Nowe recenzje
· GRZECHY JOANNY, Marat Joanna, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła· ZŁOCISTA DOLINA, Walczak J. Iwona, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła· MASTERTON. OPOWIADANIA. TWARZĄ W TWARZ Z PISARZEM, Masterton Graham. Cichowlas Robert, Pocztarek Piotr, Albatros, recenzent: Lipski Bartosz· SATYNOWY MAGIK, Łysiak Waldemar, Wydawnictwo Nobilis, recenzent: Solecki Tadeusz· NIEUGIĘTY, Millar Sam, Wydawnictwo Replika, recenzent: Stolarz Iwona· APETYT NA JUTRO, Woźniak Agnieszka, Wydawnictwo Replika, recenzent: Błaszkowska Alina· EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA, Schmitt Éric-Emmanuel, Wydawnictwo Literackie, recenzent: Solecki Tadeusz[ RECENZJE ]
Online
Aktualnie jest 38 gość(ci) i 2 użytkownik(ów) online.
Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj
NA FORUM
 | CO Z RUBRYKĄ |
 | wszystko jest do zmiany |
 | FABRYKA-NASZE MIEJSCE W KOSMOSIE |
 | Funkcja redaktora - rezygnacja umorusańca |
 | Jerzy Reuter - Izobar nie żyje |
 | Zaproszenie na kwietniowy DACH |
 | O stronie na stronie. |
 | Fantazje Zielonogórskie 2012 - konkurs na opowiadanie |
 | Coś dla poetów i miłośników poezji |
 | Kwiecień plecień w netkulturze! |
 | Cytat z Forum |
 | Zbieramy teksty do nowego numeru Magazynu Cegła!!! |
 | Konkurs Poetycki „O Srebrne Pióro MDK” – VI edycja |
 | CHATA |
 | Dość codzienność! |
 | Zapraszamy na Świąteczny DACH |
 | Kto |
 | Ody odbite Karola Maliszewskiego |
 | Pierwsze zdanie! |
 | współpraca przy scenariuszu - za pieniądze |
 | Ankieta dotycząca czytelnictwa kryminałów |
 | Czarny Kot |
 | Rozwój osobisty medytacje terapeutyczne |
 | ID w Czasie Fantastyki |
 | Barwy, a tworzenie nastroju |
 | Nieznane teksty Tadeusza Konwickiego w |
 | Rozwój osobisty kluczem do sukcesu |
 | Co Na Scenie - Nowy Wymiar Teatru |
 | nieTUZINkowa 12-ka Netkultury |
 |
Epika: `ZARAZ WRACAJ! **
Wysłano dnia 12-02-2010 o godz. 00:12:20
Autor: zachar
Zaraz wracaj!
Zbiegam z piętra po schodach. Na dole dogania mnie głos matki: „Zaraz wracaj!”. Klatka schodowa ma szczególne właściwości akustyczne, rezonuje dźwięki niczym pudło okazałego instrumentu, wzmacniając jego siłę, modulując barwę, a także dzieląc go na osobne strumyki, które wybrzmiewają w postaci nakładających się na siebie koncentrycznych fal echa. Balustrada z kutych, żelaznych prętów, nie mająca żadnych pretensji do secesji, ma jednak duszę niezwyczajnej harfy. Odzywa się tonami niskimi i tak wyrazistymi, że zawsze wywołują one żywą reakcję. Muzyka balustrady-harfy jest niewątpliwie rodzajem nazbyt awangardowego eksperymentu, stąd opinia słuchaczy-lokatorów jest zazwyczaj gwałtowna i jednolicie krytyczna. Wystarczy posłużyć się byle patykiem, włożywszy go w sztywne, żelazne struny i pociągnąć melodię z drugiego piętra na parter, by wywołać reakcję łańcuchową. I stało się pewnego dnia tak, że ten mały, butwiejący ul, z resztką starego roju, uniósł się parę centymetrów nad ziemię w ogromnej chmurze siwego pyłu, po czym bezwładnie opadł, rozsypując się na drobne kawałeczki. Zjawisku temu towarzyszyła potężna detonacja…
Wybiegam z domu przeskakując schodki przy bramie i wpadam w sam środek
wiosny. Gonią mnie jeszcze te dwa słowa wypowiedziane przez matkę, ale
także goni mnie zapach gołąbków z kaszą i mięsem, które dziś będą na
obiad. Uwielbiam gołąbki, a jeszcze polane sosem pomidorowym – niebo w
