Poezja i proza - Portal Literacki  



Nowe recenzje


· GRZECHY JOANNY, Marat Joanna, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła
· ZŁOCISTA DOLINA, Walczak J. Iwona, Wydawnictwo Replika, recenzent: Hyla Bogumiła
· MASTERTON. OPOWIADANIA. TWARZĄ W TWARZ Z PISARZEM, Masterton Graham. Cichowlas Robert, Pocztarek Piotr, Albatros, recenzent: Lipski Bartosz
· SATYNOWY MAGIK, Łysiak Waldemar, Wydawnictwo Nobilis, recenzent: Solecki Tadeusz
· NIEUGIĘTY, Millar Sam, Wydawnictwo Replika, recenzent: Stolarz Iwona
· APETYT NA JUTRO, Woźniak Agnieszka, Wydawnictwo Replika, recenzent: Błaszkowska Alina
· EWANGELIA WEDŁUG PIŁATA, Schmitt Éric-Emmanuel, Wydawnictwo Literackie, recenzent: Solecki Tadeusz

[ RECENZJE ]

Online

Aktualnie jest 44 gość(ci) i 3 użytkownik(ów) online.

Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj

Esej: Kobieta za jaką tęsknisz /debiut/
Esej
Autor: Ako

Nowy rok nadchodzi cieżkim krokiem.
Zbyt zmęczona. Zbyt trudno było.
Niby wiesz, że życie to nie prȯba generalna, ale nie żyjesz naprawdę.

Jakbyś nie była kobietą jaką pragniesz być. Jakbyś nie była kobietą za ktȯrą tęsknisz.

Zbyt zajęta, zapracowana, poświęcona rodzinie i światu.
Ignorujesz swoje potrzeby, ignorujesz swoje śmiałe myśli.
Gdy serce cichutko ci szepcze, że jesteś w stanie pofrunąć do nieba, a rozsądek nakazuje nie narażać się na śmieszność.
Gdy przyznajesz innym rację, bo tak cię wychowano :
że wszystkim należy ustąpić…
że wszystkim należy dogodzić…
że wypada byc goscinnym…
że ostatni będą pierwszymi…
że Bȯg doceni.

Bȯg...na pewno nie wybaczy ci utraconych szans,
nie wybaczy niepewnosci i braku wiary w skrzydła, ktȯre ci dał,
ani zaufania, ktȯre zatraciłaś po drodze.
Gdzie są twoje talenty, ktȯre ci dałem ?- zapyta.
Zabrakło mi odwagi Panie- odpowiesz- Uwierzyłam przeciętnym tego świata, że jestem wrȯblem, kiedy uczyniłes mnie krȯlewskim ptakiem.
Dałam sobie wmȯwić, że nie należy robić przykrości ludziom za cenę prawdy,
że gra konwenansȯw jest normą.

Nie odrobiłam lekcji z przykazania: Kochaj bliźniego jak siebie samego.
Kochaj bliźniego. Kochaj bliźniego. Kochaj bliźniego....
Po cichutku nieśmiało zaczynasz myślec, że warta jesteś miłości własnej,
Że ktoś cię oszukał, wmawiajac ci, że tak nie wypada
Że zbyt wiele oddałaś nie licząc na wzajemność.
Stoisz pusta, zmęczona, im więcej dajesz siebie - tym mniej........

Ale coś się zmienia!.

Zaczynasz odnajdywać drogę do siebie prawdziwej, której obcy jest egoizm. Zaczynasz mowić: « tak » gdy myslisz: « tak »;
Mówisz : « nie » gdy naprawdę tak czujesz.

Nigdy nie jest za późno by pójść za swoim przeznaczeniem.
Zaczynasz swoją wędròwkę.
"Jeśli wiesz dokąd pójść- poprowadzi cię tam każda z dróg."

Ty już wiesz. Nie pozwolę zmarnować już więcej żadnego talentu Panie, za cenę przypodobania się ludziom, za cenę swiętego spokoju - mówisz.

Dziękuj niebu za odwagę. I ruszaj.


Data: 20-05-2012 o godz. 01:48:24 (Odsłony: 117)
(Czytaj więcej... | 4 liczba komentarzy: | Ocena czytelników: 0)

Esej: Jola
Opowiadanie
Autor: iksa

To było deszczowe popołudnie. Wciąż padało. Siedzieliśmy w ciepłym pokoju i opijaliśmy mój awans.

Szklanki to napełnialiśmy, to opróżnialiśmy. Piliśmy mnóstwo, nawet nie pamiętam ile, ale naprawdę dużo.

Byliśmy szaleni, ale tak naprawdę szalona była tylko ona - niska szatynka o zielonych oczach. Siadała zawsze na moim ulubionym fotelu, podkurczała nogi i opowiadała takie bzdury, że nawet dziecko by w nie nie uwierzyło, a mimo to słuchaliśmy z otwartymi ustami i w jakiś sposób wierzyliśmy jej słowom.

Mieszkałem na dziewiątym piętrze, mieszkanie trzydzieści osiem. Jeździłem windą, ale kiedy powiedziano mi, że się zacina, zacząłem chodzić piechotą. Początkowo przeklinałem siebie, że jestem taki głupi. Ogarniał mnie strach na samą myśl zacięcia się w tym maleńkim pomieszczeniu. Potem zdałem sobie sprawę, że windy to nic dobrego i w sumie byłem zadowolony z tego, że chodzę piechotą i wyrabiam sobie sylwetkę.

Miałem ciężką pracę, wyjazdy co tydzień - po tygodniu pracy tydzień odpoczynku, toteż kiedy przychodziło wolne często przesiadywałem w domu. Byłem zmęczony tymi cotygodniowymi wyjazdami, na nic nie starczało mi sił. Jednak od czasu do czasu urządzałem maleńkie przyjęcia. Przychodzili moi przyjaciele i dawni koledzy z pracy. Parę razy przyszła ona - zielonooka szatynka, koleżanka mojej koleżanki.

Kiedy pojawiła się pierwszy raz byłem zły. Anita przyprowadziła ją bez zaproszenia. Weszła i przedstawiła mi Jolę. Ta powiedziała coś na powitanie i poprosiła o szklankę herbaty, koniecznie gorącej. Kiedy czekała na napar, sadowiąc się moim ulubionym fotelu, ja z Anitą omawialiśmy w kuchni jej pojawienie się. Byłem zły i rozdrażniony i od razu dałem Anicie do zrozumienia co myślę o naszym nowym gościu. Po prostu nie podobała mi się ta dziewczyna. Miała mętne oczy i dziwaczny sposób bycia. Olewała wszystko i wszystkich, grzebała w moje płytotece i ją krytykowała, przeglądała moje książki i mówiła, że mam zły gust. A kiedy chciałem coś powiedzieć przerywała mi w połowie zdania, mówiąc coś w taki sposób, że momentalnie zapominałem co miałem do powiedzenia.

Nie lubiłem jej, ale tylko do czasu.

Po jakimś miesiącu, kiedy ponownie wyprawiałem małe przyjęcie i kiedy zaprosiłem Anitę, Romka i Andrzeja, to jest kolegów z mojej dawnej pracy, znowu przyszła. Siedzieliśmy wszyscy na dywanie i gadaliśmy w najlepsze. Rozległo się pukanie. Było tak delikatnie, że dałem się nabrać, iż to pani Roberta, sąsiadka z dziesiątego piętra, która czasem przychodzi z prośbą bym nastroił jej telewizor. Otworzyłem drzwi i zobaczyłem lekko rozmarzoną Jolę. Nie byłem jednak zbytnio zdziwiony, zdawało mi się bowiem, że musiała się tu pojawić i że to jej pojawienie jest najnormalniejszą rzeczą na świecie. Zrobiłem jej miejsce. Wsunęła się szybko i od razu skierowała do pokoju, gdzie siedzieli wszyscy moi znajomi i gdzie znajdował się fotel, na którym niezwłocznie siadła.

Anita rzuciła jej przelotne spojrzenie. Widać było, że obie mają jakieś tajemnice. Patrzyłem na nie ukradkiem. Zastanawiałem się skąd się znają, jak długo się znają i czemu czasem zerkają na siebie w ten dziwaczny sposób. Kiedy skończyło się nasze spotkanie i kiedy wszyscy wyszli, odetchnąłem z ulgą. Nie trwało to jednak długo; po chwili ktoś zastukał do drzwi. To była Jola. Weszła w ten sam sposób co poprzednio. Fotel od razu przyciągnął jej uwagę. Usiadła i patrzyła na mnie szeroko otwierając usta, zdawało się, że ze zdziwienia. Także byłem zdziwiony. Dziwiłem się po co przyszła i po co ją wpuściłem, mało tego, patrzyłem na nią tak jakbym chciał ją zjeść. Po chwili wszystko znikło. Znowu byłem poirytowany i spytałem co chce. Nie patyczkowałem się. Powiedziałem wprost. Byłem niemiły, lecz nie obraziła się, poprawiła włosy i powiedziała, że ma ochotę na herbatę, koniecznie mocną i gorącą.

Zrobiłem taką, jaką chciała. Objęła kubek dłońmi i mim wzięła pierwszy łyk delektowała się zapachem i rozglądała po pokoju. Po chwili zaczęła mówić, że jest w mieście od niedawna i że poza Anitą nikogo tak naprawdę nie zna.

- Nudzi mi się i chciałbym byś nie był taki oschły i samolubny. Nie ubędzie ci jeśli od czasu do czasu przyjdę tutaj i pobędę z tobą i z twoimi przyjaciółmi.

Była bezczelna. Zdenerwowałem się, ale nie skwitowałem jej od razu. Wysłuchałem wszystkiego w milczeniu, wpatrując się w jej twarz i lustrując oczy, którymi starała się mnie hipnotyzować. Już miałem coś powiedzieć, kiedy nagle zaczęła opowiadać o jakimś morderstwie.

Opowiadała tak barwnie, że zacząłem we wszystko wierzyć, mimo iż na samym początku opowieści zapewniała mnie, że to, co mówi mogło się zdarzyć a tak naprawdę nie musiało, a skoro nie musiało, to nie mogło. Jednym słowem kręciła.

- Wyjaśnienie pojawi się potem – dodała na koniec.

Miałem nadzieję, że nie będzie żadnego potem, że wkrótce ją wyproszę. Nie zrobiłem tego. Kiedy zaczęła opowiadać kolejną historię patrzyłem na nią jakbym niczego poza nią nie widział. Interesowało mnie co będzie dalej, a może tak naprawdę interesowała mnie ona?

Kiedy skończyła, uśmiechnęła się szeroko i powiedziała, że brakło jej herbaty.

Zmarszczyłem czoło.

- Nie martw się. Zrobię sobie sama.

Skierowała się do kuchni. Poszedłem za nią. Patrzyłem jak ekspresowo znajduje herbatę, sypie ją do dzbanka i słuchałem kolejnej opowieści - tej, w którą najmniej wierzyłem, a która mimo to wydała mi się nadzwyczaj pociągająca.

To było o jakiejś kobiecie, która znalazła pod stołem fasolkę.

- Łyknęła tę fasolkę... Z fasolki poczęło się dziecko.

- Brednie. To najbardziej idiotyczna historia jaką kiedykolwiek słyszałem – powiedziałem, a ona tymczasem zalała herbatę i przycupnęła na jednym z taboretów.

- Ty też jesteś brednią, ładną i przyjemną. Mimo iż winda wciąż się zacina i mimo iż ty tak naprawdę wchodzisz do niej nie wchodząc do niej w ogóle i zacinasz się w niej nie zacinając, się to dobrze mi się z tobą gada. A takie rzeczy są... no cóż, co tu dużo mówić, idiotyczne i niedorzeczne, ale mają coś w sobie.


- Fakt, mają, idiotyzm do entej potęgi - stwierdziłem. - I to twoje gadanie o windzie też. Jesteś jakaś dziwna, pokręcona – powiedziałem, uświadamiając sobie, że nie może wiedzieć o widzie, chyba że mnie śledzi. Chwilę potem uzmysłowiłem sobie, że mogłem o tym wspomnieć Anicie, a ona jak zwykle wszystko wypalała.

- Jest naprawdę późno. Jutro wyjeżdżam i chciałbym się spakować. - Skłamałem.

- Jutro?

- Tak, jutro.

- No to pa - Odłożyła kubek i zaczęła zbierać się do wyjścia. Nie wierzyłem, że to zrobi i kiedy była już przy drzwiach zawołałem:

- A z tą kobietą od fasoli to jak dalej było!?

Wzruszyła ramionami:

- Nie wiem, przecież to brednie.

Wyszła.

Nie widziałem jej przez jakiś czas. Pytałem o nią Anitę, lecz ona tylko wzruszała ramionami.

- Jola to jedna z tych przygodnych. No wiesz. Poznajesz, gadasz, śmiejecie się razem, a potem zapominacie o sobie. Taka przelotna znajomość. Nie mam ani jej telefonu, ani adresu. Dla mnie nie istnieje. A poza tym żałuję, że ją poznałam. Ona to nic dobrego, wydaje mi się, że, no wiesz, że ona szuka kogoś łatwego.

Zdaje mi się, że chciała wkraść się w nasze łaski, a potem myk i po sprawie. Tyle się teraz mówi o równych złodziejach, oszustach. A poza tym chyba sam zauważyłeś, że była jakaś dziwna. Zauroczyła mnie. Na samym początku bardzo... bo wiesz, siedzę sobie na korytarzu tuż przed drzwiami egzaminatora, notatki przed nosem, strach w oczach i nagle pac. Krew cieknie mi z nosa, to chyba ze stresu, a ona podchodzi do mnie, podaje chusteczkę, zerka w moje notatki i zagaduje jak to ona w zeszłym roku zdawała u Gerda i jak można go podejść. No a potem wchodzę na salę egzaminacyjną, nogi się trzęsą pod mną jak diabli, bo Gerda widzę, Gerda we własnej osobie. Wyobrażasz sobie ten strach? no to wyobraź sobie coś jeszcze, wchodzę i robię dokładnie to samo co Jola. Strach raptem znika, sama nie wiem czemu jej wierzę i czemu stosuję metodę, którą mi poleciła. No i cztery plus! A z wiedzą, która miałam cieszyłabym się z marnego trzy na szynach.

