponury kapitan arki, ogromniejący teraz z dnia na dzień z powodu oddalania się od Komandora, mógłby mnie zauważyć.
Wypełniając swoje monotonne obowiązki, przechodzi on co kilka dni wzdłuż rzędu naszych jednakowych becików i czasem wydaje mi się, że gdy mija właśnie ten, w którym się ukrywam, po jego twarzy prześlizguje się ledwo uchwytny cień wężowego uśmiechu.

*

Kapitan mojej nowej arki ma charakterystyczny dla ludzi przebywających latami samotnie, zwyczaj mówienia do siebie. Mówi on chyba językiem starocerkiewnym, albo wczesno-bizantyjską odmianą greki. Nie potrafię tego określić, bo chociaż przebywając w Zaświecie automatycznie rozumie się każdy język, nie znaczy to wcale, że wie się przy tym, gdzie i kiedy był on używany.
Monologi kapitana są najczęściej jedynie pasmem paskudnych przekleństw, urozmaiconych kaszlem, charczeniem i wiadomymi odgłosami wydawanymi przez drugi koniec jego prymitywnej osoby. Jednak od czasu do czasu można z tej kakofonii wyłowić cenne wiadomości o Zaświecie, o jego historii, jak też informacje o sprawach najbardziej mnie interesujących, takich jak uduchawianie nowonarodzonych, czy odzyskiwanie wkładów duchowych z ciał zmarłych.
Będąc skazanym przez długie miesiące na słuchanie wyłącznie solówek kapitana wiem już nieporównanie więcej niż mógłbym w ciągu tysiącleci wydedukować z moich świadomych, żmudnych obserwacji i z przypadkowych spostrzeżeń.
Oczywiście nawet rozumiejąc co kapitan mówi nie było mi łatwo. Musiałem składać moją wiedzę z jego fragmentarycznych nie powiązanych ze sobą wybuchów złości, płytkich refleksji i zwykłych narzekań. Ale co mogłem robić przez długie miesiące, nie mogąc się nawet poruszyć, widząc tylko niebo nad sobą. Układałem więc ogromny, złożony obraz Zaświatu i jego powiązań ze światem materialnym z tysięcy informacyjnych puzzli wyrzucanych chaotycznie z zatęchłego kapitańskiego wnętrza.

*

Mogę teraz powiedzieć, że moja wiedza o najważniejszych prawach i mechanizmach Zaświatu jest niemal kompletna.
Wiem już na przykład, że zarówno uduchawianie, jak też odbiór ze Świata wykorzystanego materiału duchowego, są czynnościami bardzo prostymi. Strefa Zaświatu, w której się to dzieje, jest współ-przenikalna z całą czasoprzestrzenią świata materialnego jednocześnie. Jest to naturalny skutek kompatybilności i substytucyjności światów duchowego i materialnego.
Dzięki temu, ten szczególny, transmisyjny obszar Zaświatu jest jednocześnie styczny do całej przestrzeni materialnej, od brudnej porodówki w Lahore, po ekskluzywną klinikę w San Francisco. Dlatego ze sfery uduchawiania można wkładać ducha w płód znajdujący się w dowolnym miejscu na Ziemi. Wszystko jest dosłownie na wyciągnięcie niematerialnej ręki.
Co ciekawe szczególna właściwość obszaru, w którym następuje ten dwukierunkowy przepływ materiału duchowego między światami, nie wynikła z jakiegoś jego udoskonalenia, ale z zablokowania takiej możliwości wszystkim innym obszarom Zaświatu, poza tym jedynym.
Dokonał tego oczywiście Kreator, w okresie, kiedy nie znudził go jeszcze ten nasz zaściankowy dla niego Zaświat i nie odszedł w inne ciekawsze czasoprzestrzenie, o których nikt tutaj nic nie wie. Zaś za Kreatorem, pokornie jak cień podążyła jego hipotetyczna antyteza.
Jeśli chodzi o moment uduchowiania, określany z perspektywy czasu płynącego w świecie materii, to ducha można wkładać zarówno w płód dojrzały do porodu, jak i do świeżo zainfekowanego plemnikiem jajeczka; oczywiście o ile dostawy nowobytów docierają na czas.