gębie! Nie dam się więc tym razem skusić nikomu i niczemu – ani
kolegom, ani zaułkom. Nie dam się wciągnąć w rozmowę z kamieniami;
wystarczy dotknąć opuszkami palców kamiennego muru okalającego cmentarz
Remu`h albo przytknąć policzek do gotyckiej cegły kościoła Bożego Ciała
lub spojrzeć pod nogi na kocie łby, w których tkwią szyny, pamiętające
jeszcze konny tramwaj. Przekażę tylko ciotce to, co mam do przekazania
i zaraz wracam. Wracam na skrzydłach – jeść moje ukochane gołąbki z
kaszą i mięsem! I w pomidorowym sosie! Zadanie, które mi powierzyła
matka jest banalne, a jednocześnie poważne, bo wymaga
odpowiedzialności; jestem przecież kimś w rodzaju pocztyliona! Gdybyśmy
mieli telefon, gdyby ktokolwiek w kamienicy ciotki miał telefon.
Prawdziwe telefony są w urzędach, w komisariatach. To chyba oczywiste!
Biegnę przez środek miniaturowej łąki, przez wiosenny klomb
zdobiący Plac Bawół. Pan Latko pozamiatał wszystkie resztki zimy,
poucinał obumarłe gałęzie, skopał grządkę, pomalował wesołymi kolorami
ławkę, wymienił żarówkę przy numerze domu, zadbał o okruchy dla wróbli
i gołębi. Piekarenka mieszcząca się przy ulicy Bartosza pracuje pełną parą.
Białe, skrzydlate obłoczki wylatują przez komin i mieszają się ze
stadem pocztowych gołębi, które kołują nad dachami kamienic. Z tyłu
piekarenki jest magazyn, w pobliżu którego stanął wóz załadowany po
brzegi workami z mąką. Dwa, niczym ze spiżu, perszerony zaprzęgnięte do
wozu parskają i krzeszą kopytami iskry. Z końskich nozdrzy co chwila
wydobywają się kłęby pary, jak z osobliwego, wypełnionego ukropem
czajnika. Raz po raz potężnymi cielskami wstrząsa dreszcz, a ogony
chłoszczą błyszczące od potu, brązowe zady. Woźnica rzuca derki na
parujące grzbiety i zawiesza przy końskich pyskach pękate worki z
owsem. Wyładunek przebiega w jednostajnym, wolnym tempie, bowiem wymaga
nie lada wysiłku, a także zastosowania odpowiedniej metody. Po
opuszczeniu burty wozu kolejno worek za workiem stają na samej krawędzi
platformy po to, by mogły łagodnie wskoczyć na kark tragarza. Ten,
odwrócony tyłem do wozu, unosi ręce za głowę, chwyta wór za rogi i
zarzuca go sobie na plecy. Wysiłkowi temu towarzyszy głębokie
stęknięcie, po czym, przywalony ciężarem tragarz, kolebiąc się na
szeroko rozstawionych nogach, wolnym krokiem i z widocznym grymasem na
twarzy przemierza małe podwórko piekarni, by zniknąć w korytarzyku
prowadzącym do magazynu. A wokół wozu biało. Ścieżka do piekarni,
robotnicy, końskie derki, uprząż, dyszel – wszystko poprószone mąką,
jakby to była baśniowa zima zamknięta w szklanej kuli. Jak tylko jest okazja, siadamy na szczycie wysokiego, drewnianego
parkanu, odgradzającego plac od mojego podwórka, by oglądać to darmowe
przedstawienie, tym bardziej fascynujące, że wszystko jest w nim
prawdziwe. Nie ma tu miejsca na teatralne atrapy, maski czy cudze
teksty recytowane z pamięci, jest sama brudna, pełna nieprzewidywalnych
sytuacji, cudowna rzeczywistość. Można zeskoczyć w dół na tę scenę i
nasycić się jej szczegółami. Przyglądamy się więc twarzy i rękom
tragarza, jego salopce z kapturem, to jest pustemu workowi
spoczywającemu na głowie, kręcimy hakiem, który służy do zapinania
burty, wślizgujemy się pod wysokie zawieszenie wozu i oglądamy go od
spodu, podziwiamy z zapartym tchem i lękiem potężne cielska
perszeronów.
