<?xml version="1.0" encoding="ISO-8859-1"?>

<!DOCTYPE rss PUBLIC "-//Netscape Communications//DTD RSS 0.91//EN"
 "http://my.netscape.com/publish/formats/rss-0.91.dtd">

<rss version="0.91">

<channel>
<title>Portal Literacki - Fabrica Librorum</title>
<link>http://www.portalliteracki.pl</link>
<description>PHP-Nuke Powered Site</description>
<language>pl-pl</language>

<item>
<title>haiku II</title>
<link>http://www.portalliteracki.pl/modules.php?name=News&amp;file=article&amp;sid=46735</link>
<description>&lt;p&gt;kłosy dojrzałe&lt;/p&gt;&lt;p&gt;zmierzchem z kolan powstaną-&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;em&gt;chleba powszedniego&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;br /&gt;&lt;em /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;br /&gt;&lt;em /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;br /&gt;&lt;em /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;em&gt;Redaktor soroka&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;em&gt;&lt;br /&gt;&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;</description>
</item>

<item>
<title>Hefajstos: wyznanie</title>
<link>http://www.portalliteracki.pl/modules.php?name=News&amp;file=article&amp;sid=46734</link>
<description>Nie byłem cudownym dzieckiem,
&lt;br /&gt;tak jakby stworzono mnie na odlew,
&lt;br /&gt;na gorąco, z wybrakowanej formy,
&lt;br /&gt;nie tak jak moją starszą siostrę,
&lt;br /&gt;która była tworem boskiej wyobraźni.
&lt;br /&gt;Przyszła na świat w pełnym rynsztunku
&lt;br /&gt;i ojciec natychmiast miał ją z głowy.
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;Rodzice i sztab olimpijskich krewnych
&lt;br /&gt;nie wierzyli w lotność mojego umysłu:
&lt;br /&gt;jeśli kuternoga ma coś pojąć musi kuć.
&lt;br /&gt;Nie cierpiałem efekciarskich sztuczek.
&lt;br /&gt;W kuźni nie da się mydlić oczu Europie,
&lt;br /&gt;grzmieć dla poklasku plebsu i udawać
&lt;br /&gt;byka gdy sama boskość zdaje się na nic.
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;Moją żonę kochałem do szaleństwa,
&lt;br /&gt;nawet jeśli ten butny półgłupek Ares
&lt;br /&gt;nie łgał mówiąc, że zdobył jej wdzięki,
&lt;br /&gt;że wojna i miłość to wymarzona para.
&lt;br /&gt;Ja sam jestem orędownikiem pokoju,
&lt;br /&gt;otwieram serce na oścież i przymykam
&lt;br /&gt;oczy. Co komu przyszło z bicia piany?
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;Nie zapominajcie rzeczy najważniejszej:
&lt;br /&gt;jestem najbardziej ludzki pośród bogów.
&lt;br /&gt;Na Olimp trafiam od wielkiego dzwonu,
&lt;br /&gt;który sam muszę wykuć w pocie czoła.
&lt;br /&gt;Moje boskie ciało jest po ludzku brzydkie.
&lt;br /&gt;Po ludzku znajduję w pracy boski sens.
&lt;br /&gt;Próbuję znosić po ludzku nieludzki los.
&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Redaktor:soroka&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;</description>
</item>

<item>
<title>wiatrołomy</title>
<link>http://www.portalliteracki.pl/modules.php?name=News&amp;file=article&amp;sid=46733</link>
<description>Już tylko dzieją się przedmioty.
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;Odejść można
&lt;br /&gt;mniej lub bardziej
&lt;br /&gt;szeptem krzykiem.
&lt;br /&gt;Wcześniej szalem starannie otulić
&lt;br /&gt;można
&lt;br /&gt;oczom pozwolić się nieść
&lt;br /&gt;ptakiem w burzę rzuconym być.
&lt;br /&gt;Można też po prostu
&lt;br /&gt;z bólem głowy nad ranem
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;parzymy herbatę.
&lt;br /&gt;Pięć minut przed końcem świata
&lt;br /&gt;ziemia suka
&lt;br /&gt;odwraca się leniwie na drugi bok.
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;Kiedy mimo wszystko zdarzy ci się
&lt;br /&gt;dzień następny
&lt;br /&gt;a ty mimo wszystko
&lt;br /&gt;wstaniesz umyjesz się zrobisz kawę
&lt;br /&gt;mimo wszystko powiesz sąsiadce
&lt;br /&gt;dzień dobry ładna dziś pogoda
&lt;br /&gt;pojedziesz tramwajem
&lt;br /&gt;to już dobrze.
&lt;br /&gt;Już dobrze
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;Jeszcze tylko nocą
&lt;br /&gt;omijaj noce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Redaktor soroka&lt;br /&gt;</description>
</item>

<item>
<title>mistyka tureckiego hammamu</title>
<link>http://www.portalliteracki.pl/modules.php?name=News&amp;file=article&amp;sid=46732</link>
<description>w  oparach olejków
&lt;br /&gt;nabieram miękkości
&lt;br /&gt; 
&lt;br /&gt;tęsknota skrapla się
&lt;br /&gt;na skórze
&lt;br /&gt;myśli łagodnie
&lt;br /&gt;opuszczają ciało
&lt;br /&gt; 
&lt;br /&gt;umysł w stanie ukojenia
&lt;br /&gt; 
&lt;br /&gt;na marmurowym
&lt;br /&gt;podgrzewanym stole
&lt;br /&gt;tellak zdziera naskórek
&lt;br /&gt;okrywa wstyd mydlaną pianą
&lt;br /&gt; 
&lt;br /&gt;znikam pod miękką materią
&lt;br /&gt; 
&lt;br /&gt;idę do ciebie
&lt;br /&gt;przebrana
&lt;br /&gt;w  czystą duszę&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Redaktor soroka&lt;br /&gt;</description>
</item>

<item>
<title>Ci, którzy trwają</title>
<link>http://www.portalliteracki.pl/modules.php?name=News&amp;file=article&amp;sid=46731</link>
<description>Zatrzymałem motocykl w ciemnym zaułku, wygasiłem silnik i zsiadłem z maszyny. Podszedłem do wylotu wąskiej uliczki i rozejrzałem się. Wszędzie wokoło panowała cisza i bezruch, ulice jednej z najstarszych, zapuszczonych dzielnic Nowego Jorku były opustoszałe. W otaczających mnie oknach budynków królowała ciemność, jedynie w oddalonym o jakieś sto metrów VIII posterunku policji paliły się nieliczne światła. Przed wejściem stał samotny radiowóz, reszta pewnie patrolowała spowite ciemnością ulice miasta. Nocne życie nowojorczyków pełne było brudu, grzechu i okrucieństwa. &lt;br /&gt;Wycofałem się w mrok uliczki, minąłem mojego podrasowanego, czarno-srebrnego harleya i wspiąłem się na metalowy kontener na śmieci, z którego przeskoczyłem na szczyt dwumetrowego muru. Rozejrzawszy się, zeskoczyłem z niego na kolejną opustoszałą ulicę i ruszyłem brudnym chodnikiem na tyły posterunku. Omijałem świetliste kręgi na ulicy, kryjąc się w mroku. Nie było to trudne, gdyż tylko nieliczne latarnie jeszcze działały. &lt;br /&gt;Przeskoczyłem niskie ogrodzenie i znalazłem się przy oknach biura policyjnego koronera. Podszedłem do oddalonego o trzy metry tylnego wejścia, jednocześnie wyciągając z kiszeni czarnego płaszcza elektronicznego włamywacza, SR-400. Drogo kosztował, ale nie było elektronicznego zamka, którego to cacko nie potrafiłoby otworzyć. Używanie go było prawnie zakazane, lecz nie było problemów z dostaniem tego urządzenia, jeśli tylko znało się odpowiednich ludzi. Ja znałem. &lt;br /&gt;Stanąłem przy umieszczonym obok drzwi zamku, którego podświetlany ekran lśnił zielenią w ciemności. Włożyłem podłużną końcówkę w otwór na kartę dostępu, wcisnąłem Opening i pozwoliłem urządzeniu działać. Drzwi zabezpieczał zamek typu `Guardian`, chyba najbardziej konwencjonalny w państwowych instytucjach. Niezbyt dobrze spełniał swoją funkcję, bo jego otwieranie trwało przeważnie od dziesięciu do dwudziestu sekund; z SR-400 nie mógł się równać. &lt;br /&gt;Z cichym trzaskiem drzwi się uchyliły, a końcówka włamywacza wyskoczyła z zamka. Wsunąłem się szybko do wnętrza niskiego, jednopiętrowego budynku i zamknąłem za sobą drzwi. Zamek `Guardian` chronił przed wtargnięciem z zewnątrz, więc wiedziałem, że nie będę miał żadnych kłopotów z wydostaniem się stąd; nie trzeba było kodu, wystarczyło po prostu nacisnąć przycisk i drzwi same się otwierały. &lt;br /&gt;Schowałem urządzenie z powrotem do kieszeni płaszcza, a z drugiej wyjąłem małą latarkę. Zapaliłem ją i oświetlając sobie drogę słabym promieniem, ruszyłem korytarzem przed siebie. Minąłem drzwi po prawej stronie, za którymi - jak wiedziałem - znajdował się magazyn, i kolejne, po przeciwnej stronie korytarza. Mieściło się za nimi archiwum, a dalej znajdowała się kostnica i prosektorium. Wiedziałem, że wszystkiego dowiem się od zwłok, więc podszedłem od razu do drzwi kostnicy. &lt;br /&gt;Stanęły przede mną otworem po przekręceniu gałki i lekkim pchnięciu, wolno, bardzo wolno cofając się, jakby wzbraniały mi wstępu do wewnątrz. Spojrzałem w ciemność, przeciąłem ją promieniem latarki i wszedłem do środka, kierując się wprost do szuflad mieszczących się w bocznej ścianie pomieszczenia. Kolejno, z lewej na prawą, oświetlałem karty denatów szukając właściwej. Wiedziałem, że zwłoki, które mnie interesowały, przywieziono kilka godzin temu, przed północą, i że był to biały mężczyzna w średnim wieku. Kolekcjoner Twarzy, jak nazwała go prasa, zabijał tylko mężczyzn liczących od trzydziestu do pięćdziesięciu lat. &lt;br /&gt;Znalazłem dwie karty opatrzone dzisiejszą datą. Były na nich też numery, jakie nadawano poszczególnym zwłokom, ale że same w sobie niczego mi nie mówiły, musiałem otworzyć pierwszą z szuflad i wysunąć ją. Po odchyleniu białego płótna przekonałem się, że pierwsza próba była nieudana; leżała pod nim młoda kobieta z odstrzelonym czubkiem głowy. &lt;br /&gt;Uważając, by jej nie dotknąć, zakryłem trupa sztywnym materiałem, wsunąłem szufladę i otworzyłem drugą. Ledwie biel płótna zalśniła odbitym światłem latarki, wiedziałem, że wyciągnąłem właściwą szufladę. Ofiary Kolekcjonera Twarzy charakteryzowała uniwersalna, niesprecyzowana aura, odróżniająca je od innych zwłok. Zwykli ludzie nie potrafili jej wyczuć, brakowało im tego swoistego zmysłu, który miałem ja. &lt;br /&gt;Nie wiedziałem, dlaczego jego ofiary posiadały wyjątkową aurę, jednak był to niezaprzeczalny fakt. Być może wtedy, gdy odbierał im twarze, kiedy odcinał i zdzierał skórę, zostawiał zwłokom w zamian coś z samego siebie, część jego przeklętego jestestwa. Już wcześniej pomyślałem, że on również może być &amp;ndash; podobnie jak ja &amp;ndash; czymś więcej niż tylko zwykłym człowiekiem. Lecz jeśli tak było w istocie, to jego niezwykłość była inna, jeszcze dla mnie niezrozumiała. &lt;br /&gt;Usłyszałem cichy, stłumiony przez ściany budynku odgłos grzmotu, poprzedzony zapewne błyskiem wyładowań elektrostatycznych na nocnym niebie. Zaczynała się kolejna burza, znowu hektolitry deszczu spadną na Nowy Jork, bezskutecznie próbując oczyścić to siedlisko ludzkie z grzechu. &lt;br /&gt;Wróciłem myślami do leżących przede mną zwłok i odsłoniłem je. Który to już raz oglądałem te okrwawione kości czaszki, otaczający je owal pozostałej skóry głowy i zlepionych zakrzepłą krwią włosów, te gałki oczne odarte z powiek? Nie wiedziałem. Robiłem to już tak wiele razy w ciągu minionych dwóch lat, że przestałem liczyć jego ofiary. Wszystkie zresztą wyglądały tak samo, zawsze ten sam modus operandi nieuchwytnego seryjnego zabójcy, za każdym razem skradziona twarz, ciało pozbawione oblicza. &lt;br /&gt;Wiedziałem, co znowu muszę zrobić, lecz i tak niechętnie wyciągnąłem dłonie w kierunku odartej z twarzy czaszki. Nie byłem jeszcze gotowy do użycia mego daru, a raczej przekleństwa, więc zacisnąłem palce w pięści. Czasami, za cenę życia, popełnia się błędy, których żałuje się po wieki. To, co z początku wydaje się cudem, w rzeczywistości jest tylko zwykłą sztuczką, klątwą oddającą człowieka w ręce siły potężniejszej od samej śmierci, czegoś poza granicami zrozumienia i poznania. Czyniącą z niego marionetkę, pozbawionego woli i mrocznego spokoju śmierci wiecznego niewolnika. &lt;br /&gt;Rozprostowałem palce i zmuszając się do czucia objąłem nimi czaszkę trupa. Mój umysł natychmiast wypełniły straszne obrazy, a ciało odczuwany przez odzieranego z twarzy człowieka przedśmiertny strach i ból. Jak on, ja także chciałem krzyczeć z najczystszego przerażenia, z pierwotnego lęku paraliżującego całe ciało. Jak on, ja również pragnąłem nie czuć na twarzy ostrza noża zagłębiającego się w skórę i przesuwającego po kościach czaszki. &lt;br /&gt;Oczy człowieka, jak i wiele razy przedtem, nie ukazały mi oblicza mordercy; w mroku widziałem tylko jego nachylającą się sylwetkę, którą charakteryzowała jakaś nieokreślona dziwaczność, plamę mglistego światła w tyle i długą, niewyraźną rurę nad zabójcą. Wyczułem też, jak i ofiara przed śmiercią, obecność kogoś tak tchnącego czystym złem, że natychmiast puściłem głowę zwłok i postąpiłem kilka chwiejnych kroków w tył. Przestałem odczuwać, lecz stałem przed trupem i wpatrywałem się w niego, a niezwykłość doznanych wrażeń nie opuszczała mego umysłu. Nie spotkałem się z czymś takim nigdy przedtem, przy żadnej poprzedniej ofierze Kolekcjonera Twarzy czy innego mordercy. Choć wiedziałem, że emocje, które czułem, nie były moimi, lecz zamordowanego mężczyzny, to i tak przytłaczająca obecność czegoś ohydnego opadła na mnie jak mroczny całun. Pomimo moich licznych kontaktów z ofiarami morderców i nimi samymi, ze śmiercią, bólem i odrazą, z efektami działań zdegenerowanych potworów, niezwykle mocno odczułem ogromny lęk zabitego człowieka przed tym niezdefiniowanym Czymś. Lęk, który przejąłby mnie do głębi, gdybym nadal był zdolny do czucia czegokolwiek. &lt;br /&gt;Nie byłem. Jedynymi momentami, w których coś czułem, były chwile kontaktowania się z ofiarami ludzkich bestii o zaślepionych żądzą sercach i umysłach. Zdolność czucia została mi odebrana w zamian za trwanie, na moje własne życzenie, którego będę żałował po wieczność. Nie czułem smutku, radości ani bólu, nawet żałować mojego wyboru mogłem tylko w myślach. Martwe ciało czuć nie może, byłem tego świadom w stopniu przekraczającym ludzkie pojęcie. &lt;br /&gt;Powinienem raz jeszcze dotknąć zwłok, zagłębić się w cierpienie, lecz nie potrafiłem. Zdawałem sobie sprawę z tego, że tracę szansę dostrzeżenia jakiegoś szczegółu, uchwycenia czegoś, co pozwoliłoby mi zlokalizować miejsce ostatniej zbrodni Kolekcjonera Twarzy, jednak nie mogłem zmusić się do ponownego czucia. Postanowiłem, że zamiast tego przejrzę akta i zasunąłem szufladę, nie przykrywając nawet trupa materiałem. Opuściłem kostnicę i otworzyłem drzwi archiwum, po raz kolejny oświetlając otoczenie punktową latarką. Powtarzając cicho pod nosem numer przypisany interesującym mnie zwłokom, skierowałem światło na plakietki stojących pod ścianą szafek. W pokoju znajdował się także komputer, jednak policyjni patolodzy zwykli przechowywać papierową dokumentację. &lt;br /&gt;Szybko odnalazłem interesujący mnie przedział liczb i otworzyłem jedną z szafek. Wsadziwszy sobie latarkę w zęby, zacząłem przeglądać numery licznych teczek, ale nie natrafiłem na tę jedną konkretną. Sądząc, że może przeoczyłem zapamiętany numer, przejrzałem teczki jeszcze raz, wolniej i dokładniej, jednak z tym samym skutkiem. Odwróciłem się więc i ruszyłem do biurka, przygotowany na przeszukiwanie komputerowych plików, lecz skierowawszy snop światła na blat ujrzałem na nim teczkę z właściwym numerem. Najwyraźniej nie zdarzają się już patolodzy-pedanci, pomyślałem i chwyciłem ją, od razu otwierając. &lt;br /&gt;Mężczyzna nazywał się Steve Hanneman i zginął w wieku czterdziestu trzech lat. Jego ciało znaleziono na południowych obrzeżach Nowego Jorku, porzucone przy opuszczonej fabryce. &lt;br /&gt;Spojrzałem na kilka dołączonych do akt fotografii. Przedstawiały zwłoki leżące na żwirowanym podłożu, leżące bezładnie, porzucone jak worek śmieci. W tle widniała otwarta brama budynku fabryki i jej ciemne wnętrze, a także walające się wszędzie rury i stalowe belki. Przez moment rozmyślałem, czy oglądana przed chwilą we wspomnieniach zwłok scena morderstwa rozgrywała się w tej fabryce, jednak szybko odrzuciłem tę możliwość. Hanneman zginął w jakimś ciemnym pomieszczeniu, a jeśli było to wnętrze fabryki, to po co Kolekcjoner Twarzy miałby wyciągać trupa na światło dzienne? To nie zgadzało się z jego sposobem działania; on przeważnie porzucał okaleczone ciała w jakichś mniej dostępnych miejscach, a czasami zostawiał na miejscu zbrodni, jeśli gwarantowało ono co najmniej kilka godzin do znalezienia ciała. Zdarzało się, że porzucał je w szybach wind opuszczonych budynków, czasami wrzucał do rzeki i do kanałów. Odizolowana, opuszczona fabryka wydała mu się bezpiecznym miejscem, więc prawdopodobnie chciał ukryć w niej ciało. &lt;br /&gt;Nie wiedziałem, dlaczego czasami pozostawiał zwłoki na miejscu zbrodni, a czasami woził je i wyrzucał gdzieś w Nowym Jorku. Byłem pewien, że takie zachowanie wiązało się z czymś istotnym, jednak nie rozumiałem jeszcze, z czym. &lt;br /&gt;Akta podawały, że zabójca posługiwał się bardzo ostrym narzędziem o cienkim i długim ostrzu. W pamięci ofiar Kolekcjonera Twarzy kilkakrotnie widziałem ten nóż i muszę przyznać, że policyjny opis pasował. Narzędzie wyglądało jak powiększona wersja chirurgicznego skalpela, tyle że miało powlekany czarną gumą uchwyt. Ogólnie było niewielkie jak na nóż, a wnioskując z obrazu całości - dłoni trzymającej je, długości przedramienia w porównaniu z ostrzem, kąta patrzenia ofiary na mordercę - Kolekcjoner Twarzy sam był niewielkim mężczyzną. &lt;br /&gt;Przejrzałem jeszcze listę śladowych substancji znalezionych na ubraniu i ciele ofiary. Była stosunkowo długa i raczej niewiele mówiąca, z wyjątkiem jednej pozycji: szczurzych, zaschniętych odchodów. Wiedziałem, że nie znalazły się one na ubraniu zabitego już po porzuceniu jego ciała przy fabryce, gdyż - jak podano w aktach - zwłoki leżały tam krótko, zostały zabrane przez policję niedługo po porzuceniu ich tam. Określono także czas śmierci, która nastąpiła nie dalej niż sześć do ośmiu godzin przed znalezieniem ciała. W tak krótkim czasie szczurze odchody nie mogły stwardnieć do stopnia, w jakim je badano. Musiały więc pochodzić z miejsca zbrodni, ponieważ Steve Hanneman, noszący drogie i eleganckie garnitury kierownik supermarketu, nie mógłby zetknąć się z nimi w pracy czy w domu. &lt;br /&gt;Zapamiętałem jeszcze dane mężczyzny, który znalazł ciało i odłożyłem akta na biurko. Stwierdziłem, że niczego więcej się tutaj nie dowiem. W przypadku Kolekcjonera Twarzy zawsze występowała minimalna ilość śladów, co świadczyło o niezwykłej, obsesyjnej wręcz ostrożności tego zabójcy. Tym bardziej, że pozostawione przez niego bardzo nieliczne ślady były bez wyjątku niewiele mówiące, prawie bez znaczenia. &lt;br /&gt;Opuściłem archiwum i ruszyłem ciemnym korytarzem do tylnych drzwi. Po chwili znalazłem się na zewnątrz i ruszyłem do miejsca, w którym zostawiłem skradzionego harleya. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Opuszczona fabryka na krańcach południowego Nowego Jorku robiła przygnębiające wrażenie, które potęgował jeszcze spadający z nieba obficie deszcz. Jej odrapane i walące się ściany, farba odchodząca płatami i wielkie dziury w murach uświadamiały mi nietrwałość każdej materii, jaką zdolny jest stworzyć człowiek. Mrok spowijał ten zrujnowany ogromny budynek, lecz w żaden sposób nie mógł ukryć całkowicie jego powolnego, nieuniknionego rozpadu. &lt;br /&gt;Ruszyłem do wejścia budynku - dużego, ciemniejszego od czerni nocy otworu pozbawionego drzwi. W miejscu, z którego szedłem i w którym leżało porzucone ciało Steve`a Hannemana, nadal trzepotały żółte policyjne taśmy. Oglądanie go było niepotrzebne, gdyż nie mogły już znajdować się tam jakiekolwiek ślady, ale i tak przyjrzałem mu się z bliska. Chciałem je zobaczyć, oczyma wyobraźni ujrzeć leżące tutaj ciało ostatniej ofiary seryjnego mordercy. Próbowałem zrozumieć, dlaczego porzucił je akurat w tym miejscu, lecz nie widziałem ku temu żadnego wyraźnego powodu. Jedynym wyjaśnieniem tego faktu, jakie przychodziło mi teraz do głowy, było to, że ktoś lub coś przestraszyło go i musiał zostawić zwłoki na widoku. Raczej nie był to mężczyzna żyjący ze sprzedaży złomu, który znalazł ciało Hannemana i zawiadomił policję, bo powiedziałby o tym detektywom. Zresztą gdyby nie jego przypadkowa obecność tutaj, zabójca ukryłby ciało gdzieś w obszernych czeluściach starej fabryki i minęłoby bardzo dużo czasu, zanim ktokolwiek by je tam odnalazł. &lt;br /&gt;Matthew King, tak nazywał się znalazca zwłok. Mieszkał w położonej niedaleko stąd zapuszczonej i biednej dzielnicy południowego Nowego Jorku, czego dowiedziałem się z policyjnych akt. Jego adresu nie musiałem zapisywać, gdyż teraz moja pamięć była zadziwiająca. Nie zapominałem nigdy o najdrobniejszych nawet, najmniej istotnych szczegółach; potrafiłbym wymienić każdą pozycję z czytanych akt. Steve`a Hannemana, a także starszych, zabitych nawet lata temu ofiar morderców. Dane na zawsze pozostawały w mojej głowie. Kiedy już coś do niej trafiło, nie sposób było się tego pozbyć. &lt;br /&gt;Ruszyłem do wejścia fabryki już z góry wiedząc, że niczego w jej wnętrzu nie znajdę. Nie przypuszczałem nawet, by Kolekcjoner Twarzy tam w ogóle był. Gdyby przywiózł tutaj żywego jeszcze Hannemana i zabił go wewnątrz fabryki, to ciało znajdowałoby się właśnie gdzieś tam, porzucone w jakimś mrocznym kącie. &lt;br /&gt;Pogrążone w ciemności sale, brudne pomieszczenia, zapach wszechobecnego kurzu oraz mnóstwo stalowych belek i gruzu wypełniły mi godzinę chodzenia po fabryce. Okazało się to bezowocne, jak zakładałem od początku, lecz chciałem przekonać się, czy scena zbrodni, którą wciąż miałem w pamięci, mogła rozgrywać się wewnątrz budynku. Nie natrafiłem jednak na miejsce, które odpowiadałoby temu z przedśmiertnych wspomnień Hannemana, co tylko potwierdziło moje wcześniejsze przypuszczenia. &lt;br /&gt;Wyszedłem z fabryki, pokonałem kilkanaście dzielących mnie od harleya metrów i z głośnym warczeniem silnika ruszyłem. Zamierzałem teraz złożyć wizytę Matthew Kingowi. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nazywam się Caleb Pharr, a raczej nazywałem się tak przed śmiercią. Dwadzieścia trzy lata temu, będąc detektywem wydziału zabójstw, ścigałem w zamkniętej kopalni zabójcę mojego partnera. W czasie długiego pościgu w atramentowo czarnych korytarzach udało mu się mnie trafić. Kule wyrwały w moim brzuchu dziurę, a następne roztrzaskały pierś i głowę. Mimo to żyłem jeszcze, oddychając z największym trudem i nie mogąc uwierzyć w to, że mnie dopadł. Chciał mnie dobić, lecz zabrakło mu amunicji, więc zaciągnął mnie nad otwór starego kopalnianego szybu i zrzucił w głąb. Nawet o tym nie wiedząc, wybrał najgorszy z możliwych scenariuszy. Implikacje jego czynu zapewniły mi przeklęte trwanie, odbierając tak bardzo upragniony teraz niebyt śmierci. &lt;br /&gt;Spadałem długo, obijając się o ściany szybu i krzycząc w niemym, śmiertelnym przerażeniu. Otaczała mnie absolutna ciemność i cisza, a ból spowodowany licznymi postrzałami osiągnął punkt, w którym przestałem w ogóle go odczuwać. Czas spadania wydłużał mi się do wieków, choć w rzeczywistości musiało ono trwać zaledwie dłuższą chwilę, nawet mimo dużej głębokości starego szybu. W każdym razie umarłem, gdy z niesamowitym impetem sięgnąłem jego dna, a samo uderzenie musiało zmiażdżyć moje ciało. &lt;br /&gt;Momentu uderzenia nie pamiętam. Ostatnim moim przedśmiertnym wspomnieniem jest przerażający pęd ku głębi, a później... Później była świadomość. Świadomość istnienia czegoś, co dało mi tę świadomość. To pierwsze z moich pośmiertnych wspomnień, przytłaczająca obecność Tego. Nazywam to Tym Który Trwa, nie mając nawet pojęcia, czym jest, jak wygląda i skąd pochodzi. Wiem natomiast, że świadomość jego istnienia, którą nieustannie odczuwam, niesie ze sobą tchnienie wieków, setek mijających mileniów. To coś wydaje się być starsze niż czas, niż wszechświat, trwające w ziemi od zarania wieków, a jednocześnie tak niesprecyzowane, tak przerażająco obce... &lt;br /&gt;To przywróciło mi jaźń, świadomość, dzięki czemu mogłem usłyszeć coś na kształt jego własnych myśli. Nie potrafię oddać tego `kontaktu`, opisuję go tylko w bardzo uproszczonych kategoriach, jakie sam znam, ograniczony ludzkim, niewystarczającym językiem. W rzeczywistości tamte doznania były tak nieludzkie, niezrozumiałe i obce, że nie sposób opisać ich w ludzkich miarach, nie sposób nawet do końca je pojąć. Był to mroczny kontakt dwóch świadomości, tak krańcowo odmiennych, jak to tylko możliwe. Ten Który Trwa dostosował się do mojej jaźni, po to, bym mógł go zrozumieć. W jakiś sposób przedstawił mi, co ze mną zrobi, a ja zrozumiałem, że przywróci mi ciało, odtworzy moje kompletnie strzaskane szczątki i ofiaruje wieczne trwanie. Miałem stać się jego sługą, dostarczającym pokarmu jego wygłodniałemu, poszczącemu przez długie wieki i zjadającemu same siebie ciału. Nie miałem żadnego wyboru, to była jego wola, więc stałem się. Poprzedzający to proces był koszmarem dla świadomości, którą byłem, pełen niewyobrażalnego, niezdefiniowanego i paradoksalnego przecież bólu, bo jak jaźń może odczuwać? Początkowo nie mogłem tego zrozumieć, ale po jakimś czasie uświadomiłem sobie, że odbieram ból Tego Który Trwa. W każdej sekundzie procesu przywracania mi ciała moja jaźń poznawała taki wymiar bólu, jakiego człowiek nigdy nie będzie w stanie poznać. Jego obce ciało wchłonęło w siebie moje, jego własny organizm uzupełniał moje szczątki sobą samym. Byłem tylko świadomością, jednak jego cierpienie było najpotworniejszym doznaniem, jakie jakakolwiek istota może przeżyć. Moja jaźń była świadoma tego ogromnego bólu, jakbym miał własne, zdolne do czucia żywe ciało. Jakby istniał jakiś układ nerwowy, poprzez który mogłem odczuwać tak kosmiczny wymiar cierpienia. A przecież byłem tylko jaźnią, jestestwem... &lt;br /&gt;Kiedy wreszcie moje ciało zostało odtworzone i zostałem wysłany z powrotem do świata żywych, dowiedziałem się, że proces ten trwał ponad dwie dekady. Od tamtej chwili nie poczułem już absolutnie niczego. Moje ciało jest powłoką, tworem, dzięki któremu mam zdobywać pożywienie Temu Który Trwa. A pokarm pokarmowi nierówny... &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dom Matthew Kinga zalewały strugi ulewnego deszczu. Był to parterowy budynek wyraźnie zaniedbywany już od dawna, stojący tutaj pewnie z kilkadziesiąt lat. Szyby w oknach była brudne, a płaty niegdyś białej farby odchodziły od ścian, czego nie mogły ukryć nawet ciemności nocy. &lt;br /&gt;Podszedłem do obskurnych, brudnych drzwi i załomotałem w nie. Późna pora nie miała dla mnie żadnego znaczenia. Matthew King wyśpi się, kiedy umrze. Może. &lt;br /&gt;Nie spał. Wyczułem raczej niż usłyszałem jakiś ruch wewnątrz, jednak drzwi się nie otworzyły. Spojrzałem w bok, na małe okno w ścianie, w którym firana lekko się poruszyła. Ostrożny człowiek. &lt;br /&gt;- Policja! - powiedziałem głośno. Jednocześnie zastanawiałem się, jak bardzo zdziwi Kinga widok mężczyzny noszącego okulary przeciwsłoneczne w nocy. &lt;br /&gt;Drzwi ciągle się nie otwierały. Wiedziałem, że był w domu i on wiedział, że ja o tym wiem, jednak nie podchodził do wejścia. Dlaczego? &lt;br /&gt;Cofnąłem się dwa kroki, a w sekundę później uderzyłem ramieniem w stare drewniane drzwi. Były zabezpieczone jakimś tanim zamkiem starego typu, żadnym z tych elektronicznych, więc wyważyłem je bez kłopotu już za pierwszym razem. &lt;br /&gt;Wewnątrz panowała ciemność i cisza. Nikt nie wybiegł, nikt nie krzyczał. Matthew King musiał być przerażony. Tylko czym? &lt;br /&gt;Wszedłem w ciemny korytarz, nasłuchując jakiegoś ruchu. Miałem na nogach ciężkie, wysokie buty ze skóry, jednak idąc nie robiłem prawie żadnego hałasu. Po chwili zajrzałem do pierwszego z mijanych pokoi, lecz nawet jeśli mieszkaniec domu znajdował się w nim, ciemność skrywała go przede mną. &lt;br /&gt;Wyciągnąłem z kieszeni płaszcza małą latarkę i oświetliłem snopem bladego światła pomieszczenie. Zobaczyłem tylko stare zniszczone meble. &lt;br /&gt;Wróciłem na korytarz i wtedy właśnie usłyszałem jakiś cichy dźwięk, dobiegający gdzieś z prawej strony. Skierowałem latarkę w tę stronę i ujrzałem niedomknięte drzwi, do których od razu ruszyłem. Pchnąłem je lekko i odchyliły się do środka z głośnym skrzypieniem nie naoliwionych zawiasów, a strumień światła mojej latarki wdarł się w ciemność kolejnego pomieszczenia. &lt;br /&gt;Z początku wyglądało na tak samo puste jak poprzednie. Stół, sfatygowany duży fotel, łóżko, dwudrzwiowa szafa, regał z książkami... i dwa palce dłoni wystające zza oparcia starego fotela. &lt;br /&gt;- Policja - powtórzyłem. - Wyjdź zza fotela. - Sięgnąłem ręką do wyłącznika światła umieszczonego na ścianie obok drzwi. Goła żarówka zwisająca na kablu z sufitu rozbłysła, zalewając pokój jasnym światłem. Matthew King ciągle nie wychodził zza oparcia mebla, więc schowałem latarkę do kieszeni i ruszyłem wolno w jego kierunku. Kłamiąc, że jestem z policji, chciałem go uspokoić, ale osiągnąłem skutek wprost przeciwny. Musiał mi nie uwierzyć, sądzić, że jestem kimś innym, bo przecież policjanta nie bałby się aż tak bardzo. &lt;br /&gt;Kiedy okrążałem fotel i zaczynałem dostrzegać jego skrytą za nim postać, King nagle poderwał się i zaczął uciekać. Ruszył drugą stroną pokoju, jednak spodziewałem się tego i zareagowałem szybciej, niż mógł przypuszczać; kilka szybkich kroków w tył, długi skok i dopadłem go, przypierając do ściany. Gdy na mnie spojrzał, oczy miał wytrzeszczone ze strachu i cały się trząsł, lecz również odetchnął z ulgą. &lt;br /&gt;- Jesteś King? Matthew King? - spytałem, a on skinął potakująco głową, nie wypowiadając ani słowa. &lt;br /&gt;- Dlaczego uciekałeś? - pytałem dalej, jednak mężczyzna spuścił tylko wzrok. Był średniego wzrostu, znacznie niższy ode mnie, a na zaokrąglonej, pokrytej ciemnym zarostem twarzy perlił się pot. Miał na sobie brązowy sweter, dżinsy i znoszone półbuty poplamione jakimś płynem. Może tanią whisky, której zapach unosił się w pokoju i dobywał z jego ust. &lt;br /&gt;- Teraz porozmawiamy, rozumiesz? - powiedziałem, a on znowu tylko skinął głową. Pchnąłem go w kierunku starego fotela. Opadł na niego ciężko, patrząc na mnie z lękiem w oczach. Pewnie nieczęsto widywał barczystego, blisko dwumetrowego detektywa o długich, spiętych w koński ogon białych włosach. &lt;br /&gt;- Masz... odznakę? - wychrypiał. Miałem i pokazałem mu ją, nie informując go tylko, że straciła ważność ponad dwie dekady temu. &lt;br /&gt;Stanąłem przed nim i spojrzałem na niego z góry. Dałbym sobie rękę uciąć, że irytowała go niemożność ujrzenia mych skrytych za ciemnymi szkłami oczu. &lt;br /&gt;- Nie powiedziałeś detektywom wszystkiego - stwierdziłem, a on umknął spojrzeniem w bok. - Jednak mnie powiesz. - King przesunął wzrok z jednej marnej, wiszącej na ścianie reprodukcji na inną, i splótł dłonie na brzuchu, lekko pochyliwszy się w przód. Po chwili rozplótł palce, położył ręce na oparciach fotela i jeszcze bardziej podkurczył nogi. &lt;br /&gt;- Opowiedz mi o tym, jak znalazłeś ciało Hannemana - zażądałem. - I o tym, co widziałeś. &lt;br /&gt;W oczach Kinga odmalowało się przerażenie. Wargi zaczęły mu drżeć, a spojrzenie ciągle powracało do drzwi, które wydawały mu się ratunkiem. Bał się rozmawiać ze mną, najchętniej uciekłby ode mnie jak najdalej. I ciągle milczał, więc zwinąwszy palce w pięść uderzyłem go. Cios szarpnął jego głową, a przecięta warga zaczęła krwawić, lecz gdy ponownie na mnie spojrzał, jego zachowanie nie zmieniło się. Żadnej agresji, tylko dojmujący strach i bierność. &lt;br /&gt;- Mów! - warknąłem. Nie mogłem czuć niczego, więc i wściekłości także nie, jednak mogłem sprawić, bym takim mu się wydawał - agresywnym i wściekłym. Zresztą wyglądało na to, że to i tak nieistotne, ponieważ on nie bał się mnie czy policji w ogóle, lecz kogoś innego. I wiedziałem nawet, kogo. &lt;br /&gt;- Posłuchaj - powiedziałem, nie podnosząc już głosu - powiesz mi to, co chcę wiedzieć, żywy czy martwy. - Zamilkłem na chwilę, by dotarł do niego wydźwięk moich słów, po czym dodałem: &lt;br /&gt;- Nie tylko jego musisz się teraz bać. &lt;br /&gt;Spojrzał na mnie z wyrazem zaskoczenia na pobladłej twarzy. Długą chwilę w pokoju panowała cisza, przerywana tylko jego szybkim oddechem, a potem King zaczął mówić. Wyrzucał z siebie słowa szybko i chaotycznie, jakby chciał pozbyć się przytłaczającego ciężaru. &lt;br /&gt;Wczorajszego dnia jechał do opuszczonej fabryki, by załadować swojego pick-upa żelastwem, które miał sprzedać. Kiedy wyjechał zza wzniesienia zbliżając się do niej, zauważył stojącą przed kompleksem budynków, przy wejściu do jednego z nich, szarą brudną furgonetkę, zza której wyszedł jakiś człowiek. Kiedy zauważył wóz Kinga, wsiadł do samochodu, jednak nie odjechał; furgonetka ciągle stała nieruchomo. King jechał dalej, aż będąc jakieś pięćdziesiąt metrów przed szarym samochodem, zauważył leżące na żwirowanym gruncie nieruchome ciało mężczyzny. Ogarnął go strach, dlatego też nie zatrzymał pick-upa i nie wysiadł, lecz jechał dalej. Moment później mógł już przyjrzeć się ciału dokładniej i stwierdził, że w miejscu twarzy człowieka widnieje tylko krwawa, czerwona plama. Teraz już naprawdę przerażony, przeniósł wzrok na brudnoszary samochód, którego silnik zaskoczył. Furgonetka z rykiem wyrwała w jego kierunku, próbując staranować pick-upa, jednak Kingowi udało się skręcić i o włos uniknąć zderzenia. Samochód przemknął obok, a on przez chwilę widział dwójkę pasażerów, których widoku nie zapomni do końca życia... &lt;br /&gt;W tym momencie przerwał opowieść, łapiąc głęboko powietrze i drżąc na całym ciele. Widziałem na własne oczy, jak samo wspomnienie potrafi przerazić go do głębi. &lt;br /&gt;- Mów dalej - powiedziałem, a on posłuchał. &lt;br /&gt;Kierowca był chudym, gładko ogolonym mężczyzną, wpatrującym się w niego z napięciem. Miał krótkie, zmierzwione włosy, jednak ich koloru King nie potrafił określić. W jego twarzy było coś dziwnego, jakby był upośledzony, ale tego Matthew nie był do końca pewien. Natomiast pasażerka... &lt;br /&gt;- Ta kobieta... jeśli to coś w ogóle było kobietą... - mówił podniesionym, histerycznym nieco głosem - była... zdeformowana, straszliwie okaleczona. Głowę trzymała nieruchomo na prawym ramieniu, przechyloną, jej twarz przecinały dziesiątki blizn. Nie miała jednego oka, nie wiem, którego i... i... Boże, nie miała też warg! - znowu przerwał, a jego oddech stał świszczący. Pochylił się i zza fotela wyciągnął opróżnioną do połowy butelkę whisky. Odkręcił nakrętkę, rzucił gdzieś w kąt i pociągnął spory łyk. Potem wbił spojrzenie we mnie. &lt;br /&gt;- Nie miała warg, tylko zabliźnioną, bezkształtną dziurę w twarzy... Jej prawa ręka wznosiła się i opadała wzdłuż ciała, w jakimś nieustającym, nieprzerwanym... tiku. Palce były zaciśnięte w pięść, również zdeformowane, jak gdyby źle zrosły się po złamaniu. Była stara, albo wyglądała na taką... nie wiem. Widziałem ich oboje tylko przez kilka sekund, ale te koszmarne postaci wżarły mi się w pamięć, zwłaszcza ona. Najgorsze jest to, że oni również mnie widzieli i nie zapomną mnie tak samo, jak ja ich... &amp;ndash; powiedział. - Przyjdą tutaj i... wezmą moją twarz - szepnął. - Bo to był on, prawda? Kolekcjoner Twarzy? - spytał, spoglądając na mnie błagalnie. Być może chciał, bym zaprzeczył, rozwiał jego najgorsze obawy. &lt;br /&gt;- Tak, to był on - potwierdziłem. - Widziałeś rejestrację samochodu? &lt;br /&gt;King wbił zamglone spojrzenie w jakiś punkt za moimi plecami, a po chwili rzekł: &lt;br /&gt;- NS... 041... Więcej nie pamiętam. Tyle rzuciło mi się w oczy, kiedy zatrzymałem wóz i spojrzałem w tył, by zobaczyć, czy za mną jedzie. On także stanął na krótko, jakby nie mógł się zdecydować, co ma robić. Rejestracja była poplamiona czymś żółtym, dlatego przykuła mój wzrok. &lt;br /&gt;W pokoju zapanowała cisza. King wspominał tamto zdarzenie, miał przed oczami brudnoszary samochód i jego pasażerów. To, że nie podał tych numerów policji było mi na rękę; Kolekcjoner Twarzy będzie mój. Mój i Tego Który Trwa. &lt;br /&gt;Matthew nagle poderwał się z fotela i wczepił palcami jednej ręki w mój płaszcz. &lt;br /&gt;- Nie rozumiesz? - wykrzyknął. - On mnie znajdzie i zabije! Już wtedy, przy fabryce, wycofał samochód i ruszył za mną, ale jakimś cudem udało mi się zostawić go w tyle i zgubić... &lt;br /&gt;Pchnąłem go z powrotem na fotel. Nic już mi nie mógł powiedzieć... w ten sposób. &lt;br /&gt;Wyciągnąłem z kieszeni sprężynowy nóż i wysunąłem długie ostrze. Oczy Kinga rozwarły się szeroko w niemym śmiertelnym lęku, jednak nie na długo, ponieważ w tej samej chwili zatopiłem lśniącą stal w jego sercu. Opowiedział mi to, co zobaczył, lecz musiał mi to jeszcze pokazać. A żywy w żaden sposób nie mógł tego zrobić. &lt;br /&gt;Umarł szybko. Jego serce natychmiast przestało pracować, a powieki zastygły, rozwarte w wyrazie bezbrzeżnego zdumienia. Opadł na oparcie fotela i zwiesił głowę na piersi. &lt;br /&gt;Wyciągnąłem nóż z jego ciała, wytarłem ostrze o jego ubranie i schowałem na powrót do kieszeni. Potem pochyliłem się i objąłem dłońmi głowę trupa, a obrazy ostatnich wspomnień Kinga wdarły się w mój umysł. Najpierw zobaczyłem siebie samego, w momencie wysuwania sprężynowego ostrza. Wydarzenia się cofały i dopiero później ujrzałem scenę sprzed fabryki, czując, jak ogarnia mnie odczuwane wtedy przez Matthew przerażenie. Walcząc z czuciem, z obezwładniającym lękiem, starając się go ignorować przyjrzałem się obrazowi pasażerów furgonu, skupiając na nich całą swoją uwagę. Rysy twarzy seryjnego mordercy rzeczywiście miały w sobie wyraźny ślad deformacji; skóra była jakby napięta, oczy wydłużone, wargi zaciśnięte w wąską kreskę. Stalowoniebieskie, zimne oczy kontrastowały z nieobecnym wyrazem jego twarzy, gdyż wyglądała z nich żywa inteligencja. Przez lewy policzek biegła ledwie widoczna, zagojona dawno temu blizna. Kasztanowe, siwiejące wyraźnie nad uszami włosy sterczały w górę i na boki. &lt;br /&gt;Kobieta siedząca obok wyglądała tak, jak opisał ją King. Musiała być starszą siostrą lub matką mordercy, ponieważ podobieństwo między nimi - widoczne nawet mimo jej okropnych ran - było duże. &lt;br /&gt;Kiedy na nią patrzyłem, siedzącą w przejeżdżającej furgonetce, wyczułem tą samą emanację zła i odrazy, jakiej doświadczyłem oglądając obrazy wspomnień Steve`a Hannemana. Ta kobieta musiała towarzyszyć Kolekcjonerowi Twarzy przy morderstwie kierownika supermarketu, gdyż nie sądziłem, że mogła istnieć inna, akompaniująca mordercy i tak przesiąknięta okrucieństwem osoba. To właśnie jej obecność musiałem czuć w ciemnym pomieszczeniu, patrząc oczami Hannemana, jak Kolekcjoner zbliża ostrze noża do jego twarzy. &lt;br /&gt;Zobaczyłem także numery rejestracyjne furgonu. Odczytałem i powtórzyłem kilka razy NSL 570413; dzięki nim szybko poznam nazwisko, na jakie samochód został zarejestrowany. Nie musiało to być nazwisko prawdziwe, ale mimo wszystko zyskam kolejny mały ślad. &lt;br /&gt;Uznawszy, że ujrzałem już dość, pozwoliłem głowie Kinga opaść bezwładnie. Zawsze jak najszybciej uciekałem od czucia, jednak informacji, jakie uzyskiwałem podczas kontaktów z umarłymi, nie zdobyłbym tak szybko w żaden inny sposób. &lt;br /&gt;Dzięki Matthew Kingowi znalazłem kolejną nitkę, po której miałem szansę dotrzeć do mordercy, więc jego śmierć nie poszła na marne. Cel uświęca środki, jak mawiają. Choć w moim przypadku bardziej adekwatne jest powiedzenie: po trupach do celu. &lt;br /&gt;Obrzuciłem zwłoki jeszcze jednym, ostatnim spojrzeniem i uznałem, że pozostawię je tutaj. King nie zasłużył na los gorszy od tego, który już mu zgotowałem, więc niech chociaż spoczywa w ziemi. &lt;br /&gt;Wyszedłem z domu, wsiadłem na motor i zapaliwszy silnik ruszyłem wolno, zawracając na wąskiej ulicy. Wtedy właśnie usłyszałem narastający ryk silnika i w bocznej uliczce ujrzałem pędzącą na mnie ze zgaszonymi światłami furgonetkę. Znajdowała się już tylko kilka metrów od harleya, więc nie miałem czasu na nic innego, jak tylko wyrwanie z miejsca z piskiem opon. Motor skoczył do przodu, jednak furgonetka zahaczyła tylne koło; poleciałem na twardy asfalt, turlając się przez chwilę bezwładnie. Gdy się podniosłem, samochód znikał już w górze ulicy. Był zbyt daleko, bym mógł dojrzeć jego numery, ale nawet bez tego wiedziałem, kto go prowadził. &lt;br /&gt;Spojrzałem na leżący dwa metry dalej motor. Tylne koło harleya było wygięte, pod wpływem uderzenia złamał się prawy resor i chromowany błotnik. Maszyna była bezużyteczna. &lt;br /&gt;Rozejrzałem się i kilkadziesiąt metrów dalej zobaczyłem zaparkowanego czarnego forda mustanga. Cóż.... Mnie będzie bardziej potrzebny niż właścicielowi. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;koniec części pierwszej &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tomasz Graczykowski www.tomaszgraczykowski.republika.pl &lt;br /&gt;</description>
</item>

<item>
<title>Mgła</title>
<link>http://www.portalliteracki.pl/modules.php?name=News&amp;file=article&amp;sid=46730</link>
<description>Chodź ze mną. Nie bój się, nie zrobię ci nic złego, chcę tylko zaprowadzić cię do wnętrza mojej głowy... Nie wiem jak skończy się ta historia, ale przecież w każdej chwili możesz z niej zrezygnować. A moja głowa jest tylko moją głową... Chodź, może zobaczysz coś, co warto zobaczyć, a może tylko coś takiego, na co szkoda czasu? Lepiej dostrzec to w mojej niż we własnej głowie... Tak myślę. Nie ponosisz żadnego ryzyka, między nami jest papier. Wbrew pozorom, to porządna bariera... &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeżeli chodzi o teraz, to wygląda to mniej więcej tak. Nisko sunące pasma mgły, a na samym środku łąki samotna brzoza. Dziwne... Zawsze wydawało mi się, że brzozy rosną po kilka obok siebie, a ta tutaj stoi taka cholernie samotna. Na niebie są chmury i nie widać słońca. Nie wiadomo czy jeszcze się nie wykluło i tkwi zagrzebane w ziemi, czy może już jest po wszystkim, ale po prostu nie widać go zza chmur. Nie wieje wiatr, liście drzewa nie poruszają się i w milczeniu gapimy się razem na ten jesienny pejzaż, na krople rosy, na mgłę, na siebie nawzajem. Jest cicho. Nikogo nie ma. Spokój. &lt;br /&gt;Nie ma tutaj nikogo oprócz mnie. Opieram się plecami o pień drzewa i czekam. Czekam już od dłuższego czasu, bo tym razem nie chciałem się spóźnić. Mógłbym nawet powiedzieć, że czekam całe życie, ale to byłoby przegięcie i nadinterpretacja, nawet jak na mnie przesadzona. Jeżeli chodzi o całe życie, to byłem raczej niepoprawnie roztrzepany i tym razem po prostu bardzo zależało mi na tym, żeby nie dać plamy. Poza tym lubię smutne, jesienne klimaty, poranki pełne mgły i przelatujące gdzieś w górze klucze gęsi krzyczących do mnie z wysokości: &amp;bdquo;choć z nami, leć z nami tam, gdzie jest ciepło i jasno!&amp;rdquo;. One tam właśnie lecą, a zagapiona w powietrze, spoglądająca na ich lot trawa - której szron nie zamknął jeszcze powiek przed zimą - łasi się do moich stóp. I wszyscy wiemy, że nie zabiorę się z ptakami wędrownymi. Trawa, drzewo, cała łąka to wie i tylko debil mógłby pomyśleć, że polecę, ale jak raz żaden nie przechodzi piaszczystą drogą, więc nie ma najmniejszych wątpliwości. Zostaję tutaj. Mam się tutaj z kimś spotkać. &lt;br /&gt;Tak to sobie kiedyś wykombinowałem, że poczekam na pierwszy, malowniczy promień słońca, który przedostanie się przez kurtynę chmur. Trochę kiczowato, ale trudno, czasami &amp;ndash; choć to śmieszne - trzeba dochować wierności młodzieńczym koncepcjom i wiążącemu się z nimi kiczowatemu patosowi. Czekam więc i szepczę słowa jakiejś piosenki. Pozbawiłem ją melodii, żeby całość nie wydawała się zbyt frywolna. Monotonnie deklamuję słowa - zamiast modlitwy recytacja piosenki zasłyszanej w radio... Jak ten świat ma przetrwać? Na szczęście teraz już nie muszę się tym przejmować. Prawdę powiedziawszy nigdy nie musiałem. &lt;br /&gt;Oprócz mnie i przelatujących wysoko gęsi wszystko wokół milczy. Łąka już prawie zamknęła swój kram na zimę i przygotowując się do niej oddaliła od siebie owady i kolory. Mgła sunąc powoli i bez przeszkód zostawia ślad na pajęczynach i suchych źdźbłach. Ruina... Aż ciężko uwierzyć, że przecież wcale nie tak dawno tyle tu było ruchu, brzęczenia, śmiechu! Pachniało ziołami, mrowiła się ziemia, a powietrze wibrowało od lotów. Dziwne, że katastrofy lotnicze zdarzały się tak rzadko. Było ciepło. Można było położyć się w zieleni, wykąpać w niej, zanurzyć, a o zmierzchu, kiedy bursztynowe słońce gasło, przytulić się do niej mocniej i czuć delikatne drżenie. Trawy łaskotały w kark. Na niebie pojawiały się gwiazdy &amp;ndash; mrugające oczy wyrozumiałego Boga. Zamykałem oczy. Nie dawałem rady patrzeć. &lt;br /&gt;Teraz też nie czuję zimna i strachu, ale to coś innego... Teraz czekam i wreszcie się doczekuję. Promieniowi słońca udaje się wyrwać z zasadzki chmur. Łąka na jedną chwilę zapala się miliardem tęcz. Każda kropla uwalnia z siebie barwy i powietrze zapełnia się kolorowymi mostami biegnącymi we wszystkich kierunkach. Patrzę na to piękne, choć chłodne i abstrakcyjne widowisko i wiem, że moje czekanie dobiegło końca. Wspinam się więc na drzewo. Zawieszam linę. Pętlę zrobiłem już dawno. Chyba w okolicy osiemnastych urodzin. Stałem się &amp;bdquo;dorosły&amp;rdquo; i postanowiłem wtedy wziąć na siebie odpowiedzialność nie tylko za swoje życie, ale i za swoją śmierć. Znowu ta młodzieńcza przesada i patos... Miałem po drodze okazje do zmian i modyfikacji planów, ale wierność wobec sobie zwyciężyła. Nawet liny nie zmieniłem na ładniejszą, nowszą, bo ja wiem &amp;ndash; wykonaną z lepszego tworzywa. Jestem konserwatystą... &lt;br /&gt;Kręcąc głową wzdycham i mocuję linę do gałęzi na odpowiedniej wysokości. Prawie jak kosmonauci &amp;ndash; z tym, że ja bezpowrotnie &amp;ndash; zrywam kontakt z Matką Ziemią. Moja noga nigdy więcej tu nie postanie!! Nawet gdybym za chwilę o tym marzył... Stoję w koronie drzewa i głowę wkładam w pętlę. Słońce nadal świeci. No... Nie ma już odwrotu. Odbijam się i spadam. Szarpnęło. Drgającymi nogami szukam oparcia. Mój kompas wskazuje kierunek do środka ziemi. Zastygam. Nie wiem czy zamknąłem oczy, ale jest ciemno. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pstyk! Po chwili zrobiło się jaśniej i zobaczyłem swoje ciało z boku. Powiał delikatny wiatr. Teraz poczułem wyraźny zapach jesieni - wilgoć, butwiejące liście, pleśń, grzyby. Dokonało się. Po wielu zapowiedziach i dniach oczekiwania, dokonało się, skonałem. Moje zawieszone na linie ciało kołysało się w rytm ostatnich skurczów mięśni i ścięgien. Wybałuszone oczy nie zdradzały się już z niczym, ich widzenie było skończone. Więc jednak ich nie zamknąłem... I co? Co dalej? &lt;br /&gt;Rozejrzałem się dookoła. Właściwie wszystko wyglądało po staremu, tylko wyraźniej czułem panującą w powietrzu wilgoć. Z braku koncepcji i pomysłów usiadłem pod drzewem &amp;ndash; zmodyfikowany Budda pod brzozą czarnoleską. Trzeba czekać. &lt;br /&gt;Trup przestał się bujać, a ja czekałem. Czekałem, czekałem i nic... Teraz moje czekanie, to już była konieczność, przecież ni cholery nie wiedziałem co właściwie mam dalej robić?! Żadnego akwizytora wieczności, żadnego kuszenia, zero zainteresowania ze strony kogokolwiek. Jasna cholera! W końcu chyba przykimałem. Nie wiem jak długo to trwało - może wieczność całą?! - aż ze snu, w którym nic mi się nie śniło, wyrwał mnie odgłos końskiego parskania. Nic mnie tak szybko nie budzi, jak ten właśnie dźwięk... Hm... &lt;br /&gt;Podniosłem wzrok. Przede mną stała kareta. Zaprzęgiem nikt nie powoził. No tak... Trójka smolisto czarnych koni, czarna kareta, brakowało jeszcze tylko czarnego kota i jakiegoś ptaka w kolorze rozpaczliwej nadziei, ale zamiast niego pojawił się ktoś zupełnie inny. Drzwiczki uchyliły się i z pojazdu wysiadła wysoka, szczupła dama odziana - nie wiedzieć czemu! - w czarną suknię. Paliła papierosa i zza przymrużonych oczu spoglądała na mnie w milczeniu. Podniosłem się więc i ukłoniłem niezgrabnie. Strzepnęła papierosa i przez zęby wycedziła: &lt;br /&gt;- I po co, po co ci to było? &lt;br /&gt;W pierwszej chwili nie zrozumiałem, jak to: &amp;bdquo;po co?&amp;rdquo;. &lt;br /&gt;- Miałem się tutaj z kimś spotkać &amp;ndash; odpowiedziałem. &lt;br /&gt;- Spotkać... Salon kurwa towarzyski sobie urządzają... &amp;ndash; wymruczała i zapytała ostrzej - Agnostyk? &lt;br /&gt;- Chyba tak... &amp;ndash; odpowiedziałem niepewnie. &lt;br /&gt;- Agnostyk... To albo jesteś głupi, albo masz nerwy ze stali... &amp;ndash; zmierzyła mnie wzrokiem. &amp;ndash; W twoim wypadku stawiam na głupotę. &lt;br /&gt;Chciałem protestować, bronić się jakoś, przywołać myśli Pascala (na własne jak zawsze nie mogłem liczyć), ale nie dałem rady. Czarna Dama - z miną jednoznacznie zdradzającą dezaprobatę dla mojej postawy życiowo-nieżyciowej i ogólnie dla mnie jako takiego &amp;ndash; odbierała mi argumenty zanim się one we mnie pojawiły. Załamka... Stała paląc papierosa i opierając się o wielkie koło karety, któremu ze zdziwieniem przyjrzałem się uważniej. Pomiędzy drewnianymi szprychami biegały jaszczurki z ludzkimi głowami. Jedna z nich przystanęła na chwilę i uśmiechnęła się do mnie szeroko, mrugnęła szelmowsko okiem i pędem poleciała dalej. Nie rozpoznałem jej z całą pewnością, ale wydawało mi się, że była to twarz znajoma. Odstające uszy, włosy tak krótkie, że właściwie ich brak, złośliwe spojrzenie zza okularów noszonych chyba tylko dla nadania sobie nieco bardziej poważnego wyglądu... Poważnie niepoważnego wyglądu... Nie miałem czasu zastanawiać się nad tym spostrzeżeniem, bo starsza pani otworzyła szeroko drzwiczki i zaprosiła mnie do środka. &lt;br /&gt;- Wsiadaj pan. I tak jestem spóźniona &amp;ndash; powiedziała nieco - nieco?! - niechętnie i pierwsza zniknęła w czeluściach pojazdu. &lt;br /&gt;Rozejrzałem się dookoła. Jesień i nic więcej. Oj, nie należało się chyba spodziewać nikogo innego... Czekanie na kolejną okazję, to nie byłby dobry pomysł, nie miałem więc wielkiego wyboru i w ślad za Czarną Damą wspiąłem się do środka pojazdu. Ledwie tylko zapadłem w miękkie obicia fotela trójka czarnych koni runęła szalonym pędem. Wgniotło mnie w siedzenie i pomknęliśmy. &lt;br /&gt;Spokojna, cicha i melancholijna łąka pozostała z tyłu razem z zawieszonym na drzewie smutnym świadectwem mojej bytności pośród tego &amp;ndash; a właściwie już tamtego &amp;ndash; świata. My zaś lecieliśmy. Moja gospodyni w milczeniu tolerowała moją obecność. Za oknami przemykały krajobrazy, ale żaden z nich nie wydał mi się znajomym. Ani jednego miasta, ani jednej drogi asfaltowej, wciąż tylko las i las. Jakiś aktywista z powodzeniem musiał walczyć o drzewostan w tej okolicy, bo nic tylko ten las i najmniejszego znaku karczowania. Czyżbym pobłądził na dobre? Z przerażeniem pomyślałem, że to może jakaś szalona Beatrycze, której nie pamiętam nawet, postanowiła zabrać mnie do lasu i tam pozostawić na zawsze?! A z tego co do mnie docierało zacząłem już rozumieć, że tutejsze &amp;bdquo;zawsze&amp;rdquo; trwa o wiele dłużej od &amp;bdquo;zawsze&amp;rdquo;, które znałem dotąd. Spojrzałem więc na starszą panią i próbowałem w niej rozpoznać może jedno z moich widzeń sennych, a może napotkaną gdzieś za życia biedaczkę żebrzącą o jałmużnę, którą olałem perfidnie i bez zastanowienia? Ale jej zasuszone lico niczego nie przywoływało w mej pamięci. Byłem dla niej kiedyś niemiły? &amp;ndash; pytałem siebie w duchu i opanowywał mnie strach. Jazda z nienawidzącym człowieka widmem, to początek horroru, to wyprowadzenie do lasu Jasia i Małgosi, hardcore... Czułem się uprowadzoną Małgosią... &lt;br /&gt;- Tak &amp;ndash; wyszeptała. &amp;ndash; Tak, jak najbardziej. Właśnie w tej chwili jest pan bardzo nie miły, kiedy tak ad hoc próbuje pan dopasować mnie do siebie. Choćby z powodu różnicy wieku nie wypada młody człowieku. Poza tym pomysł, że miałabym pana porywać, za jakieś tam popełnione przez pana grzechy jest po prostu śmieszny i pokazuje tylko, jak wielkim jest pan ignorantem, pomimo dość wysokiego na swój temat mniemania. Niech pan już przestanie, na wszystko przyjdzie czas. Pomimo wszystko bowiem i tutaj posiadamy zegarki. &lt;br /&gt;Wygarnęła mi... Ze wstydu zapragnąłem zapaść się pod ziemię. Ona jednak nie zdawała się być obrażona bardziej niż do tej pory. Siedziała wyprostowana i paliła kolejnego papierosa. Zaciągała się głęboko. Ach! Mnie też w końcu zachciało się palić i wtedy, bez słowa podsunęła mi pod nos otwartą paczkę papierosów. Poczęstowałem się skwapliwie. &lt;br /&gt;- Niech zagubiona Małgosia odpali od mojego, o ile oczywiście nie przejmie to jej zbyt wielkim lękiem &amp;ndash; powiedział moja towarzyszka podróży i &amp;ndash; nie wyjmując papierosa z ust - pochyliła się w moją stronę. Kiedy zaciągałem się pierwszymi, głodnymi haustami nasze twarze znalazły się o kilka centymetrów od siebie. I wtedy w jej oczach znowu zobaczyłem jaszczurki, te z ludzkimi głowami, te same, które uprzednio spostrzegłem biegające po kole karety. I podobnie jak wtedy jedna z nich puściła do mnie oczko. Oko w oku. Ostra sztuczka! Nieziemska! Zrobiła na mnie wrażenie. Wyprostowałem się, wypuściłem dym przez nos i wymamrotałem podziękowanie, które ona skwitowała tylko skrzywieniem ust. Tak... Nie było nastroju do konwersacji. &lt;br /&gt;Jechaliśmy cały dzień. W milczeniu mijaliśmy nieznany mi kraj, którego geografii nie byłem świadomy. Za życia myślałem dużo o tym, jak to będzie już po śmierci. Układałem w głowie plany, wyznaczałem sobie cele i spotkania, choćby takie, jak to, do którego nie doszło dzisiejszego ranka. Teraz wiedziałem już na pewno, że nie miało to większego sensu. Częstowany hojnie paliłem więc papierosa za papierosem nie dbając o płuca i nie wierzyłem już w to, że spotkam tych, których miałem ochotę zobaczyć, że uda mi się z nimi porozmawiać. Trudno... &lt;br /&gt;Pod wieczór konie zwolniły i kareta wjechała na równiejszą drogę. Pierwsza oznaka cywilizacji! Jechaliśmy teraz szpalerem topoli i po chwili dotarliśmy na podjazd przed białym dworkiem. W oknach płonęło światło. &lt;br /&gt;- Czekają na nas. Niech pan zachowuje się przyzwoicie i nikogo nie obraża swoimi podejrzeniami. Jesteśmy nieco rozstrojeni i nie widzę powodów, dla których mielibyśmy wzajemnie powiększać nasze zdenerwowanie &amp;ndash; poinstruowała mnie starsza pani i wysiedliśmy z karety. &lt;br /&gt;Wbrew zapowiedziom mojej przewodniczki nie zauważyłem by ktoś na nas czekał, w każdym razie na zewnątrz nie było nikogo. Ruszyliśmy po żwirowej alejce i weszliśmy po kamiennych schodach na niewielki taras. Z wnętrza budynku dobywały się dźwięki. Ktoś grał nokturn Szopena. Oprawa muzyczna niezwykle pasowała do sytuacji, w której się znalazłem. Przez głowę przebiegła mi myśl, czy może ktoś znalazł już wiszące na drzewie moje do niedawna ciało, ale trwało to zaledwie chwilę. Spiesząc się za starszą panią, która żwawym krokiem kroczyła przed siebie, przestąpiłem próg nieznanego domostwa. &lt;br /&gt;W środku płonęły świece. Szliśmy mrocznym korytarzem. Minęliśmy kilkoro drzwi, aż stanęliśmy pod tymi zza których dochodziła muzyka. Starsza pani poprawiła włosy, spojrzała na mnie lustrując mój wygląd, po czym niespodziewanie pocałowała mnie w policzek i weszła do środka. Zastygłem zdziwiony... Nie wiedziałem czy może tylko zdaje mi się to wszystko, czy też rzeczywiście poczułem na policzku dotyk chłodnych warg, ale ze środka już wołano i nie było czasu na marudzenie. Muzyka ucichła wraz z wejściem mojej przewodniczki i cisza wypełniła się zaproszeniami ponawianymi przez zgromadzonych wewnątrz. Nie wypadało tak sterczeć. Wszedłem. &lt;br /&gt;W sali stało kilka osób i podobnie jak w korytarzu płonęły tylko świece. W półmroku nie byłem w stanie dokładnie przyjrzeć się poszczególnym twarzom. Nastąpiła prezentacja, prowadzona przez starszą panią. Podchodziłem do każdego po kolei i wymienialiśmy uściski dłoni, przy czym kobiety podawały mi rękę wyraźnie ruchem sugerując, abym całował je w dłoń. Całowałem więc dłonie w rękawiczkach koronkowych i wdychałem ich lekko zatęchły zapach. Po powitaniu poproszono mnie, żebym usiadł razem z wszystkimi i wysłuchał dalszego ciągu koncertu, który został zakłócony naszym przybyciem. Jeden z mężczyzn, z wyglądu około czterdziestki, podszedł do fortepianu i zaczął grać. Jego palce delikatnie przebiegały po klawiaturze i &amp;ndash; chociaż się na tym nie znam &amp;ndash; robiło to wrażenie bardzo fachowego wykonania. W ciemnej sali, idealnie nadającej się do kameralnego wykonania smutnych kawałków nokturny brzmiały mocno. Zasłuchałem się i brawa, które zabrzmiały po kolejnym utworze, niemile mnie zaskoczyły, oznaczały, że część artystyczna dobiegła końca. Na powrót przeszył mnie dreszcz niepewności, moje położenie, o którym na chwilę zapomniałem, nie zmieniło się przecież w najmniejszym stopniu. Ukradkiem przyglądałem się siedzącej opodal mnie kobiecie ocierającej z oczu łzę. Uśmiechnęła się i skinęła na mnie dłonią. Przysunąłem więc moje krzesło bliżej. Kobieta wciąż uśmiechała się do mnie przyjaźnie, a to zawsze budziło moja nieufność. &lt;br /&gt;- Podobało się panu? &amp;ndash; zapytała. &amp;ndash; To nasz najlepszy pianista &amp;ndash; ciągnęła wcale nie czekając na odpowiedź. &amp;ndash; Niech pan zwróci uwagę na interpretację. Swoje wykonania konsultował z samym kompozytorem i ten wyraził się o nich pochlebnie. Lewa ręka, powiadam panu, jego lewa ręka warta jest grzechu &amp;ndash; mówiąc to na chwilę przymknęła oczy, a lubieżny uśmiech rozchylił jej wargi. Pewnie znała tę rękę z wykonań innych dzieł o partyturze nie dającej się zapisać nigdzie indziej, jak tylko na skórze ludzkiej. Dziwnie nie do twarzy było jej z tym uśmiechem. &lt;br /&gt;- Maria. Księżna Maria. Jestem właścicielką tego dworu &amp;ndash; przedstawiła mi się ponownie, przerywając tym samym moje zbyt daleko posuwające się domysły. &amp;ndash; Myśli pan może, że z pianistą łączyło mnie coś więcej prócz wspólnych zainteresowań muzycznych? Nie myli się pan, ale doprawdy nie pańska to rzecz &amp;ndash; skarciła mnie delikatnie. &amp;ndash; Ale z drugiej strony... &amp;ndash; uśmiechnęła się do siebie. &amp;ndash; Z drugiej strony jakąż z tego czynić tajemnicę?.. Podejdźmy do niego. &lt;br /&gt;Wszyscy stali wokół artysty i każdy wychwalał technikę gry, która w niczym nie tłumiła naturalnej żywiołowości zawartej w utworach. Pan Władysław siedział uprzejmie milczący i przyjmował hołdy z widoczną przyjemnością i doświadczeniem kogoś, kto wie w jaki sposób należy to czynić. Raczył się nimi i puchł od pochlebstw, w których celował zażywny jegomość z łysą glacą. W końcu jednak na przyrównanie go do wszystkich możliwych zmarłych, żyjących i jeszcze nienarodzonych geniuszy klawiatury pan Władysław zareagował delikatnym sprzeciwem. &lt;br /&gt;- Co też pan mówi, panie Ambroży, niechże pan da szansę choćby tym, co dopiero się narodzą i sobie samemu niechże pan nie odbiera tej - jakże pięknie odbijającej panu - palmy pierwszeństwa. Do dzisiaj jeszcze słyszę przecież w uszach pańskie niedoścignione wykonanie pierwszego koncertu fortepianowego Czajkowskiego &amp;ndash; odparł do swojego pochlebcy niby uprzejmie, bo przecież spod płaszczyka owej kurtuazji - kusego i dziwnie podziurawionego wobec panujących w pomieszczeniu fraków - prześwitywała spora dawka złośliwości. Pan Ambroży nie mógł tego oczywiście nie zauważyć i mrużąc oczy wysyczał coś potężnie jadowitego. Teraz już otwarcie jeden przez drugiego podnosili głos, wrzeszczeli na siebie. Uspokoiła ich dopiero pani domu, która zażądała szacunku dla swego domostwa i zapowiedziała, że jeżeli jeszcze raz powtórzy się taka sprzeczka, obaj będą musieli pójść do stu diabłów! &lt;br /&gt;- Że też panom nie wstyd zachowywać się tak przy gościu &amp;ndash; powiedziała na koniec i chwyciła mnie pod ramię, żeby zaprowadzić w kierunku kruczowłosej, ładnej i najmłodszej w tym gronie kobiety. Kobiety ozdobionej biżuterią, jak choinka na święta bombkami. Wielkie, złote koła wiszące u jej uszu błyszczały na tle oliwkowej skóry, pierścienie z różnobarwnymi kamieniami pokrywały niemal całe palce, nie wyłączając kciuka, a pod ciężarem wisiorów zdobiących jej dekolt ugiąłby się niejeden samiec alfa&amp;hellip; Była młoda, piękna, błyszcząca i swoim wyglądem - przywodzącym na myśl Hiszpanię - nie pasowała do tego towarzystwa. Rozmawiała właśnie z jakimś przeraźliwie chudym i wysokim jegomościem, który w przeciwieństwie do niej skórę miał białą, jak śnieg. &lt;br /&gt;- Hrabina Alicja z Padewskich i hrabia Tomasz Okoński &amp;ndash; powiedziała gospodyni, a ja raz jeszcze pocałowałem podaną mi dłoń i wyraźniej niż za pierwszym razem poczułem zapach perfum. Uścisk ręki hrabiego Okońskiego - wbrew jego wyglądowi - był dość silny i pewny. &amp;ndash; Zostawiam naszego gościa państwa opiece. Tylko nie zepsujcie go waszymi opowieściami &amp;ndash; już na odchodnym rzuciła przez ramię hrabina. &lt;br /&gt;- Mów mi Alicja, nie znoszę tej tytułomanii. Nie tytuły liczą się w życiu i potem także... &amp;ndash; teraz ciemnowłosa piękność chwyciła mnie pod ramię i z poufałością właściwą ludziom z wyższych sfer zaczęła opowiadać mi o poszczególnych osobach na sali. Podczas gdy ona mówiła, hrabia Okoński przyglądał mi się uważnie i miałem wrażenie, jakby pożerał mnie wzrokiem. Kiedy tak na mnie patrzył poczułem się, jakbym leżał na półmisku, otoczony wykwintną zastawą, z jabłkiem w ustach. Policzki zaczęły mnie palić, mimowolnie przełknąłem ślinę i z niepokojem spojrzałem na swoją dłoń, czy aby nie nosi śladów poddania jej obróbce termicznej. Wszystko było w porządku, ja jednak wyraźnie wyczułem zapach pieczonego mięsa. W końcu hrabina zorientowała się, że słucham jej z roztargnieniem. &lt;br /&gt;- Hrabio, niechże hrabia da spokój! Przecież ma pan chory żołądek, nie należy się tak ekscytować! &amp;ndash; fuknęła na niego i tupnęła nogą. Skłonił się lekko i odszedł, a na odchodnym oblizał się mało elegancko. &amp;ndash; Niech pan na niego nie zwraca uwagi. Oni wszyscy są nieco... Nieco ekscentryczni. Słyszał pan sprzeczkę tych dwóch pożal się Boże artystów... Ambroży zazdrości talentu Władysławowi, a ten jest tak w sobie zakochany, że powód do kłótni zawsze się znajdzie. Wszyscy oni nienormalni... Ja jedna zachowuje tutaj jeszcze jako-tako równowagę psychiczną &amp;ndash; zaśmiała się mówiąc te słowa i z lubością pocałowała wielki pierścień na swoim palcu. &amp;ndash; Już panu mówiłam: nie wiedzą, co ważne... Pan lubi klejnoty? Potrafi pan o nich rozmawiać? &amp;ndash; zapytała zbliżając swoje wargi do mojego ucha, tak, że poczułem ciepły oddech na swoim policzku. &lt;br /&gt;Zakręciło mi się w głowie. &lt;br /&gt;&amp;ndash; Ma pan jakieś cenne plomby w zębach? Proszę pokazać &amp;ndash; rozkazała i bezceremonialnie zaczęła rozwierać mi usta językiem. &amp;ndash; Prose si nie kepowa &amp;ndash; wysepleniła i przytrzymała mnie mocniej ramieniem. &lt;br /&gt;Spłynęła na mnie filozoficzna zaduma... Wszystko tam było dziwne. Stałem w kącie sali z przyssaną do ust obcą kobietą i nikt nie zwracał na to uwagi. Nie o takim spotkaniu myślałem, kiedy dzisiaj rano decydowałem się dopełnić wszystkich formalności związanych ze zgonem. Kiedy Alicja w końcu zakończyła swoje osobliwe badanie, z niesmakiem wyraźnie malującym się na twarzy powiedziała tylko coś mało pochlebnego o niskim poziomie dzisiejszej służby zdrowia, której nie stać na fundowanie pacjentom porządnych wypełnień, po czym westchnęła i pozostawiła mnie samego. Nie pasowałem do tego towarzystwa... Ale jak bardzo nie pasowałem miało się dopiero okazać. &lt;br /&gt;Wszyscy zebrani znali się dość dobrze. W sumie było tam oprócz mnie siedem osób, choć na początku zdawało mi się, że jest ich więcej. Pozostawiony sobie samemu przypatrywałem się im. Podchodzili do zastawionego pod oknem bufetu i częstowali się wystawionymi tam przekąskami rozmawiając ze sobą i żartując. Przystawali parami i ściszonym głosem wymieniali uwagi, po czym zmieniali partnerów. I tak bez przerwy. Strzelali przy tym wzrokiem pokazując sobie nawzajem kogoś o kim najwyraźniej rozmawiali. W ogóle sprawiali wrażenie, jakby nie robili nic innego, prócz wzajemnego obmawiania się nawzajem, co nie przeszkadzało rozmawiać wszystkim ze wszystkimi. Jedna tylko dama nie brała udziału w tej powszechnej, tajnej i niewątpliwie złośliwej spowiedzi za plecami zainteresowanej osoby. &lt;br /&gt;Była to kobieta niewielkiego wzrostu i mizernej postury, nie to żeby była chuda, ale sprawiała wrażenie, jakby całe jej ciało postawiło sobie za punkt honoru przylgnąć ciasno do szkieletu. Wszystko w niej było niesłychanie zwarte. Ruchy miała gwałtowne, ale precyzyjne. Przechylane kolejno kieliszki z wódką trzymane były pewną ręką, żadnych tam podrygiwań czy zachwiań. Pomimo, że wypiła sporo, nie było tego po niej widać. W końcu zorientowała się, że przyglądam się jej z mojego konta. Rękawem płomiennie czerwonej sukni balowej przetarła usta, w których zniknęła właśnie kolejna porcja alkoholu, i odezwała się do mnie. &lt;br /&gt;- No i co się kurwa gapisz fujaro?! &amp;ndash; wrzasnęła od razu na cały głos. &amp;ndash; Co ty kurczaku śmierdzący sobie myślisz, że się tak będziesz na mnie gapił i gapił?! &lt;br /&gt;Całkowicie zaskoczony, jak to się mówi w kręgach intelektualistów: rozdziawiłem gębę. Do tej pory balansowałem na cienkiej, ale jednak linie tkwiącej pod moimi stopami. Teraz lina została usunięta. &lt;br /&gt;- Jeszcze będzie mordę rozdziawiał! &amp;ndash; starsza pani nabierała impetu. &amp;ndash; Ryju parszywy, zęby już ci obejrzała ta pinda srokowata od świecidełek! &amp;ndash; tu skinęła w kierunku Alicji. -Zamknij gębę, bo ci zdechła mucha wpadnie! &lt;br /&gt;Pomiędzy jej wypowiedziami w sali panowała całkowita cisza. Nawet pani domu, księżna Maria - która tak skutecznie interweniowała podczas poprzedniego zajścia - nie miała odwagi przerwać. W ogóle wszyscy zbili się w jedną grupkę i odsunęli się o kilka kroków od rozwrzeszczanej kobiety. Pozostałem sam na placu boju. &lt;br /&gt;- Zaraz ci pokażę, jak odpłacam tym, co mnie obrażają! Auuu! &amp;ndash; starsza pani zaryczała niby jakiś lew albo bardziej anioł rozhisteryzowany rolą powierzoną mu do odegrania w Apokalipsie i ruszyła na mnie. Rzuciłem się do ucieczki. Nie zdążyłem jednak dobiec do drzwi, kiedy poczułem uderzenie w plecy. Przewróciłem się, a mój prześladowca usiadł mi na plecach i bił mnie po głowie. Nie spodziewałem się takiej siły po tej staruszce... Próbowałem strząsnąć ją z siebie, ale miałem wrażenie, jakby ważyła kilka ton. Dusiłem się i z trudem oddychałem, ona zaś tłukła mnie i wrzeszczała. &lt;br /&gt;- Widzisz, widzisz jakie to przyjemne, tak wyżywać się na kimś bez powodu?! &amp;ndash; pytała retorycznie i okładała mnie rękoma. Już myślałem, że chyba przyjdzie mi tutaj &amp;ndash; paradoksalnie, po raz drugi w życiu - wyzionąć ducha, kiedy nadeszła odsiecz. Czarna dama, która przywiozła mnie w swojej karecie, zdołała zrzucić ze mnie bezlitosnego kata. Odczołgałem się nieco i obejrzałem za siebie. &lt;br /&gt;Wyglądało na to, że obie szykują się do walki. Ambroży śliniąc się i potykając o własne nogi przyniósł szpady. Panie ustawiły się na pozycjach i z bronią gotową do starcia czekały na sygnał księżnej. Zapalono dodatkowe świece - w sali zrobiło się jaśniej. &lt;br /&gt;- Atra, tu dekcją! Ą! Ę! &amp;ndash; krzyknęła w oszukanym francuskim księżna i damy zaczęły na siebie nacierać. Czerwona atakowała z furią i szaleństwem, czarna odpowiadała jej opanowaniem i leniwą perfekcją. Klingi szczękały o siebie i krzesały iskry. Piękny to był pojedynek, walka dwóch stylów i filozofii, starcie żywiołów wieńczące mój pierwszy wieczór w zaświatach! W pierwszej chwili czerwona uzyskała przewagę, szybko jednak została ona zniwelowana i pojedynek toczył się na wysokim, wyrównanym poziomie. Piękne akcje z obu stron nagradzane były brawami i okrzykami uznania. Zdawało się, że bój ten, wobec jednakowej perfekcji obu walczących, trwał będzie w nieskończoność. Nikt nie zakładał się o to, kto wygra, nikt nie dopingował jednej z walczących. Wszyscy skupili się na estetycznym walorze starcia i - na równi z błyskotliwymi, olśniewającymi pchnięciami - podziwiali grację, z jaką obie damy przytrzymywały treny swych sukni. Pomimo perfekcyjnego opanowania wszystkich arkanów sztuki szermierczej, czegoś jednak zabrakło czarnej damie. Wychodząc z kolejnego klinczu i odskakując lekko metr do tyłu opuściła swoje żelazo i zniechęconym głosem powiedziała. &lt;br /&gt;- Nie chce mi się. &lt;br /&gt;Jej przeciwniczka, jakby nie widząc tego gestu poddania się, dopadła do swej ofiary i mocnym uderzeniem przebiła ją na wylot. Ostrze przeszło przez brzuch i ciekawie wyjrzało z drugiej strony ciała. Czarna dama westchnęła ciężko i osunęła się na kolana, a następnie przewróciła się na bok. Leżeliśmy teraz oboje na zimnej, kamiennej podłodze. Reszta towarzystwa, razem ze sprawczynią całego zajścia, widząc co się stało, z krzykiem uciekła z sali i to chyba uciekła daleko, usłyszałem bowiem odgłos zajeżdżających przed pałac koni i pospieszne nawoływania do natychmiastowego odjazdu. &lt;br /&gt;Podczołgałem się do leżącej nieruchomo czarnej damy. Uratowała mi życie tracąc przy tym własne... Miała otwarte oczy i spoglądała na mnie z życzliwością. &lt;br /&gt;- Dlaczego, dlaczego pani to zrobiła? &amp;ndash; wyszeptałem czując, jak strach i wzruszenie chwytają mnie za gardło. Dotknęła ręką mojej twarzy i pogłaskała mnie delikatnie. &lt;br /&gt;- Musiałam... &amp;ndash; odpowiedziała. &amp;ndash; Nie pamiętasz mnie, nie możesz, byłeś wtedy małym pacholęciem... &amp;ndash; mówiła z trudem i tak, przerywając co chwila dla złapania oddechu, opowiedziała mi historię swego życia, w którą zupełnie nieświadomie, a jednak