Potem jednak mnie wkurzyła. Nie ufałabym jej bardziej niż facetowi ze spluwą w ręku. No wiesz, zresztą, co ja ci będą mówiła, sam widziałeś jak się zachowywała. Chciała po prostu... zresztą sama nie wiem... a nich sobie idzie.

Anita była wkurzona, a kiedy zapytałem co dokładnie chodzi powiedziała:

- Takie babskie sprawy. Zresztą ty i tak byś nie zrozumiał. Pa - rzuciła szybko i popędziła przed siebie, tłumacząc się brakiem czasu i zakuwaniem do egzaminów.

Przez następne dni nie miałem z nią kontaktu. Miała wyłączona komórkę, a miejsca w których bywała świeciły pustkami. Szukałem jej w ulubionej kafejce, u „Franka”, na uczelni, ale nigdzie nie było nawet śladu. Zacząłem się martwić, potem spotkałem jej koleżankę Magdę i to ona powiedziała mi, że Anita po prostu stwierdziła, że nie da rady zaliczyć tego roku i wyjechała do znajomych na Mazury.

- Na Mazury? - zapytałem z niedowierzaniem - Tak nagle.

- No, odpuściła, zresztą przez cały rok się obijała, nie dałaby rady pozdawać tego wszystkiego, chyba że cudem.

- A telefon? Ona ma szmyrga na punkcie komórki, nigdy by go nie wyłączyła.

- Mazury, facet, dzikość, odludzia, przecież tam może nie być zasięgu. Anita biwakuje. Obija się.

Nie podobało mi się to. Anita nigdy nie robiła czegoś takiego. Nagły wyjazd, rezygnacja ze zdawania. To do niej niepodobne, zawsze walczyła do końca.

Miałem dość swoich spraw, jednak od czasu do czasu myślałem o Anicie. Trochę się o nią martwiłem, wysłałem jej kilka e-maili. Nie odpowiedziała. Jeśli naprawdę biwakowała na Mazurach to nie było żadnego zmartwienia, lecz ja nie mogłem uwierzyć, że tam jest. Przecież nic nie zapowiadało wyjazdu, sama tak niedawno wspominała, że musi zakuwać. Parę tygodni temu mówiła, że nie ustąpi i zaliczy ten cholerny drugi rok choćby się miała wściec.

- Szału już dostaję, tym razem pozdaję wszystko. Od jutra biorę się ostro do nauki.

Fakt, zbyt późno orientowała się, że trzeba zakuwać, i nie należało się dziwić, że potem dostawała szału. Ale Anita już taka była, lubiła sobie pochlać, potańczyć, a potem brać się ostro do roboty.

W pracy miałem ogrom roboty. Sam nie wiedziałem w co wpierw ręce włożyć. Tydzień harówki i w końcu upragnione wolne. Nawet nie zorientowałem się a przekręcałem kluczyk do swojego dusznego mieszkania. Opadłem na fotel. Było ciemno. Powinienem iść się umyć i przytulić łeb do poduszki, a ja jak głupi siedziałem i dumałem.

I wtedy rozległo się jakby pukanie.

Zaciekawiony podszedłem do drzwi, uchyliłem je, ale nikogo nie dostrzegłem. Pewnie łebki z góry znowu robią sobie ze mnie jaja - pomyślałem i wróciłem na fotel. Myślałem o Joli i Anicie, sam nie wiem o której bardziej. Zdawało mi się, że to mogła być jedna z nich. Kiedy dźwięk się powtórzył, a ja nikogo za drzwiami nie zastałem, wciąż uparcie wbijałem to sobie do głowy - to musiała być któraś z nich. Prawdę mówiąc tak naprawdę myślałem o Joli. Wydawało mi się, że stoi skryta gdzieś w cieniu i czeka aż do niej podejdę. Wybiegłem nawet na zewnątrz. Nadaremnie. Fakt, może byłem zbyt nadpobudliwy albo zmęczony, niemniej jednak kiedy wróciłem do góry coś mi wyraźnie nie pasowało.

Usiadłem w fotelu.





- Mama mówi, że nie musimy tego robić, ale gdybyśmy tego nie robili nic nie byłoby takie jak jest. Wychodzi więc na to, że musimy, że to jest potrzebne - mówiła mała dziewczynka do innej. Jedna miała jasne, kręcone loki, druga bardzo krótko przystrzyżone ciemne, błyszczące włosy.

Stałem na środku jakiejś wiejskiej drogi. Tutejsze domy były biedne, ale zadbane. Szczególnie jeden zwrócił moją uwagę. Miał zielone okiennice, a sam był biały. Taki wiejski domek - pomyślałem i zapragnąłem do niego wejść, choćby tylko po to, by zapytać o drogę. Wejdę i powiem, że zabłądziłem - pomyślałem. - Zobaczę jak jest w środku. Zachowywałem się durnie. Stanąłem przed drzwiami i niecierpliwie oczekiwałem odzewu. Usłyszałem zgrzyt i zobaczyłem starą kobietę o jednym oku innym drugim innym.

- Kogoż to licho niesie!?

Zacząłem się jąkać. I ani się nie obejrzałem a zostałem wciągnięty do środka.

- No, no - mówiła kobiecina, przyglądając mi się badawczo - Choć powróżę ci naprędce jakżeś już tutaj przylazł, mały nicponiu. - Zachichotała.

Nie opierałem się; dałem się zaciągnąć do jednego z pokojów. Na środku stał dość duży stół, a na nim dwa talerze, chyba rosołu. Ścianą zdobił jakiś bohomaz, a niezasłane łóżko tylko dopełniło obrazu. Pierzynę i dwie pogniecione poduszki podwalono pod bok, by zrobić więcej miejsca na jakieś szmaty. Pani baba, bo tak ją w duchu nazywałem, usadziła mnie na jednym z lekko chwiejących się stołków, a pan gospodarz nawet na mnie nie zwrócił uwagi. Dalej jadł rosół. Siorbał głośno. Kiedy chrząknąłem uniósł lekko głowę, zerknął na mnie, po czym znowu zabrał się do jedzenia.

- No, no, mały nicponiu, Tadek i ja wiemy wszystko. Nie, Tadek?

Tadek ani drgnął, a ona dodała:

- Szukasz Joli.

- Joli?

- A co ty myślisz, że ja głupia jestem?

Fakt krążyłem po okolicy, może nawet myślałem o Joli... ale nigdy bym nie przypuszczał, że…

- To jakaś pomyłka - wyrzuciłem szybko.

- Pomyłki się nie zdarzają, maleńki.

- Zabłądziłem.

Chwyciła mnie za ramię. Poczułem zaciskające się palce.

- Kłamiesz - wysyczała.

Chciałem się wyrwać, ale trzymała mnie mocno.
- Siadaj! - syknęła. - Nie jestem głupia, wiem na czym stoję. Nikt mnie nie oszuka.

- Nie! - krzyknąłem, kiedy jej paznokcie zaczęły się we mnie wbijać.





- Zły sen? - usłyszałem.

To był głos Joli, a ja rzeczywiście miałem koszmar. Otarłem czoło i zacząłem się rozglądać. Było ciemno.

- Jola?

- Tak, to ja.

- Co się stało?

- A co niby miałoby się stać?

Zapytałem jak weszła. Powiedziała, że drzwi były otwarte.

- Nie zostawiam otwartych.

- Zjawą przecież nie jestem.

- To byłaś ty, to ty pukałaś?

Nie odpowiedziała. Słyszałem tylko jej miarowy oddech. Zapytałem gdzie Anita. Powiedziała, że już się z nią nie widuje.

- A poza tym nie było mnie tutaj - dodała po chwili.

- A gdzie niby byłaś?

- Daleko. Właściwie wszędzie i nigdzie.

Powiedziałem, że jest niemożliwa, a ona jak zwykle poprosiła o herbatę.

Zaszliśmy do kuchni. Patrzyłem jak siada przy stole i zastanawiałem się czemu bawi się ze mną w kotka i myszkę.

- Mogłaś normalnie zapukać, a nie robić sobie ze mnie jaja.

Nie odpowiedziała. Bawiła się palcami.

- Gdzie nocujesz? - zapytałem.

Wzruszyła ramionami. Zdawała się być wyższa niż w rzeczywistości.

Podałem jej herbatę. Wyglądała na zmęczoną, miała lekko przekrwione oczy. Piła wolno, obejmując kubek dłońmi. Zacząłem zastanawiać się skąd jest i nie omieszkałem zapytać jej o to. Odpowiedziała wymijająco:

- Z południa.

Chciałem się czegoś jeszcze dowiedzieć, ale zachowywała się dość dziwnie. Kiedy ostatnio u mnie była gadała jak najęta, dziś milczała i przyglądała mi się badawczo. Zdawało mi się, że jest czymś przejęta.

- Studiowałaś to co Anita?

- Trochę tak, trochę nie.

Miała dziwny sposób mówienia, czasem drapała się w czoło albo bawiła palcami. Wyraźnie coś ją niepokoiło. Zaproponowałem jej swoje łóżko, sam miałem położyć się na kanapie. Powiedziała, że musi już iść.

- Przecież nie masz gdzie spać.

- Wracam do siebie.

- To znaczy?

- Na południe.

Znowu robiła sobie ze mnie żarty.

- Jest środek nocy.

- To mi nie przeszkadza.

- Nie bądź idiotką.

- Jestem.

- No dobrze, i co? i pójdziesz na zewnątrz, będziesz łaziła po mieście i czekała aż ktoś cię napadnie; zajdziesz na dworzec, by położyć się z lumpami na ławce?

Zmrużyła oczy. Wyglądała ślicznie.

- Mogę jeszcze? - Chodziło jej o herbatę.

- Jasne. Obsłuż się - zaproponowałem, po czym wyszedłem. Stałem w drzwiach pokoju. Widziałem ją. Czekałem na reakcję. Myślałem, że zwieje tak jak kiedyś, ale nie ruszyła się z miejsca. Trwało to jakieś pięć minut. Cały czas siedziała w bezruchu. Po paru minutach wszedłem.

- OK., napiłaś się, więc żegnam - wyrzuciłem z siebie.

Uniosła wzrok.

- Wiem o co ci chodzi, ale ja i tak niczego nie powiem.

- No dobra, nie chcesz, to nie mów, ale czemu zachowujesz się w taki sposób?

- To znaczy?

- Już kiedyś mówiłem ci, że jesteś jakaś dziwna, ale dziś przesadziłaś. Po prostu przesadziłaś. Proponuję ci nocleg, nie chcesz; masz ochotę na herbatę, nie robisz jej sobie, przychodzisz do mnie i nie chcesz ze mną gadać. Co jest?

- Nic.

- Te twoje głupkowate odpowiedzi doprowadzają mnie do szału.

- Wiem.

- Kurcze. Zastrzelę cię.

- Zastrzel, będzie z głowy.

Nigdy nie wiedziałem jak postępować z kobietami, z takimi kobietami. Czasem pocieszałem Anitę, ale Anita i ona to dwa zupełnie inne światy.

- OK, nie wymagam niczego, zaparzę herbaty, napijemy się a potem odpoczniemy. Rano zrobisz co zechcesz. Nikt cię przecież nie trzyma.

Zgodziła się.


Rano podała mi do łóżka gorącą herbatę. Zdawało się, że w ogóle nie spała, była w pełni ubrana, jakby gotowa do wyjścia. Trochę się przestraszyłem. Zapytałem jak spała.

Zbagatelizowała pytanie i powiedziała, że musi mi coś pokazać.

Miała dziwne spojrzenie, jakby nieobecne. Wiedziałem jednak, że jest całkowicie zdecydowana, wyraźnie chciała mi coś pokazać. Nie okazywałem zaciekawienia, uznałem, że to może ją tylko wystraszyć. Była skupiona, skoncentrowana i lekko rozmarzona.

- Ok. - szepnąłem.

Chciałem jej dotknąć, ale podniosła się szybko. Zniknęła w kuchni. Krzątała się przez chwilę, a potem zapytała czy mam jakieś latarki.

- Latarki?

- Tak, latarki, będą nam potrzebne.

Zerwałem się na równe nogi.

- Latarki? Jasno przecież.

- Musimy wziąć latarki, coś do jedzenia, parę złotych, no i coś ciepłego do ubrania.

- Co!?

- Jakieś swetry, no wiesz... płaszcz przeciwdeszczowy...

- Jola, gdzie ty mnie ciągniesz? - Dobiegłem do niej.

- Teraz ci nie powiem - ożywiła się. - Ale jak ze mną pojedziesz, to wszystko zobaczysz, przekonasz się. I nie mów: nie, nie wiem, ani nic w tym stylu, powiedziałeś już OK, a jak zmienisz zdanie będziesz tego żałował do końca życia.

Najpierw udawała zagubioną, smutną, spłoszoną, a potem oznajmiała mi takie rzeczy. Byłem kompletnie zdezorientowany. Jola była najbardziej zagadkową osobą jaką znałem. Zresztą prawie jej nie znałem. Pojawiła się nagle i nagle wywracała mój świat do góry nogami, ale w jakiś sposób podobało mi się to. Bawiłem się znakomicie. Kiedy patrzyłem jak bonuje w lodówce, wyciąga z niej chleb i wszystko inne, a potem robi z tego zgrabne kanapki, które chce mi się od razu wsuwać, czułem się dobrze. Od dawna brakowało mi takiego ruchu, pytania co dalej... jak to się dalej potoczy.