*

Jedną z niewielu rzeczy, których nadal nie rozumiem jest to, dlaczego genotyp jest związany z materiałem duchowym, a nie z materią ?
Może dziedziczenie cech duchowych jest ważniejsze niż cech fizycznych. Ale jeśli tak, to jak dopasowuje się cechy fizyczne nowego bytu, do cech fizycznych płodu pary która jeszcze nie zdążyła rozpocząć współżycia, albo do płodu, który dopiero powstanie w wyniku niespodziewanego zbliżenia nie znających się wcześniej osób; na przykład po zakrapianej alkoholem libacji. Widocznie prognozowanie indywidualnych urodzeń jest tutaj na niewyobrażalnie wysokim poziomie. No cóż, w końcu mają za sobą wiele tysiącleci praktyki.
Nie rozumiem też, jak można z jednej strony przygotować i dowieść płynącą latami arką, materiał duchowy na dowolny, czasem bardzo wczesny, moment ciąży trwającej przecież tylko dziewięć miesięcy; a jeśli, jak widać można, to dlaczego zdarzają się spóźnienia. To już trudno wytłumaczyć świetnym prognozowaniem.
Prawdopodobnie wyjaśnienie kryje się w różnicy między czasem Zaświatu, a czasem świata materialnego, które płyną zupełnie niezależnie od siebie. Stąd cofanie się we wcześniejszy moment czasu ziemskiego może być wykonalne. W końcu nie jest to nawet cofanie się w czasie, a jedynie trafianie złożonym czasem Zaświatu w dowolny moment nieskomplikowanego, prostego jak drut czasu ziemskiego. Ale to tylko moje przypuszczenia.

*

Wiem już też dostatecznie dużo o Komadorze, a wiedzę moją skompletowałem z takich na przykład narzekań kapitana:
- Odkąd prawdziwy Kreator odszedł znudzony, ten drań dorwał się podstępnie do władzy.
Albo:
- Ten uzurpator, ta kanalia, w przerwach między rejsami każe nam budować piramidy. Że niby jest następcą egipskich kapłanów. Muszę dźwigać te niematerialne głazy, mając już prawie dwa tysiące lat na karku. I jeszcze trzeba udawać zadowolenie. Wielki budowniczy, a prostego remontu niszczejących przestrzeni nie potrafi zorganizować.
Czy:
- Krwawy poganin, prowincjonalny kapłan Baala, podszywający się pod staroegipskiego półboga, żeby go niebyt pochłonął.
A innym razem:
- Prymitywny dyktator z asyryjskiego zadupia ! Podstępem, po trupach doszedł tutaj do najwyższego kapłańskiego urzędu. Gdyby przynajmniej trzeciorzędny namiestnik Kreatora pozostał w tym zapomnianym Zaświecie, ten butny poganin już dawno wylądowałby w Szeolu.
Albo jeszcze tak:
- Zasrany kanciarz. Wszystkich nas, nawet patriarchów, muftich, cadyków i biskupów wykiwał. Jednych do pracy zagonił, a innych przemielił na duchowy nawóz dla noworodków.