Okna piekarenki wychodzą na ulicę. Ściśle biorąc, są to dwa otwory
okienne wypełnione szklanymi kostkami. U góry tych okien znajdują się
uchylone lufty, przez które buchają z wnętrza kłęby aromatycznego
ciepła. To wszystko bardzo nęci, więc małe dzieciaki podchodzą
bliziutko, przylepiają nosy do grubego szkła i wypatrują oczy, by
zobaczyć to, co dzieje się w środku. A widać wszystko prócz wnętrza
piekarni i tego, co w niej powinno się znajdować. Rozciekawione oczy
widzą statki płynące po wzburzonym morzu, wyspy z rosnącymi na nich
palmami, cyrkową arenę i tresurę słoni, clownów chodzących na
wielgachnych szczudłach, ognie bengalskie itp. Ja nie jestem już małym dzieckiem, więc biorę rozpęd, skaczę na
ścianę, przylepiam się do niej, szukam oparcia dla nóg i tak tkwiąc
niepewnie, mogę zajrzeć przez uchylony luft do środka. Uderza biel,
która jest wszędzie – na ścianach i na podłodze, na twarzach piekarzy,
na ich bosych stopach odzianych w wysłużone sandały. Wprawne ręce
ugniatają kawałki ciasta zważone wcześniej na wiszącej, chybotliwej
wadze. Powstają bochny chleba, rogale, strucle, kajzerki. Uwagę
przykuwa okrągła, stojąca na kółkach kadź, w której stalowe ramię
wyrabia ciasto. Przypomina to scenę z farbiarni, bo z kadzi co chwila
wynurza się płat białego płótna, opada w dół, po chwili wynurza się
znowu i tak aż do skutku.
- Ty, poploś o bułkee! – słyszę dolatujący z dołu głos i czuję
lekkie szarpnięcie za nogawkę. Spoglądam w dół i widzę umorusaną twarz
Jacusia. Wzruszam ramionami i zeskakuję na chodnik zupełnie obojętny na
prośbę pięciolatka, który nie jadł śniadania, na obiad zje ziemniaka
bez omasty, a na kolację doje tę resztę, która zostanie z obiadu.
- Idź se kup! – mówię, nie zdając sobie sprawy z tego, że jest to
bezczelne i niegodziwe. Jacuś patrzy na mnie smutno wielkimi, czarnymi
oczami i wyciera niemiłosiernie brudnymi dłońmi swe policzki.
Rozchodzimy się bez słowa, każdy w swoją stronę. Jacuś biegnie do
zatęchłej suteryny z rozbitą szybą w oknie, a ja, kontynuując ważną
misję, skręcam w ulicę Wawrzyńca. Warsztaty Naprawcze Taboru Autobusowego MPK znajdują się zaraz za
firmowym sklepikiem piekarni. Można je rozpoznać z daleka, ponieważ
prowadzi do nich długi szereg wielkich, metalowych bram. W jednej z
nich otwarte są małe drzwiczki. Nie mogę oprzeć się pokusie i
przełykając lęk zanurzam się w mroczną czeluść. Halę, istną kuźnię
Hefajstosa, wypełnia stukot młotków i deszcz iskier. Jest też coś
niepokojącego – diaboliczny chichot! Tym bardziej jest to niesamowite,
że wydobywa się on spod ziemi. Wreszcie rozpoznaję stare, wysłużone SAN-y. Jeden z nich jest
rozpruty, ma otwarte trzewia, z których wylewa się ciemna, oleista
treść. Inne czekają na piekielny skalpel, który podczas pracy wydaje
wysoki, kwaśny dźwięk wpadający przez uszy do ust. -Co ty tu robisz gówniarzu!?