kluczowo, byłem uwikłany i ja. &lt;br /&gt;Na imię miała Małgorzata i pochodziła z potężnego niegdyś rodu Kowalczeskich, który ostatnio jednak rozszczepił się, rozpił i popadł w degenerację. Nie cały oczywiście ród utracił blask, jednak w porównaniu z latami wcześniejszymi nie można już było mówić o kwiecie arystokracji. Na tamtym świecie, z którego ja ledwie co zszedłem, Małgorzata w czasie swojej tam bytności pracowała w przedszkolu. Nie brzydziła jej ta praca, ale nie pociągała też specjalnie, dlatego obowiązki swoje pełniła w miarę możliwości sumiennie, a jednak nie poświęcając się im w pełni. W trakcie jej opowieści dowiedziałem się, że ja także przez krótką chwilę byłem jej podopiecznym... &lt;br /&gt;- Wciąż mam ten widok przed oczyma... &amp;ndash; mówiła patrząc nieruchomo, jakby przeze mnie gdzieś w dal, gdzieś w przeszłość. &amp;ndash; Tamtego dnia byłam szczególnie znużona. Zasnęłam w ubikacji siedząc na sedesie i pozostawiając grupę, w której byłeś i ty, bez opieki. Obudził mnie krzyk i szarpanie za klamkę. Poprawiłam szybko garderobę i wybiegłam sprawdzić co się stało. Niestety&amp;hellip; Było już za późno. Leżałeś na podłodze, tak jak teraz leżysz, a z twojej głowy sączyła się krew. Nikt nie potrafił wytłumaczyć mi, co właściwie stało się podczas mojej nieobecności. Część dzieci mówiła o latającym spodku, który wleciał przez okno i uderzył cię w głowę, inni twierdzili, że to po prostu jakiś łobuz ze starszej grupy... Tak czy inaczej od tamtego dnia nigdy już nie byłeś taki jak przedtem. Obserwowałam cię i widziałam, jak bardzo się zmieniłeś. Z wesołego, rozbieganego dziecka przeistoczyłeś się w melancholijnego starca snującego się ociężale po sali &amp;bdquo;Zielonych muszelek&amp;rdquo;... Byłeś zieloną muszelką, pamiętasz to może?.. &amp;ndash; z nadzieją w głosie pierwszy raz w trakcie swojej opowieści zwróciła się bezpośrednio do mnie. Ja jednak niewiele wiedziałem o tej formacji, coś tam kolebało się w mojej głowie, ale nie było tego wiele. &lt;br /&gt;Małgorzata przymknęła oczy i odpoczywała. Świece płonęły dookoła nas w ciszy, ale ich płomyki nie były w stanie ogrzać sali. Od kamiennej podłogi szedł przejmujący chłód. Drżałem z zimna. &lt;br /&gt;- Czy jest tutaj jakiś pokój? &amp;ndash; zapytałem. &amp;ndash; Pani musi położyć się do łóżka. &lt;br /&gt;- Nie, nigdzie nie pójdziemy &amp;ndash; odpowiedziała. &amp;ndash; Ja już nigdzie nie muszę chodzić... Słuchaj, słuchaj mnie. Mój czas w tej sali kończy się, zrobiłam, co do mnie należało. Weź moją karetę i jedź na spotkanie. &lt;br /&gt;- Na jakie spotkanie?! &amp;ndash; po tym, co przeżyłem do tej pory, stałem się nieufny. &lt;br /&gt;- Jedź, nie pytaj. Zwierzaki zawiozą cię do celu. Mnie możesz tutaj zostawić, nic złego mi się nie stanie. I na koniec posłuchaj starej nauczycielki z przedszkola, która popełniła błąd: za wszystko przyjdzie nam zapłacić, a rachunki prowadzone są skrupulatniej niż w szwajcarskim banku. Każdy ma swoje konto i nieustanny dozór baczący, by żaden czyn nie uszedł uwagi. Czułam się wobec ciebie winna, ale teraz już odpokutowałam i mogę spokojniej zająć się pisaniem wspomnień. Żegnaj... Idź już, idź i nie rób hollywodzkich scen. &lt;br /&gt;Zrobiłem wszystko, co mi kazała. Przez mroczny korytarz wyszedłem na dwór. Kareta czekała. Stanąłem na moment i popatrzyłem na dworek, na otaczające go ciemne drzewa. Niebo skrzyło się od gwiazd wyglądających dokładnie tak samo, jak w świecie żywych. W powietrzu pachniało jesienią. Ile to już razy czułem ten zapach?. Pomyślałem, że mnie też pewnie przyjdzie za coś odpokutować i w duchu zacząłem już przypominać sobie moje przewinienia, kiedy jednak wsiadłem do karety ogarnęło mnie ciepło, zapadłem głęboko w fotel i niesiony na spotkanie, na które od dawna czekałem, zasnąłem głęboko. &lt;br /&gt;Śnił mi się mglisty poranek na łące. Śnił mi się krzyk odlatujących gęsi i śniło mi się, że i tak wszyscy zasną. Nie wiem, jak długo spałem, w końcu jednak sny odpłynęły i obudziłem się samotny w mrocznym wnętrzu trzęsącego się pojazdu. Zaświaty wytarły sobie mną gębę... Nie było mi wesoło. &lt;br /&gt;Za oknem powoli kończyła się noc i podświetlony pierwszymi promieniami słońca obłok przybrał różową barwę. W karecie wciąż panował mrok. Nie przeszkadzało mi to jednak, czułem się dzięki temu bezpieczniej. I wtedy właśnie tuż obok mnie rozległ się głos kogoś, kogo tak bardzo chciałem spotkać. W pierwszej chwili ze strachu nie zrozumiałem co mówi. Próbowałem spojrzeć w jego kierunku&amp;hellip; &lt;br /&gt;- Nie patrz, nie chcesz przecież zobaczyć mnie w takim stanie. &lt;br /&gt;Nie protestowałem. Najdziksze myśli przebiegały mi przez głowę i ustawiły się w kolejce do wypowiedzenia, ale niczego nie byłem w stanie powiedzieć&amp;hellip; Chciałem o coś zapytać - nie wiedziałem o co zapytać. Cały konwencjonalny arsenał wydawał się być nie przydatny: &amp;bdquo;co u ciebie słychać?&amp;rdquo; &amp;ndash; banalne; &amp;bdquo;jak się czujesz?&amp;rdquo; &amp;ndash; nawet pomimo wszystkich wspólnie przeżytych lat, co najmniej niegrzeczne... Nie wiedziałem czy interesować się przeszłością czy przyszłością. &lt;br /&gt;- Już nie kombinuj tyle. Kiedy ci się w końcu odechce tego główkowania? &amp;ndash; usłyszałem w odpowiedzi na chaos przewalający się przez moją głowę. I pomogło. Uspokoiłem się, stukot kół nie wydawał się już torturą zaprojektowaną specjalnie dla mnie, a postać siedząca obok przestała straszyć. &lt;br /&gt;- Wiesz gdzie jedziemy? &amp;ndash; zapytałem, chociaż tyle razy we wspólnych podróżach nie miałem zielonego pojęcia dokąd jadę i nie robiło mi to większej różnicy. &lt;br /&gt;- Wiem &amp;ndash; padła krótka i nic nie mówiąca odpowiedź. &lt;br /&gt;- Lakoniczny się zrobiłeś &amp;ndash; ze zdziwienia aż pokiwałem głową. &amp;ndash; Może coś więcej?.. &lt;br /&gt;- Zobaczysz.... Wypijesz? &lt;br /&gt;Jasne, że wypiłem. Chwyciłem butelkę. Była zimna. Realnie zimna, realnie pełna i po kilku łykach realnie zakręciło mi się w głowie. Przez chwilę miałem wrażenie, że wciąż żyję i wszystko jest po staremu. Po bardzo staremu... Przełknąłem jeszcze trochę i poczułem się lepiej. Lepiej i realniej. Dopiero unoszący się przede mną swobodnie w powietrzu ognik powstrzymał mnie w moim śmiałym marszu w stronę realizmu realnego. &lt;br /&gt;- Zapal sobie. &lt;br /&gt;Zapaliłem. Mój towarzysz także palił i po chwili w pudełku karety zapanował ciężkawa atmosfera. Uchyliłem okno i spostrzegłem, że na zewnątrz ciągle panuje przedświt. Wciąż niewidoczne słońce najwidoczniej nie miało zamiaru wypłynąć na powierzchnie. Tak, to najwyraźniej była chwila przeznaczona na widzenia... &lt;br /&gt;- Masz rację &amp;ndash; usłyszałem z boku szept. &amp;ndash; Nic nie może wiecznie trwać, jak śpiewała Anna Jantar. Kiedy dojedziesz na miejsce ja zniknę, a tylko tutaj widzisz prawdziwego mnie. Ten, którego spotkasz u celu swojej podróży będzie&amp;hellip; Cóż.. Również będzie mną, ale&amp;hellip; Co to właściwe znaczy &amp;bdquo;być sobą&amp;rdquo;? &lt;br /&gt;Współpasażer najwyraźniej nie miał zupełnie wyklarowanych poglądów na temat tego czym jest istota ludzka. &lt;br /&gt;- Czy sobą się &amp;bdquo;jest&amp;rdquo;, czy też być może tylko &amp;bdquo;bywa&amp;rdquo;? I jak ktoś powie &amp;bdquo;dziś jestem jakiś nieswój&amp;rdquo;, to znaczy że co? Co to kurwa znaczy? Odpowiesz? &amp;ndash; zapytał. &lt;br /&gt;Oczywiście, nie odpowiedziałem. Zaskoczył mnie. &lt;br /&gt;- Dobra, zostawmy to. W każdym razie, ty wylądujesz u siebie, a ja u siebie i pewnie tak jest dobrze. &lt;br /&gt;- Każdy tutaj ma prywatny świat? &amp;ndash; zapytałem zdziwiony. &lt;br /&gt;- Można tak powiedzieć... Nie bój się, przywykniesz. Tyle spraw zostawialiśmy, a one i tak się potoczyły - czasem lepiej, czasem gorzej, na pewno bez nas. &lt;br /&gt;Milczałem. Koncepcja mnie przerastała, a może po prostu &amp;ndash; jak w większości wypadków &amp;ndash; to ja do niej nie dorosłem&amp;hellip; &lt;br /&gt;- Spotkasz się ze wszystkimi, ze mną też i pójdziemy się napić. Siądziemy sobie na skraju lasu na rozkładanych krzesełkach i pogapimy się na księżyc. Będzie tam też morze. Będzie wiatr. Wszystko kurwa będzie... Wszystko &amp;ndash; kiedy to powiedział do karety wśliznął się promień słońca. Spojrzałem w jego stronę, ale jego już nie było. Smugi dymu wirujące w powietrzu rzedły i ginęły bezpowrotnie. Poczułem, że pojazd zakołysał się mocniej i stanął. Wyjrzałem przez okno. &lt;br /&gt;Na skraju lasu, na zielonym trawniku delikatnie opadającym ku jezioru, stał nieduży piętrowy dom. W jego oknach odbijało się niebo, po którym sunął różowy obłok. Zawieszony gdzieś wysoko na niebie wirował orzeł, a wiosenny wiatr unosił go lekko i bez trudu. Reklama przeniesiona do zaświatowego realu. Pełna profeska. &lt;br /&gt;Wyszedłem z pojazdu i od razu poczułem zapach mięty wymieszany z zapachem maciejki. Przeciągnąłem się i zdjąłem buty. Rosa łaskotała mnie w bose stopy i wszystko było tak, jak kiedyś sobie wymarzyłem. Cała podróż i zmęczenie minęły. Właściwie cała podróż była męką i cieszyłem się, że nareszcie nastał koniec. Wszystko było takie, jak chciałem żeby było. Szczęście? Tak, należało mi się trochę szczęścia. Niech będzie kiczowate, niech będzie trochę landrynkowe &amp;ndash; pomyślałem - ale niech będzie. Nie miałem za sobą szlaku kombatanckiego, ot zwykłe życie, a jednak chciałem poczuć, jak to jest żyć bez ciągłego napięcia. Tu miałem na to szanse. &lt;br /&gt;</description>
</item>

<item>
<title>Do szkoły</title>
<link>http://www.portalliteracki.pl/modules.php?name=News&amp;file=article&amp;sid=46729</link>
<description></description>
</item>

<item>
<title>Sprawozdanie </title>
<link>http://www.portalliteracki.pl/modules.php?name=News&amp;file=article&amp;sid=46728</link>
<description>Dwa tygodnie temu zachorowała matka. Tak po prostu przewróciła się na korytarzu i krzyknęła, by ktoś podniósł ją z zimnych płytek. Przechodziłem akurat tamtędy, więc podałem jej swoją dłoń. Uchwyciła ją swoimi sękatymi palcami, westchnęła, a potem poprosiła o wodę. Napełniłem szklankę i podałem matce. Piła małymi łyczkami, dysząc głośno, aż w końcu, kiedy szklanka stała się pusta, podziękowała i westchnęła, że już jej lepiej. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O szóstej trzydzieści następnego dnia do naszych drzwi zapukała kobieta. Przedstawiła się i wsunęła prawą nogę za próg, a potem pchnęła z całej siły drzwi i wdarła się do środka. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jej jasna cera kontrastowała z moją zbyt czerwoną. Zerkała na mnie i matkę z ukosa, na ojca nawet nie spojrzała. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Matka uniosła się tylko nieznacznie z posłania, wystawiła swoją sękatą dłoń i zawołała mnie skinieniem. Okryłem jej wątłe ciało kocem i szepnąłem, żeby lepiej spała, a nie gadała. Cały czas usilnie próbowała mi coś powiedzieć. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&amp;ndash; Wiem &amp;ndash; rzekłem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przyniosłem drugi koc i podkręciłem kaloryfer. Ojciec siedział tymczasem w fotelu i wydymał usta. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O dziewiątej zadzwonił telefon. Ojciec mrugnął prawym okiem, a potem otworzył lewe, czego nigdy nie robił. Zerkał to na mnie, to na matkę. A ona przewracała się z boku na bok, dysząc głośno. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziesiąta godzina przywitała nas promieniami słońca, wpadającymi przez okno wprost na twarz matki, która jeszcze bardziej zbladła. Matka otworzyła oczy, choć tak naprawdę ich wcale nie zamykała, aż w końcu na dobre je zamknęła. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potem była godzina czternasta, piętnasta i szesnasta&amp;hellip; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A potem skończył się dzień i do naszych drzwi zapukał wysoki mężczyzna. Zmierzył dobrze matkę wzdłuż i wszerz. Chrząknął, poprawił wąsa i podał cenę. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ojciec też chrząknął i zagadnął coś o pogodzie. Mężczyzna się zmieszał, a potem obniżył cenę, choć tego wcale od niego nie wymagaliśmy. Kiedy ojciec ponownie chrząknął i powiedział coś o polityce, mężczyzna znowu obniżył cenę i znowu się zmieszał. Ojciec już nie chrząkał, bał się, że mężczyzna niczego od niego nie zażąda, wstał więc i wyszedł z pokoju. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Następnego dnia zjawiła się siostra matki. Gruba kobieta o mocnych dłoniach i szorstkim głosie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy z nami rozmawiała, pociła się jak świnia. Potem jadła i też pociła się jak świnia, kiedy spała też była cała w pocie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ojciec krzyknął na nią przy kolacji. Ja patrzyłem tylko na jej drugi podbródek i cycki wielkości wiaderek. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzeciego dnia widziałem gwiazdy, a ponad nimi ciemność, albo ciemność i w niej zatopione gwiazdy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ojciec siedział przy stole z nożem w dłoni. Chleb miał przed sobą, sól w kieszeni. Zanurzył w niej dłoń i wysypał na stół trochę kryształków, a potem nakroił chleba i wytarzał go w soli. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedliśmy długo, patrząc na siebie i mrużąc oczy. Zdawało mi się, że ojciec ma paprochy w oczach, jemu zaś, że to ja je mam. Najedliśmy się, napiliśmy i wyszliśmy na mróz, by ochłonąć trochę, a potem znowu weszliśmy do kuchni by coś jeść. Kiedy jadłem, zapomniałem o tym, że jem. Sól szczypała mnie w wargi i w język, miałem sól na palcach i między palcami, na języku i pod językiem, na spodniach i w spodniach. Byłem przesolony, ojciec był zmęczony, dlatego położył się spać. Nie spał długo. Wyszedł na mróz, a ja za nim. Spacerowaliśmy zimnymi ulicami w milczeniu. Zanurzałem dłonie w kieszeniach, by wyjąć z nich ślady wczorajszego dnia. Ojciec kichnął, więc podałem mu chusteczkę i patrzyłem, jak długo wydmuchuje w nią zawartość swojego garbatego nosa. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zapytałem, gdzie był i gdzie zamierza się wybrać. Odpowiedział jednym słowem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potem wypiliśmy piwo w pobliskiej knajpie i kupiliśmy kwiaty. Ojciec cały bukiet, ja jeden wątły kwiat. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzymałem go dwoma palcami, by nie naruszyć delikatnych listków i łodygi, a potem wypowiedziałem życzenie i spojrzałem w niebo. Nie było gwiazd, było tylko słońce skryte za chmurami, a więc i chmury. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tydzień potem usiadłem w ciemnym pokoju, pozamykałem okna i krzyknąłem ile sił w płucach. Ze ściany odpadł tynk, z podłogi uniósł się kurz. W końcu zapaliłem światło i powróciłem do normalnego życia. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ojciec nadal siedzi w fotelu i marszczy czoło, a kiedy go nie marszczy, wydyma wargi. Na ścianie wiszą portrety. Czasem, jak się głośniej tupnie, podskakują, ale potem zaraz wracają na swoje normalne miejsca i patrzą na nas z góry. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zdejmuję zegarek z dłoni i zanurzam go w gorącej wodzie. Patrzę, jak paruje szkiełko, a potem przestają ruszać się wskazówki. Wymykam się czasowi i zasypiam naprzeciw ojca, w fotelu należącym do matki. &lt;br /&gt;</description>
</item>

<item>
<title>Reset</title>
<link>http://www.portalliteracki.pl/modules.php?name=News&amp;file=article&amp;sid=46727</link>
<description>&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;Tym razem w trochę innej konwencji.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot; align=&quot;right&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&lt;u&gt;Krótki opis:&lt;/u&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&lt;em&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Nierozwiązywalny w swej naturze dylemat nieskutecznego (?) samobójcy; - Czy następująca &amp;bdquo;po&amp;rdquo; rzeczywistość jest prawdziwą, czy tylko jego prywatnym, wymarzonym i nareszcie zrealizowanym &amp;bdquo;po tamtej&amp;rdquo; stronie, cudownym światem? Całość, po ukończeniu, bogata w akcję, wydarzenia - umożliwia swobodne snucie refleksji nad kondycją tej naszej pokręconej, paranoidalnej rzeczywistości.&lt;/em&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;--------------------------------------------------------&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot; align=&quot;right&quot;&gt;&lt;a href=&quot;mailto:golesz@wp.pl&quot;&gt;golesz@wp.pl&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot; align=&quot;right&quot;&gt;&lt;strong&gt;&lt;u&gt;RESET&lt;/u&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot; align=&quot;right&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot; align=&quot;right&quot;&gt;1 z 3&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Po pół godzinie uważnego wędrowania w głąb rzadkiego lasu znalazł wreszcie odpowiednią sosnę. Nie było to łatwe, zwłaszcza w okolicach Kowala, gdzie od lat wschodnie wiatry znosiły znad Płocka tony jakiegoś białego świństwa chemicznego. Skutkiem tego, większość drzew to szare, rachityczne i mizerne patyczki o cieniutkich, poskręcanych kończynach. Mnożące się bezkarnie szkodniki też robiły swoje. To wyjątkowe drzewo było pewnie jednym z ostatnich, jak on, mohikaninów, genetycznych samotników leśnych. Solidny, prosty pień, trzy grube, długie gałęzie wyrosłe na właściwej, sporej wysokości i zdrowe, zieloniutkie igły bujnej korony. Wokół tego względnego giganta panoszyło się gęste mrowie mizernego, wrażego plebsu, z zarastającymi wszystko wokół drobnymi krzaczkami nieokreślonego gatunku.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Rozejrzał się czujnie i wstrzymując oddech, przystanął. Nasłuchiwał. Gdzieś, daleko, słychać było szum pędzących asfaltową, ważną kiedyś, w dalszym ciągu popularną jednak drogą, samochodów. Poza tym cisza i przedpołudniowy, upalny w ten sierpniowy poniedziałek spokój. Jedna część narodu dogorywała w pracy, druga odsypiała pewnie niedzielne, ostro zakrapiane balangi urlopowe, a trzecia kręciła się bezradnie po kraju w poszukiwaniu jakiegoś możliwie łatwego i rzecz jasna przyjemnego, łatwego zarobku. Był to chyba jeden z niewielu momentów, gdy las, mimo straszliwego upału, mógł odetchnąć jako tako w ciszy od tej ludzkiej, skłóconej i beznadziejnej szarańczy. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Zdjął ostrożnie pocerowany, rozsypujący się prawie plecak i usiadł przy drzewie. Ściółka była tak wyschła, że zatrzeszczała głośno pod jego ciężarem. Odpiął guziki plecaka, z którego wyjął barwiony na zielono, dziesięciometrowy sznur, zwinięty teraz porządnie i opakowany w torbę foliową. Miał z nim ostatnio trochę problemów. Marta, znalazłszy go przypadkowo w oborze, koniecznie chciała wiedzieć do czego ma służyć. Nie żeby coś podejrzewała, ale uparła się by go zarekwirować do suszenia bielizny. Chłopcy owszem, brudzili się mocno, szczególnie Jacek, który, mimo, że trochę mniej pracował w polu ze względu na książkowe zainteresowania, wracał wieczorem do domu uświniony jak nieboskie stworzenie. Nie było tego dużo, w końcu latem nie nosi się tylu rzeczy co w innych porach roku, jednak żona już zaplanowała sobie nowe miejsce na strychu. Cóż, kupi sobie inny za odszkodowanie. Miał taką nadzieję.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Rozwinął sznur i przywiązał do niego znaleziony kawałek grubej, uschłej gałęzi. Rozbujał ten prostujący linkę ciężar i próbował go przerzucić ponad wybranym konarem sosny, jednak suchy patyk był za lekki i po kilku nieudanych próbach dał temu spokój. Rozglądnął się wokół po brudnożółtym poszyciu, lecz nie znalazł żadnego kamienia. Trudno - i tak trzeba będzie wejść. Zwinął ponownie sznur i przełożył go przez bark tak, jak to robi doświadczony alpinista, taszcząc na swoich przemarzniętych plecach dziesiątki zwojów mocnej liny. Objął pień drzewa i spojrzał w górę. No, nie będzie łatwo. Przymierzył się prawą nogą i podciągnąwszy resztę ciała przywarł do wyschłej kory. Wisiał tak przez kilka sekund, po czym dość zgrabnie dotarł w pobliże właściwej gałęzi. Jednak pewnych umiejętności z dzieciństwa nie zapomina się tak szybko.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Usiadł okrakiem na gałęzi, po czym podnosząc się ostrożnie na rękach, przesunął całe swoje marne ciało o jakieś dwa metry od pnia. Zdjął z siebie linkę i okręcił ją dwukrotnie wokół konara. Zawiązał supeł, a następnie spuścił wolny jej koniec w dół, tak, że ten, spadłszy swobodnie na ziemię, ułożył się zgrabnie wokół sosny. Nie było źle. Znając długość sznura ocenił wysokość gałęzi na jakieś osiem metrów. To w zupełności wystarczy żeby zabezpieczyć się przed głodnymi lisami czy rysiami. Pomacał się jeszcze dla pewności po kieszeni koszuli i zaklął. Cholera jasna, zostawił list w plecaku na dole. Rad nie rad, musiał zejść, co jak się okazało było trudniejsze niż wejście. Odbił się od pnia gdzieś na wysokości trzech metrów i zeskoczył wprost na wyszarzały plecak. O mało nie skręcił nogi i ponownie zaklął. Cały czas funkcjonował bez zarzutu jego niezmierzony pech, jego skrajna nieporadność życiowa, która w końcu zaprowadziła go pod tę dorodną sosnę. Trudno - nie ma już o czym mówić.&amp;nbsp; &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Wyjął z przygniecionego plecaka niebieską, tandetną kopertę złożoną na pół i włożył ją do kieszonki koszuli. Zobaczył, że podczas wspinaczki oberwał dwa dolne guziki, ale oczywiście machnął na to ręką. Ponownie wszedł na gałąź. Odpoczął chwilę i przesunął się na rękach do miejsca gdzie zwisała linka. Podciągnął metrowy mniej więcej odcinek, okręcił ciasno wokół szyi i zawiązał solidny, podwójny węzeł. Niespodziewanie zrobiło mu się przeraźliwie zimno, więc rozejrzał się wokół zaskoczony. Nie, nic się nie zmieniło. Słońce stało już wysoko na bezchmurnym niebie a w lesie panowała bezwietrzna, upalna cisza. Spojrzał w dół i zobaczył pod drzewem swój lewy, dziurawy trampek, który widocznie spadł mu z nogi przed chwilą. Westchnął cicho i odruchowo nabrawszy powietrza, jakby miał się za chwilę zanurzyć w nieznaną, ciemną głębię wodną, niezgrabnie skoczył z gałęzi. Poczuł straszliwe szarpnięcie i wtedy cały ten pokręcony, nieprzyjazny świat, eksplodował w oślepiającym, czerwonym błysku. Usłyszał straszliwy huk, po czym nagle, w jednym bezczasowym momencie, zobaczył swoje żałosne, zasrane życie.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;--------------------------------------------------------&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Urodził się pamiętnego marca sześćdziesiątego ósmego i rzecz jasna niczego z tamtych wydarzeń nie pamięta. Pierwsze, świadomie przeżywane fakty polityczne to dopiero masowy fenomen siedemdziesiątego, ale to później, w podobno szczytowym momencie fizycznych możliwości dwunastoletniego, dojrzewającego szybko i wbrew okolicznościom, organizmu. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Był ledwie odratowanym, mizernym wcześniakiem. Owocem zatuszowanego przez wszechmocne władze brutalnego gwałtu, popełnionego na jego matce przez dwóch pijanych bydlaków, żołnierzy bratniej, krasnej armii. Matka, drobna kobieta borykająca się samotnie z życiem wdowa, gospodarowała resztkami sił w obrębie dwuhektarowego, zabiedzonego gospodarstwa, wychowując jak umiała jego starszego o cztery lata brata. Weseli, koszmarnie pijani ruscy, uczestniczyli w jakichś bzdurnych manewrach w okolicy i gotowi byli na wszystko, zwłaszcza w obliczu trzyletniej, przymusowej abstynencji, którą musieli znosić na nieprzychylnej im ziemi, z dala od swoich rodzinnych stron gdzieś pod Krasnojarskiem.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Tak więc był Romek napiętnowany, przekreślony, już na samym starcie. Dodatkowo, jako siedmiomiesięczny wcześniak z dużą niedowagą, źle rokował pod względem zdrowotnym, co sprawdziło się w stu procentach. Jednak matka, mimo, że totalnie zastraszona przez ponurych chamów z UB, nie traktowała go wcale jako niepożądany dopust Boży. Wręcz przeciwnie. I czasami aż demonstracyjnie, na przekór wasalskim władzom. Sołdaci nawet nie zostali przeniesieni do innej jednostki.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Dożył jakoś szczęśliwie do chwili, gdy w wieku sześciu lat, o cały rok wcześniej niż inni, rozpoczął naukę w pobliskiej, obskurnej szkole podstawowej. Z miejsca spotkał się z wrogością wszystkich rówieśników a i nauczyciele patrzyli na niego jakoś tak krzywo. Był bowiem Romek dzieckiem nadzwyczaj rezolutnym i po dziecięcemu jeszcze zasadniczym. Z powodu upiornej biedy, całym jego dotychczasowym światem była skromna zagroda rodzinna. Nie miał żadnych bliższych kolegów a starszy brat też nie bardzo go lubił i obijał ostro przy byle sposobności. Zagoniona matka nie bardzo miała czas na wychowywanie synów, więc obaj chodzili własnymi ścieżkami. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Jakimś cudem Romek zainteresował się czytaniem już w wieku czterech lat i podpatrując trochę brata, trenując uporczywie patykiem na piaszczystym podwórku, nauczył się tej sztuki praktycznie samodzielnie. Do tego stopnia, że czytał matce sporadycznie kupowane, bądź trafiające do domu przy okazji większych zakupów gazety. Tak więc, w pierwszych dniach szkolnych błysnął jako w pełni czytający i jako tako piszący, mały, milczący dziwaczek. Jednak główny problem polegał na tym, że czytując owe drętwe &amp;quot;organy prasowe&amp;quot;, przyswoił sobie głęboko ich paranoiczny, sztywny język partyjny a i zdaje się sposób myślenia; ów charakterystyczny, gazetowo&amp;nbsp; ubecki bełkot, ogląd świata. Jakoś podświadomie ostrożny i czujny, dopiero piątego dnia szkoły podniósł przepisowo palec do góry, zgłaszając chęć zapytania.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - O co chodzi? -&amp;nbsp; mruknęła pod nosem podstarzała, zmęczona latami użerania się z bachorami polonistka, spoglądając na niego nieprzyjaźnie. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Towazysko naucycielko -&amp;nbsp; Romek stał w ławce wyprężony na baczność jak struna fortepianowa - Plosę mnie wpisać na listę kandydatów paltyjnych do olganizacji skolnej.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Starsza kobieta wytrzeszczyła oczy na małego, sepleniącego jeszcze człowieczka, i znieruchomiała na moment. Następnie oparła się odruchowo prawą ręką o najbliższą ławkę i nie panując nad sobą, usiadła ciężko na brudnej podłodze. W małej, umalowanej białą, emulsyjną farbą salce, wypełnionej do cna odrapanymi ławkami, zajmowanymi przez regulaminowo ubranych, poważnych pierwszoklasistów, rozległ się najpierw piskliwy chichot, który po chwili przerodził się w niepowstrzymany, przeraźliwy jazgot. Kobieta wiła się na podłodze i przewalała z jednego boku na drugi. W końcu uspokoiła się jako tako, wstała jakoś i przecierając załzawione oczy, wyksztusiła do Romka niewyraźnie: &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Zaczekaj chwilę. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Wybiegła z klasy, zostawiając niczego nie rozumiejące dzieci same. Romek w dalszym ciągu stał wyprężony w ławce. Po chwili drzwi otworzyły się ponownie i do sali wszedł dyrektor, a za nim reszta ciała pedagogicznego - czyli polonistka, nauczyciel od wszystkiego, pan Zbyszek, oraz nauczycielka rosyjskiego, pani Wisia. Stanęli na środku pod tablicą, a dyrektor poważnym głosem przemówił do stojącego chłopca: &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Powtórz dziecko, co powiedziałeś pani Zosi. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Romek, skonfundowany nieco całym wydarzeniem zaczerwienił się potężnie, jednak powtórnie, stanowczym głosem oznajmił: &amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Towazysu dylektoze, ploszę mnie wpisać na listę kandydatów paltyjnych olganizacji skolnej. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; I znowu salka wypełniła się nieskrępowanym, zespołowym śmiechem. Tym razem dołączyły się dzieci, które w końcu zrozumiały, że odbywa się tu jakieś dziwaczne przedstawienie, z ich pokręconym kolegą, tym małym głupkiem, w roli głównej. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Po dobrej chwili, gdy wszyscy poocierali już łzy z zaczerwienionych oczu, dyrektor zwrócił się do Romka:&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Dobrze mały sekretarzu, rozpatrzymy twoją prośbę. Tymczasem po lekcjach zgłosisz się do mnie, zgoda? &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Tak jest, towazysu dylektoze -&amp;nbsp; Romek odmeldował się regulaminowo i energicznie usiadł w ławce. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Tego już było za wiele. Całe dorosłe towarzystwo zaczęło podskakiwać w ataku śmiechu, poklepując się wzajemnie i ocierając rękawami łzy. Mała szkółka aż się trzęsła. W końcu wypadli z klasy i tylko na korytarzu słychać było ich oddalający się, niepowstrzymany rechot. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Tak oto został już na cały okres nauki w tej szkole Sekretarzem, tym, który bez mrugnięcia okiem, rozciągnął nie lubianą nauczycielkę na podłodze. I mimo, że bardzo prędko zmienił się jego sposób widzenia świata, mimo, że jego zachowanie, słownictwo, odruchy, stały się zupełnie stereotypowe, normalne, to jednak na zawsze już, został w pamięci rówieśników kimś podejrzanym - w gruncie rzeczy niezwyczajnym głupkiem. Niegroźnym co prawda, nawet życzliwym i niespotykanie uczynnym, jednak głupkiem. Na szczęście nigdy nie wstąpił w szeregi Przewodniej Siły.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Świadomie przeanalizował ten incydent dopiero kilka lat później, gdy już swobodnie poruszał się w tej zabagnionej rzeczywistości. W Polsce zawsze obowiązywały cztery poziomy ekspresji, zachowania. Pierwszy, to oficjalno - oficjalny, stosowany zawsze, gdy chodziło o akademie, wystąpienia na forum, wywiady, przemówienia, dyskusje publiczne. Większość ludzi nie nadawała się do takich rzeczy &amp;ndash; i nie z tępoty czy niemożności sklecenia kilku zdań. Tu trzeba było mieć pewne szczególne predyspozycje, porównywalne raczej z zachowaniem oślizłego, uślinionego ratlerka, liżącego do utraty tchu wdzięcznie wypiętą dupę swojego pana. Pana, który w swej boskiej nieobliczalności, mógł w każdej chwili obruszyć się na te hektolitry cieknących mu po nader wyrośniętych pośladkach płynów ustrojowych biednej psinki, i wykopać ją do wszystkich diabłów.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; O dziwo - osobnik taki wcale nie dążył do osiągnięcia szczytów władzy. On chciał tylko całym sobą służyć. Jeśli początkowo rzeczywiście piął się intensywnie po pierwszych szczeblach tej nieogarnionej drabiny, to niebawem zatrzymywał się gdzieś pośrodku, gdzie wygodnie usadowiony, lizał i lizał. Bez umiaru. Pełno było takich facecików, usadowionych nie wyżej niż zastępca redaktora naczelnego, kierownik artystyczny, szef produkcji, naczelnik wydziału, kierownik pracowni, docent. Bardzo rzadko przewodniczący, sekretarz generalny, profesor, prezes, wiceminister. Z tymi czasem można było się dogadać - co prawda głownie za pomocą grubej koperty, ale zawsze. Natomiast lizydupa zawsze traktował petenta jak najgorszego kundla, niegodnego nawet rozwalcowania służbową Wołgą.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Poziom następny; oficjalno - towarzyski. Funkcjonujący na rautach, zakrapianych przyjęciach, nieoficjalnych naradach, bardziej luźnych imprezach ku czci. W dalszym ciągu nie można było kwestionować pryncypiów ustrojowych, czy jedynie słusznych sojuszy międzynarodowych, jednak pozwalano sobie na mniej lub bardziej lekceważący osąd cech osobistych i postępowania dygnitarzy partyjnych, dobrotliwie krytykowano sztandarowe artykuły prasowe, mrużono delikatnie oczka w stosunku do niektórych pociągnięć wadzy. Wszystko rzecz jasna cichutko, konfidencjonalnie, delikatnie. Właściwe słówka dla właściwych uszek.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Poziom rodzinno -&amp;nbsp; prywatny. Tutaj, w gronie ściśle rodzinnym, można już było sobie nieco pofolgować. Niektórzy ośmielali się do tego stopnia, że zaczynali psioczyć nawet na ustrój, lub o zgrozo, na Wielkiego Brata. Gdzieniegdzie, w czterech ścianach domostwa, nucono cichutko zapomniane dawno pieśni patriotyczne, kościelne. Delikwent, głowa rodziny, ojciec dzieciom, wyrastał na cichego bohatera, walczącego skrycie z wszechpotężną, czerwoną zarazą, tylko dla niepoznaki zatrudnionego od lat na wiadomym, francowatym wszak stanowisku. Lały się łzy bezsilnego upodlenia. Góra do pierwszej w nocy -&amp;nbsp; bo przecież rano znowu trzeba było iść do roboty, na pierwszą linię czerwonego frontu.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; I poziom ostatni, prywatny, osobisty. Czasem, choć rzadko, prawdziwe piekło poszatkowanej jaźni. Resztki sumienia, koszmarne sny, nieraz odraza podczas golenia. Często nieskładna, bezsensowna modlitwa, tak na wszelki wypadek. Bezkresna, nieogarniona ziemia nieznana, a ściślej, nieurodzajny, jałowy ugór, przeorywany co i rusz przez wysokowydajne pługi natrętnej, chamskiej w swej beznadziejnej prostocie propagandy masowej.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Ponad tym wszystkim unosiła się w niedostępnych niebiosach centralna, nieobliczalna władza, ten tysiącgłowy, upierdliwy demiurg, wszechpotężny, nieusuwalny strup.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;--------------------------------------------------------&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Przebrnął więc jakoś przez szkołę podstawową i po czerwcowej naradzie rodzinnej, a również gnany jakąś irracjonalną, lokalną modą, zapisał się do pobliskiego Technikum Mechanicznego w nadziei zdobycia popłatnego zawodu mechanika samochodowego. Znającego się rzecz jasna głównie na Jaguarach, Rolls-Roysach i Mercedesach. Szło mu nawet nieźle, tyle tylko, że bezpośrednio przed maturą, w kwietniu, musiał się stawić konkretnego dnia w jakiejś zapomnianej jednostce wojskowej pod wschodnią granicą.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Nic nie pomogły wędrówki matki po różnych ważnych urzędach. Pamiętano jej tam ciągle bierną niesubordynację w stosunku do tuszujących sprawę niezbyt legalnego pochodzenia Romka ubeków. Urzędy, jak jakieś ponure bóstwo &amp;ndash; nierychliwe, ale za to pamiętliwe. Prawdę mówiąc matka pogorszyła jeszcze sytuację swoim brakiem pokory i zdawałoby się logiczną argumentacją - że syn właśnie będzie robił maturę, że zaraz potem idzie do pracy by utrzymać jakoś upadający dom i zarobić na więzienne paczki dla starszego brata. Gdzież tam. Zdrowy, wicie, zdolny, rozumicie, a ojczyzna takich w armii potrzebuje. Nie ma dyskusji.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Zostawił więc starą kobietę samą na mizernym gospodarstwie i wsiadał do darmowego pociągu ze łzami w oczach. Zupełnie nie wiedział co robić. Starszy brat miał jeszcze dwa lata do odsiadki za drukowanie nielegalnej, antyrządowej prasy i Romek zamartwiał się teraz o chorowitą staruszkę. Cóż jednak mógł na to wszystko poradzić? Stał więc w korytarzu rozklekotanego, przepełnionego wagonu; patrząc przez brudną szybę w zaokienny mrok. Jechał w przymusowe nieznane.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Wbrew oczekiwaniom nie trafił źle. Jednostka okazała się małą, rodzinną prawie, placówką graniczną, dowódcą której był rozsądny, ludzki i zwłaszcza wesoły major Kukła. Dbał o swoich ludzi, w miarę możliwości ma się rozumieć, i nie pozwalał nikomu na tradycyjne już gdzie indziej fanaberie, rozgrywające się zazwyczaj pomiędzy rocznikiem starszym a młodszym. Miał tylko jedną, drobną wadę. Był starym kawalerem i nie lubił kobiet. Nie, żeby podobali mu się młodzi chłopaczkowie, poborowi na przykład, ale nie znosił kobiet w sposób szczególny, jakoś do pewnego stopnia uzasadniony i nawet po żołnierskiemu logiczny. Regularnie organizował nocne, męsko -&amp;nbsp; damskie turnieje, z udziałem zaufanych podwładnych i miejscowych, nieustająco chętnych panienek. Ba! Jakimś cudem wszedł w rozrywkowe układy z bratnią, radziecką obsługą drugiej strony umownej granicy pokoju i ogólnej szczęśliwości, co wydatnie zwiększyło skończony wszak lokalnie asortyment damskich wdzięków.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; I zawsze rano, po takiej nocnej, wyczerpującej sesji, wypuszczał wyeksploatowane już do cna kobitki w samych tylko maskach przeciwgazowych, po czym kazał im trafiać z kałasznikowa do ustawionych w lesie, opróżnionych dopiero co butelek. Trafiła - odjeżdża do domu wojskowym gazikiem -&amp;nbsp; nie trafiła, zasuwa psia ją mać piechotą przez rozległy las. Kukła nazywał to ćwiczeniami obrony cywilnej i oczywiście miał rację. Wyniki w damskim strzelaniu były coraz lepsze.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Romek nie brał w tym wszystkim udziału, a mimo to otrzymał lipcowy, ekstra urlop z okazji żniw. Zastał matkę przygnębioną do reszty i poważniej już chorą. Zebrał wszystko sam z pola, wymłócił własnoręcznie, a następnie sprzedał za grosze żałosne nadwyżki cwanemu sąsiadowi. Musiał wracać do jednostki, więc obiecał matce, że postara się niedługo przyjechać znowu, po czym ponownie musieli się pożegnać. Pod koniec września okazało się, iż widzieli się już ostatni raz. Matka zmarła w domu, podobno we śnie, i w sumie nie bardzo wiadomo na co. Tak przynajmniej twierdził miejscowy mistrz plastra i stetoskopu. Wrócił więc Roman spod granicy by pochować udręczoną kobietę i został już na dobre. Tym razem były pełne, formalne podstawy do odłożenia jego wojskowych, zaszczytnych powinności na czas bliżej nieokreślony.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Został na gospodarstwie sam jak palec. Więzienny brat nie liczył się zupełnie -&amp;nbsp; nigdy nie było między nimi żadnych uczuć a Filip miał w głowie wszystko, tylko nie rolnictwo. Zgodził się zresztą chętnie i trzeba przyznać, całkowicie bezinteresownie, na rezygnację z wszelkich roszczeń majątkowych. Po kilkumiesięcznych, bezsensownych korowodach urzędowych, notarialnych, stał się więc Roman jedynym właścicielem mizernego, upadającego gospodarstwa. Właścicielem ponurym i małomównym, jak jego zmarła matka. Tęsknił za nią i w przeciwieństwie do zapijaczonego konowała, znał przyczyny jej śmierci. Zabiło ją to zasrane, pszennoburaczane życie, te ciągłe upokorzenia, ta nieustająca, codzienna, beznadzieja.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Jakimś cudem dogadał się Romek z kolegą szkolnym i ten, bywalec warszawskich klubów młodzieżowych, naraił mu dwie studentki prawa jako potrzebujące taniego lokum sublokatorki na okres uniwersyteckiej mitręgi. Zamieszkali więc we trójkę, po czym jedna z nich szybko zrezygnowała z tej nietypowej, niewesołej stancji, głównie z powodu trudności z dojazdem na zajęcia. Druga została i to właśnie była Marta.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Cóż. Jak było do przewidzenia, z obopólną przecież winą, dziewczyna bardzo szybko stała się brzemienną. Być może był to przede wszystkim skutek absolutnego braku doświadczenia Romka w tych sprawach, jego tak dziwacznego nie uczestniczenia w nocnych zajęciach majora Kukły? Może były też inne przyczyny, kto wie, leżące po stronie skromnej dziewczyny? W każdym razie trzeba było coś z tym fantem zrobić. Marta, studentka pierwszego roku, szybko zorientowała się, że wkuwanie prawa rzymskiego nie jest jej pasją życiową, że raczej woli ciężką pracę pośród sypiących się tynków i pochyłych, trzeszczących ścian Romkowej zagrody. Taki wybór. Dała więc sobie spokój z uciążliwymi dojazdami warszawskimi i zakotwiczyła tutaj na stałe. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Niebawem pojawili się w ich domu zatroskani wypadkami rodzice Marty, bogaci, podłódzcy producenci jakichś pantofli czy pasków. Odbyła się więc szczegółowa inspekcja ekonomiczna upadającego majątku i następnie burzliwa narada rodzinna. A że młoda para twardo obstawała przy wspólnym życiu na dobre i złe, szybko ustalono termin ślubu i skromnego wesela, już na młodej panny rodzinnym, znacznie mniej przygnębiającym wizualnie terenie. Romek, jedyny przedstawiciel swojej nacji na tej uroczystości, czuł się fatalnie, więc zaraz po wystawnym przyjęciu wrócili z młodą żoną na skromniutkie, zrujnowane swoje.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Pierwszy urodził się Jacek i od tego momentu zaczęły się ich poważne kłopoty. Dziecko było nad wyraz odporne i zdrowe, jednak właśnie głównie z tego powodu, niespotykanej siły małych płucek, wielkiej ruchliwości i apetytu, wymagało ciągłej opieki. Marta musiała się kompletnie wyłączyć z prac gospodarskich. Roman harował więc od świtu do nocy, jednak mimo to ciągle brakowało na wszystko. Nie mieli nawet najprostszego radia, nie mówiąc już o fanaberiach typu pralka, telewizor czy odkurzacz. Wokół powstawały podejrzane fortuny, po drogach jeździło coraz więcej super samochodów, zdobywanych w super prosty, super nieuczciwy sposób, a oni wegetowali jak jacyś abnegaci, bez jakiejkolwiek nadziei na lepsze. Po roku dołączył do młodej rodziny malutki Adam, i zrobiło się jeszcze gorzej.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Roman, jako mężczyzna, jako podpora i fundament wspólnej egzystencji, nie sprawdzał się zupełnie. Przede wszystkim z powodu swojej skrajnej, aż do głupoty posuniętej uczciwości i wrażliwości. Nigdy niczego nie ukradł, kompletnie wbrew powszechnej, wydaje się odwiecznej modzie, temu narodowemu sportowi. Nigdy też nikogo nie okłamał, nawet w najbłahszej sprawie. I to najgorsze -&amp;nbsp; absolutnie niewybaczalnie nie pił - nie mógł więc niczego porządnie załatwić. Minęło pierwsze uczucie, będące wyjściową podstawą ich związku i teraz Marta coraz częściej, coraz gwałtowniej, dawała wyraz swojemu niezadowoleniu. Wszystkie swoje pozytywne uczucia ulokowała w synach, a nieudacznego męża zaczynała powoli traktować jako przykre obciążenie. Na szczęście nie zwracała się jeszcze o żadną pomoc do rodziców, którzy przecież czekali tylko na jedno jej jedno słowo. Zdawała sobie doskonale sprawę z tego, że natychmiast usłyszy zgryźliwe, pełne jadowitej satysfakcji: - A nie mówiliśmy?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Na domiar złego, po czternastu latach małżeństwa, po czternastu latach tej mordęgi, wycieńczony ciężką pracą, niedożywiony ciągle Roman, nabawił się niedokrwistości i ciężkiej anemii. Wylądował na trzy miesiące w teoretycznie bezpłatnym, państwowym szpitalu, dobrze chociaż, że późną jesienią, już po wykopkach. Tam dopiero się działo, tam dopiero się napatrzył i nasłuchał. Leżał na wietrznym, zawsze niezwykle ruchliwym i hałaśliwym korytarzu, wśród cierpiących, umierających staruszków, traktowanych przez personel szpitalny jak ostatnie bydlęta. Dziwił się początkowo, jakim cudem dwudziestoletnia, śliczna panienka, nazywana tu eufemistycznie pielęgniarką, może mieć tak wredny, taki trepowaty stosunek do wycieńczonych chorobą pacjentów? Mimo ich cichutkich, rozpaczliwych i pełnych samoupokorzenia próśb - a to o łyk wody, a to o basen, czy wreszcie o kilka sekund normalnej, ludzkiej rozmowy, być może ostatniej w ich zasranym, nędznym życiu. A przecież medycy, lekarze, szczególnie ci z wieloletnią praktyką, byli jeszcze gorsi. Koszmar.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Zrozumiał to dopiero wtedy, gdy uświadomił sobie, że żyje przecież w kraju gdzie od lat, ostatnio całkiem przecież jawnie, funkcjonuje kult radosnego cwaniactwa, pazernej zaradności, kult młodego, bezwzględnego byka, nie liczącego się zupełnie z nikim osiłka. Kraju masowych, prostackich w swoim zamyśle imprez sportowych, służących jedynie do kontrolowanego kanalizowania masowych frustracji, na których można bezkarnie powyrywać ławki i przyłożyć sąsiadowi dechą, kraju błyskawicznych interesów, łatwych panienek spod znaku techno i białych skarpetek na niemytych miesiącami, spoconych, byczych stopach. Kraju, gdzie najwyższą cnotą, honorowaną gremialnie w politycznych, absolutnie nie merytorycznych i oszukańczych wyborach, jest uśmiechnięta, upudrowana i wyszczekana gęba, udrapowana błyszczącym krawatem w grochy. To zupełnie nic, że bezczelnie kłamliwa i cynicznie, w oczywisty sposób, niewiarygodna. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Romek ani w ząb nie mógł zrozumieć, jak można powtórnie stawiać na przedstawicieli zimnej, wyrafinowanej bandy, która mordowała i wsadzała do więzień kogo tylko chciała, która nie cofała się przed najbardziej jawnym oszustwem, która w końcu od dziesięcioleci łupiła bez opamiętania i z rozpasaną pazernością ten biedny kraj, wysługując się żałosnymi przydupasami z propagandy masowej. Wyjaśnienie mogło być tylko jedno -&amp;nbsp; trwały, kliniczny wręcz, masowy i totalny uwiąd intelektualny, abnegacja rozumowa do kwadratu, rozkład. Krótko mówiąc bezbrzeżna, wszechogarniająca, zwykła tępota. Co się daje zresztą łatwo obserwować i gdzie indziej, w innych, tzw. krajach cywilizowanych. A nawet na całym Bożym świecie.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; I to właśnie w tej obskurnej wykańczalni, w tej zapuszczonej, prowincjonalnej fabryce śmierci człowieczego gnoju, stracił resztki zainteresowania ludźmi i jakby to nie brzmiało wzniośle i głupio, ludzkością jako taką.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Ledwie podleczony fizycznie, ale już do reszty prawie załamany, wrócił bez specjalnego entuzjazmu do rodziny. Sądził, że jego trzymiesięczna nieobecność dała się Marcie jakoś we znaki, że powita go cieplej. Niestety. Całe Boże Narodzenie spędzili nie odzywając się prawie do siebie. Chłopcy biegali po okolicy bawiąc się głównie z zaprzyjaźnionymi psami, a oni siedzieli we dwoje w chłodnym, oszronionym miejscami wnętrzu domu jak napuszone sowy.