*

W okresie mojego minionego życia w świecie materialnym, wśród lekarzy, etyków, filozofów, powszechne były spory o to, w którym momencie ciąży zaczyna się istota ludzka, istota której przysługują podstawowe prawa człowieka, a przede wszystkim prawo do życia.
Mając moją dzisiejszą wiedzę mogę się tylko śmiać z tych akademickich sporów.
To proste. Nie ma określonego wieku uduchowiania. Czasem dzieje się to natychmiast po zapłodnieniu, albo w parę godzin po nim, a czasem, jeśli dostawy arkami nie nadążają, wkłady duchowe dostarczane są dosłownie w ostatniej chwili, kiedy matka drze się już na całą porodówkę, a główka zaczyna wyglądać na świat.
Bywa i tak, że pomimo terminu porodu wkładka duchowa o przewidzianym genotypie nie zdąża na czas. Wtedy poród opóźnia się z przyczyn, jak myślą naiwni ginekolodzy, biologicznych.
Zdarzały się też przypadki, że odpowiedni wkład zaginął i wtedy zastępowano go innym, o nieodpowiednim genotypie. Pół biedy, jeśli ojciec nie sprawdził nigdy kodu genetycznego dziecka, ale jeśli z jakichś względów to zrobił, niewinna matka musiała cierpieć za bałagan w strefie uduchowiania materii.
To przez ten bałagan trafiają się w przyzwoitych rodzinach „odmieńcy” albo tak zwane „czarne owce”.
Mam nadzieję, że mojej nowej mamie żadna kontrola się nie przytrafi. Przecież mój genotyp na pewno nie będzie się zgadzał, ani z kodem ojca, ani nawet z jej genami. Jeśli sprawdzą siebie i mnie, to na pewno pomyślą, że ktoś na porodówce podmienił im dziecko. Może nawet będą, tego genetycznie swojego potomka poszukiwać. Powodzenia mamusiu i tatusiu, egochłony nie pozostawiają śladów.
W końcu będą musieli zadowolić się mną, czyli nową materialną postacią, byłego dyplomowanego księgowego o nie całkiem czystym sumieniu. Przykro mi kochani. Każdy chce żyć.
Ja w moim nowym życiu z pewnością zostanę fizykiem czasoprzestrzeni; doświadczenia z Zaświatu, z nawiązką zastąpią mój brak zdolności. Może nawet dostanę Nobla. Tylko po co ?

*

Z jednej, z okraszonych jak zwykle przekleństwami, tyrad kapitana dowiedziałem się, że poważny wzrost ilości osób chorych psychicznie w ludzkiej populacji materialnego świata nie jest wynikiem industrializacji, ani powszechnego stresu, jak sądzą zadufani w swojej wiedzy psycholodzy i socjolodzy.
Powodem tego stanu rzeczy nie jest nic innego, jak skąpstwo Komandora, który zmienił zasady recyklingu materiału duchowego. Zmiany te Komandor wprowadził w pierwszej połowie ziemskiego dwudziestego stulecia, w ramach swojego wielkiego programu oszczędnościowego.
Oszczędności polegają na zaprzestaniu odsiewania z materiału duchowego jednostek chorych psychicznie, jak to czyniono wcześniej. Obecnie są one mielone razem ze zdrowymi jednostkami mentalnymi, co powoduje coraz większe zanieczyszczenie surowca przeznaczonego na nowobyty. Konsekwencją są, mniejsze co prawda, jeśli chodzi o nasilenie choroby, ale procentowo dużo częstsze zaburzenia psychiczne w populacji. A psychiatrzy, porównując stan obecny, ze stanem sprzed stuleci, myślą naiwnie, że nasilenie choroby u pacjenta obniżają ich niewiele warte psychotropy.
Materiał jest, po prostu, coraz bardziej zanieczyszczony mentalnie i aż strach pomyśleć co będzie w dalszej przyszłości. W końcu cała ludzkość zwariuje, co chyba już się nawet dzieje.
Wydaje mi się jednak, że Komandor nie miał innego wyjścia. Przecież ilość ludzi w świecie materialnym zwiększyła się w ostatnich latach kilkukrotnie, a materiału duchowego już od tysiącleci nie przybywa, bo nie pozostał w Zaświecie nikt kto umiałby go kreować. W tej sytuacji każdy, nawet chory mental się liczy.
Obawiam się że przy dalszym wzroście populacji, koniecznością stanie się zmniejszenie porcji ducha w jednostce ludzkiej. A jeśli zastanowić się, co nowe pokolenia czytają, jakie malarstwo preferują, a zwłaszcza jakiej słuchają muzyki, można przypuszczać, że proces ten już się rozpoczął.
I nie pomogą tu Newton, Szopen, czy Leonardo de Vinci rozdrobnieni i rozproszeni gdzieś w duszach całej żyjącej ludzkości.
Ponieważ mój plan oscylacji pomiędzy Światem a Zaświatem zakłada zachowanie mojej zawartości ducha, mogę się spodziewać, że całkiem niedługo, najwyżej po kilkunastu powrotach, ja, były dyplomowany księgowy, a potem fizyk czasoprzestrzeni, stanę się najbardziej uduchowioną osobą ludzką.
Ależ będę miał wtedy powodzenie u kobiet.
Naprawdę warto wracać !