Jakaś potężna, cuchnąca towotem, owłosiona łapa chwyta mnie za kark, a potem ciągnie za ucho. Piszczę z bólu.
-Zwiewaj stąd k...mać, ale juuuż!!
Uciekam, aż się kurzy za mną. Dopiero pod kioskiem przystaję,
ciężko dyszę, łapię oddech i oglądam się za siebie. Ulica jest zupełnie
pusta. W tej samej niemal chwili odwracam wzrok w stronę kiosku, z
którego wnętrza dolatuje kaszel Raka Pustelnika. Kiosk ten jest w swej istocie słupem ogłoszeniowymi, więc co
jakiś czas zmienia swą średnicę. Dzieje się to za sprawą plakaciarza,
którego wyróżnia spośród innych szarych ludzi karłowaty wzrost oraz
długa, rozwichrzona broda. To on, używając drabinki i ławkowego pędzla
osadzonego na kiju, nakłada kolejne warstwy klajstru, po czym nalepia
rozmaite plakaty, które przede wszystkim zawiadamiają, informują,
upominają lud pracujący miast i wsi. Rzadko są to plakaty wyzbyte
oficjalnych treści państwowych, a kiedy już się zjawią, zawsze wywołują
autentyczne zainteresowanie. Na skutek tego okrąglak systematycznie
tyje, a kiedy przekroczy masę krytyczną, krasnoludek zrywa zbitą
warstwę makulatury, niczym korę z ogromnego drzewa, i kiosk powraca do
swych pierwotnych rozmiarów.
Nieszczęsnymi władcami tego ogłoszeniowego słupa, w środku którego
znalazło się miejsce na szwarc, mydło i powidło oraz małe krzesełko,
jest para staruszków. Oboje mają wygląd kruchych trzcinek, więc dlatego
bez trudu mieszczą się w jego wnętrzu, wymieniając się dyżurami w porze
obiadowej. Prawdziwy kłopot ma on, ponieważ dźwiga na swych plecach
wielki garb. Do środka wchodzi tyłem, tak jak to robi rak pustelnik,
wsuwając swój delikatny odwłok do muszli, z którą zrasta się na całe
życie. Tak właśnie się ma z kioskarzem, bo też cały ten słup wydaje się
spoczywać na jego garbie. I gdyby nagle staruszek znalazł się w
niebezpieczeństwie, próbowałby zapewne uciekać razem ze swym
kioskiem-muszlą. Mijam zajezdnię tramwajową i idę wzdłuż wysokiego muru, za którym
egzystuje, odgrodzony od tumultu tego świata, klasztorny ogród. Nigdy
naprawdę nie widziałem tego ogrodu, chociaż jestem przykładnym
parafianinem. Widziałem go natomiast jeden, jedyny raz – we śnie. Ogród
tonął w puszystej bieli – podobnie jak piekarnia – poprószony ciepłym
śniegiem niczym mąką. Alejki ubrane w baranie kożuszki tworzyły
misterne arabeski, wypływające z białych pni symetrycznie rosnących,
obsypanych kwieciem jabłoni. Pośrodku ogrodu siedział czarny kot i
rozglądał się dookoła. Przy bramie kościelnej nie było Ducy. Na murku odpoczywało stadko
kaźmierskich gołębi. Minąłem kościół Bożego Ciała i wszedłem na Plac
Wolnica. O tej porze nie było wielu klientów w barze. Obok tania jatka
kusząca niskimi cenami bydlęcych i wieprzowych podrobów, a także koniny
– w tym końskiego kabanosa – oraz innych mięsnych specjałów. Następnie
fryzjernia – miejsce szczególnie znienawidzone przez dzieci i
dorastającą młodzież. Oto maestro Paganini, który posługuje się profesjonalnymi
nożyczkami, płaskim, metalowym grzebykiem oraz ręczną maszynką do
strzyżenia. Maestro nie pyta, każe siadać, po czym błyskawicznie
zabiera się do roboty, dając popis swych zawodowych umiejętności. Każdy
łeb podgala w identyczny sposób – na szlachciurę – wysoko aż po czubek
głowy i wokół uszu. Pracuje nad wyraz sprawnie, osiągając trudną do
wyobrażenia wydajność. Można to sprawdzić w okresie przedświątecznym i
pod koniec roku szkolnego. Kolejka topnieje w oczach, a fryzjerska
robota Paganiniego sprawia wrażenie pośpiesznej produkcji manekinów.