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Właśnie wtedy postanowił odejść. Wytrzyma jeszcze tylko do lata, wykona wiosenne prace rolne, obsadzi skromne pole ziemniakami i zakończy sierpniowe żniwa. Postara się zapewnić jakiś byt rodzinie, przynajmniej na najbliższą zimę, przynajmniej do czasu, gdy, w co nie wątpił, zainteresują się Martą i wnuczkami jej przygnębiający, bogaci rodzice. A potem uwolni ich wszystkich od siebie radykalnie, raz na zawsze.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;--------------------------------------------------------&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Marta zbierała się do gotowania obiadu, choć od rana znowu bolała ją głowa. Chłopcy biegali po podwórku, ale jakoś tak niemrawo, ospale - pewnie z powodu gorąca. Ich nieokreślonej rasy pies, rozciągnął się w cieniu pod poważnie ciężarną jabłonią i dyszał ciężko z przegrzania. Kolejny, upalny dzień. Było kilkanaście minut po jedenastej i patrząc teraz na synów, zastanawiała się, co też im zrobić na obiad - codzienny, gaszący wszelkie jaśniejsze myśli dylemat. Z Romkiem nie było problemu, gdyż nie był wybredny, ale chłopcy? Tak, chyba upitrasi im wszystkim zwykłej, taniej pomidorówki. Zaraz, zaraz, przecież nie ma soli.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Jacek! -&amp;nbsp; zawołała starszego.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Tak? -&amp;nbsp; podszedł do niej kręcąc jakimś patykiem.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Masz tu pieniądze i idźcie z Adasiem do sklepu po kilogram soli.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Gdy synowie znikli za zakrętem, zabrała się do robienia makaronu. W pewnym momencie wydało się jej, że wokół zrobiło się przeraźliwie zimno. Do tego stopnia, że wilgotna szmatka, której używała do ścierania stołu, jakby zatrzeszczała w jej ręku. Woda zamarzła? Bzdura. Wybiegła z domu i rozejrzała się po okolicy. Nie, nic się nie zmieniło. Słońce piekło niemiłosiernie a przydomowe kury spokojnie grzebały się w piachu. Tylko Łysy stał na czterech łapach i podkuliwszy ogon, skomlał cichutko. Pokręciła głową i wróciła do przerwanej pracy, martwiąc się trochę o Romana, który wyszedł z domu dwie godziny temu, nic jak zwykle nie mówiąc. Prawdę powiedziawszy, współczuła mężowi jego kłopotów, całej tej beznadziejnej sytuacji, z którą nie umiał sobie jak dotąd poradzić. Rozumiała jego przygnębienie i to, że jest mu, jako mężowi i ojcu, głowie rodziny, coraz trudniej znosić te ciągłe porażki, ciągły, nieustający od lat, stan nie spełniania, niemożność zwykłego utrzymania rodziny. Coraz bardziej cwany, hałaśliwy, bazarowy świat wokół, schamiał nie do wytrzymania i prawdę mówiąc wszystko stało się jakieś takie bzdurne, złe, obce i przerażające. Też czuła się zagubiona w tej natrętnej, ruchliwej jak w nieustającym ataku epilepsji, pstrokaciźnie. No, ale cóż mogła na to poradzić? Sama także niczego nie była w stanie wymyślić.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Łysy zaszczekał w charakterystyczny sposób. To wracali chłopcy. Wytarła ręce i wyszła przed dom. Po chwili zza zakrętu wybiegł Jacek, a po kilku sekundach goniący go bez powodzenia Adam.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Mamo! Tam nikogo nie ma! -&amp;nbsp; mimo intensywnego biegu chłopiec mówił swobodnie, bez śladu zadyszki.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Gdzie?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - No, w sklepie.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Nie kupiliście soli?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Nie, to znaczy tak... ale... -&amp;nbsp; wyciągnął rękę z napęczniałą torebką foliową - wzięliśmy... sami.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Jak to? Ukradliście? -&amp;nbsp; załamała ręce. - Ojciec wam da jak wróci.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Nie -&amp;nbsp; zaczął wyjaśniać Adam. - Myśmy zostawili pieniądze na ladzie.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Tak? Nie było pani Krysi? A jak weszliście do sklepu?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Był otwarty -&amp;nbsp; powiedział cicho Jacek.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - I nie było tam nikogo dorosłego?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Nie.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Musiało się coś stać. Zawistowska nie zostawiłaby przecież całego dobytku sklepowego na pastwę modnie nieogolonych i równie modnie cuchnących gorzałą, okolicznych cwaniaczków. Może zachorowała nagle? A może to... napad? Coraz częściej słyszy się przecież o takich rzeczach. Aż się zatrzęsła, gdy pomyślała na co synowie byli narażeni.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Dobrze już. Idźcie się bawić na podwórko. Albo nie! Zostańcie tutaj i mówcie kogo widzieliście.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Nikogo -&amp;nbsp; stanowczo stwierdził Adam.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Nikogo?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Tak -&amp;nbsp; potwierdził Jacek. - Nawet tych panów od budowania płotu u Krzyśka.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Przestali budować płot? -&amp;nbsp; wypytywała Marta, mieszając jednocześnie ciasto na makaron. Stary Niedziałek, dziadek Krzyśka, nie pozwalał nigdy wynajętym murarzom na obijanie się, zwłaszcza przy ostatecznym wykańczaniu nowego, luksusowego domu.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Chyba... nie, bo były tam wszystkie narzędzia i włączona betoniarka.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Betoniarka jest fajna, no nie? -&amp;nbsp; zapalił się Adam.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Jasne -&amp;nbsp; przytwierdziła Marta.&amp;nbsp; - Jacek, przynieś wody.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Starszy wziął puste wiaderko i poszedł do studni po wodę. Tymczasem Adam opowiadał dalej.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - A przed pocztą stał ekstra samochód.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - No i?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Nic. Nikogo nie było a silnik pracował.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Jak to?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Nie wiem. Wszystkie drzwi były otwarte.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Martę uderzyło coś nieprzyjemnie w tych nieskładnych relacjach. Zaczekała aż wróci Jacek z wodą, po czym usiadła i próbowała ustalić z chłopcami jakieś wyjaśnienie.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Powiedz mi Jacek, czy widzieliście KOGOKOLWIEK?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - No właśnie mówię, że nie.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Nawet pana Jagielskiego w swoim kiosku?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Nie.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Co nie? Mów pełnym zdaniem.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Nie było go tam.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Nawet jego bezczelnych dzieci?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Nie.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - A... jego pies?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Pies był i... biegał wokół kiosku jak głupi.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Martę ogarnął jakiś niezrozumiały, irracjonalny strach. Jeszcze nie wiedziała o co tu chodzi, ale poczuła w gardle podchodzącą z dołu gulę utrudniającą oddech. Wyczuwała kobiecym instynktem coś strasznego, coś ogromnego i nieodwracalnego. Gdzie ten niedojda Romek? Spojrzała bezwiednie w okno i stwierdziła, że zbiera się na burzę. Nareszcie trochę ochłody.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Chłopcy. Jazda na podwórko, zbierać bieliznę ze sznurków -&amp;nbsp; zarządziła stanowczo.&amp;nbsp; &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;--------------------------------------------------------&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Ocknął się z powodu ostrego bólu w lewej kostce. Otworzył ostrożnie oczy i wystraszony, rozejrzał się powoli dookoła. Gdzieś, wewnątrz, miał cichą nadzieję, że stwierdzi, iż szybuje łagodnie w bezcielesnej postaci ponad swoim dyndającym na gałęzi, niepotrzebnym już truchłem, że przeżyje błyskawiczny przelot przez czarny tunel, że spotka wreszcie swoją zmarłą matkę pośród zielonych, oświetlonych złotym światłem łąk. Naczytał się kiedyś takich sympatycznych, niestworzonych bredni, które poruszyły go wtedy do głębi. Nic z tego. Leżał na jak najbardziej realnej, wyschniętej ściółce leśnej, pod ową wybraną, wspaniałą sosną, z której teraz smętnie zwisał kawałek zerwanego w połowie, zielonego sznurka. Niech to szlag. Linka najwyraźniej nie była najlepszej jakości, i poddana gwałtownemu szarpnięciu po prostu pękła. Najwyraźniej nie potrafił się nawet zabić.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Zaklął ponownie i ściągnął z szyi uwierającą go pętlę. Usiłował wstać, ale natychmiast usiadł znowu, przymuszony bólem w lewej stopie. Skręcił cholera nogę przy upadku. I co teraz? Nie wejdzie ponownie na drzewo, zresztą po co, jeśli nie ma zapasowego, wystarczająco mocnego sznura? Jednak wyprostował się powtórnie i ostrożnie postawił nogę. Boli psiakrew, ale można jakoś iść. Wyrzucił resztki linki która tak go sromotnie zawiodła, zebrał swój żałosny plecak, rozejrzał się jeszcze raz dookoła i kuśtykając, ruszył z powrotem ku asfaltowej drodze. Sierpniowe słońce było już w zenicie, a sucha, bezwietrzna duchota coraz bardziej dawała się we znaki.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Zdeterminowany ciągle Roman powziął ad hoc nowy, chyba tym razem realny plan skończenia z sobą. Wróci do szosy, w okolice niedalekiego, dość stromego zjazdu, gdzie większość kierowców folguje sobie i rozpędza własne maszyny do granic wytrzymałości mechanicznej, zaczeka na wystarczająco potężny pojazd, najlepiej jakiś TIR z naczepą, po czym wyskoczy nagle zza drzew wprost pod maskę kolosa. Oczywiście nie ma żadnych szans w starciu z tak potężną, pędzącą bezwładnie masą. A i odszkodowanie dla rodziny będzie bardziej prawdopodobne. Że też nie pomyślał o tym wcześniej.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; W miarę mozolnego zbliżania się do drogi coś go podświadomie zaniepokoiło. Chyba ta skręcona stopa. Zdał sobie sprawę, że z jej powodu nie będzie w stanie wyskoczyć wystarczająco szybko, ale momentalnie odrzucił tę obawę, gdyż przecież droga była bardzo wąska, dwupasmowa zaledwie, i pewnie nie będzie z tym wielkiego problemu. Nagle zrozumiał - i aż przystanął. Był już bardzo blisko drogi i od pewnego czasu powinien był słyszeć szum pędzących maszyn. Na chwilę wstrzymał oddech. Nic, kompletna, leśna cisza, zakłócana tylko codzienną paplaniną wiecznie &amp;quot;zalatanych&amp;quot; ptaków. Coś tu nie tak, pomyślał, i szybciej ruszył w stronę szosy. Po chwili znalazł się na skraju drogi, na łagodnym wzniesieniu, przez które przebiegała asfaltowa, rozgrzana wstęga.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Tak popularna przecież droga, była teraz absolutnie pusta, a ściślej, nieruchoma. Martwa, bez śladu ruchu. Jak okiem sięgnąć, na parującym asfalcie stały przeróżne pojazdy, nawet TIR-y, ale właśnie&amp;hellip; stały. Dzięki słonecznej pogodzie widoczność była znakomita, i tylko gdzieś tam, w odległości mniej więcej dwóch kilometrów, niczego już nie można było zobaczyć z powodu falującego, nagrzanego powietrza. Ciekawe. Może jakaś blokada policyjna? Pewnie znowu poszukują bandziorów.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Zmęczony wydarzeniami oraz mozolną wędrówką przez nagrzany las, usiadł na południowym skraju asfaltu, w cieniu, i postanowił czekać. Pochylił głowę na podciągnięte kolana, przymknął oczy, po czym natychmiast usnął.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;--------------------------------------------------------&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Ocknął się nagle, obudzony dalekim, głuchym grzmotem. Spojrzał w tym kierunku i zobaczył mocno ciężarne chmury burzowe, nadciągające od zachodu. Na drodze nic się w dalszym ciągu nie zmieniło. Ponieważ nie miał zegarka, ocenił po słońcu, iż drzemał jakieś pół godziny. Zerwał się na równe nogi i stwierdził, że lewa stopa już jest chyba całkiem zdrowa gdyż nie poczuł żadnego bólu. Ruszył energicznie w kierunku najbliższego, stojącego ciągle samochodu.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; To było eleganckie, nowiutkie Audi. Bez kierowcy i bez pasażerów. Jeśli nie liczyć małej, drucianej klatki na tylnym siedzeniu, z ruchliwym wewnątrz chomikiem o świdrujących, czerwonych oczkach. Jakiś prezent dla dzieci. Audi z włączonym, cicho pracującym silnikiem i kompletem kluczyków w stacyjce. Rozejrzał się wokół uważnie. Nic, tylko rzadko stojące sosny. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Hop, hop! -&amp;nbsp; krzyknął w las, lecz przestał natychmiast i ostrożnie nacisnął klakson samochodu. W spokojną ciszę lasu wtargnął przeraźliwy sygnał luksusowego auta, a z okolicznych drzew zerwało się całe mnóstwo wystraszonych ptaków. I jeszcze raz. I jeszcze.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Nic. Nikogo.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; To przecież niemożliwe. Otwarty samochód, jak zresztą dziesiątki innych, stoi przynajmniej od pół godziny z włączonym silnikiem. Coś się jednak musiało stać. Pomyślał, że może zorientuje się w sytuacji przy drugim, stojącym o jakieś sto metrów dalej, pojeździe. Puścił się biegiem środkiem asfaltowej jezdni i po kilku sekundach stał już obok zakurzonego, bagażowego Nissana. Tutaj również drzwi były otwarte a dieslowski silnik klekotał spokojnie na jałowym biegu. Wewnątrz także nikogo. Samochód stał już poza granicą lasu, w szczerym, płaskim polu, pokrytym jak okiem sięgnąć, suchym ścierniskiem po zżętym tydzień temu zbożu. I jak już był o tym podświadomie przekonany, wokół absolutne bezludzie. Co to wszystko znaczy, gdzie oni wszyscy poszli? Powoli narastał w nim jakiś nieokreślony niepokój o rodzinę.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Tymczasem gęste chmury burzowe zakryły słońce i o gorący asfalt zaczęły uderzać pierwsze, ciężkie krople ciepłej wody. Gwałtownie rósł wokół szum setek, następnie tysięcy kropel deszczówki, by przerodzić się momentalnie w prawdziwy, zalewający całą okolicę, wodospad. Nie było nad czym się zastanawiać. Wbrew sobie, wbrew swojej naturze, wsiadł do Nissana i pozamykał drzwi. Rozejrzał się. Cała prawie przestrzeń bagażowa pojazdu, wypełniona była równiutko, porządnie, szarymi, prostopadłościennymi kartonami -&amp;nbsp; każdy z czerwonym napisem: &amp;quot;Szynka konserwowa w puszkach -&amp;nbsp; 2,5 kg. -&amp;nbsp; Masart -&amp;nbsp; Hurt -&amp;nbsp; Detal -&amp;nbsp; Eksport -&amp;nbsp; Import.&amp;quot; Widocznie jakiś transport dostawczy, pomyślał. Wewnątrz samochodu było straszliwie gorąco, stał przecież od dłuższego czasu na palącym słońcu i dopiero teraz, bębniące o blaszany dach krople deszczu przynosiły stopniowe ochłodzenie. Wrzucił bieg i lawirując pomiędzy dziesiątkami nieruchomych, pozbawionych kierowców i pasażerów pojazdów, ruszył ostro w kierunku osady. Zamierzał dojechać do posterunku policji i zgłosić im dziwne wydarzenia na drodze. Poza tym, z jakiegoś nieznanego mu powodu, czuł potężniejący, nieopanowany strach o Martę i chłopców. Mniejsza już o jego zamiary sprzed kilkudziesięciu minut. Zapomniał o tym.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Bagażówka nie była w dobrej formie i rzęziła nieco, gdy wyciskał z niej wszystko czym dysponowała. Wycieraczki działały fatalnie, więc strugi wody zalewały raz po raz przednią szybę. Do posterunku nie było zbyt daleko - jakieś pięć kilometrów, a mimo to aż się spocił z niecierpliwości i waląc dłońmi w kierownicę, przynaglał zużyty pojazd do jeszcze większego wysiłku. Co kilkanaście sekund mijał stojące na drodze, opuszczone auta i już niczemu się nie dziwił.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Zatrzymał się z piskiem łysawych opon przed wejściem na komisariat i wyskoczył z bagażówki o mało się nie przewracając. Wpadł do małego pokoiku, gdzie zawsze siedział za swoim biurkiem ospowaty kapral Dusza i zdębiał. Nikogo tu nie było. W pokoju obok również. Łazienka? -&amp;nbsp; nie, także pusta. Co to wszystko znaczy? Czuł, że włosy stają mu dęba na ogłupiałej głowie. Zajrzał jeszcze do miniaturowego aresztu, ale i ten był pozbawiony jakiegokolwiek lokatora. Zaraz, zaraz, może poczta?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Wypadł na skromną uliczkę i przebiegł na drugą stronę, gdzie na parterze jednopiętrowego budyneczku zarządu skupu, mieściła się kątem placówka pocztowa. Minął stojącego przed wejściem, otwartego na oścież, bezbronnego Forda, otworzył skrzypiące drzwi wejściowe... i już wiedział. W całej osadzie, w całej wiosce nie ma nikogo. Żadnego człowieka. Przerażony wrócił do bagażówki i nie zważając na prawostronność ruchu drogowego, środkiem drogi, gnał tym pojazdem do domu.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Po pięciu minutach szaleńczej jazdy, błotnistymi teraz, zalewanymi potężnym deszczem drogami, wypadł zza ostatniego zakrętu i zahaczając prawym bokiem pędzącego auta o deskę w płocie, mało nie uderzył z rozpędu we własną stodołę. Wyłączył silnik i wtedy nagle opuściła go odwaga. Bał się wyjść z kabiny i stwierdzić to, po co tak tu pędził. A jeśli...&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Tato! Gdzie byłeś? -&amp;nbsp; usłyszał poprzez szum deszczu, pełen wyrzutu głos Jacka.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Nie wytrzymał napięcia i po prostu... zapłakał jak dziecko. Dzięki Bogu, wszystko w porządku. Opanował się szybko, otarł rękawem brudnej koszuli łzy i wyszedł z bagażówki w strugi deszczu. Przez podwórze biegł do niego starszy syn, przeskakując co większe kałuże. Wpadli sobie w ramiona i przez chwilę stali objęci, w ciągle intensywnym, ciepłym deszczu.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Gdzie reszta... tej... bandy? -&amp;nbsp; spytał syna.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Siedzą w domu i płaczą.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Płaczą? Dlaczego?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Bo... bo... wróciłeś.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Uścisnął Jacka jeszcze mocniej i obaj, nie zważając już na kałuże, weszli do domu. Marta siedziała przy oknie trzymając na kolanach Adama. Oboje mieli zaczerwienione oczy.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Wszystko w porządku? -&amp;nbsp; zapytał od progu.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - No właśnie... nie wiem -&amp;nbsp; odpowiedziała cicho - A u ciebie?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Podobnie.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Usiadł przy stole. Uradowany Adaś zeskoczył z kolan matki i podbiegł do ojca.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Skąd masz taki samochód?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Ach, to długa historia.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - A wiesz, że u nas nikogo nie ma? -&amp;nbsp; pochwalił się malec.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Wiem. Ale musicie mi wszystko po kolei opowiedzieć.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Ty też opowiesz?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Jasne.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Marta obserwowała spod okna tę wymianę zdań i nagle zaczęła szlochać. Roman zerwał się z krzesła i ostrożnie przytulił żonę.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Co ci jest?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Nie wiem. Chyba... coś się stało.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Tak. Ale musimy to wspólnie wyjaśnić. Mów.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Usiedli wszyscy wokół prostokątnego stołu. Ponieważ po niebie ciągle przesuwały się ciężkie chmury burzowe, więc w pokoju było ciemno i Jacek włączył światło. W każdym razie wcisnął wyłącznik, jednak bez widocznego. Żarówki żyrandola rozjarzyły się tylko do ciemnej czerwieni, zupełnie nie rozpraszając mroku.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Napięcie też zdechło -&amp;nbsp; stwierdził Roman - Ale na razie słyszymy się jeszcze jakoś - spróbował zlekceważyć wydarzenia.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Po piętnastu minutach wymiany informacji ustalili najważniejsze fakty. Tuż przed południem, przynajmniej w promieniu kilku kilometrów od ich domu, spadła na okolicę nagła i krótkotrwała fala niezwykle intensywnego, arktycznego zimna. W środku upalnego lata, w środku gorącego, bezchmurnego dnia. Przypuszczalnie w tej samej chwili, lub też zaraz potem, w niewyjaśniony sposób znikli gdzieś wszyscy ludzie, niezależnie od wieku. Wszystko inne - rośliny, zwierzęta, domy, cały materialny dobytek, pozostało bez zmian.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - A dlaczego my zostaliśmy? -&amp;nbsp; spytał Jacek.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Nie wiem chłopie -&amp;nbsp; Roman pokręcił głową. - To jest tym dziwniejsze, że przecież w tej szczególnej chwili znajdowaliśmy się w różnych miejscach.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Dzieje się coś strasznego -&amp;nbsp; pochlipywała Marta.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Szkoda, że nie mamy radia -&amp;nbsp; stwierdził żałośnie Adam.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Mamy! -&amp;nbsp; wykrzyknął Roman. - W tej bagażówce jest radio.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Zerwali się wszyscy na równe nogi i wybiegli na podwórko. Ulewa już się kończyła i teraz ciężkie niebo powoli przejaśniało się. Na podwórzu stały ogromne kałuże wody, które jednak szybko wsiąkały w wyschnięty grunt. Powietrze było rześkie, przesycone tlenem, jak to po długo oczekiwanej burzy. Roman otworzył kabinę Nissana i włączył małe, zachodnie radio samochodowe z odtwarzaczem kasetowym, wmontowane w pulpit kierowcy. We wciśniętym pod osłonę głośniku, usłyszeli delikatny stukot uruchamianego urządzenia, następnie syczący szum zakresu FM. Pokręcił gałką strojenia, jednak nie dostroił się do żadnej stacji.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - E..., zepsute -&amp;nbsp; powiedział Jacek&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Chwileczkę -&amp;nbsp; Roman przełączał zakresy i manipulował gałkami chcąc znaleźć jakikolwiek, choćby zagraniczny nadajnik. Nic.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Chyba rzeczywiście zepsute -&amp;nbsp; powiedział głośno, ale poczuł na plecach mrowienie. Spojrzał na milczącą Martę i zrozumiał, że ona też się boi. Dla pewności wyjął ze schowka obok jakąś kasetę i uruchomił odtwarzacz. Radio ryknęło rockowym jazgotem, więc wyłączył je całkowicie.