*

Tragedia !
Wszystkie moje plany legły w gruzach.
W ostatnich tygodniach zorientowałem się, z przerażeniem, że im dłużej jestem w tym podstępnie zajętym przeze mnie homoschemacie, tym mniej wydarzeń i uczuć, coraz mniej materialnych i niematerialnych postaci ze swojego dotychczasowego istnienia pamiętam. Topnieje też moja niedawno zdobyta wiedza o Zaświecie. Znowu coraz mniej rozumiem.
Wraz z zapominaniem o wszystkim co było mną, coraz słabiej pamiętam samego siebie. Podobny proces, ale o wiele wolniejszy zauważyłem w sobie już na barce Komandora. Dlatego ruszając w podróż w przeciwnym kierunku myślałem, że coraz więcej będę sobie przypominał.
Jest jednak inaczej niż się spodziewałem. Jednokierunkowość daje się tu we znaki bez względu na to w jakim kierunku się poruszam. Wszystkie kierunki prowadzą w Zaświecie do pełnego zapomnienia.
W przyśpieszonym tempie zanika moje ego. I nie jest to duchowa starcza demencja, ani żaden pozamaterialny Alzheimer.
To na pewno kolejna sztuczka tego kapłana Baala, przybysza z asyryjskiej prowincji. Wstępny element jego bandyckiej technologii recyklingu dusz.
Pojawił się też straszliwy obezwładniający mnie ból. Czuję go w każdej duchowej komórce ciała. Może to anihilacja, albo przekształcanie mojego duchowego genotypu. Nie mogę już poruszyć swoim aurycznym ciałem, ani nawet przestawić linii działania mojego coraz krótszego wektora.
Pokraczny kapitan arki przestał udawać, że nie wie o mojej tu obecności. Kilka razy dziennie przystaje przy moim beciku-homoschemacie i uśmiecha się z satysfakcją. Mówi coś, ale przestałem już rozumieć jego język. Czasem tylko udaje mi się wychwycić z pogardliwych komentarzy jakieś pojedyncze słowo, przekleństwo, albo epitet. Syci się on, moim cierpieniem; zrobił się jeszcze większy, ten obrzydliwy, zogromniały karzeł, bezmyślne, służalcze przedłużenie Komandora.
W nieustannie narastającym bólu kończy się już moja wieczność.
To nie ja przechytrzyłem Komandora, to on, antyczny uzurpator, niematerialny sadysta i zaświatowy cwaniak, powoli, spokojnie zwycięża.
W obliczu strachu przed ostatecznym końcem, nawet przy stanach minimalnych sinusoidy mojego zanikającego istnienia, nie chce mi się już umierać. Skończyły się moje kaprysy. Chcę żyć !
Niestety nie mam wpływu na swój los. Jestem stopniowo ścierany z nieśmiertelnej karty. Nie mam już wątpliwości, że powstanie na niej zupełnie nowy byt mentalny.
Czy będzie on pamiętał, chociażby jakiś najmniejszy strzęp z tego czym byłem, czy zostanie w nim ze mnie przynajmniej najlżejsze deja vu.
Tak bardzo bym chciał, żeby coś ze mnie przetrwało !
Jakaś odrobina.
Tak bardzo, bardzo o to proszę !


*

Błagam! Skup się chociaż przez chwilę na zawartości złożonego, mozaikowego wnętrza Twojej osobowości!
Tak! Właśnie Ty!
Czy odnajdujesz w sobie coś ze mnie?
To do Ciebie kieruję moje, spisane tu duchowo przesłanie, ten mój ostatni krzyk z kończącej się właśnie dla mnie wieczności.





* * *


OD AUTORA:

To dziwne. Napisałem ten teks całkiem automatycznie. Zupełnie jakby ktoś obcy odezwał się w mojej świadomości. Przez chwilę czułem się tak, jakbym coś sobie przypominał.
Ale to już minęło; jakieś idiotyczne deja vu.