- Gdzie my właściwe jedziemy? - zapytałem.

- Nigdzie. A jak będziesz nadal pytał to cię pacnę. - Zamierzyła się na mnie plikiem torebek do pakowania kanapek.

Humor najwyraźniej jej dopisywał. Uśmiechnąłem się mimowolnie. Zapomniałem o Anicie i wczorajszym dziwnym wieczorze, to tutaj bardziej mi odpowiadało.

Jola zdawała się rozkręcać. Powiedziała, żebym poszukał sobie jakiegoś ciepłego swetra.

- Dla mnie też coś znajdź, a ja tymczasem wezmę prysznic.

Nagle zapragnęła być czysta i pachnąca, szorowała się chyba z pół godziny. Zadziwiła mnie taka nagła zmiana nastroju, ale dobrze mi było z taką Jolą. Wykonałem wszystkie jej polecenia. Swetry i latarki leżały na ławie, kanapki w plastikowej torbie, a Jola nadal się kąpała. Poczułem się jak mój tato, czekający na moją mamę.

- Długo jeszcze? - zawołałem.

To też była jego kwestia.

- Przecież nago nie wyjdę!

Fakt, nago może i nie, ale czy w ogóle wyjdzie?

Jola zdecydowanie poczuła się jak u siebie w domu. Wyszła z ręcznikiem na głowie, ale w pełni ubrana. Śmiesznie wyglądała. Ciężkie buty, długa spódnica i różowy ręcznik na głowie.

Znowu się uśmiechnąłem.

- No dobra, wiem. Śmiesznie wyglądam. Daj mi lepiej suszarkę do włosów.

I znowu mieśmy załatwione jakieś piętnaście minut. Nie znosiłem czekać. Odnosiłem wrażenie, że to trwa i trwa. Niecierpliwiłem się, a ona zachowywała się jakbyśmy wybierali się w bardzo długą podróż.

Fakt, podróż była dość długa. Wsiedliśmy do pociągu jadącego do Kielc. Zwykły pociąg. Czułem się idiotycznie, jak dziecko można by powiedzieć, bo Jola kupiła bilety i nie pozwoliła mi na nie zerknąć. Kilka razy pytałem gdzie mnie ciągnie, odpowiadała, że nigdzie. Była niemożliwa, ale dobrze się przy niej czułem. Ładnie pachniała, co jakiś czas wyglądała przez okno, a kiedy tego nie robiła wyciągała z torebki jakiś kalendarzyk i wertowała go w te i we w te. Zdawało się, że jest dla niej bardzo ważny. Od czasu do czasu unosiła głowę i wtedy mogłem zobaczyć to coś w jej oczach. Dziwnie się wtedy czułem. W końcu zawołała:

- Wysiadamy!

Postawiłem stopę na zadupiu. Patrzyłem na zarośnięty peron i dziwiłem się czemu słucham nieznanej mi kobiety i daję się wywieść w takie miejsce.

Trawa sięgała łydek, ławki były połamane, a okolica nie zapowiadała się wcale ciekawiej. Niemniej jednak milczałem.

Jola znowu zrobiła się poważna. Uchyliła lekko usta i zdawała się chłonąć atmosferę tego miejsca. Początkowo pomyślałem, że jesteśmy w jej rodzinnej wsi, potem coś głupiego zaczęło mi chodzić po głowie. Zresztą...

Nie maiłem czasu na zastanowienie. Ekspresowo zaczęliśmy iść. Jola narzuciła dość szybkie tempo, z trudem za nią nadążałem. Powiewała jej spódnica, buty bielały od kurzu... Nie odzywaliśmy się do siebie. To była miła cisza. Zdawało mi się, że jestem w jakimś transie. Jak zahipnotyzowany szedłem za Jolą i nawet nie zauważyłem, że oddalamy się od wsi. W końcu zatrzymaliśmy się. Zboże szumiało. Staliśmy na jakiejś zakurzonej drodze. Podszedłem bliżej Joli i zapytałem czy coś się stało. Wyglądała dość dziwnie. Ściągnęła usta i zmrużyła lekko oczy. Początkowo nawet nie usłyszała mojego pytania, potem, kiedy dotknąłem ją w ramię, wzdrygnęła się, jakby podskoczyła do góry.

- Ej, nie trącaj mnie! - zawołała, nieco zdenerwowana.

Znowu zaczęliśmy iść. Już nie posuwaliśmy się tak szybko. Jola chyba osłabła, albo to ja zyskałem więcej sił. W każdym razie kiedy nabrałem ochoty do wędrówki stanęliśmy pod jakimś starym drzewem. Jola oparła się o pień i kazała mi usiąść obok siebie. Nie pytałem czemu stanęliśmy właśnie tutaj, pozostawiłem jej wolną rękę. Milczała dość długo, a potem zapytała:

- Czemu o nic nie pytasz?

Wzruszyłem ramionami.

- No dobra, udajesz, że nie jesteś ciekaw, no więc dobrze, nie jesteś ciekaw. No to teraz ja zapytam ciebie, Patryku - przyjęła oficjalny ton i to mi się nie podobało - czy kiedykolwiek zastanawiałeś się czy to ma sens, robienie czegokolwiek, czy to ma sens?

O co jej chodziło? Nie pytałem, co ma na myśli. Być może zaraz zdecyduje się coś dodać albo parsknie śmiechem - myślałem. Oznajmi mi, że specjalnie udawała dziwną i zamyśloną tylko po to, by sprawdzić jak na to zareaguję.

- Czemu nie odpowiadasz?

- Bo nie wiem co powiedzieć. Po prostu nie wiem. A milczenie jest ponoć złotem.

- Fakt - przytaknęła. - Nie zmienia to jednak faktu, że jesteś tutaj ze mną, pojawiłeś się w moim życiu, wciągnąłeś mnie w swoje życie.

- Co!?

Nie ustępowała, wszystko było nie tak. Kłóciła się ze mną, wciskała mi ciemnotę.

Tłumaczyłem jej, że to przecież ona wprosiła się do mnie, naprzykrzała się, piła hektolitry herbaty. A ona wciąż mówiła swoje. Na sam koniec westchnęła.

Poderwałem się do góry, krzyknąłem czemu tak wzdycha.

- A co to wzdychać już nie można!?

To nie była ta sama Jola. Stała przede mną zupełnie inna osoba.

Otrzeźwiałem. Wygarnąłem jej wszystko. Powiedziałem, że jest oszustką, że bawi się mną. Na sam koniec powiedziałem, że mogłem się tego spodziewać.

- Anita mnie przed tobą ostrzegała.

- Co Anita może o mnie wiedzieć? Sama się dostatecznie nie znam, a co dopiero Anita...

- Anita jest moją przyjaciółką.

- A ja, co ze mną?

- Co z tobą? Nic. Byłaś, a za moment już cię nie będzie. Żegnam. Wracam do siebie, już mnie tutaj nie ma. Chodź sobie sama po tych polach.

- Nawet nie wiesz gdzie jesteśmy.

- Wiem.

- No to wymień nazwę tej wsi. Gdzie wysiedliśmy Patryku, no gdzie?

- Nazwa wsi nie ma znaczenia. Wkrótce wsiądę do pociągu i zajadę do domu.

- No tak, powiadasz: „zajadę do domu” a czy myślisz, że tam trafisz?

- Głupie pytanie, czemu miałbym nie trafić?

- Patryku, kochany Patryku. Ta wieś nie istnieje, nie ma jej na mapie. Kiedy wsiadłeś ze mną do pociągu już zdecydowałeś; zaufałeś mi. Zaufałeś, bo zakochałeś się we mnie, bo zauroczyłam cię, bo... zresztą nie ważne, fakt faktem, zaufałeś mi, szedłeś za mną, i nawet nie wiedziałeś, że oddalamy się od domostw. Zostawiłeś wszystko za sobą, nie ma już powrotu. Nie ma.

- Bzdura.

- Sam jesteś bzdurą, ładną i przyjemną. I czy ty myślisz, że ja jestem naprawdę i że Anita wyjechała na Mazury, i że rozmawiałeś z jej koleżanką Magdą? Czy ty myślisz, że to, co było wcześniej wydarzyło się naprawdę. Czy to pukanie było, czy ja piłam u ciebie herbatę?

- Jasne, że piłaś, chlałaś! - wykrzyknąłem.

- Mylisz się Patryku, bardzo się mylisz. Anita też się myliła, zaufała mi, a zaufanie jest bardzo kruche. Albo się ufa i się trafia, albo pyk... nikniesz, pryskasz, jak bańka mydlana. Nie ma cię Patryku, zniknąłeś na dobre. Wszyscy myślą, że wyjechałeś, że jesteś na wakacjach. Potem twoje mieszkanie zarośnie brudem, a kiedy przestaniesz płacić czynsz, nie pojawisz się przez kilka miesięcy w pracy, a twoja komórka będzie milczała przed długie tygodnie uznany zostaniesz za zaginionego. Takie jest życie. Jest się a potem się znika. Nagle się znika.

- Bzdura!

- A jak myślisz, czemu nie jeździłeś windą, skąd brały się te twoje lęki? Zaczyna się zawsze od leków. Najpierw się boisz, boisz się błahostek, a potem znikasz. Nie ma cie, Patryku. Nie ma cię. Już dawno zacząłeś znikać.

Patrzyłem na nią jak na idiotkę, gadała głupoty. Mówiła coraz dobitniej. Wciąż udowadniała, że mnie nie ma; wciąż wymyślała nowe dowody... w końcu odszedłem, odwróciłem się, a ona nadal coś mówiła. Miałem łzy w oczach. Jola wydawała się być... no właśnie kimś komu zaufałem, kimś kogo pokochałem, a tymczasem musiałem od niej uciekać. Miałem wszystkiego dość. Szedłem, nie myśląc o niczym innym jak tylko, by wrócić do domu, zwołać wszystkich moich znajomych i zacząć szukać Anity. Tak, zacznę szukać Anity i znajdę ją. Ale, to co mówiła Jola okazało się być prawdą. Błądziłem i błądziłem. Początkowo nie wierzyłem Joli, ale kiedy na stacji zobaczyłem napis „Wszędzie i nigdzie” byłem pewien, że dzieje się coś złego. Pociągi nadjeżdżały, wsiadałem do nich, ale nie posuwałem się w żadnym kierunku. „Wszędzie i nigdzie” kończyło się i zaczynało, kończyło się i zaczynało. Tak musiało wyglądać piekło. A Jola... Jola była jedna wielką pomyłką. Pozostała mi jedynie nadzieja, że kiedyś pojawię się na powrót w domu, tam gdzie jest moje prawdziwe miejsce, znajdę Anitę i wszystko inne.


Data: 14-04-2012 o godz. 12:16:53 (Odsłony: 161)
(Czytaj więcej... | 1 komentarz | Ocena czytelników: 0)