Wchodzą doń żywi, długowłosi chłopcy, łobuzerscy, roześmiani,
różnobarwni i pełni fantazji – zaciskając w dłoni pięciozłotówkę z
rybakiem – a wychodzą drewniane kukły, z głupimi, skruszonymi minami.
Podgolone łby wpatrują się w wystawową szybę, by raz jeszcze zobaczyć
swój jakże odmieniony czerep. Wyzbyci ochoty do żartów na swój temat,
skurczeni i nieśmiali wracają do domów. Jeszcze cukiernia, w której każde ciastko kosztuje złotówkę i mam
przed sobą ulicę Węgłową, zamkniętą ścianą kamienic stojących przy
Augustiańskiej. Dochodzę do bramy, naciskam klamkę, by wejść do środka,
do obszernej sieni, z której drewniane, kręte schody wiodą na górę, a
potem na zewnątrz, na okalający od podwórka długi, drewniany ganek
prowadzący do mieszkania ciotki i... nie mogę tego uczynić! Drzwi
stawiają opór. Nie mogę tam wejść, bo... to nie jest już kamienica
ciotki! Kamery zamontowane nad szklanymi drzwiami monitorują najbliższe
otoczenie prywatnego obiektu. Nad szklanym portalem szklanej bramy
neonowy szyld nieprzyzwoicie przymila się do potencjalnych klientów,
zachęcając ich do korzystania z usług banku, którego hasłem jest
pytanie rzucone także temu zlicytowanemu biedakowi: „I co jeszcze
możemy dla ciebie zrobić?”. „Zaraz wracaj!” – słyszę głos matki, ale nie dolatuje on do mnie
z ambony podestu pierwszego piętra klatki schodowej, lecz z mojego
zamkniętego wnętrza wypełnionego półprzytomną jaźnią. Słyszę ten głos
sprzed półwiecza niczym ginące echo, chcę podążyć za nim,
podporządkować się jego rozkazowi, lecz nie mogę. Moje gołąbki z kaszą
dawno już wystygły.
…a kiedy opadł kurz, wyłoniła się, ku memu zdumieniu i zaskoczeniu, moja zwyczajna starość?
|
|
|
|
Komentowanie niedozwolone dla anonimowego użytkownika, proszę się zarejestrować |
|
Re: `ZARAZ WRACAJ! / Opowiadanie/` przez AgnieszkaW dnia 12-02-2010 o godz. 00:43:14 | Bardzo dobre - tak to właśnie jest. Złośliwy wredny Czas, zabiera człowiekowi wszystko - gołąbki, piekarenkę, nawet znienawidzona fryzjernię.
Piękna robota, Autorze.
A. |
Re: `ZARAZ WRACAJ! / Opowiadanie/` przez zachar dnia 15-02-2010 o godz. 16:49:38 | | Bardzo dziękuję. Nie spodziewałem się tylu przychylnych opinii. Przynam szczerze, że czytałem je z wypiekami na twarzy. Nie do wiary, trochę urosłem! |
|
|
Re: `ZARAZ WRACAJ! / Opowiadanie/** przez Des_Grieux dnia 12-02-2010 o godz. 21:32:30 | Jestem po wrażeniem. Jedno z lepszych, ciekawszych opowiadań, jakie dane mi było tu, w Fabryce przeczytać.
Koncept prosty, wiele razy ćwiczony - ale w tej konkretnej aranżacji wybrzmiewa doskonale wręcz.
Bardzo bogaty, sprawny język, bez potknięć, bez mielizn. Rozbudowane opisy absolutnie nie nużą, przeciwnie wręcz - dają wiele satysfakcji.
Żywe to wszystko, bardzo plastyczne, wręcz samoczynnie, bez wytężania czytelniczej wyobraźni wizualizuje się klatka schodowa, wizualizuje się ulica. Dźwięki, kolory, zapachy - się czuje, widzi, prawie że dotyka.