Czytaj
Tekst lubią:

 
Logowanie/Założenie konta | liczba komentarzy: 40 | Szukaj

Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować

Re: Widzenie bezoczne cz. III /opowiadanie/ ?
przez tsole dnia 23-09-2009 o godz. 08:20:56 http://www.tsole.prv.pl http://tsole.salon24.pl/ http://tsole.nowyekran.pl/
Jestem ukontentowany. Imponująca dawka solidnej, podlanej intelektualnym sosem fantastyki. Skojarzenie dwóch składników: wyobraźni Autora i doskonałego warsztatu daje świetny rezultat. Mimo, że temat mocno był w historii literatury eksploatowany, koncept nie trąci wtórnością.
Można, rzecz jasna, dyskutować nad konkretami tej wizji, nad, jak się to wyraził jeden z komentatorów, fizyką Zaświatu. Tylko po co? Należy pamiętać, że jest to autorska, artystyczna wizja Autora (mam nadzieję, że nie do końca Jego światopogląd i końcowa notka odautorska to tylko „chwyt marketingowy”, choć jako suspens wypada blado) i sens mają tutaj wyłącznie uwagi dotyczące niespójności logicznej owej wizji, ewentualnie niedoskonałości użytej ekspresji. I tu właśnie pozwolę sobie na uwagi. Czynię to, bo Autor nie ukrywa, że chciałby nad tekstem popracować jeszcze, może nawet przeobrazić w powieść, do czego gorąco namawiam, bo koncept jest tego wart.
Tak więc powtórzę, że warto się zatroszczyć o konsekwencję w akcentowaniu „duchowościowego” wymiaru kreowanego świata. To znaczy unikać określeń bezpośrednich, technicznych, czasowych (w sensie jednostek miar), etc. na rzecz zgrabnych neologizmów (egochłon, nowobyt, homoschemat).
Mieszane uczucia wzbudziło we mnie nagłe przyspieszenie akcji. Z jednej strony robi wrażenie, że Autor poczuł się już znużony kreowaniem swojej wizji i chciał tekst najszybciej ukończyć. Pomysł wyłożenia jak się rzeczy mają przez utyskiwania mówiącego do siebie kapitana też moim zdaniem zaburza nieco stabilność konstrukcji (już nie wspomnę, że chwyt to zbyt jaskrawo widoczny). Lecz z drugiej strony takie ożywienie akcji dobrze robi czytelnikowi, podobnie jak elementy humoru w drugim odcinku. Lecz znów z „pierwszej” strony jest to dysonans z onirycznym klimatem całości. I tak, wzorem Teewiego można by w nieskończoność :) Dam więc spokój i na koniec przybiję piątkę i złożę Autorowi końcowe gratulacje za nietuzinkowe, działające na wyobraźnię dzieło. No i czekam na wersję „extended”!

p.s. Kilka literówek wyłapałem: „przednarodzeniowmi”, „uduchawianie”, a nawet ort: „dowieść płynącą latami arką”. No i niezgrabność: „do świeżo zainfekowanego plemnikiem jajeczka” - nie lepiej „zapłodnionego”? Infekcja to przecież zakażenie.




Re: Widzenie bezoczne cz. III /opowiadanie/ ?
przez Wabigon dnia 23-09-2009 o godz. 10:14:44
UPRZEJMA PROŚBA DO REGAKCJI.



Nie wiem dlaczego tekst jest pogrubiony ?

Ja pogrubiłem tylko "Część III" i tak też miałem na podglądzie.

Gdyby można to poprawić, bo mam wrażenie, że utrudnia jednak czytanie opowiadania.