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Dobre -&amp;nbsp; ucieszył się Adam.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Nie. Dobry jest tylko magnetofon -&amp;nbsp; Roman postanowił działać - Wsiadajcie do auta. Pojedziemy do wsi.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Już chcieli wskakiwać do środka, ale okazało się, że w pojeździe są tylko dwa fotele, a część bagażowa zajęta przez owe kartony z szynką.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Co to? -&amp;nbsp; zapytała Marta.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Szynka konserwowa. Ktoś to wiózł do klienta -&amp;nbsp; Roman zastanawiał się co zrobić. - Wyładujemy to na razie do stodoły. A jeśli sytuacja się zmieni, znajdziemy właściciela.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Wątpię -&amp;nbsp; mruknęła ponuro Marta, lecz pomagała swoim mężczyznom przy wyładunku.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Po opróżnieniu Nissana stwierdzili, że wzdłuż boków części bagażowej umieszczone są dwie wygodne ławki, na których usiedli chłopcy. Rodzice zajęli miejsca na przedzie i nieobciążony już jak poprzednio pojazd ruszył do wsi.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Jednak zanim dojechali do największego skupiska domów, zwanego tutaj ironicznie centrum, zatrzymywali się kilkakrotnie, sprawdzając mijane zabudowania, gospodarstwa. Niestety, żadnych ludzi. Wywoływali tylko wściekłe, hałaśliwe reakcje pilnujących obejścia psów, przeważnie uwiązanych na łańcuchu. Dochodziła szesnasta, chmury znikły i znowu sierpniowe słońce grzało niemiłosiernie. Wokół idealna cisza.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Dojechali wreszcie do centrum i Roman ponownie zajrzał na posterunek policji. Nic się tu nie zmieniło -&amp;nbsp; ciemnobrązowe biurko Duszy nadal czekało na swojego urzędowego użytkownika. Spostrzegł na nim aparat telefoniczny i na chwilę zaświtała mu nadzieja, jednak w słuchawce była zupełna cisza. Brak nawet sygnału i trzasków przełączania. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Chłopcy. Jazda na pocztę i sprawdzić wszystkie telefony. Wracajcie szybko.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Gdy zostali sami z Martą, Roman przytulił zgnębioną żonę.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Kiedyś być może powiem ci po co chodziłem dzisiaj do lasu. Teraz jednak, w tej koszmarnej sytuacji musimy trzymać się razem i wyjaśnić o co tu chodzi. Dobrze?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Marta pocałowała go w policzek i chyba się uśmiechnęła. Mąż jakby się zmienił. Świat wokół stał się nagle całkowicie niezrozumiały, podwójnie obcy i kto wie, może są to ich ostatnie chwile. Była pełna złych przeczuć, jednak Roman niespodziewanie okazuje się energicznym, stanowczym mężczyzną, dbającym o ich wspólny los, przynajmniej w tej jednoznacznie krytycznej sytuacji.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Dobrze. Co mam robić?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Oddał jej pocałunek i zastanowił się chwilę. Tak - trzeba postępować spokojnie, systematycznie.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Przejrzyj te papiery na biurku, a ja będę szukał obok.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Po chwili wrócili chłopcy ze złymi wiadomościami. Żadne telefony nie działają, a pocztowa kasa jest otwarta. Znajduje się w niej kupa forsy oraz jakieś listy i papiery. To samo na piętrze, w zarządzie skupu. I oczywiście nikogo nie ma. Znaleźli też dwa działające radia bateryjne.&amp;nbsp;Próbowali złapać jakąś muzykę, jakąś audycję. Nic. Cisza w eterze. Na wszystkich zakresach.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Pokiwał tylko głową i nic nie powiedział. Dostrzegł właśnie jakąś szafkę, a w niej trzy policyjne radiotelefony. No, może teraz. Miał jakie takie pojęcie o podobnym sprzęcie jeszcze z wojska. Major Kukła, jego nieobliczalny dowódca, poza wszystkim dbał przecież o właściwe wyszkolenie swoich ludzi. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Sprawdził akumulatorki. Dwa były naładowane, trzeci niestety nie. Włączył jedno urządzenie i zlikwidował blokadę szumów. Nic - na wszystkich kanałach tylko intensywny syk przemiany. Wyszedł przed budynek i na kolejnych kanałach zaczął nadawać krótkie: - Halo, halo! Czy ktoś mnie słyszy? Odbiór.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Cisza. Nikt się nie zgłaszał. Nagle, gdy już chciał dać spokój, usłyszał bardzo wyraźne: - Halo, słyszę!&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Zdrętwiał cały i trzęsącą się ręką wcisnął przycisk nadawania.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Kto mówi?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - No... ja.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Jaki ja?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Ja... Jacek... Wolski!&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Aż usiadł z wrażenia na ulicy i ogarnął go niepowstrzymany śmiech. Wstał szybko i wrócił na posterunek, gdzie starszy syn, trzymając w ręku drugi radiotelefon, krzyczał do niego: - Halo, halo.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Dobrze, wyłącz to -&amp;nbsp; Roman nawet się nie zdenerwował. - Mamy już jakiś obraz sytuacji i musimy się wstępnie przystosować. Słuchajcie co powiem.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Cała trójka patrzyła na niego jak na oczywistego, bezdyskusyjnego przywódcę. Zwłaszcza mile zdziwiona Marta, bo przecież chłopcy zawsze tak go traktowali. Mimo, że prawdę mówiąc, całkowicie niezasłużenie. Ale to przecież chyba już przeszłość. Uśmiechnął się do nich smutno.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Wygląda na to, że przynajmniej w najbliższej okolicy, no, w promieniu dajmy na to dziesięciu kilometrów, jesteśmy sami. Nie wiem zupełnie z jakiego powodu, nie wiem też na jak długo. W kraju stało się coś strasznego, może to wojna i może ktoś użył jakiejś nieznanej broni, niszczącej wyłącznie ludzi. Nie wiem, choć z czasem pewnie co nieco wyjaśnimy. Teraz musimy sobie jakoś radzić sami. Wracamy do domu, jednak powinniśmy się przygotować na najgorsze. A wiecie co będzie najgorsze jeśli ta sytuacja przedłuży się do kilku dni?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Nie -&amp;nbsp; odpowiedzieli zgodnym chórem.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Psy. Głodne, bezpańskie, opuszczone psy, a raczej groźne watachy, wałęsające się wszędzie w poszukiwaniu żarcia. Może już od dzisiejszego wieczoru.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Spojrzeli po sobie ponuro i przytaknęli. To jest oczywiste. Z psami łańcuchowymi problemu nie będzie, ale inne, biegające luzem? Pojedyncze zwierzę może być pomocnikiem, nawet przyjacielem człowieka, lecz dziesięć, sto, głodnych, zdesperowanych kundli?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - I jeszcze jedno. Jak się czujecie... fizycznie? Marta?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Może mu się zdawało, ale chyba zaczerwieniła się jak młoda panienka, jak wtedy, gdy pierwszy raz zostali sami na oddalonej od Warszawy, wiejskiej, obskurnej stancji, która teraz była ich domem. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - No..., bardzo dobrze. O bólu głowy zapomniałam jakieś dwie godziny temu. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Jacek?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Może być. Jestem bardzo głodny.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Musicie jeszcze wytrzymać jakąś godzinkę. Adaś?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - A co to znaczy fi... zycznie?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - No, czy nic cię nie boli, czy jesteś zdrowy.&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Tak. Rano poharatałem sobie kolano, ale już nie ma śladu.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; No właśnie, pomyślał. Jeszcze jedna zagadka. Jego skręcona w lesie stopa też wydobrzała podejrzanie prędko. I ten szaleńczy bieg na szosie, bez śladu zmęczenia.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - W porządku. Idźcie teraz do sklepu Zawistowskiej i załadujcie bagażówkę czym się da - konserwami, cukrem, solą, spirytusem, zresztą mama będzie wiedziała co jest potrzebne. Ja tu się jeszcze rozejrzę za... bronią i amunicją. Aha, nie zapomnijcie o kilku odbiornikach radiowych i świeżych bateriach. Przydadzą się też świece i zapałki. No, załoga - do roboty.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;--------------------------------------------------------&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Wtorek ponownie zapowiadał się jako kolejny, upalny dzień, chociaż poranne, dopiero wychylające się nieuchronnie zza lasu słońce, nie grzało jeszcze tak jak obiecywało. Powietrze było rześkie, przesycone parującą z ziemi, wczorajszą wilgocią. Marta obudziła się pełna energii. Wstała cichutko, ubrała się w połatany fartuch i poszła do obory wydoić Beksę, jedyną ich krowę. Nie chciała budzić chłopców, a zwłaszcza Romka, który siedział do późna i pastwił się nad kilkoma, przywiezionymi wczoraj odbiornikami. Nie doczekała się wyników tych prób, gdyż zmęczona wydarzeniami usnęła w chwilę po tym jak zasnęły dzieci. Przez sen wydawało jej się, że wychodził z domu, ale nie miała siły ani chęci by otworzyć oczy.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Wróciła cichutko z ciepłym mlekiem, jednak Roman też już wstał i mył się teraz w miednicy, opryskując jak zwykle bez umiaru podłogę wokół stolika.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Obudziłam cię?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Nie, nie, wszystko w porządku.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Patrzyła teraz na niego jak kończy mycie i golenie. Jej mąż, wybrany przed laty, niepozorny, szczupły facet, z dawno nie strzyżoną czupryną. Ojciec jej synów. Niedorajda życiowy, pewnie jeszcze nikogo w życiu nie okłamał, ba, jest pewna, że nawet gdyby jakimś cudem pomyślał o czymś takim, to i tak by nie potrafił. Zupełny odmieniec na tle wszelkiego rodzaju obrotnych cwaniaczków, drobnych oszuścików, żwawych złodziejaszków i pazernych handlarzy bzdurnymi błyskotkami, którzy rozpanoszyli się w tym przedziwnym kraju ponad wszelką miarę. Zwłaszcza we władzach wszelkiego poziomu. A przy tym ponurak i milczek. Jednak mimo coraz większych ostatnio kłopotów finansowych, mimo nawet związanych z tym kłótni, to właśnie jest jej mężczyzna, jej problematyczna, ale zawsze jakaś, podpora, druga połówka. Nareszcie skończył i usiadł na swoim miejscu przy kuchennym stole.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Wyspałaś się?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Jak nigdy -&amp;nbsp; Ponownie, biorąc pod uwagę wypadek wczorajszy, nie wiedzieć czemu, zarumieniła się jak licealistka. Szybko zajęła się przygotowywaniem śniadania. Chłopcy pewnie obudzą się głodni niczym wilki, mimo że na kolację zjedli razem prawie całą puszkę tak nieoczekiwanie dostępnej, znakomitej szynki. Trudno - zaryzykowali czyjąś własnością. Jeżeli nic się nie zmieni, będą na nią wszyscy skazani jeszcze przez wiele, wiele dni. Na razie jednak muszą porozmawiać.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Ustaliłeś coś wczoraj?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Tak -&amp;nbsp; potwierdził z ociąganiem. Miał nadzieję możliwie długo nie martwić żony, ale najwyraźniej nic z tego - Sytuacja jest chyba jeszcze gorsza niż sądziliśmy.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - To znaczy?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Cóż, to znaczy, że nie udało mi się znaleźć żadnej czynnej stacji radiowej.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - A stacje zagraniczne?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - ŻADNEJ STACJI. Nawet na falach krótkich, gdzie zazwyczaj jest mrowie dalekich rozgłośni, szczególnie wieczorem, w nocy.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Nic? -&amp;nbsp; spytała cicho, opanowując jakoś drżenie ciała.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Kompletnie nic. Absolutna cisza. Żadnych trzasków, zakłóceń, nic.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Popatrzyli na siebie w milczeniu. Wręcz bała się pytać dalej i analizować tę niesamowitą sytuację, jednak zwyciężyła kobieca ciekawość.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Co to znaczy?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Żebym to ja wiedział -&amp;nbsp; wbił wzrok w podłogę. - Są w zasadzie dwie możliwości.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Jakie?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Pierwsza to taka, że... wybuchła wojna i na skutek zastosowania jakiejś nieznanej broni, przynajmniej w najbliższej okolicy... znikli wszyscy ludzie, oraz, że spowodowano jakieś tajemnicze zmiany w... no, w jonosferze, przez co uniemożliwiono rozchodzenie się fal radiowych na większe odległości. Nie wiemy na jak długo. Wychodziłem w nocy i szukałem na niebie jakichś śladów, zmian. Nic. Normalne gwiazdy, normalna noc.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - No a my? My przecież żyjemy?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - No właśnie, to jest najdziwniejsze. Do tego jeszcze ta poprawa zdrowia. Wiesz, że od wczoraj czuję się jak..., jak... młody tygrys?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Ja też -&amp;nbsp; przyznała się wreszcie i odwróciła głowę.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Wstał i objął ją mocno, niechcący wytrącając jej z ręki dużą, drewnianą łyżkę służącą do mieszania mleka. Łyżka upadła na podłogę i wtedy usłyszeli, że któryś ze śpiących obok w pokoju chłopców poruszył się przez sen, pewnie reagując na drewniany stukot. Odskoczyli od siebie z bezgłośnym śmiechem.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - A druga możliwość? -&amp;nbsp; uspokoiła się już Marta.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Jest druga możliwość, ale... tak niesamowita, że aż sam w nią nie wierzę. Powiem ci o niej dopiero wtedy, gdy się lepiej zorientujemy w sytuacji. Również dlatego, że jesteś kobietą... wierzącą. Na razie rób śniadanie i... budzimy tych cholernych śpiochów. Musimy wyruszać na zwiady.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;--------------------------------------------------------&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Po obfitym, smacznym śniadaniu, z głównym udziałem szynki konserwowej, nieznanego im dotąd rarytasu, cała rodzina wyszła przed dom. Wokół panowała poranna, letnia cisza, zakłócana tylko dalekim wyciem zdezorientowanych psów i bezsilnym ryczeniem głodnego, pozamykanego po oborach bydła. To był problem. Roman już widział oczyma wyobraźni te tysiące biednych, głodnych krów, wołających bezskutecznie swoich opiekunów, stada oszalałych, pozamykanych w swoich kojcach świń, chmary ptactwa domowego. Jedyne, co mogli zrobić to w miarę możności powypuszczać okoliczne zwierzęta na wolność - niech sobie radzą same. Jednocześnie musieli przecież dokładniej zorientować się w sytuacji oraz pomyśleć o własnym przetrwaniu. Góra pilnych problemów. Nie ma co, trzeba brać się do roboty.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Jacek, przynieście z domu wiaderko, kilka naczyń i ... jakiś sznurek -&amp;nbsp; przypomniał sobie wczorajszą, leśną wyprawę. - Ty Marta, oczyść wewnątrz tę bagażówkę i załaduj koce, noże, widelce. Być może będziemy musieli nocować poza domem.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Co ty kombinujesz? -&amp;nbsp; żona nie sprzeciwiała się, ale chciała wiedzieć.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Czeka nas mnóstwo pracy w okolicy. Wybierzemy się także do Warszawy i niewykluczone, że będziemy musieli spać w tym blaszanym pudle. Załaduj też trochę prowiantu.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Po pół godzinie, cała rodzina jechała powoli boczną drogą w kierunku Gostynina, zbaczając co chwila, zatrzymując się przy zabudowaniach, pracowicie uwalniając z pozamykanych zagród hałaśliwe zwierzęta. Na szczęście był to okres bezpośrednio przed czwartym pokosem i wszystkie łąki w okolicy zieleniły się dorodną, z lekka tylko podpaloną sierpniowymi upałami trawą. Przynajmniej krowy będą miały co jeść. Gorzej z dojeniem, no ale cóż mogli na to poradzić?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Około południa dojechali wreszcie umęczeni do miasteczka. Tutaj Roman zorientował się, że za chwilę braknie w Nissanie paliwa, więc odszukali jakąś stację benzynową. Bezpańskie dystrybutory oczywiście nie działały z powodu braku elektryczności, dlatego był zmuszony otworzyć pokrywę jednego z podziemnych zbiorników i zaczerpnąć paliwa wiaderkiem umocowanym na sznurku. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Zatankowali bagażówkę za pomocą znalezionego na stacji, metalowego lejka. Wokół stało mnóstwo pootwieranych samochodów różnych marek i Roman zastanawiał się nad wykorzystaniem lepszego pojazdu niż ten zdezelowany Nissan, ale przecież mógł to zrobić w każdej chwili. Poza tym było mu jakoś głupio tak zupełnie na spokojnie przebierać wśród czyjejś własności. Ponownie ruszyli w stronę Warszawy, już bez zatrzymywania się przy przydrożnych gospodarstwach.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Jechali bocznymi drogami do Sochaczewa, a następnie przez Błonie dotarli do miasta od strony zachodniej. Wszędzie stało mrowie pootwieranych pojazdów -&amp;nbsp; nawet autobusy i tramwaje były dostępne na oścież i drzemały teraz martwe między przystankami. Nigdzie śladu człowieka. Dojechali do tak zawsze zatłoczonego centrum, które teraz wydawało się czymś w rodzaju gigantycznego parkingu wokół stadionu, na którym odbywa się jakaś nadzwyczaj interesująca, masowa impreza. Widok był fascynujący, jak podczas jakiejś ogólnonarodowej żałoby, gdy o określonej godzinie, na dwie minuty, zamiera wszelki ruch uliczny, a okoliczne syreny dają zawodzący, przygnębiający wyraz solidarnej rozpaczy. Tyle tylko, że teraz wokół panowała idealna, popołudniowa i upalna cisza. Żadnego ruchu.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Nic nie mówili, tylko obserwowali martwe miasto zza zakurzonych szyb bagażówki. Nawet chłopcy rozumieli powagę tego, co widzą. Roman prowadził samochód powoli, lawirując ostrożnie pomiędzy bezpańskimi, porzuconymi w niewiadomy sposób autami. Zatrzymali się wreszcie na Kruczej i wysiedli powoli z Nissana.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - To straszne -&amp;nbsp; powiedziała Marta. - Co się tutaj na Boga stało?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Nie wiem - Roman popatrzył bezradnie dokoła. - Chodźcie, wejdziemy do jakiegoś budynku.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Odruchowo, nieświadomie, zatrzasnął drzwi bagażówki i natychmiast uświadomił sobie bezsens tej czynności, tej odruchowej przezorności. Drzwi zamknęły się z głuchym, blaszanym trzaskiem, zupełnie niestosownym w tej ciszy. Stwierdził nagle, że od momentu wyjazdu z domu, rozmawiają szeptem, zwłaszcza tutaj, w tym martwym, kamiennym labiryncie.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Tato! Posłuchaj! -&amp;nbsp; Adam szarpnął ojca za spodnie.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Cisza nie była idealną. Gdzieś z daleka, jak zza grobu, dochodziło stłumione wycie setek psów, pozamykanych pewnie przez swoich nieistniejących już, lub tylko tajemniczo nieobecnych właścicieli w mieszkalnych fragmentach budynków. Tutaj, na Kruczej, w większości znajdowały się urzędy, biura i sklepy, wszelkiej konduity podejrzane spółki i firmy, jednak także mieszkania i jak się okazuje, przeróżnej maści psy. Roman aż się cały zatrząsł, gdy wyobraził sobie co się teraz dzieje w dzielnicach typowo mieszkalnych, tych beznadziejnych, betonowych klatkach -&amp;nbsp; kurnikach masowego chowu.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Machnął na to ręką i poprowadził rodzinę do pobliskiego, otwartego oczywiście na oścież sklepu spożywczego. Już miał wejść do środka, gdy zaskoczył go jakiś nieokreślony ruch wewnątrz pomieszczenia. Stanął jak wryty i powstrzymał gestem ręki podążającą za nim Martę. Na posadzce eleganckiego lokalu, a zwłaszcza na ladach chłodniczych i przepełnionych rozmaitą żywnością półkach, kłębiło się istne mrowie... szczurów, usiłujących uszczknąć cokolwiek z niedostępnych dotąd zapasów. Nawet go nie zauważyły, zaabsorbowane bez reszty łatwymi zdobyczami. W środku panował duszny odór - swoiste połączenie szczurzego smrodku i zaczynających się psuć, nie paczkowanych produktów.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Wycofali się ostrożnie na środek ulicy. Marta dopiero teraz zdała sobie sprawę ze słuszności wczorajszego, mężowskiego ostrzeżenia przed psimi watahami.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Roman, musimy znaleźć dużo broni.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Masz rację. Wracamy do samochodu.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Ponownie znaleźli się w bagażówce i jechali teraz wolno ponurymi, martwymi ulicami, rozglądając się za jakimś sklepem z bronią. Co i rusz mijali eleganckie, bezbronne, pstrokate salony mięsne, okupowane przez sfory wygłodniałych psów, na razie do woli raczących się leżącymi na ladach wędlinami i kawałami surowych, krwawych ochłapów. Wokół skamlących ratlerków, pudli, całego tego rasowego czy też mniej określonego, psiego plebsu miejskiego, kłębiły się ruchliwe wróble i zdezorientowane, głupie jak zwykle, gołębie, korzystając z zachłannego bałaganiarstwa łagodnych jeszcze, obżerających się zwierząt. Wszystko to zaledwie w dwadzieścia cztery godziny po..., no właśnie po czym? Po jakimś zupełnie niezrozumiałym, tajemniczym, jednoczesnym i w gruncie rzeczy koszmarnym zniknięciu wszystkich ludzi. Roman nie chciał powiedzieć bezsensownym zniknięciu, ale tylko dlatego, że jeszcze wczoraj pomyślał sobie, nie całkiem jasno, o pewnej zupełnie irracjonalnej możliwości. No, ale w końcu czemu nie? Zwłaszcza, że on i jego rodzina przetrwali z jakiegoś niezrozumiałego powodu. I nawet mają się zupełnie dobrze. Na razie.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Jeszcze są łagodne, jeszcze przywiązane do ludzi i ... dzięki tym zapasom, syte -&amp;nbsp; odezwał się do chłopców -&amp;nbsp; Ale za dwa, trzy dni?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Co zrobimy? -&amp;nbsp; Jacek nie odrywał wzroku od mijanych bram.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Cóż - wątpię byśmy znaleźli tu odpowiednią broń. Jak też inne, niezbędne w tej sytuacji rzeczy -&amp;nbsp; Roman głośno myślał. - Wracamy. Pod Płockiem jest jakaś lotnicza, a raczej śmigłowcowa jednostka wojskowa. Tam się rozejrzymy.