Zwykle czepiam się równowagi między plot a story, równowagi między sferą opisową a akcją. Tu, mimo zdecydowanego postawienia na opis czepić się nie mam czego, bo spojone jest to w jedną, szlachetną całość; jest tu piękne wyważenie opisu, akcji i dostosowanej do nich narracji.
Dowód na to, że pięknie można opowiedzieć o wszystkim, o teoretycznie najbardziej błahej sprawie. Dowód na to, że mniejsza o to, o CZYM, ale JAK. Wędrówka w czasie, poruszanie się w dostępnych narratorowi Rzeczywistościach. Czas, ktry nie płynie ot tak sobie, liniowo.
Żeby nie było zbyt słodko - zazgrzytało mi finalne zdanie. Niepotrzebne dopowiedzenie, jak sądzę. Takimi drobiazgami można zepchnąć dobry tekst w bezdenną otchłań kiczu, rozczarować czytelnika. Tu się tak nie stało, bo łyczek delikatny, ale ryzyko zaistniało.
W każdym razie - szacunek.
Kłaniam się
Des |
Re: `ZARAZ WRACAJ! / Opowiadanie/** przez AgnieszkaW dnia 12-02-2010 o godz. 21:59:16 | :)
A mi ostatnie zdanie podoba się - właśnie przez ten znak zapytania. Takie zdumienie, szczere - jakże to tak - czy to już WSZYSTKO?
Przecież dzieciak wyszedł tylko na chwilę... |
Re: `ZARAZ WRACAJ! / Opowiadanie/** przez Des_Grieux dnia 12-02-2010 o godz. 22:27:43 | Bardzo to może być, że się czepiam i marudzę bezpodstawnie, ale na miejscu Autora w sposób mniej jednoznaczny, mniej oczywisty, jakoś finezyjnej postarałbym się zamknąć, spuentować ten przepiękny, finezyjnie pociągnięty tekst. Dla mnie to było takie ŁUPS! Tyleż w sumie spodziewane, co i rozczarowujące.
Szacunek
Des |
Re: `ZARAZ WRACAJ! / Opowiadanie/** przez Anonimus dnia 14-02-2010 o godz. 08:33:00 | W pierwszym akapicie czytamy:
...I stało się pewnego dnia tak, że ten mały, butwiejący ul, z resztką starego roju, uniósł się parę centymetrów nad ziemię w ogromnej chmurze siwego pyłu, po czym bezwładnie opadł, rozsypując się na drobne kawałeczki. Zjawisku temu towarzyszyła potężna detonacja…
i w zakończeniu:
…a kiedy opadł kurz, wyłoniła się, ku memu zdumieniu i zaskoczeniu, moja zwyczajna starość?
Pozwolę sobie nie zgodzić się z szanownym Desem.
Ostatnie zdanie jest kontynuacją myśli z pierwszego akapitu i zamyka historię kamienicy. Jakieś wydarzenie przywołało wspomnienia z dzieciństwa. Nie wiemy do końca jakie, czy zdarzył się wypadek (wybuch gazu np. bo jednak została tam "resztka roju" ), czy tylko zburzono starą kamienicę, aby na jej miejscu mógł stanąć nowy budynek (chyba ta wersja bardziej odpowiednia, tylko co z rojem?) Kamienicy, w której mieszkała ciotka, też już nie ma i stoi tam bank.
Opowiadanie jest świetne. To w jaki sposób wspomnienia autor opisał, budzi podziw, bo same wspomnienia dość typowe i przecież rewelacją nie są. Nie ma tu żadnych emocji, jest tylko zwykłe życie. Do tego co było nie można wrócić, chyba że we wspomnieniach (tytuł też wpisany w całość). Przeczytałam z wielką przyjemnością.
Soroka
ps.
Wydaje mi się, że pół wieku temu każde ciastko kosztowało 2 zł, a kulka lodów złotówkę.