Esej: Cząstki splątane – nierówność Bella, próba wyjaśnienia
Esej
Autor: bulec

Mechanika kwantowa niesie za sobą mnóstwo paradoksów burzących spokój naszych umysłów i przeczą logice, którą znamy z życia codziennego. Wydaje nam się, że prawa rządzące makroświatem i mikroświatem powinny być takie same, przynajmniej co do zasad ogólnych. Nie może być dwóch rzeczy w tym samym miejscu, jak coś jest białe to nie jest czarne, jak coś jest to jest, a nie trochę jest a trochę nie jest. Przyzwyczajeni jesteśmy do prawd kategorycznych. Tymczasem mechanika kwantowa jest zaprzeczeniem takiego podejścia do świata. Wszędzie napotykamy w niej niepewność i niewiadome. Wszystko jest w niej jedynie prawdopodobne, nieokreślone i rozmyte. Są wartości, które nie mogą być razem mierzone dokładnie, i to nie jest wynikiem niedoskonałości naszych przyrządów, lecz wpisane w samą naturę rzeczy, w istotę tego świata, w jego strukturę. Teoria opisuje zjawiska, które przeczą „zdrowemu rozsądkowi”, cokolwiek on by oznaczał. Fale prawdopodobieństwa miotają okrętem naszej wiedzy jak sztorm nędzną łupiną. Efekt tunelowania, anihilacja, dualizm falowo-korpuskularny wywołują w nas niesamowity opór przed akceptacją istnienia tych zjawisk. Dlatego poświęcamy mnóstwo czasu i energii aby wyjaśnić niezrozumiałe i zrozumieć niewyjaśnione. Często bezskutecznie.
Jedną z wielkich zagadek mechaniki kwantowej jest zjawisko nielokalności. O ile teoria względności znalazła w naszych umysłach swoje miejsce i jest akceptowana mimo tego, że i ona niesie ze sobą nieco zaskakujących faktów ( stałość prędkości światła, spowolnienie czasu, wygięcie przestrzeni), to zjawisko o niemal magicznym podłożu, jakim jest nielokalność, budzi w nas immanentny sprzeciw. W skrócie polega ono na tym, że w pewnych procesach fizycznych układ emituje w przeciwnych strony dwie cząstki o pewnych właściwościach opozycyjnych. Jeżeli jedna cząstka jest dajmy na to biała to druga na pewno czarna i odwrotnie. Oczywiście nie chodzi o kolor a o właściwość zwaną spinem, ale dla wygody opisu posłużę się tutaj pojęciem barwy. Nie jest określone, która z cząstek jest biała a która czarna, ale wiadomo, że jeżeli jedna jest taka to druga jest na pewno siaka. Jeżeli staniemy dajmy na to po lewej stronie układu i sprawdzimy jakiego koloru cząstka przeleciała obok nas to możemy być pewni, że cząstka, która poleciała sobie w stronę przeciwną jest na pewno koloru innego niż cząstka przez nas zaobserwowana. W sumie nie byłoby w tym nic dziwnego, w makroświecie występują podobne zjawiska. Jeżeli dwóch naszych znajomych mówiło nam, że jeden z nich pojedzie do sklepu a drugi do warsztatu, ale nie sprecyzowali, kto pojedzie gdzie, to gdy spotkamy jednego z nich w sklepie będziemy pewni, że drugi z nich znajduje się w warsztacie. Nic w tym dziwnego. Tak myśleli także Einstein, Podolsky i Rosen. Jak jedna z cząstek jest biała to druga jest czarna. Jak złapiemy jedną to dowiemy się jak była druga. Niestety, nie takie to proste. Otóż mechanika kwantowa mówi nam, że żadna z cząstek nie jest ani bała ani czarna aż do momentu, gdy na nią spojrzymy. Do tej chwili cząstki, każda z nich, jest w połowie biała a w połowie czarna. Dopiero nasz pomiar spowoduje, że jedna z nich przybierze określony kolor. Do tego momentu barwa cząstki jest nieokreślona. I tu zachodzi zjawisko, którym zajmę się w tym artykule. Otóż, gdy dokonamy sprawdzenia barwy jednej z cząstek ta druga przyjmie barwę przeciwną NATYCHMIAST. Niezależnie od tego jak daleko będą od siebie, gdy jedna stanie się czarna w wyniku naszego pomiaru, to druga NATYCHMIAST stanie się biała.
No dobrze, ale sygnał może przenosić się nie szybciej niż światło, skąd więc owo NATYCHMIAST? I to jest właśnie paradoks.
Einstein i jego współpracownicy myśleli sobie tak – Do diabła z tym, że nie wiemy jakiego koloru jest każda z cząstek, które wyleciały w przeciwnych stronach. My nie wiemy, ale one przecież mają jakiś kolor. Jedna jest biała, druga czarna, pali licho, że nie wiemy, która jest która. Ja popatrzymy to się dowiemy. Niestety, niejaki Bell, niech go piekło pochłonie, wymyślił doświadczenie, przeprowadzone później przez Aspecta, również z piekła rodem, które wykazało, że do momentu pomiaru obie cząstki możemy traktować jako w połowie białe a w połowie czarne. Dopiero dokonując obserwacji barwy cząstki powodujemy, że staje się ona określona a wtedy NATYCHMIAST ta druga też. Ten diabelski wynik nie daje mi spokoju. Chciałbym krzyknąć „To po prostu niemożliwe!” i mieć w tym rację. Więc próbuję.
Zaproponuje model zjawiska oraz test doświadczalny, który może potwierdzić lub zaprzeczyć mojej hipotezie.
Podsumujmy wnioski z kwantowego opisu zjawiska emisji dwóch cząstek splatanych. Po pierwsze – cząstki w dowolnej chwili czasu mają pewna właściwość, zwana dalej CECHĄ, o przeciwnych znakach. Może być to spin lub jakakolwiek inna własność kwantowa. Jeżeli w danej chwili cząstka A ma spin -1 to cząstka B ma w tej chwili spin +1. Po drugie – w dowolnej chwili czasu dla obydwu cząstek CECHA nie jest określona dla cząstki pojedynczej a tylko dla układu. Na przykład tak, że spin sumaryczny obydwu cząstek wynosi zero.
Pomyślmy o monecie podrzuconej w górę. Zanim nie upadnie, mechanika kwantowa próbuje nam wmówić, że moneta składa się w połowie z reszki a w połowie z orła. Dopiero gdy przestanie się toczyć i spocznie na stole nastąpi „redukcja funkcji falowej „ i otrzymamy wynik pomiaru. Albo reszkę albo orła. Spin w górę lub spin w dół. Makromechanika kwantowa na stole. Nie do wiary!
Ale poważnie – zastanówmy się nad rzuconą monetą. Analogia do wyemitowanej cząstki jest o wiele głębsza niż wydaje się na pierwszy rzut oka. Moneta porusza się w trzech wymiarach i nie można mówić o pozycji awersu bez wyboru płaszczyzny, na która chcemy zrzutować kształt monety. Zanim tego nie zrobimy, CECHA orzeł czy reszka jest nieokreślona. Podobnie jak w wypadku spinu cząstki splatanej. Dopóki nie włączymy pola magnetycznego, spin cząstki jest nieokreślony.
Wyobraźmy teraz sobie następujące doświadczenia: mamy specjalne urządzenie, które potrafi wyrzucić z siebie dwie monety naraz, w przeciwnych kierunkach, z identyczną prędkością zarówno liniowa jak i kątową, oraz dodatkowo z przeciwnie skierowanym momentem pędu monet. Wybór kierunku momentu pędu oraz prędkość kątową monet pozostawiamy przypadkowi. W praktyce oznacza to, że wyrzucone przez urządzenie monety będą wirowały w przeciwnych kierunkach, z identyczną prędkością kątową oraz polecą w przeciwne strony z taka samą prędkością. Myślę, że nawet średnio uzdolniony mechanik ( byle nie kwantowy) byłby w stanie skonstruować takie urządzenie, nie mówiąc już o profesjonalnych pogromcach mitów ( w tym przypadku także kwantowych) znanym większości czytelników z programu Discovery. Włóżmy do urządzenia dwie monety, przy czym jedną połóżmy orłem do góry a drugą do góry reszką. Naciśnijmy guzik START ( mam nadzieję, że konstruktor nie zapomniał o tym guziku, najważniejszym przecież w całej maszynie) i patrzmy co się dzieje.
Otóż obie monety wylecą z urządzenia w przeciwnych kierunkach. Załóżmy, że nasze urządzenie możemy obracać i ustawiać je pod różnym kątem do ścian. Gdy urządzenie ustawimy tak aby obie monety osiągnęły jednocześnie kres swojego lotu, a więc uderzyły w ścianę JEDNOCZEŚNIE wyniki jakie otrzymamy obserwując zrzutowane na ściany monety będą oczywiste – jak jedna z nich upadnie na ścianę rewersem to druga awersem i odwrotnie. Jeżeli zachowamy ten sam czas lotu dla obydwu monet to kąt, pod jakim monety będą uderzały w ściany nie zmieni wyników pomiarów. Zawsze jak jedna orzeł, to druga reszka. Ale czy to oznacza, że monety są ze sobą splątane? Czy gdy tylko zobaczymy, że jedna z nich upadła na ścianę reszką, to druga NATYCHMIAST stanie się orłem? Oczywiście – NIE! Parametry układu są określone ściśle – obydwie monety wirują w przeciwnych kierunkach i w danej chwili, jednakowej dla obydwu monet, ich CECHA jest przeciwna. Gdy jedna jest potencjalnie orłem to druga jest reszką i odwrotnie. Ale żadna z nich nie jest ani orłem ani reszką dopóki nie uderzy w ścianę. To oczywiste.
Wyrzucone z naszego urządzenia monety spełniają kryteria mechaniki kwantowej dla cząstek splatanych albo czegoś nie doczytałem lub niedostatecznie uważałem na odpowiednim wykładzie na studiach. Brak zdefiniowanej CECHY sprawia, że układ monet spełnia także nierówność Bella. Ale gołym okiem widać ( w przeciwieństwie do cząstek monety na szczęście są widoczne i o wiele bardziej namacalne), że monety NIE SĄ SPLĄTANE w sensie, jaki nadają temu słowu mechanicy kwantowi. Nasze urządzenie wyrzuciło je w ten sposób, aby parametry CECHY monet były w danej chwili przeciwne. Ba, nawet wtedy gdy ustawimy urządzenie w niejednakowej odległości od ścian pomieszczenia, możemy otrzymywać wyniki świadczące o przeciwnej CESZE lecących monet, wystarczy tylko łut szczęścia lub odrobinę matematyki ( to nie zawsze jest zamienne, wiedzą coś o tym gracze w totolotka).
Cząstki splątane mogą, powtarzam MOGĄ, posiadać parametry CECHY na zasadzie analogicznej do naszych monet. To znaczy, emiter zadbał o to, aby w tej samej chwili czasu ich spin zawsze był skierowany w przeciwne strony. Nie wiemy w jakie, gdyż cząstki nie uderzyły jeszcze w ścianę, to znaczy nie znalazły się w polu magnetycznym urządzenia pomiarowego. Ale gdy tylko złapie je miernik, okaże się, że jedna z nich ma CECHĘ dodatnią a druga – ujemną. Ale do całej zabawy nie jest potrzebne żadne NATYCHMIAST. Nawet takie malutkie NATYCHMIAST nie jest nam potrzebne. Naprawdę.
Nie znalazłem dokładnego opisu doświadczenia Aspecta oraz innych eksperymentów badających splatanie cząstek. Ale zakładam, że doświadczalnicy raczej umiejętnie umieszczali detektory w równej odległości od emitera cząstek. To zdecydowanie ułatwia detekcję. Gdyby jednak pokusić się o modyfikację układu detekcji i spróbować mierzyć kierunek spinu cząstek splatanych detektorami umieszczonymi w niejednakowej odległości od emitera, wyniki mogłyby być zaskakujące. Gdyby te trzy strony powyższego tekstu nie okazały się jednak wierutna bzdurą, zmieniając odległość jednego z detektorów od emitera i porównując wyniki rejestracji pomiarów spinu z drugiego detektora, można by wyznaczyć „okres obrotu” CECHY zwanej nomen omen spinem.
I to wszystko aby wyeliminować jedno NATYCHMIAST z fizyki. I ocalić kota Schrodingera. A właściwie jego połowę.

Wyspa Wielka Żuława sierpień 2011



Data: 31-03-2012 o godz. 15:05:28 (Odsłony: 231)
(Czytaj więcej... | 8 liczba komentarzy: | Ocena czytelników: 0)

Esej: Neutrina versus Kwanty czyli współczynnik załamania przestrzeni międzygwiezdnej
Esej
Autor: bulec