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Z trudem wydostali się z bezludnego centrum i lawirując bez skrępowania po ulicach, raz po prawej stronie, raz po lewej, a nawet chodnikami, dotarli z powrotem do trasy wylotowej. Tak naprawdę to całkiem chętnie opuszczali to rozległe miasto. Stolica nigdy nie cieszyła się ich szczególnym uznaniem - uważali ją zawsze za samo jądro wszystkiego złego co ich dotąd spotykało. Zwłaszcza teraz, niezależnie od szczególnej pustki, martwoty jaką tchnęła z każdej bramy, wydawała się być miejscem wyjątkowo przygnębiającym. Nawet w pełni słonecznego, upalnego lata. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; W równie martwym Sochaczewie, skręcili tym razem na Wyszogród i pojechali dalej, do Płocka. Tam przecisnęli się jakoś przez rozpięty nad Wisłą, zastawiony samochodami most, by po kilku minutach jazdy ujrzeć ciągnące się wzdłuż drogi druciane ogrodzenie jednostki wojskowej. Za siatką stały cztery rzędy równiutko ustawionych, pomalowanych w burozielone plamy maskujące, nieruchomych śmigłowców. Zjechali w boczną drogę i dotarli wreszcie do bramy głównej z bezludną wartownią.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Żadnego żołnierza, żadnego wartownika. Najwidoczniej armia też już nie istnieje. Przynajmniej tutaj. Ale przecież jest to najwyraźniej dość specjalna jednostka, jedna z niewielu w kraju, a więc jedna z ważniejszych. A co za tym idzie wyposażona we wszelkie niezbędne środki ochrony i zwłaszcza pewnie łączności. Zatem, tak dziwne wydarzenia na jej terenie nie mogły przecież pozostać bez natychmiastowej reakcji ze strony pozostałej części systemu obronnego. Jeżeli naturalnie istnieje w tym schizofrenicznym kraju jakiś rozsądny system obronny. I jeżeli coś jeszcze z niego zostało.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Ponownie opuścili Nissana i weszli ostrożnie na wartownię. Nikogo. W jednym z obszernych pomieszczeń, w sześciu drewnianych stojakach stało, jak na zapomnianej wystawie, ze czterdzieści czyściutkich pistoletów automatycznych Kałasznikowa. Pod każdym z nich, w specjalnej przegródce, cztery pełne magazynki z ostrą amunicją. Obok stojaki metalowe z półeczkami na radiotelefony, ładujące się z indywidualnych przyłączy. Też około czterdziestu sztuk. Pod ścianą, równiutko ułożone plecaki z pełnym wyposażeniem osobistym żołnierza -&amp;nbsp; wartownika. W pokoju dowódcy warty wielka, otwarta szafa pancerna ze skrzynkami amunicji, pistoletami typu Rak, rakietnicami i kilkoma pękami kluczy. Na wielkim biurku trzy aparaty telefoniczne, komputer i ... włączona, szumiąca delikatnie, radiostacja. Roman zdrętwiał momentalnie, lecz po chwili zobaczył obok zestaw akumulatorów zasilających ten sprzęt. Zdziwił się swoją reakcją, ale stwierdziwszy, że jednak nie ma tutaj nikogo, odetchnął z ulgą. Jakby właśnie na tym mu zależało.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Wojska też nie ma -&amp;nbsp; powiedział do chłopców.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Czy na pewno? -&amp;nbsp; Marta miała jeszcze jakieś nadzieje, chociaż nie wyczuł w jej pytaniu żadnego oczekiwania.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Jestem o tym przekonany -&amp;nbsp; stwierdził krótko. -&amp;nbsp; A teraz musimy działać. Jacek i mama otworzą bramę i podprowadzą bagażówkę pod drzwi wartowni. Spokojnie, ostrożnie, załadujecie do środka osiem, dziesięć sztuk broni, tej ze stojaków, jakieś trzydzieści pełnych magazynków i kilka skrzynek amunicji. Adaś zostanie ze mną. Jeszcze raz spróbujemy nawiązać kontakt z... kimkolwiek.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Usiadł przy biurku i próbował zorientować się w działaniu radiostacji. Był to sprzęt pokrywający chyba cały krótkofalowy zakres. Po kilku minutach rozeznał się mniej więcej w przeznaczeniu kilku ważniejszych pokręteł i przełączników. Stacja znajdowała się w stanie nasłuchu. Pokręcił gałką potencjometru poziomu maksymalnie w prawo i szum odbiornika mało nie rozsadził małego głośniczka. Przestrajał się powoli od minimum, po całym paśmie. Nic, żadnych śladów jakiejkolwiek emisji. Obok stacji leżał wykaz jakichś kryptonimów z przypisanymi im częstotliwościami. Nastroił sprzęt na pierwszy z nich i uruchomił nadawanie.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Halo Jaga, halo Jaga, odbiór -&amp;nbsp; rzucił w eter pierwsze z listy wywołanie i przeszedł ponownie na odbiór.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Cisza, żadnej reakcji. Powtórzył rzecz kilkakrotnie, także zmieniając kryptonimy oraz częstotliwości, po czym w końcu zrezygnował. Spojrzał na młodszego syna, który przyglądał mu się z poważną miną.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Widzisz Adasiu, jesteśmy jednak sami.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Na całym świecie?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Tego nie wiem, ale... być może tak właśnie jest.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - To co z nami będzie? -&amp;nbsp; chłopcu zbierało się na płacz.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Nic. Musimy jakoś żyć - przytulił mocno smutnego człowieczka i wytarł mu nos. - Chodź, pomożemy mamie.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Bagażówka była już załadowana do cna, aż zrobiło się w niej ciasno. Na podłodze leżała broń i amunicja, kilka wojskowych, grubych koców, jakieś liny, oraz góra bandaży, środków opatrunkowych i leków.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Po co to wszystko? -&amp;nbsp; zdziwił się.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Przyda się -&amp;nbsp; Marta uśmiechnęła się do męża - Teraz przecież jesteśmy zdani tylko na siebie, prawda?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - A przedtem? -&amp;nbsp; spytał przekornie, jednak dość smutno.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - No, niby też. Ale przecież wiesz, o co chodzi.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Wiem. Założę się, że Jacek miał w tym załadunku swój potężny udział, co? -&amp;nbsp; spojrzał niby to surowo na starszego syna.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Zgadza się -&amp;nbsp; przyznał się chłopak.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - W porządku. Zjemy teraz trochę i wracamy do domu nakarmić Beksę, Łysego i kury. Jutro przyjedziemy tutaj ponownie.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Z zabranych z domu zapasów, Marta przygotowała na wartowni górę kanapek, którą pochłonęli w oka mgnieniu, popijając zimnym mlekiem Beksy z dwóch termosów. Po krótkim odpoczynku, ponownie ulokowali się w zakurzonej, obładowanej bagażówce. Zanim wyjechali na drogę, Roman chciał się jeszcze zorientować wstępnie w topografii jednostki lotniczej, rozmieszczeniu budynków, magazynów i składów. Sądził, że tylko dzięki tego typu placówce uda im się zaopatrzyć we wszelkie niezbędne do bezpiecznego życia przedmioty i urządzenia. No i powinno się tu także znajdować mnóstwo, właściwie przechowywanej, opakowanej, żywności.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Objazdowa, prowizoryczna inspekcja ogromnego terenu zajęła im prawie dwie godziny, po czym wyjechali wreszcie na drogę prowadzącą do Gostynina. Tam ponownie zatankowali Nissana przy pomocy wiaderka i przed dwudziestą byli w domu. Na kilka minut przed kolejną już, potężną ulewą.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Gdy już wszystko było zrobione, gdy chłopcy spali zmęczeni, Roman i Marta niemal jednocześnie, bez wcześniejszego porozumienia, przeszli ostrożnie do skromnej sypialni małżeńskiej, w której nie przebywali razem już od dobrych kilku lat. Głównie z obopólnej obawy przed powiększeniem się i tak już wystarczająco ubogiej rodziny. Teraz albo uznali podświadomie, że sytuacja zmieniła się diametralnie na korzyść, albo był to przejaw czegoś w rodzaju strachu czy szczególnej formy rezygnacji w obliczu nieznanego. Nie bez znaczenia był tu także ten nagły, tajemniczy i przemożny przypływ witalności jaki odczuwali oboje od wczoraj. W każdym razie, mimo dziwnego zażenowania sobą, podobnego w swym rodzaju i natężeniu do ich pierwszych, narzeczeńskich jeszcze zbliżeń, znaleźli się razem w chłodnym, małżeńskim łożu. A raczej stareńkiej wersalce, na której zazwyczaj sypiała Marta.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Leżeli teraz zmęczeni obok siebie, wsłuchując się w nieznaną im dotąd ciszę za oknami. Była druga w nocy, bezchmurna, czarna, sierpniowa noc z milionami jaskrawych jak nigdy dotąd, gwiazd.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Wyjdźmy przed dom, dobrze? -&amp;nbsp; zaproponował Roman. Po chwili, jako tako ubrani, stali oboje na ciemnym podwórku z zadartymi wysoko głowami, wpatrując się w krystalicznie czyste niebo. Trzymali się za ręce jak niegdyś, jak para zakochanych małolatów.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Czujesz jakie rześkie powietrze? -&amp;nbsp; spytała Marta.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Tak. To przez te nieruchome już samochody oraz martwy przemysł -&amp;nbsp; Roman wyjaśniał żonie przyczynę tych zmian. - Mimo tego, że przecież mieszkamy na wsi, dość daleko od zatłoczonych dotąd dróg i miast. Sądzę też, że najdalej w ciągu miesiąca, powietrze stanie się tak rześkie i czyste jak przed, no... tysiącami lat.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Tak. To możliwe -&amp;nbsp; przytaknęła wolno.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Myślę, że za jakieś... piętnaście lat, wszędzie wokół będzie się pleniła wspaniała, bujna zieleń. Wielki, nieustający, zdrowy las z krystalicznie czystymi rzekami i jeziorami, pełnymi żwawych ryb. Jeżeli oczywiście doczekamy tego -&amp;nbsp; zastrzegł się natychmiast.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Coś mi się wydaje, że... doczekamy -&amp;nbsp; powiedziała cicho i przytuliła się mocniej do męża.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Tak? Ja... chyba... też tak sądzę. Nie wiem tylko... dlaczego i... czy z tego samego powodu co ty.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Oj, chyba tak -&amp;nbsp; roześmiała się cicho.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Myślisz?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Wiem.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Jakimś cudem Marta przestała zamartwiać się sytuacją. Wręcz przeciwnie -&amp;nbsp; od kilku godzin jakby odmłodniała, jakby dopiero co zdała celująco maturę i pełna energii, sposobiła się do nowego, wspaniałego życia.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Jest jednak pewien problem -&amp;nbsp; zamyśliła się na chwilę.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Jaki?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Chłopcy. Za kilka lat, gdy... dorosną.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Rzeczywiście -&amp;nbsp; przyznał od razu. - Myślę jednak, że te... wydarzenia nie objęły... całego świata. Że w końcu zostaniemy... dziadkami, co?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; - Ach ty świntuchu -&amp;nbsp; uszczypnęła go w rękę.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Stali tak jeszcze jakiś czas w milczeniu i oglądali czarne niebo z tymi milionami jaskrawych, dalekich gwiazd, tych odległych, nieznanych światów, wśród których być może -&amp;nbsp; któż to wie -&amp;nbsp; leżała przyczyna ostatnich, niezrozumiałych i radykalnych zmian. Tak naprawdę obiecujących, przynajmniej na razie i przynajmniej dla nich. Pozostawał jednak straszliwie ciążący problem. Co się stało z innymi ludźmi, gdzie są teraz i czy są gdziekolwiek? Mimo, że ani Marta, ani tym bardziej Roman, nie przepadali za rodakami, mimo, że w zasadzie z wyboru, pędzili od lat pustelniczy prawie żywot, to jednak żadnemu z nich nie przyszło by do głowy takie spełnienie własnej mizantropii. Ani nawet sama myśl spełnienia. W tym więc względzie byli absolutnie bez winy. Niemniej ciężar był ciężarem. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Przytuleni, wrócili do domu i po dziesięciu minutach cała rodzina spała spokojnie, wypoczywając przed kolejną porcją pracy, zajęć, jako żywo przypominających swym charakterem zabiegi i działania zdobywców nieznanych lądów lub też wyklętych, przegnanych z własnego świata banitów, organizujących swoją przyszłość na nieznanych im wyspach. Zesłańców, pełnych jednak energii i optymizmu, mimo żalu po utraconych na zawsze rodzinach, nielicznych znajomych i przyjaciołach. Zesłańców a rebour.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Świat wokół, przyroda, odradzały się błyskawicznie.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;--------------------------------------------------------&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Pod koniec września powoli zaczynały żółknąć liście na drzewach. Nasiliły się też zachodnie wiatry, niosące ciemne, nabrzmiałe deszczem chmury - niechybnie zbliżała się piękna, kolorowa jesień. Rodzina już w połowie sierpnia przeniosła się całkowicie do opuszczonej, ogromnej jednostki lotniczej pod Płockiem. Znaleźli tam wszystko czego tylko mogli sobie życzyć do prowadzenia wygodnego, bezpiecznego życia. Mnóstwo zadbanych pomieszczeń dla zwierząt, ogromne zapasy pasz w wojskowym gospodarstwie, wszelkie maszyny rolnicze, całe hektary podziemnych zbiorników z najlepszymi gatunkami paliwa, sprzęt transportowy - przewoźne agregaty prądotwórcze różnych mocy - tony zakonserwowanej, zabezpieczonej żywności wszelkiego rodzaju, środki opatrunkowe, lekarstwa, najnowocześniejszy sprzęt medyczny. I wszystko to tylko na ich potrzeby, za darmo, całkowicie dostępne. Tak samo zresztą jak i wszelkie inne dobra cywilne, czekające na nich w każdym opustoszałym mieście, na każdej ulicy, na każdym kroku. Nareszcie mieli niewyobrażalny nadmiar tego, o czym dotąd nie mogli nawet marzyć. Jednak jakim kosztem, dlaczego?&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Roman nie zrezygnował z poszukiwań radiowych. Uruchomił na stałe cztery potężne nadajniki wojskowe, emitujące automatycznie, całodobowo, krótkie, nagrane wcześniej teksty. W przerwach między komunikatami pracowały odbiorniki, gotowe rejestrować każdą obcą emisję i alarmować w razie jej wykrycia. Uruchomił ten system również dlatego, że Marta była od sierpnia w ciąży, a nie przekonany do końca o światowym zasięgu niezrozumiałego kataklizmu, miał nadzieję na znalezienie w końcu jakichś ludzi, jakiejś niezbędnej w niedalekiej przyszłości pomocy medycznej. Choć prawdę mówiąc, był podświadomie przekonany o tym, że ze wszystkim poradzą sobie sami. Żona popierała go w takim myśleniu, z radością oddając się wszystkim obowiązkom posłusznej kobiety Robinsona.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Ich nowa, wielka wyspa rozkwitała. Urządzili się w niewielkim, jednopiętrowym budynku dowództwa jednostki. Chłopcy, korzystając z bogatego asortymentu wojskowych pojazdów, pościągali z okolicznych, wyludnionych miast najlepsze meble, najdelikatniejsze firanki, zasłony, najlepszy sprzęt. Patrzyli smętnie na stojące nieruchomo śmigłowce, lecz na razie nie było o czym mówić. Jacek buszował po specjalistycznych sklepach i uniwersyteckich bibliotekach, zwożąc tony książek, kaset, filmów. Adaś, który nadzwyczaj szybko wydoroślał, okazał się zdolnym informatykiem - przesiadywał godzinami przy najlepszym, jaki mógł zdobyć, sprzęcie komputerowym. Internet oczywiście nie działał. Wszystkim sporo czasu zajmowała troska o małe stadko zwierzęce, dzięki którym mieli codziennie świeże mleko, sery, jajka. Na razie, gdy idzie o witaminy, warzywa, musieli zadowalać się głównie wojskowymi, puszkowanymi zapasami. Marta obiecywała, że jak tylko doczekają wiosny, uruchomi wspaniały ogródek, umożliwiający ciągłe zaopatrzenie w te niezbędne, potrzebne zwłaszcza chłopcom, produkty. Zresztą nazwozili wcześniej mnóstwo świeżych warzyw z sąsiednich, wyludnionych gospodarstw.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Nadeszła ostra zima, jakiej nie było od lat. Śnieg pokrył cały kraj grubą, trwałą warstwą. Pozamarzały rzeki, nieustannie trzymał kilkustopniowy mróz. Roman cieszył się taką pogodą, wiedząc, że dzięki temu wyginie większość szkodliwych dla upraw owadów. Marta była już wyraźnie gruba i trzymając się pod boki, wieczorami przechadzała się dumna po swoim gospodarstwie. Mimo, iż każde z czwórki miało własny, urządzony na swój sposób, pokój, mimo jej stanu, często spędzała noce w jednym łóżku z mężem, budząc się rano przytulona przez Romka jak świeżo po ślubie. Wokół nieustająco panowała idealna, spokojna cisza. Znikli co prawda ludzie, ich krzykliwe rozrywki - telewizja, radio, zajadła prasa, rozgrywki partyjne, układziki, podchody, wojenki i wojny, ale wszystko inne pozostało, zwłaszcza wspaniała natura. Rodzinę przepełniały energia, zdrowie, optymizm.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Roman nie był taki do końca spokojny i zadowolony. Teraz, zimowymi wieczorami, gdy nareszcie mógł sobie pozwolić na niedostępne dotąd, koszmarnie drogie lektury, szybko narastała w nim potrzeba zrozumienia ich niesamowitej sytuacji. W miarę połykania wręcz coraz to nowych pozycji, głównie z zakresu religioznawstwa, niedostępnych normalnie opracowań historiozoficznych, socjologicznych lub nawet parapsychologicznych, w tym ściśle tajnych, wojskowych i rządowych, powoli nabierał pewności o totalnej manipulacji, jaka odbywała się na świecie od lat.. Manipulacji politycznej, gospodarczej, socjologicznej, religijnej, czy nawet kulturalnej. Z tekstów tych, zalegających dotąd niezwykle strzeżone archiwa, biurka, sejfy, wyłaniała się powoli ponura, koszmarna prawda na temat roli państwa w systemach dwudziestowiecznych, na temat powiązań politycznych, gospodarczych, na temat wszelkiego rodzaju zależności dyplomatycznych, finansowych, korupcyjnych.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Już ta cząstka, którą zdążył przetrawić dotąd, dawała wyraźny zarys, pewność funkcjonowania bezwzględnego, podporządkowanego jednemu celowi, totalnego systemu nadzoru, sterowania. Gdyby społeczeństwa wiedziały o tym wszystkim. Ba! Ani jeden rząd nie przetrwałby godziny. Rząd! Każda forma władzy, zaczynając od wójta, nie miałaby prawa istnieć.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Cel był banalnie prosty i zawsze ten sam. Zdobyć, a następnie za wszelką, aktualnie możliwą cenę, utrzymać władzę nad motłochem. Władza i jeszcze raz władza. Mniej, i nie wprost, chodzi także o pieniądze, korzyści bardziej konkretne, które w końcu i tak przyjdą niejako automatycznie. Władza, władza, władza.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Takie na przykład podatki. Z super tajnych opracowań rządowych wynikało niedwuznacznie jedno. To mianowicie, iż gros dochodów państwa, uzyskiwanych właściwie przecież z wszelkiego rodzaju podatków, nie wracało wcale w mniej lub bardziej skomplikowany sposób do społeczeństwa, nie było jak to się zawsze eufemistycznie mówiło, redystrybuowane w dół, lecz trafiało na specjalne, sprytnie zakamuflowane konta rządowe. I wcale nie po to, by mogli nimi osobiście dysponować nieuczciwi, pazerni urzędnicy, także po utracie władzy i wpływów. Tu szło głównie o dwie rzeczy. Po pierwsze by mieć nieograniczone środki na budowanie własnego, w miarę możliwości uległego i stabilnego elektoratu - głównie całych tabunów, setek tysięcy wręcz, urzędasów wszelkiej maści i ważności, ich wyposażenia i całej, niezbędnej otoczki, po drugie, by w razie ekstra konieczności, mieć ich czym ekstra zachęcić. Premie, nagrody, odznaczenia, nominacje, gratyfikacje, podwyżki.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Jednak, żeby zbudować sobie tak uległą, posłuszną armię, nie wystarczało po prostu mnożyć posad. Te multiplikujące się jak króliki stołki, trzeba było jakoś uzasadniać, tłumaczyć szarej, ogłupiałej masie wyborców. Tworzono więc coraz to bardziej skomplikowane, niespójne i niezrozumiałe prawo. Oczywiście dla dobra społeczeństwa, dla dobra ogółu. Fakt - mnóstwo ludzi zyskiwało w ten sposób możliwość zarobkowania, prowadzenia dochodowych urzędów, biur, poradnictwa, kancelarii, itd.. Jednak przecież nie to było głównym motywem radosnej, intensywnej twórczości legislacyjnej. Szło głównie o ubezwłasnowolnienie tych milionowych mas, o wytworzenie tępych niewolników, ograniczonych w swym jestestwie do darcia mordy przed serwowanym przez telewizornię meczem, czy idiotycznymi, pełnymi bezsensownego, nieskładnego ruchu i milisekundowych cięć, konkursów, zawodów, czy innej bezmyślnej sieczki. Niezdolnych do przyswojenia, przetrawienia coraz to nowych, coraz głupszych w swej istocie, koszmarnie niezrozumiałych zasad i norm.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Jakiś masowy protest, bunt, nie wchodził w rachubę &amp;ndash; każdy, wykończony po robocie, siedząc z tanim piwkiem przed migającym ekranem, ani myślał angażować się w coś na poważniej. Czasem przyłączył się do okazjonalnego marszu, krzyknął nawet; &amp;ndash; &amp;bdquo;Precz!&amp;rdquo;, ale nic więcej. Miał przecież jakąś tam posadkę, dorobił się samochodu, pralki, lodówki, czasem własnego mieszkania &amp;ndash; nie mógł ryzykować.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; A sowicie opłacane służby czuwały, trzymały twardą łapę na pulsie.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Reszta pieniędzy szła na ciągłą kontrolę tego rozłażącego się wszędzie, pęczniejącego gówna, na jakie takie trzymanie owej upiornej machiny w założonych ryzach. Samonapędzające się perpetum mobile, lub raczej koszmarny, gargantuiczny, oślizły wąż, pożerający z coraz większą łapczywością własny ogon.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p class=&quot;L1&quot;&gt;&amp;nbsp;&lt;/p&gt;&lt;div class=&quot;L1&quot; align=&quot;right&quot;&gt;&lt;strong&gt;RESET &amp;ndash;&amp;nbsp; koniec 1 z 3&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/strong&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;</description>
</item>

<item>
<title>Trud życia /debiut</title>
<link>http://www.portalliteracki.pl/modules.php?name=News&amp;file=article&amp;sid=46726</link>
<description>Chciałbyś zasnąć i się nie obudzić?
&lt;br /&gt;Nie patrząc już na ten świat,
&lt;br /&gt;Monotonią życia można się znudzić,
&lt;br /&gt;I uschnąć jak zaniedbany kwiat,
&lt;br /&gt;A może chciałbyś znać przyszłość,
&lt;br /&gt;Wiedzieć co się stanie za lat kilka,
&lt;br /&gt;Czy w życiu  radość pokonała złość,
&lt;br /&gt;Czy przemieniłeś się w wilka,
&lt;br /&gt;Który zaprzepaścił twój los.
&lt;br /&gt;Życie to jest trudna sztuka,
&lt;br /&gt;Czasem można dostać pstryczek w nos,
&lt;br /&gt;Cały żywot to na błędach nauka,
&lt;br /&gt;Z którymi walczymy codziennie.
&lt;br /&gt;Czy chciałbyś się poddać i przegrać
&lt;br /&gt;I porzucić swoje ciężkie brzemiennie?
&lt;br /&gt;Walcz ja za ciebie twego życia nie zmiennie.
&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Redaktor: soroka&lt;br /&gt;</description>
</item>

</channel>
</rss>