:) |
Re: `ZARAZ WRACAJ! / Opowiadanie/** przez zachar dnia 15-02-2010 o godz. 17:22:10 | | Tak, każde ciastko kosztowało 2 złote, a lody były po złotówce. Jestem Ci wdzięczny za ten piękny i przenikliwy komentarz. |
Re: `ZARAZ WRACAJ! / Opowiadanie/** przez Kazjuno dnia 17-02-2010 o godz. 06:10:46 | Przyłączając się do Soroki i reszty fabrykantów komplementujących autora "Zaraz wracaj!" - przyczepię się do drobiazgu. Zgrzytnął mi podobnie jak ciastko za 1 złotówkę: - Mowa o słonecznym (w domyśle ciepłym) wiosennym dniu. Tymczasem spoconym perszeronom bucha z nozdrzy para, woźnica przykrywa je derką.
Kłęby skroplonej pary konie wydychają zimą, może i rankiem po wiosennych chłodach, szroniących nocnym przymrozkiem trawę - albo późną jesienią. Wtedy też okrywające grzbiety derki mogły mieć zastosowanie. A gołąbki zajada się raczej na obiad, czyli jakby dobre kilka godzin po porannych oziębieniach.
Wybacz autorze jeśli w twoim odczuciu zgryźliwie się czepiam. W sumie "spektakl" przy piekarni był malowniczy. Może nawet zyskał dzięki temu drobnemu nadużyciu. Pozdrawiam K.j. |
Re: `ZARAZ WRACAJ! / Opowiadanie/** przez zachar dnia 15-02-2010 o godz. 17:15:06 | Serdecznie dziękuję za wnikliwy komentarz, za ciepłe słowa. Co do ostatniego zdania - jest tak się domyśla Anonymus. Pewnego dnia stara kamienica zostaje zburzona za pomocą ładunków wybuchowych. Opowiadanie spięte jest swego rodzaju klamrą. Zdanie ostatnie to fragment zdania z pierwszego akapitu. Chodziło mi tu o pokazanie tej kropli czasu, która jest nam darowana. Jednym słowem kurz po detonacji opadał - bagatelka - pół wieku.
A tak w ogóle to Twój komentarz sprawił ogromną satysfakcję. Dzięki. |
|
|
Re: `ZARAZ WRACAJ! / Opowiadanie/** przez alive dnia 12-02-2010 o godz. 23:46:30 | Rzeczywiście bardzo dobre opowiadanie. Takie – do opublikowania. Zwykła, prosta historia świetnie opowiedziana, bez zbędnych udziwnień, z niezwykle plastycznymi opisami. Szacunek!
Mam kilka wątpliwości, które zaznaczam poniżej kursywą. Może Ci się to na coś przyda (a może nie).
Klatka schodowa… rezonuje dźwięki
…kolejno worek za workiem
Rozciekawione oczy
ognie bengalskie itp.
kwaśny dźwięk
Tak właśnie się ma z kioskarzem
z… wnętrza wypełnionego półprzytomną jaźnią
Wiem, że jesteś pewnie bardzo przywiązany do ostatniego zdania, ale też głosowałbym za jego usunięciem.
Gratuluję (!) i pozdrawiam, a.
|
Re: `ZARAZ WRACAJ! / Opowiadanie/** przez zachar dnia 16-02-2010 o godz. 16:01:52 | | Niezwykle sobie cenię każde słowo każdego komentarza. Szczególnie ważne są te krytyczne, bo czegoś uczą. Dziękuję. |
Re: `ZARAZ WRACAJ! / Opowiadanie/** przez alive dnia 17-02-2010 o godz. 17:55:16 | | Z przyjemnością przeczytałem dwa razy. |
|
|
Re: `ZARAZ WRACAJ! / Opowiadanie/** przez Xisco dnia 15-02-2010 o godz. 14:31:10 |
W Twoich słowach Autorze znalazłem kawałek własnego świata.
Znalazłem malowniczą widokówkę zatkniętą w szczelinę drzwi, która
duszne zakątki rzeczywistości wypełnia czarownym wspomnieniem.
Wrażliwe oko dostrzeże jeszcze tu i ówdzie prześwitujący ślad starej
farby, ukrytej pod nową, pastelową elewacją. Wytrwały słuchacz
wydobędzie z miejskiego zgiełku nawet najodleglejsze brzmienie i
starannie wsłuchując się, posłyszy dzwięk jasny i czysty jak bicie
dzwonów na jutrznię. Odnajdzie dawny zapach, podąży za nim, jak Twój
bohater za matczynym wezwaniem: Zaraz Wracaj!