Neutrino to tajemnicza, niemal widmowa cząstka o zerowym ładunku elektrycznym, być może zerowej ( poniżej eV) masie, przenikająca przez Ziemię jak, nawet nie jak nóż przez masło, tylko jak nóż przez próżnię. Czyli, jak można się z tego domyślać, dosyć swobodnie. .
Istnienie neutrina zaproponował Wolfgang Pauli w 1930 roku. Tak zwany rozpad beta, w który neutron rozpada się na proton i na elektron, znany był od kilku lat. Sadzono, że neutron rozpada się jedynie na dwa powyższe składniki – proton i elektron. Jednak obliczenia wskazywały, że o ile zasada energii w owym procesie była dosyć dobrze zachowana, to zasada zachowania pędu leżała na obu łopatkach. Kryzys był tak poważny, że fizycy zaczęli coraz śmielej przebąkiwać o łamaniu zasady zachowania pędu. Pauli położył kres tym bzdurnym spekulacjom, ratując sytuację hipotetyczną cząstką nazwaną neutrinem. Przez 26 lat była tylko symbolem na kartkach papieru, dopiero w 1956 roku zarejestrowano ją w tzw. odwrotnym rozpadzie beta, a właściwie nie ją, lecz jej oddziaływanie z protonem.
Neutrino jest bardzo słabo oddziaływującą cząstką. Tak jak pisałem, przenika z łatwością przez naszą planetę, zresztą nie tylko przez naszą. Detektory do rejestracji neutrin umieszcza się głęboko pod ziemią, najczęściej w kopalniach, by wyeliminować zakłócenia pochodzące od innych cząstek. Umieszcza się je tam, bo tak głęboko, kilka kilometrów pod powierzchnię, nie docierają inne rozpędzone fragmenty mikroświata. Właściwie żadne. Tylko one. I lecą dalej, jedynie kilka z bilionów biliardów, które co sekundę przelatują z jednej strony Ziemi na drugą, wywołuje reakcję w detektorach. Kilka co roku.
W eksperymencie OPERA, w 2011 roku naukowcy z CERN ( Europejska Organizacja Badań Jądrowych) w Genewie, mierząc czas, jaki jest potrzebny neutrinom na dotarcie z ich akceleratora do odległego o 730 km włoskiego laboratorium INFN Gran Sasso, otrzymali zaskakujący wynik. Powtarzali pomiar ponad 1500 razy, lecz wynik był zawsze taki sam – neutrina potrzebowały na przebycie tej drogi o 60 nanosekund mniej niż potrzebowałoby światło! Byli tak zaskoczeni i skonfundowani owym faktem, że nie podali swoich nazwisk w obawie przed ośmieszeniem się, gdyby okazało się że popełnili jakiś błąd w obliczeniach. CERN zwrócił się jedynie do naukowców z innych ośrodków o weryfikację doświadczeń.
Postulat, że żadne ciało materialne nie może poruszać się nie tylko szybciej, ale nawet z prędkością światła, pochodzi z 1915 roku. Jego autorem jest Wielki Albert, którego autorytet wciąż jasną gwiazdą świeci nad współczesną fizyką. Przynajmniej tam, gdzie nie sięga swoimi pazurkami mechanika kwantowa, której Einstein był wielkim przeciwnikiem.
Dokładnie chodzi o prędkość światła w tak zwanej próżni. Bo światło w ośrodkach materialnych porusza się sporo wolniej. W wodzie np. prędkość światła wynosi ok. 220 000 km/sek zamiast 300 000 km/sek. W niektórych rodzajach szkła spada nawet niżej. Chodzi o tak zwana prędkość fazową, ale matematyczne sztuczki nie zmienią faktu, że w ośrodkach materialnych światło rozchodzi się wolniej. Po prostu WOLNIEJ.
Co ciekawe, w takich ośrodkach możliwe jest, aby cząstki materialne poruszały się szybciej niż światło. Powstaje wówczas ciekawe zjawisko, tzw. promieniowanie Czerenkowa.
Zastanówmy się, jak wygląda próżnia. Czym różni się od np. powietrza. Odpowiedź jest oczywista. W próżni nie ma atomów, w powietrzu są. Ale czy, powiedzmy litr próżni z atomem tlenu wewnątrz to próżnia czy już bardzo rozrzedzone powietrze? A jeżeli włożymy do próżni dwa atomy? A trzy?
Doszedłem do momentu, gdzie, niestety, muszę wyłożyć kawę na ławę. Niestety, bo zawsze inne podejście do zagadnień fizycznych niż oferuje oficjalna strona www.fizyka.com jest znaczone silnym zapachem szaleństwa lub co najmniej smrodkiem, powiedzmy oględnie, ekscentryczności. Świat pełen jest szaleńców, religijnych, artystycznych, wyznawców teorii spiskowych czy skrzywdzonych przez kosmitów. Nie brak również ułomnych umysłowo wizjonerów fizycznych, objawiających chętnie swoje przemyślenia na temat czasu, przestrzeni, teorii względności, rozszerzającego się wszechświata i na każdy inny temat też. Jestem przekonany, że mój pomysł, bo trudno tu mówić nawet o hipotezie, zostanie zakwalifikowany przez prawie wszystkich do kategorii, w której lądują UFO i zjawiska paranormalne. Być może i tam jego miejsce. Nie jestem tego jednak zupełnie pewien.
Załóżmy, że jedynym budulcem WSZYSTKIEGO jest przestrzeń. Przestrzeń występuje w moim pomyśle jako byt absolutny, ciągły, bezwzględny i właściwie jedyny. Wszystko, co obserwujemy, zbudowane jest z przestrzeni. Także próżna, która sama w sobie jest przestrzenią, tylko bardzo rozrzedzoną.
Część z Was już przestała czytać, część czyta jeszcze. Wytrwajcie, proszę!
Cząstka elementarna to pewna struktura przestrzenna. Charakteryzuje się energią, pochodzącą od naprężeń przestrzeni wewnątrz tej struktury. Charakteryzuje się czymś, co uważamy za masę, czyli określoną bezwładnością wobec sił zewnętrznych. Bezwładność ta jest z kolei skutkiem rozmiarów wewnętrznych struktury. Albowiem struktura cząstki zawiera w sobie przestrzeń o gęstości większej niż gęstość przestrzeni w próżni. Gęstość przestrzeni wymaga wprowadzenia dwóch rozmiarów takiego zagęszczenia – zewnętrznego, który dostępny jest naszym obserwacjom - oraz rozmiaru wewnętrznego. Struktura bowiem ma rozmiar wewnętrzny. Jest on większy niż zewnętrzny, co wynika z tego, że przestrzeń wewnątrz struktury ma gęstość większą niż przestrzeń na zewnątrz struktury.
Słowem, cząstka elementarna to taki kłębek przestrzeni, o rozmiarze wewnętrznym większym niż zewnętrzny. Gdyby coś wpadło do cząstki i moglibyśmy to obserwować, nagle zaczęłoby się poruszać wolniej, tyle razy wolniej, ile razy byłaby zagęszczona przestrzeń. Potem wypadłoby na zewnątrz struktury i z powrotem odzyskałoby swoją pierwotną prędkość.
Widać do czego zmierzam. Duże i rozległe kwanty ( ich rozmiar jest rzędu długości fali – im dłuższa fala tym wolniej porusza się światło w ośrodku) poruszają się w ośrodkach materialnych wolniej, bo napotykają w nich na zagęszczoną przestrzeń, gromadzącą się wokół struktur materialnych, czyli wokół atomów. Atomy krążą w próżni, lecz wokół ich struktur gęstość przestrzeni jest większa niż w próżni, więc kwanty poruszają się w niej wolniej dla zewnętrznego obserwatora. Choć w istocie ich prędkość jest wciąż taka sama.
W ośrodku materialnym, im częściej kwant napotyka na obszar zagęszczonej przestrzeni, tym jego efektywna prędkość w owym ośrodku jest mniejsza.
Kluczem do zrozumienia, dlaczego neutrina mogą poruszać się szybciej od światła jest pomysł, że pomiędzy dwoma blisko położonymi siebie strukturami, wskutek ich oddziaływania z przestrzenią, gęstość przestrzeni może być MNIEJSZA niż gęstość przestrzeni w próżni. Obrazowo mówiąc, dwie struktury wsysają przestrzeń do swoich wnętrz, tak, że pomiędzy nimi gęstość przestrzeni zmniejsza się jeszcze bardziej niż w przestrzeni międzygwiezdnej. Tylko bardzo małe struktury przestrzenne, takie jak neutrina, mogą przejść przez tę część przestrzeni, przyspieszając w nim do prędkości ponadświetlnych. Mniejsza niż w próżni gęstość przestrzeni pozwala im na to.
Atomy składają się głównie z próżni. Gdyby jądro atomowe miało rozmiar ziarnka groszku, elektron w atomie wodoru krążyłby w odległości około kilometra od niego. Reszta wypełniona jest próżnią. Dlatego neutrino tak łatwo przenika przez atomy. Napotykając na obszar o mniejszej gęstości próżni niż w przestrzeni międzygalaktycznej, przyspiesza. Troszeczkę.
Tymczasem duży kwant światła ( jego rozmiary są 1000 większe niż rozmiar atomu) nieustannie zahacza o gęstsze obszary przestrzeni i spowalnia na nich w sposób istotny.
Na dystansie 730 km, wiodącym przez Ziemię, neutrina napotykają obszary o zmniejszonej gęstości przestrzeni na tyle często, ze ich przewaga nad prędkością światła daje się zmierzyć.
Dosyć prosto jest zweryfikować mój pomysł. Wystarczy zmierzyć efektywną prędkość neutrin na dystansie dwa razy większym. Przewaga nad światłem powinna wzrosnąć dwukrotnie.
W 1987 roku z obserwacji wybuchu supernowej odległej od nas o 160 tys lat świetlnych neutrina przybyły do nas 3 godziny przed fotonami, pochodzącymi z tej eksplozji. Różnica prędkości musiała powstać w przestrzeni między gwiezdnej, gdyż gwiazda ma zbyt mały promień aby wygenerować taką różnicę czasu. Po prostu fotony lecą przez nią o wiele krócej niż 3 godziny. Góra sekundę.
Jednak w tym przypadku mamy do czynienia z innym zjawiskiem. To nie neutrina przyleciały wcześniej niż światło. To fotony się spóźniły!
Powyższy fakt świadczy o tym, że PRZESTRZEŃ MIĘDZYGWIEZDNA MA WSPÓŁCZYNNIK ZAŁAMANIA. Niewielki, ale jednak. Zmniejszenie prędkości światła spowodowane jest spowolnieniem światła wskutek obecności cząstek wodoru w przestrzeni międzygwiezdnej. Jest ich tam zaledwie ok. miliona na metr sześcienny, ale to wystarczyło aby wywołać trzygodzinną różnicę na dystansie 160 tys lat świetlnych.
Fotony, z racji swoich dużych rozmiarów, uśredniają gęstość przestrzeni. Neutrina, ponieważ są małe, przemieszczają się przez „pustą” przestrzeń. Dlatego przyleciały pierwsze.
Wystarczy więc teraz obserwować kolejny wybuch supernowej. Tak jak w przypadku eksperymentu OPERA, dwukrotny wzrost odległości powinien wywołać proporcjonalny wzrost efektywnej prędkości neutrin.
O ile mam rację.

Warszawa, Styczeń 2012
p.s.


Ciemna masa, czyli gęstość przestrzeni


W 1987 roku światło lecące z supernowej w Wielkim Obłoku Magellana spóźniło się względem neutrin, pochodzących również z tej samej eksplozji, o całe 10000 sekund na drodze 167 tys lat świetlnych ( 1,8 * 10(21)m).
Przyjmując, że gęstość przestrzeni kosmicznej, która pokonywały fotony to ok. 10(6) protonów na metr sześcienny, w drodze ku Ziemi foton zderzył się, a raczej spowolnił na ok. 2*10(15) jąder wodoru. Daje to rezultat 2*10(-11) sekundy na jednym protonie. W tym czasie foton przelatuje ok. 1,5 mm. (1,5*10(-3)m). Promień protonu to ok. 1,5 *10(-15)m. Można powiedzieć, że przestrzeń w protonie jest zagęszczona 10(12) razy.
Masa protonu to 1,7 *10(-24) g. Wynika stąd, ze masa próżni to ok. 10(-33)g/metr sześcienny.
Przy gęstości Wszechświata szacowanej na 10(-35)g/metr sześcienny, wynik jest mocno zastanawiający. Czyżby masa przestrzeni była ową „ciemną masą” poszukiwaną przez astronomów? Jej wkład w masę Wszechświata ocenia się na 90-95%. No cóż, mam nadzieję, że ową ciemną masą jest tu jednak przestrzeń, a nie ja.


Data: 28-03-2012 o godz. 22:41:40 (Odsłony: 320)
(Czytaj więcej... | 15 liczba komentarzy: | Ocena czytelników: 0)

Esej: Corpus Delictus
Esej
Autor: chicharu

Trach! Usłyszałem lekkie trzeszczenie. Moja struktura zaczęła pęcznieć i rozciągać się, aż panująca wokół ciasnota rozpękła się na dwie części. Swobodnie rozprostowałem ciało. Nie, nie posiadałem jeszcze ochronnego pancerza (skąd wiedziałem, że powstanie?). Delikatnie wysuwałem członki, nad którymi nie do końca jeszcze panowałem i ostrożnie badałem przestrzeń wokół siebie. Kończyny chrobotały dziwnie niespokojnie, jakby niezdecydowane jeszcze w kwestii ostatecznego opuszczenia zużytego jaja – domu. Ja zaś, odczuwałem coraz większą potrzebę przyssania się do źródła energii. Powoli przesunąłem się w stronę wąskiego tunelu, który objawił mi się chyba węchem, albo tylko przeciągiem gazów, bo wokół było zbyt ciemno, lub nie włączyłem sobie jeszcze opcji widzenia. Byłem sam. Najgłębiej jak się da.

To znaczy czułem, że jestem tu sam. Od czasu do czasu dochodziły do mnie jakieś chroboty, drobne stukania, szurania i skrzypnięcia, lecz były poza moim poziomem, gdzieś wysoko, czyli w innej przestrzeni, a jeśli w innej, to nie w mojej, a więc nie dotyczyły bezpośrednio mojego stanu. Kanał był wąski i wilgotny, ale coraz lepiej radziłem sobie ze swoim ciałem, a przeciskanie się sprawiało mi dużą przyjemność (skąd wiedziałem, co to przyjemność?). W końcu szczelina rozszerzyła się, poczułem muśnięcie dziwnie włosowatej struktury i po plecach przebiegł mi dreszcz. Moja powłoka grzbietowa nagle napięła się i stwardniała. Podniosłem rzęsistą konstrukcję i zobaczyłem, tak, zobaczyłem - w tej sekundzie poczułem, że mogę już patrzeć przez dość wypukłe oczy - że to okrągła, gładka i śliska powłoka z ciemniejszym, dość matowym i jajowatym, zdecydowanie nieruchomym środkiem. A więc tu się urodziłem – pomyślałem – w magicznej szklanej kuli.

Moja wąska i spłaszczona głowa zaopatrzona w dobrze rozwinięty aparat gębowy typu gryzącego, znajdowała się na dość ruchliwym odcinku szyjnym, który to obracał się mimowolnie w poszukiwaniu źródła energii. Postanowiłem iść dalej, gdziekolwiek, byle znaleźć żywność. Mój pancerzyk wciąż jeszcze był za bardzo elastyczny, ale kończyny coraz lepiej radziły sobie z przenoszeniem dominującego tułowia, potrafiłem też już się podrapać, i właśnie kiedy zamierzałem to zrobić, znienacka wpadł na mnie inny osobnik.

- Witaj, Corpusie Delictusie. – Rzucił w moją stronę. - Mój aparat, choć gryzący jest zbyt słaby, żeby przegryźć się przez skórę człowieka, dlatego chciałbym cię prosić o pomoc w dostawie energii, inaczej nie dam rady złożyć jaja.

Spojrzałem na siebie, nie będąc pewien czy do mnie się zwraca, bo skąd miałem wiedzieć, że jestem właśnie Corpus Delictus, lecz oprócz mnie nikogo tu przecież nie było. A potem przyjrzałem się uważnie temu, który na mnie wpadł. Jego strukturę pokrywały niewielkie, błyszczące łuski. Na końcu dość wąskiego tułowia tkwiły szczeciniaste przysadki odwłokowe, z których, co dało się zauważyć przez ich unoszenie i nieustanne okazywanie mi, był bardzo dumny. Gdyby nie brak trąbki ssącej, uznałbym, że jest osobnikiem atrakcyjnym i reprodukującym się bez pomocy innych (skąd wiedziałem o reprodukcji?)

Próbowałem wydać z siebie jakiś dźwięk, skonstruować logiczną wypowiedź, ale mój otwór gębowy nie wykształcił się jeszcze do końca, i mimo, że go otwarłem, wypuściłem tylko metan pobrany wcześniej z magicznej szklanej kuli. Przy okazji odkryłem, że posiadam czułki, więc zaraz nimi zastrzygłem w przyjaznym geście. Większy osobnik, znudzony nieco moim zachowaniem, machnął kończyną, potarł czułką o czułkę, aż wypadła mała świecąca iskierka, na widok której zaraz popadłem w szczery zachwyt, skutkiem czego ponownie wypuściłem gaz.

- Przestań! – krzyknął przerażony. - Chcesz nas wysadzić w powietrze?

- Wszystko co żyje, umrzeć musi – pomyślałem tylko, bo znowu nic nie udało mi się powiedzieć.