Z góry wdzięczny

Wabigon



Re: Widzenie bezoczne cz. III /opowiadanie/ ?
przez ecz dnia 23-09-2009 o godz. 15:42:27
Widzę, że kryzys dotknął również Zaświaty ;) Przeczytałam z przyjemnością i ogólnie jestem usatysfakcjonowana, ale mam jedną uwagę. Według mnie tekst cierpi na syndrom "Star Trek" - skoro bohaterowie Star Treka mogą się teleportowac, to na cholerę tracą czas na rozbijanie się po całym kosmosie w "Enterprise"? Tu jest trochę podobnie: skoro każda droga prowadzi do niepamięci i wcale nie trzeba wrzucac materiału duchowego do teoretycznego zaświatowego młynka, aby uzyskac mentalną tabulę rasę, to czemu ma służyc tak właściwie ten cały, długi rejs? Recycling nie mógłby się odbywac w obszarze transmisyjnym? Po co takie skomplikowane logistycznie przedsięwzięcie? A może to właśnie podróż czyści i miesza materiał? Kiedyś miałam taki sen czy wizję, już nie pamiętam, że ludzie wsiadali do autobusu, w autobusie były takie ostrza, które cięły pasażerów na kawałki i na następnym przystanku wysiadały całkiem nowe osoby, powymieniane nogami, rękami, głowami itp.



Re: Widzenie bezoczne cz. III /opowiadanie/ **
przez stf dnia 26-09-2009 o godz. 19:44:38
zabrałem się do czytania raźno, choć nie czytałem poprzednich odsłon. dość szybko zmęczyła mnie jednak zbyt wyszukana (moim zdaniem) forma. dotrwałem do momentu:
"O poranku moja egzystencja niebezpiecznie zbliża się do stanów minimalnych jej hipotetycznego wykresu."

Albo to autorska wpadka, albo maniera, która mnie akurat odstraszyła. Niemniej spróbuję podczytać dalej...



Re: Widzenie bezoczne cz. III /opowiadanie/ **
przez ajszyna dnia 26-09-2009 o godz. 20:18:45
Całkiem udane SF, co można w tym wypadku przetłumaczyć zarówno jako sugestywność fantazmatu jak i subtelność filozofii. Ja chyba też taki świat widziałem na obrazach surrealistów, może nie dokłóadnie taki sam, ale podobieństwa z pejzażami Yvesa Tanguy czy Salvadore Dali zauważam. Zastanawia mnie na ile świadome było mieszanie pojęć z różnych kręgów religijnych, np. szeolu, reinkarnacji, arki, Baala (czy on był staroegipski?), miast starożytnych, scs, bizantyjskiej greki, itp. Czy one są tylko elementem obrazowania, czy też składają się na jakąś interpretację tej opuszczonej przez stwórcę przestrzeni?
Czy należy się zgodzić z ecz, że cała podróż jest w zasadzie pretekstem dla sugestywnego, malarskiego opisu, czy też z jej bezcelowości wynika jakaś głębsza prawda o Zaświecie. To jest jakiś egzystencjalizm, gdzie faktycznie Boga być nie musi? Albo woluntaryzm - skoro wola decyduje o ruchu wektorów. Okazuje się, że kiedy Boga nie ma ( i diabła również) to jednak nie wszystko wolno, bo pojawia się jakaś taka darwinowska w duchu konieczność zastąpienia jednej hierarchii inną (i to w ramach ekonomii niedoboru - zaczyna brakować materiału duchowego). Skąd się w tym świecie wzięły egochłony, jeśli nie z jakiejś groteskowej wersji teorii ewolucji
I można by tak jeszcze długo o fizyce, filozofii czy innej socjologii Zaświatów, którą ja akurat rozumiem głównie jako poszukiwanie spójności i sensu wizji. Takie spekulacje świadczą bez wątpienia o tym, że tekst jest niebanalny i skłania do przemyśleń, a mają sens o ile pozwalają na poszukiwanie pewnych kluczy interpretacyjnych. Ale tak właściwie to ja nie wiem, gdzie tu jest granica pomiędzy konwencją literacką, a jakąś faktyczną prawdą o zaświatach.



Re: Widzenie bezoczne cz. III /opowiadanie/ **
przez wojskaochronypogranicza dnia 09-12-2010 o godz. 18:28:11 http://absintiala.blogspot.com/
Czytałem jakoś miesiąc temu. Bardzo fajna jest pierwsza (np. barka i sposób, w jaki zjawia się w umyśle czytelnika) i trzecia część; dwójka coś mnie nie przekonuje.
Pozdrawiam.




Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2011 poczta małpiatka portalliteracki.pl
Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione.


Reklama w Portalu Literackim