Kreślisz pejzaż spokojnie, łagodną linią, wypłowiałe obrazy wypełniasz
życiem i nasycasz barwą. Urzeczony tym nastrojem, pozdrawiam.
|
Re: `ZARAZ WRACAJ! / Opowiadanie/** przez Xisco dnia 15-02-2010 o godz. 14:34:40 | | ...najodleglejsze echo...:) Pozdrawiam. |
Re: `ZARAZ WRACAJ! / Opowiadanie/** przez zachar dnia 15-02-2010 o godz. 17:31:25 | | Twój komentarz szczególnie mnie poruszył, mam wrażenie , że przecztałem niezwykłej urody liryczny wiersz. Kłaniam się nisko. |
|
|
Re: `ZARAZ WRACAJ! / Opowiadanie/** przez joe dnia 15-02-2010 o godz. 14:56:27 | | dobre, ma swój klimat i własny język. gra jak powinno |
|
|
Re: `ZARAZ WRACAJ! / Opowiadanie/** przez izobar dnia 16-02-2010 o godz. 23:25:44 | Przychylam się do opinii innych i własciwie nic tu dodać, a jednak. Po bardzo płynnej narracji, naładowanej, bez nadmiaru, pieknie zlożonymi zdaniami, robi się nieco na twardo. Od sceny z fryzjerem zaczyna sie coś rozpadać, gdzieś pękają szwy i wychodzi zmeczenie autora. jakoś tak mi sie widzi, że zdania przestają do siebie pasować - jak klocki lego - i jest coś siłowego, gdzieś zaczynają klekotać trybiki i nie mogłem się doczekać konca. W końcówce jestem po stronie Deasa. Myślę, ze to ostatnie zdanie jest tutaj zupełnie niepotrzebne.
"Zaraz wracaj!” – słyszę głos matki, ale nie dolatuje on do mnie
z ambony podestu pierwszego piętra klatki schodowej, lecz z mojego
zamkniętego wnętrza wypełnionego półprzytomną jaźnią. Słyszę ten głos
sprzed półwiecza niczym ginące echo, chcę podążyć za nim,
podporządkować się jego rozkazowi, lecz nie mogę. Moje gołąbki z kaszą
dawno już wystygły."
Czy trzeba więcej? Na wystygłych gołąbkach coś się skonczyło i spuentowało, więc to ostatnie i metaforyczne stwierdzenie jest tylko powtórzeniem i odebraniem czytelnikowi jego własnej wyopbraźni.
Ale, ale, gwiazdy niech się świecą i jaśnieją. To dobry tekst i już. :) |
|
|
Re: `ZARAZ WRACAJ! / Opowiadanie/** przez Anonimus dnia 31-03-2010 o godz. 10:16:42 | Co z tego, że widzę, słyszę i czuję, skoro to wszystko, co widzę, słyszę i czuję, jest tak irytująco nieważne i obrzydliwie nostalgiczne (czyli, że powtarzalne, bo ilu ludzi pisze o tym, że im przemijanie coś zabrało, god damn it)?
Ogólnie poza warsztatem - zresztą miejscami niezwykle drażniącym swoją rozwlekłością i "wyszukaniem" - nic tu nie ma. No, ale ja się mogę nie znać, bo pewnie dlatego, że się nie znam, to tu nie publikuję.
Pozdrawiam Autora :)
FC |
|
|
Re: `ZARAZ WRACAJ! / Opowiadanie/** przez Teano dnia 27-09-2010 o godz. 14:13:59 http://www.teano.portalliteracki.pl | | Bardzo dobry tekst, plastyczny, czuje się to i widzi co opisuje autor. Nawet bez tej puenty byłby to bardzo dobry tekst - obraz. Chylę czoła przed umiejętnością obrazowania. |
|
|
| |
Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2011 poczta małpiatka portalliteracki.pl Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione. |
Reklama w Portalu Literackim
|
|