- Chodź – powiedział i uniósł znowu swoje przysadki. – Ten kawałek mięsa jest jeszcze za świeży. Pójdziemy tam, gdzie są larwy i żuki, a na kościach pojawia się przyjemna w dotyku i miękka pleśń. Tutaj jest jeszcze zbyt niebezpiecznie. Nie widzisz? Ten eksponat dopiero zaczyna obrzmiewać. Na skutek rozluźnienia mięśni żwaczowych opadła mu szczęka, a jego zwieracze straciły jędrność, stąd te brunatne wysięki i wydzieliny. Musimy poszukać obiektu bardziej już zaawansowanego w rozkładzie. Na razie zostawmy go innym - do wstępnej obróbki. O! Popatrz, pojawiły się Calliphora vicina, zaraz zaczną składać jaja.

Wytrzeszczyłem oczy, z niedowierzaniem przyjmując to, co mówi, lecz sam nie miałem bladego pojęcia o rozkładzie, on zaś był jedyną poznaną mi dotychczas żywą strukturą, postanowiłem więc wyruszyć w nieznane.

Łuskowaty osobnik od czasu do czasu zatrzymywał się, żeby wyczyścić swe cienkie płytki, ocierał się przy tym o mnie zdecydowanie, lecz nie nachalnie. Początkowo byłem tym nieco zażenowany, z czasem przestało mi to jednak przeszkadzać i przyzwyczaiłem się do tych dziwnych praktyk.

- Najpierw – mówił po drodze – jest trup i lepiej zostawić go innym. Wchodzimy tam, gdzie jest gnicie i doprowadzamy obiekt do mineralizacji, wraz z którą znikamy, to znaczy idziemy dalej. Acha – dodał zatrzymując się na chwilę – jestem Nercus.

Zacząłem zastanawiać się skąd on tyle wie, i dlaczego mi pomaga, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Miałem gdzieś to, jak się nazywa. Byłem głodny i fakt, że wrzuciłbym coś do szczęki przysłaniał mi całkowicie obraz rzeczywistości. Spojrzałem nawet na niego, otwierając niby przypadkiem moją ssącą trąbkę, ale tylko zaśmiał się i pomachał przysadką, więc zaraz schowałem ją zawstydzony.

Po chwili zrozumiałem, że jesteśmy na miejscu. W niewielkich, wąskich korytarzach zauważyłem więcej takich pokręconych par jak my. Na twarzy obiektu, który ewidentnie przekroczył poziom krytyczny, i który leżał tylko pozornie nieruchomo, widać było całą masę larw, które błyszczały jak perły; wiły się radośnie pomiędzy dobrze wyeksponowanymi kościami wokół nosa i oczu. Niektóre wykluwały się dopiero w opadłych już nieco oczodołach, inne, bardziej muskularne i żyjące dłużej, gramoliły się oblizując wprost do jelita, z nadzieją, że znajdą tam resztki niestrawionego do końca białka, innego niż ludzkie pochodzenia. Jelita ogólnie były rarytasem, choć niektórzy nasyceni już chyba, woleli w pocie czoła składać jaja tarzając się w miłej i puszystej pleśni. Gdzieniegdzie pałętały się tłuste żuki, które urządziły sobie zjeżdżalnie na łysej czaszce. Pojawiły się też bakterie, ale nikt nie zwracał na nie większej uwagi; nie były niebezpieczne. Wyglądało na to, że trafiliśmy na dobrą imprezę.
Gnijący osobnik falował unoszony siłą miliona małych pokurczów, pracujących dzielnie nad każdym jego fragmentem. Przystanąłem, żeby wsłuchać się w najprzyjemniejszą muzykę - wokół rozlegały się posapywania pełne satysfakcji, dochodził mnie jazgot wwiercających się szczęk, miarowe żucie i głośne ciamkanie, odgłos ssących bez opamiętania trąbek. I ja też rzuciłem się na eksponat z moją trąbką pobierając energię zachłannie, aż zakręciło mi się w głowie. Mój opiekun czekał cierpliwie na swoją kolej. Nie potrafił sam pobierać. Dopiero kiedy się nasyciłem, zacząłem podawać mu pokarm wprost do jego aparatu gębowego. Tymczasem następowała stopniowa destrukcja istoty, która kiedyś była żywa.

- Kiedyś – powiedział torbielowaty osobnik wkręcający się zgrabnie pod paznokieć tuż obok nas – zjadało się wszystko. Tak mawiała moja pra- pra- pra- matka. Zostawało nic, zero, null, żyzna gleba. Dziś trzeba uważać, sprawdzać zanim złamiemy zęby na tytanowych śrubach, amalgamatach czy wypijemy oblepiający czułki silikon. Nie jeden zginął od niedających się strawić a prawie niewyczuwalnych konserwantów, substancji utrwalających smak, nie wietrzejących w przeciągach gazów i nie kruszejących w żadnych fazach rozkładu. Tfu – splunął siarczyście.- Nie mówiąc już o coraz powszechniej stosowanych przez eksponaty antybiotykach, które wykańczają bakterie. Ech – westchnął - Teraz jest ciężej i trwa to dłużej. Zanim się złoży jajo trzeba się przecież zabawić, wyszaleć za wszystkie czasy, zbadać przestrzenie wewnątrz i zewnątrz, zajrzeć do wszystkich otworów, przejść ciało wzdłuż i wszerz. Lecz coraz trudniej wyjść z tego cało! – Brunatno-żółta, sztywna płytka uniosła się nieznaczenie i osobnik zanurzył się powoli w dość miękkiej masie, która kiedyś była palcem.

Zaraz potem wychylił się, położył na plecach i radośnie taplając się w papce kontynuował spokojnie wypowiedź. – Najgorsze są te kolorowe emalie oblepiające paznokieć, nie dość, że gorzkie to jeszcze powodują torsję i wymioty, te z kolei sprawiają, że kończyny nie mogą utrzymać stabilizacji niewielkiej w końcu struktury, więc atakują i często rozrywają swoje własne ciało. Niestety młode osobniki, nie wiedzą o tym, rzucają się na nie, bo w tym natłoku brudu i wszędzie tylko jednego odcienia, nagłe uderzenie koloru jest jak błyskotka pokazywana dziecku. Dlatego gatunek nasz jest zagrożony, a jeśli my istnieć przestaniemy, świat zapełni się niechcianymi bytami, ale kogo to może obchodzić. - Z kawałka złuszczonego naskórka, których pełno walało się wokół, zrobił sobie małą poduszeczkę i umieścił ją sobie pod głową przez co wyglądał zupełnie jak turysta na wakacjach. – Ale, ale pomówmy o plusach – kontynuował. - Trzeba ci wiedzieć, że przytrafiają się smaczki dające kopa, albo rozbudzające wyobraźnię, o ile delikwent przed śmiercią łykał psychotropy, lub odurzał się dożylnie, choć z żył wyparowuje szybciej, wiadomo, żyły się spłaszczają, zapadają i wysychają, więc nie zawsze się zdąży. Nie mniej zdarzają się nam od czasu do czasu kilkutygodniowe imprezy, a ci co trafią na niestrawione resztki psychotropów cierpią później na Syndrom Cotarda1, co jest odczuciem cudownym i nie dającym się z niczym porównać. Ogólnie praca nad tym, co kiedyś było ciałem odbywa się na zmiany, których rytm wyznacza stopień rozłożenia….- Ale ja już go nie słuchałem.

Obróciłem nieznacznie czułki a wraz z nimi oczy i dostrzegłem pięknego osobnika, który w somnambulicznym tańcu biegał po klatce piersiowej, zdając się nie zauważać nas wszystkich. Posiadał trzy pary odnóży i, co podobno dość niespotykane pod ziemią, niewielkie skrzydełka. Jego lekko zielonkawy tułów uwidaczniał przy szalonych obrotach niewielki garb, lecz nie przeszkadzało mu to wcale. Koniec odwłoka miał jaskrawoczerwony.

- Nazywają go Psotnicus Tempanadus – rzekł Nercus widząc moje zainteresowanie. – Posiada charakterystyczne narządy słuchu, umiejscowione nie tylko na pierwszym segmencie odwłoka, lecz również na odnóżach pobierających energię. Jego ciało nie dość, że wytwarza muzykę podczas wchłaniania, ale też jest pierwszym jej odbiorcą. Ale to nie wszystko. Jako jedyny potrafi dobrać się do nie do końca wystygłych myśli eksponatu, chociaż skubaniec nie chce powiedzieć jak.

Psotnicusowi najwyraźniej zakręciło się w głowie i wpadł do zapadniętej pachy, której ostry zapach odurzył go na dłuższą chwilę, a ja, no cóż, zakochałem się. Nie wiedziałem, czy rzucać się w otchłań pachy, czy też pozwolić mu wygramolić się z niej samemu. 


Szukając odpowiedzi spojrzałem na aparat gębowy Nercusa. Prowadził właśnie ożywioną rozmowę z nieznanym mi jeszcze i dość nieciekawie wyglądającym osobnikiem, który rozkładał właśnie swój spermochron, zapraszając przechodzące osobniki do pobrania z niego kropelki. Prowadził przy tym jakiś dziwny wykład, z którego nie wiele rozumiałem, ale Nercus słuchał uważnie przytakując co rusz czułkami.

- …Ponadto przekopaliśmy i strawiliśmy tyle ciał, których dotychczasowy proces odnawiania komórek zatrzymał się ostatecznie, że nie dałoby rady pomieścić ich wszystkich na powierzchni. Niejednokrotnie zdając sobie sprawę z faktu, że ich stan już nigdy nie ulegnie zmianie, szukaliśmy w nich czynnika dość powszechnego wśród nas - duszy. Nigdy jednak, pomimo żywych chęci, nie udało się do niego dokopać, nie znaleźliśmy też żadnych śladów ani cząstek świadczących o jego istnieniu, chociaż, nie można wykluczyć, że dusza owa jest np. wyciągana wcześniej i umieszczana gdzieś, poza nimi. Być może zjadają ją inne egzemplarze, które są dopiero w trakcie procesu funkcjonowania powierzchniowego. Niektórzy uważają, iż odchodzi ona sama, a jeszcze inni, że po prostu ulega znacznej deformacji i rozpada się dużo wcześniej niż ciało, choć w to akurat bym wątpił – są osobniki zaczynające pracę z ciałem dużo wcześniej, i na pewno nie omieszkały by poinformować nas, o tak niecodziennym znalezisku. Stąd eksponaty są dla nas podgatunkiem, formą niedoskonałą, stanowiącą wyłącznie rodzaj pożywienia, tak niezbędnego do reprodukcji.

Pomyślałem, że będzie lepiej jak wskoczę pod pachę i tak też uczyniłem. Znalazłem Psotnicusa pobierającego, a ponieważ towarzyszyły temu zalotne drgania i muzyka roznosząca się jak nocą po jeziorze (skąd wiedziałem, co to jezioro?) odurzony ledwo trzymałem się na kończynach. Nie mogąc dłużej wytrzymać nieznanych mi dotąd wibracji, wskoczyłem ochoczo na Psotnicusa, i poczułem, że jego tułów pokryty jest receptorami, które mają na celu zwabienie innych osobników. W sumie, nie przeszkadzało mi to wcale, a kiedy skończyliśmy kopulować Psotnicus schował swoją jaskrawoczerwoną końcówkę i udał się złożyć jajo. Poszedłem za nim spokojnie słuchając co mówi.

- To chyba samica, choć właściwie można to określić tylko po rozszerzonej miednicy; narządy rozrodcze zdążyły już rozmięknąć, zszarzeć i opaść, więc nie jestem pewien. Zresztą oni jakoś dziwnie się odtwarzają, poprzez zetknięcie dwóch zupełnie różnych płciowo osobników. I nie składają jaj. Jednym słowem - nuda. Gdyby wiedzieli, jak dokładnie zajmujemy się nimi i doprowadzamy do stanu mineralizacji, z pewnością inaczej podchodziliby do reprodukcji, być może nawet by jej zaprzestali. Choć z drugiej strony, wtedy i my, nie moglibyśmy się powielać. Poza tym często wrzucają ich tu wraz z celulozą, którą wymieniają tam, na górze na różne śmieci i odpady, które to znowu gromadzą z dziką namiętnością. Porozumiewają się gestem, głosem oraz mimicznie, ale rzadko kiedy sensownie.

Psotnicus złożył jajo na pleśni, otoczył je brunatną wydzieliną utoczoną z fragmentu odwłoka oraz miękkiej masy, po czym zabrał mnie wprost do mózgu.

Był szary i miękki jak cała reszta, i nie wyglądał jakoś szczególnie interesująco, ale Psotnicus zasugerował pobranie szyszynki, która w warunkach powierzchniowych zajmuje się produkcją snu. Była dość niewielka i niesamowicie smaczna. Zmęczony konsumpcją ułożyłem się wygodnie na zwoju kory czuciowej i głęboko zasnąłem. Zdawało mi się, że osiągnąłem stan równowagi termicznej z otoczeniem, że wyszedłem z siebie, i znalazłem się w uchu osobnika poruszającego się na dwóch kończynach, z którym to udałem się na górę, choć po przebudzeniu dowiedziałem się, że to wyłącznie Urojenie Capgrasa2, które zdarza się dość często, po spożyciu szyszynki osobnika mocno otłuszczonego. Nade mną stał Nercus, starając się wytłumaczyć mi, jak bardzo jest głodny, i że czas najwyższy, abym podał mu kilka kropel energii. Psotnicusa nie było w pobliżu.

Całkowicie już obudzony, usiadłem i spojrzałem na siebie. Mój pancerz nabrał w końcu właściwej twardości, potrafiłem też już swobodnie komunikować, ale właściwie nie odczuwałem takiej potrzeby. Wszystko wokół było konkretne, logicznie poukładane i proste, no może oprócz tego osobnika, który zaskoczył mnie swoim chaotycznym wyglądem i poraził brakiem tępego zdecydowania w kwestii co dalej. Dalej bowiem nie ma nic, to znaczy dalej czeka kolejny eksponat, a potem kolejny….


Przypisy:
1 Sydrom Cotarda – przekonanie, że się nie żyje.
2 Urojenie Capgrasa – przekonanie, że zostało się zamienionym na obcego




Data: 18-03-2012 o godz. 10:24:47 (Odsłony: 365)
(Czytaj więcej... | 16413 bajtów więcej | 4 liczba komentarzy: | Ocena czytelników: 0)

Esej: Niematematycznośc Przyrody *
Esej
Autor: bulec

Początki matematyki pokrywają się na pewno z początkami umysłu człowieka. Tak jak początki języka. W najstarszych tekstach pisanych odnajdujemy problemy matematyczne, dotyczące liczby uciętych wrogom głów, upływającego czasu, wieku ludzi i zwierząt, ilości zębów, które jeszcze pozostały piszącemu. Liczebniki otaczały i otaczają nas wszędzie. Gdzie nie spojrzymy, natykamy się na liczby naturalne. Mamy dwoje oczu, jedną głowę, cztery kończyny, dziesięć palców u dłoni, trzy dni do weekendu, osiem kluczy od różnych zamków, cztery tysiące złotych pensji, dwieście trzydzieści woltów w gniazdku elektrycznym ( większość z nas w ogóle nie wie, co to znaczy). Pojęcie liczby wydaje się wpisane w ludzkie poznanie, nasz umysł obserwując świat nieustannie liczy. Świadomie i podświadomie wciąż dodajemy, odejmujemy, mnożymy i dzielimy. Dzielimy dzień na godziny, odejmujemy pieniądze na karcie kredytowej, dodajemy dwa do dwóch i wyciągamy wnioski. Nieustannie opisujemy lub próbujemy opisywać rzeczywistość przy pomocy matematyki. Udaje się to nam, tak jak udaje się opisać przyrodę językiem polskim czy angielskim. Nie ma w tym nic dziwnego. Matematyka jest pewnym systemem pojęć, swojego rodzaju językiem, z gramatyką w postaci wzorów i wykresów. Opisywanie przyrody językiem matematyki nie różni się od tworzenia jej obrazu przy pomocy pojęć literackich czy malowania obrazów. Odkrywanie zależności liczbowych w świecie przypomina znajdowanie analogii w opisie werbalnym, porównań, onomatopei, hiperboli poetyckich. Gdy decydujemy się na pewną konwencję opisu wrażeń poznawczych, siłą rzeczy owa konwencja zawiera pewną strukturę wewnętrzną. Odkrywanie struktury matematyki, niewątpliwie bardzo bogatej i rozległej oraz skomplikowanej, nie jest niczym innym niż odkrycie, że gdy do słowa kup (czasownik) dopiszemy literę A (na końcu) otrzymamy pewien nieapetyczny rzeczownik, chociaż kupujemy często apetyczne rzeczy. Ta zadziwiająca zależność lingwistyczna jest tajemnicą porównywalną z istnieniem liczb pierwszych w matematyce. Pytanie o największą liczbę pierwszą można porównać do poszukiwań najdłuższego zdania oznajmującego w języku rosyjskim.

Matematyka jest równoległym do języka potocznego sposobem opisu rzeczywistości. Niewątpliwie, jest to sposób opisu ściślejszy, bardziej precyzyjny, sformalizowany, pozostawiający mniej miejsca na dowolność, można powiedzieć elitarny. Ale w swej istocie nieróżniący się wiele od werbalnego opisu np. w języku polskim. Tyle tylko, że słowami są tu liczby a literami cyfry. Wzory to zdania. Matematyka posiada swoistą gramatykę, opartą na znakach plus, minus itd. Stosujemy ją, na co dzień, bez zastanowienia, nieustannie.

Świat nie jest matematyczny. Wystarczy zastanowić się nad prostym faktem - procesem klasyfikacji. Podstawą, bowiem naszego postrzegania świata jest klasyfikacja. Postrzegamy i porządkujemy te spostrzeżenia, taka nasza natura. Wchodzimy na przykład do sklepu, dajmy na to z warzywami i patrzymy na marchewki. Leżą sobie na półce, są czerwone i mają zielone natki. Kosztują 5 złotych za kilogram, bo to ładne i dorodne marchewki, a nie jakieś hiszpańskie zdechlaki. Koniec cech wspólnych. Nie ma ich więcej. Być może urosły na jednym polu i przywiózł je jeden i ten sam ogrodnik, ale tego raczej nie wiemy. Policzmy cechy, jakie odróżniają od siebie leżące na półce czerwone podłużne kształty. Każda z marchewek ma inny skład chemiczny, inną ilość atomów, inną ilość czarnych kreseczek na skórkach, inną grubość owej skórki we wszystkich miejscach, waży mniej lub więcej niż sąsiadka, leżą w innych miejscach, posiadają inną długość natki, różne kształty liści owej natki, inną krzywiznę czubka, inną twardość owego czubka, zresztą inną twardość całej reszty też. Dwie marchewki leżące obok siebie na półce różnią się od siebie na milion sposobów, a może i na miliard. Mają zaledwie kilka cech wspólnych, ale to właśnie te cechy są podstawą naszej klasyfikacji - dla człowieka są marchewkami. Tymczasem stanowią zupełnie różne byty, absolutnie różne przedmioty. Ale nie mówcie tego sprzedawcy. Prawdopodobnie wyrzuci was ze sklepu.

To samo dotyczy reszty naszego poznania. Umysł ludzki koncentruje się na podobieństwach, nie na różnicach. Jest to zawarte w samym sposobie ludzkiego postrzegania, w odbiorze wrażeń, których dostarczają nam zmysły. Być może to było konieczne, abyśmy przetrwali, jako gatunek. Nasz umysł musiał w ten prymitywny, ale zadziwiająco skuteczny sposób, układać swoje spostrzeżenia. Musieliśmy porządkować sygnały ostrzegawcze - to jest tygrys, żółte paski, wielka szczęka, koci chód. Wniosek - Uciekać! Nie zwracaliśmy uwagi na ilość pasków, nie liczyliśmy zębów w szczęce, nie mierzyliśmy długości ogona. Nie pytaliśmy współplemieńca - Słuchaj, wygląda podobnie do tego zwierzęcia, które wczoraj zjadło naszego kolegę, ale czy to na pewno niebezpieczny zwierz? No, bo wiesz, wydaje mi się, że odcień żółci na jego ogonie jest nieco ciemniejszy...

Wszyscy ci, którzy myśleli w sposób podobny i zastanawiali się nad różnicami zamiast uciekać, zostali szybko pożarci przez różne zębate bestie. Wyginęli w sposób naturalny, ewolucyjny. Dokładnie tak samo jak ci, którzy myśleli, czy aby na pewno zwierzę podobne do tego, które zabili i zjedli wczoraj, jest równie jadalne i smaczne. Ma wszak dłuższe kły za to krótszą trąbę a i kępka sierści na czubku jest jakby wyższa. Ci z kolei umarli z głodu. Pewna część skrajnych poszukiwaczy podobieństw także zginęła usiłując zapolować na tygrysa dokładnie tak samo jak polowali na mamuta (oba zwierzęta miały wszak cztery nogi i jedną głowę). Pozostały jedynie jednostki ludzkie stosujące klasyfikację w sposób rozsądny. Ewolucja naturalna, Darwin o tym pisał.

Postrzeganie podobieństw było zawsze podstawą nauki przetrwania. Widać to na szeregu przykładów zachowań nie tylko ludzi, ale wszelkiego rodzaju innych żyjących bytów. Każde ze zwierząt musi nauczyć się zdobywać pożywienie, unikać niebezpieczeństw, dbać o kryjówkę na wypadek niekorzystnej pogody itp. Inaczej zginie. Klasyfikacja nauką życia. Musieliśmy klasyfikować, aby przetrwać. I wciąż musimy. Czerwone światło na przejściu dla pieszych oznacza zawsze to samo, niezależnie od miejsca, w którym stoi, wysokości słupka czy aktualnej pogody. Ci, co mogliby się zastanawiać nad poprawnością poprzedniego zdania nie dożyli pojawienia się świateł ulicznych. Ulegli selekcji naturalnej w czasach mamutów i szablozębych tygrysów. Czyli dosyć dawno temu.

Aby przetrwać ludzie musieli poznawać świat. Sposób, w jaki sposób go poznawali, determinowała ewolucja. I z takim sposobem poznawania zastał nas rozwój fizyki i matematyki.

Nasze poznanie jest lingwistyczne. Nazywamy różne postrzegane rzeczy, klasyfikując je według podobieństw, zwracając również uwagę na różnice. Mówimy - to jest jabłko i to jest jabłko, - chociaż dwa przedmioty nazywane przez nas jabłkami różnią się milion razy bardziej od siebie niż są do siebie podobne. Słowa służą nam do komunikacji społecznej, pomagają uzgodnić wspólne działanie, wzmacniają siłę grupy, pozycję gatunku.

To nasze poznanie jest matematyczne. Nasze wrażenia i struktura pamięci zawiera w sobie strukturę matematyki. To nasz mózg działa matematycznie, bo inaczej nie potrafi. Szukamy prawidłowości w działaniu świata. U podstaw tego działania leży powzięte z doświadczenia prymitywne przekonanie, że nasze otoczenie jest swego rodzaju katarynką. Jeżeli pokręcimy korbę zawsze z tą samą prędkością i w tę samą stronę, melodia, która wydobędzie się z wnętrza instrumentu będzie nam dobrze znana i również zawsze ta sama. Nasze poczucie bezpieczeństwa wzmaga się, gdy wydaje nam się, że rozumiemy jak działa świat, jak przebiega konkretny proces i dlaczego przebiega dokładnie tak jak przebiega. Chcemy poznawać reguły, jakie rządzą rzeczywistością, chcemy, aby działał on według właśnie tych reguł, chcemy, aby one istniały. Szukamy ich wszędzie, z lepszym lub gorszym skutkiem. Nasz umysł jest nastawiony na odnajdywanie prawidłowości w tym, co widzimy. Znajomość owych zależności przyczynowo-skutkowych czyni nas odporniejszymi, silniejszymi, zwiększa nasze zdolności przeżycia. Ponieważ tak jest w istocie świadczy to pośrednio o tym, że istotnie świat ma coś wspólnego z katarynką.

Istotą naszych doświadczeń jest prawdopodobieństwo i uśrednianie. Łatwo jest to zobrazować na następującym przykładzie. Na ulicy stoi automat. Po naciśnięciu guzika wewnątrz automatu, za szklaną szybką tak, aby naciskający mógł wszystko zobaczyć, podskakuje moneta. Jak wypadnie reszka - automat nie wypłaca nic. Gdy moneta upadnie orłem do góry, automat wypłaca jedną złotówkę. Fizycy badający świat, starający się zbadać jak działa automat, po dokonaniu wielu pomiarów, stworzyłby wzór, określający sumę wypłacanych pieniędzy w zależności od ilości naciśnięć guzika. Zależność wyglądałaby mniej więcej tak:

Wypłacona suma = ilość naciśnięć * 0,49995 PLN +/- 0,0034 PLN

Przyjrzyjmy się temu wzorowi. Jasne jest, że automat podrzuca monetą w miarę losowo, dlatego orzeł i reszka wypadają mniej więcej z tą samą częstotliwością. W trakcie pomiaru, fizyk naciska guzik powiedzmy tysiąc razy. Notuje ilość wypłaconych przez automat pieniędzy, która oscyluje w okolicy 500 PLN. Następnie powtarza doświadczenie, naciskając guzik kolejne tysiąc razy. Fizyk nigdy nie wie, jak upadnie moneta. Nie jest w stanie przewidzieć chwilowej przerwy w działaniu automatu lub tego, że mechanizm wypłacający pieniądze zatnie się nagle lub wypłaci dwie monety złotówkowe naraz. Nie wie, kiedy w automacie nagle zabraknie prądu (zakładamy, że automat jest elektryczny) lub automat zepsuje się na amen i żadne naciskanie guzika nic nie da. W dodatku wynik, jaki otrzymał poświęcając mnóstwo czasu na badania jest po prostu do niczego. Zwróćcie uwagę, że nigdy, ale to naprawdę NIGDY, automat nie wypłaci nam 0,49995 PLN, gdy naciśniemy guzik. I nie chodzi nawet o to, że nie ma takiej monety. Po prostu automat wypłaca złotówkę albo nie wypłaca nic (chyba, że coś się popsuje i automat wysypie na tacę całą kasę, którą ma w środku). Fizyk nic nie wie, o tym jak działa automat, jak przesuwają się trybiki w środku, różne tajemnicze klapki i przepusty. Nie ma pojęcia o grawitacji, regułach rządzących ruchem monety, teorii prawdopodobieństwa. Ma tylko w ręku sporo pieniędzy i wzór, który daje znakomity wynik w przypadku dużych serii prób z automatem, lecz nic ponad to. Tak mniej więcej wygląda współczesna fizyka. Zwłaszcza mechanika kwantowa, która nie umie przewidzieć wyniku pojedynczego pomiaru ale świetnie daje sobie radę ze średnim wynikiem dla miliona pomiarów. Obwołana najdokładniejszą ze znanych teorii, w swej istocie jest teorią prawdopodobieństwa, skuteczną dla długich serii pomiarów, najlepiej nieskończenie długich. Oczywiście, ma podstawy teoretyczne, mocne i jasno określone, mniej więcej tak jak teoria automatu ze złotówką w środku. W naszym przypadku generalnym założeniem dla wyniku naciśnięcia guzika w automacie jest to, że z równym prawdopodobieństwem wypada orzeł i reszka. W przypadku mechaniki kwantowej założenia są nieco bardziej skomplikowane. Oczywiście wzór, który uzyskał fizyk, jest użyteczny. Może posłużyć na przykład do wypłacania pensji w zakładzie pracy. Każdy pracownik otrzymywałby na koniec miesiąca prawo naciśnięcia guzika powiedzmy 3000 razy i w ten sposób przekroczono by średnią krajową pensję. Brawo!

Stając przed automatem pracownicy mogliby sami sobie precyzyjnie wypłacać pieniądze. Wzór jest użyteczny, przydaje się, działa! Pracodawca jest zadowolony, fizyk dumny z siebie. Słusznie?

Inny przykład. Inny fizyk (lub może ten sam) postanowił zważyć kartofel. Aby zrobić to dokładnie, zważył kartofel, powiedzmy sto razy. Otrzymał wynik 400, 0567 grama, bo był to całkiem spory kartofel. Oczywiście nie za każdym razem wynik ważenia był taki sam. Dlatego błąd pomiaru obliczył na 0.058 grama. Zastanówmy się, co właściwie obliczył.

Po pierwsze, kartofel ważył nie zawsze tak samo, gdyż siła, z jaką przyciągała go Ziemia nie była zawsze taka sama. Wewnątrz Ziemi obraca się stalowe, bardzo ciężkie płynne jądro, więc jego, nieustannie zmieniające się położenie wpływa na wynik pomiaru. Po drugie Ziemia krąży wokół Słońca, więc ciężar kartofla będzie różnił się w zależności od pory dnia. W południe był najmniejszy, gdyż Słońce przyciągało kartofel do siebie niwelując nieznacznie siłę ziemskiego ciążenia, w nocy, gdy Słońce znajdowało się po drugiej stronie planety, jego grawitacja wspomagała ziemskie przyciąganie. A co z Księżycem? Co z niejednorodnością skorupy ziemskiej, z Jowiszem, Marsem, Wenus? Co z resztą ciał niebieskich?

Oczywiście, ich wpływ na wynik pomiaru jest tak mały, że właściwie nie do wychwycenia nawet najczulszą wagą. Jak mówią to fizycy - ZANIEDBYWALNY. Ale nie chodzi nam o dokładność pomiarów tylko o tzw. matematyczność przyrody. Matematyka jest pozbawiona probabilistyki. Dwa razy dwa daje cztery, zawsze, niezależnie od szerokości geograficznej i pory roku. Wynik działania nie jest obarczony błędem, dwa i dwa to zawsze cztery a nie 4+-0.005. To samo dotyczy innych działań, wierzcie mi na słowo, nie sprawdzajcie. Tymczasem przyroda nie oferuje nam wartości dokładnych, ba, nie zawsze oferuje nam jakiekolwiek wartości. Fizyk badający ciężar kartofla nie jest w stanie wziąć pod uwagę wszystkich parametrów wpływających na wartość pomiaru. Bo nawet, jeżeli wpływ planet, jądra Ziemi i naszej gwiazdy da się pominąć, co zrobić z głodnym słoniem, który ukradł fizykowi kartofel w chwili, gdy ten próbował zmierzyć ciężar warzywa na równiku? Jak zaklasyfikować ten przypadek? Waga kartofla równała się zero? Czy też należałoby zważyć kartofel razem ze słoniem? No i jak tu uwzględnić w obliczeniach małego chłopca, który ukradł fizykowi wagę?

Nie są to pomijalne problemy. To my, ludzie, stawiamy je poza doświadczeniem, uznajemy, że zakłócają one sam proces pomiaru i wykluczamy je z poznania. Niesłusznie. Przyroda, świat wokół nas, jest taki, jaki jest i kropka. Nie potrafimy uwzględnić wszystkich czynników wpływających na pomiar, nie potrafimy przewidzieć dokładnie wyników pomiaru, nawet nie potrafimy podać tego wyniku nie posiłkując się teorią błędów pomiarowych. Jedyne, co umiemy, to podać prawdopodobny, średni, obarczony błędem wynik i modlić się, aby wszystko się udało. Aby nie napadł na nas głodny słoń, złodziej nie ukradł przyrządu, nie zgasło światło i nie walnął w nas meteoryt.

Aby nie było wątpliwości - to wystarcza. Świat działa, a my z grubsza wiemy jak. Nie - dlaczego, ale właśnie jak. Że jak naciśniemy guzik automatu tysiąc razy dostaniemy mniej więcej 500 PLN. Jak wszystko pójdzie dobrze. Samochody jeżdżą spalając benzynę przetwarzaną w rafineriach. Kręcą tłokami, wałami korbowymi, kołami. Komputery wyświetlają na ekranach LCD zawiłe obrazy, liczą to, co chcemy, odtwarzają muzykę. Aparaty cyfrowe robią zdjęcia, telefony przekazują głos, kina wyświetlają filmy, leki pomagają nam zwalczyć choroby, sondy lądują na Marsie. Technika, oparta na tysiącach wynalazków ułatwia nam życie, funkcjonuje. Z grubsza. Ale nie ma to nic wspólnego z matematycznością świata. Ona nie istnieje. Naprawdę.

Jeden z fizyków, po przeczytaniu tego artykułu odpisał mi, że liczy się skuteczność, że przyroda musi być matematyczna, bo nasza cywilizacja, opierając się na matematyce osiągnęła już tak wiele. Więc nie powinienem przynudzać, tylko się przekonać. Nie zajmując się tym "wiele", które podobno osiągnął człowiek, bo "wiele" jest słabo precyzyjnym pojęciem, zupełnie nie matematycznym, chciałbym tylko powiedzieć, że człowiek nauczył się rzucać kamieniem o wiele ( znowu to "wiele", trudno uciec od tego rodzaju sformułowań) - o wiele wcześniej, niż Arystoteles podjął pierwsze, jakże nieudane próby opisania ruchu rzuconego kamienia. Dopiero Newton spojrzał na problem matematycznie, jakieś dwa do trzech milionów lat później, niż odbył się pierwszy celny rzut skałą w łeb mamuta zapewne. Epokę kamienia rzuconego dzieliło od opisania toru lotu owego kamienia ( aż się chce napisać " bardzo wiele") dużo czasu. Można się nawet pokusić o stwierdzenie, że opis nie pomógł nam wcale w celnym rzucaniu kamieniem, tak jak nie pomógł w miotaniu głazów przez średniowieczne katapulty ani nie wzmógł celności indiańskich łuków. To raczej doświadczenia z rzutami, między innymi jabłkiem, pomogły Newtonowi w wynalezieniu grawitacji. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to raczej matematyka jest przyrodnicza, a nie odwrotnie.



Na szczęście nie jestem jedynym mądrym. Tak jak już wiecie - Albert Einstein powiedział kiedyś - "Niech żaden z odkrywców nie myśli, że jego teoria jest teorią ostateczną". Całe pokolenia fizyków i matematyków podróżują po drodze nauki, starając się przybliżyć sobie i nam obraz i zasady wszechświata. I nie ważny jest tu kres tej podróży. Ważna jest sama droga.


Data: 18-02-2012 o godz. 11:10:09 (Odsłony: 552)
(Czytaj więcej... | 27 liczba komentarzy: | Ocena czytelników: 0)

Esej: CIEMNA STRONA WSZECHŚWIATA /esej/ **+
Esej
Autor: tsole


Słowo wstępne


Ciemna materia i ciemna energia stanowią dziś modny temat dociekań znacznie wykraczających poza rubieże astrofizyki i kosmologii. Ich temperaturę podniósł werdykt przyznający ubiegłoroczną Nagrodę Nobla w dziedzinie fizyki trzem astrofizykom: S. Perlmutterowi i A. Riess'owi oraz B. Schmidt'owi za odkrycie faktu przyspieszania ekspansji Wszechświata mające kluczowe znaczenie w potwierdzeniu hipotezy o istnieniu ciemnej energii.
Stąd też obserwujemy zalew bardziej lub mniej profesjonalnych artykułów drążących ten temat, które można znaleźć w mediach, zwłaszcza w necie.
Niniejszy esej stanowi próbę popularnonaukowej syntezy historii i dzisiejszego stanu badań nad ciemną materią i ciemną energią. Jeśli nie liczyć końcowej, odautorskiej refleksji, jest to kompilacja powszechnie dostępnej wiedzy na ten temat. Mam świadomość, że niekompletna, ale też żywię nadzieję, iż zawierająca najistotniejsze jego elementy. Jest to też w pewnym sensie kontynuacja refleksji nad współczesną fizyką rozpoczętą w eseju
FIZYKA: ZMIERZCH CZY RENESANS? (zob. http://www.portalliteracki.pl/artykul,41525.html) opublikowany później (po bezcennych uwagach wniesionych przez liczne grono komentujących) w kwartalniku Czas Fantastyki nr 4/2010 pod tytułem DWIE WIEŻE NA ZGLISZCZACH. Pierwszą inspirację do zmierzenia się z tym tematem dał mi wówczas arf_il, słusznie zauważając, że został on w tamtym tekście zupełnie pominięty. Ale co się odwlecze to nie uciecze.
Artykuł jest ilustrowany; ze względu na ograniczone możliwości edytora portalu ilustracje można znaleźć pod wskazanymi adresami. Zapraszam do lektury i pomstowania na autora :)!

CIEMNOŚĆ… WIDZĘ CIEMNOŚĆ!


Te pierwsze po wybudzeniu z hibernacji słowa Maksa, bohatera filmu Seksmisja (http://www.imagic.pl/files//19900/rysunki/ciemno%B6%E6.jpg), weszły na stałe do klasyki kultowych cytatów. W czasach powstania tego filmu nie dotarła jeszcze do powszechnej świadomości myśl, że ciemność jest dominującym bytem we Wszechświecie, jakkolwiek zrodziła się ona już w umysłach naukowców (ściślej – przyrodników) ów Wszechświat badających.
W latach 70. ubiegłego wieku, gdym studiował astronomię, najbardziej ekscytujące „w branży” pytanie dotyczyło gęstości Wszechświata[1]. Wedle obowiązujących podówczas, opartych na koncepcji Wielkiego Wybuchu (Big Bang), modeli kosmologicznych los rozszerzającego się Wszechświata zależał od tej gęstości właśnie. Jeśli byłaby ona większa od pewnej krytycznej wartości, Wszechświat wyhamowałby swoją ekspansję i wszedł w fazę kontrakcji, czyli kurczenia się. W przeciwnym wypadku rozszerzałby się w nieskończoność, kończąc swój żywot tzw. śmiercią cieplną, czyli całkowitym wystudzeniem - dziś nazywa się to Wielkim Chłodem (Big Freeze).
Nic więc dziwnego, że astronomowie jęli z zacięciem buchalterów zliczać wszelką występującą we Wszechświecie materię. Mimo że po dokonaniu takiej megakosmicznej inwentaryzacji okazało się, iż tej materii jest stukrotnie za mało, aby można było przyjąć opcję kontrakcji, powszechnie wierzono, że jest ona bardziej prawdopodobna (czyżby podświadomy wpływ koncepcji końca świata spotykanych wszak we wielu religiach?)
W pewnym sensie intuicja ta się sprawdziła: według dzisiejszych danych[2] Wszechświat składa się w 73% z ciemnej energii i 23% z ciemnej materii, podczas gdy znana nam materia stanowi jedynie niespełna 4% jego masy; tylko 0,5% (sic!) przypada na materię świecącą, reszta to międzygalaktyczny gaz. (http://www.imagic.pl/files//19900/rysunki/diagram.jpg)No i jak tu nie krzyknąć „widzę ciemność”?
Ale wróćmy do początków. Do momentu, w którym miłościwie nam panującą jasność przykryła

CIEMNA MATERIA
Jej kariera rozpoczęła się w 1933 r., kiedy to astrofizyk Fritz Zwicky, badając prędkości poruszania się galaktyk w gromadzie Coma w konstelacji Warkocza Bereniki odkrył, iż galaktyki obracają się tak szybko, że już dawno powinny się urwać z uwięzi grawitacji, a cała gromada rozlecieć jak zerwane z łańcucha siodełka karuzeli. Chyba że ich masy - a zatem także wiążące je siły grawitacji - są dużo większe, niż można wnioskować z tego, co widać w teleskopach.
Przez teleskopy widać tylko materię świecącą. Tę hipotetyczną, dodatkową masę w galaktykach, która nie była widoczna, nazwano ciemną materią. Lecz hipoteza nie była traktowana poważnie, pełniąc rolę astronomicznej ciekawostki.
Temat wrócił w drugiej połowie XX wieku za sprawą „królowej” astrofizyki amerykańskiej Very Rubin, która obserwując gwiazdy w Mgławicy Andromedy odkryła, że prędkość gwiazd bliższych i dalszych względem centrum jest taka sama, podczas gdy należało spodziewać się, że te bardziej oddalone od środka galaktyki poruszają się wolniej, niż te bliższe. Wszystko wskazywało na to, że na ruch gwiazd ma wpływ jakiś masywny, acz niewidzialny obłok, w którym galaktyki są zanurzone – galaktyczne halo ciemnej materii.
Można by więc rzec, że twierdzenie o istnieniu ciemnej materii ma charakter poszlakowy. Osłabia to jego wiarygodność, lecz podobne przypadki w historii nauk ścisłych miały już miejsce – choćby casus odkrycia planety Neptun, którego podstawą był jej grawitacyjny wpływ na ruch Urana.
Obecnie w większości modeli ewolucji Wszechświata ciemna materia odgrywa kluczową rolę - to ona miała najpierw tworzyć potężne włókna i grona, które ułatwiły świecącej materii sformowanie galaktyk i gromad. Kusi wyobraźnię wizja Wszechświata na wzór świątecznie przyozdobionych ulic: świecące galaktyki niczym żarówki rozwieszone na niewidocznych strukturach ciemnej materii.
Nauki ścisłe kierują się jednak niewzruszonymi rygorami: koncepcje nie podparte empirycznym (obserwacyjnym) potwierdzeniem nie mają tu prawa bytu w postaci innej niż hipoteza. Ale jak zaobserwować coś, czego nie widać? Już tam uczeni mają swoje sposoby! Wszak ciemna materia musi jakoś wchodzić w interakcje zarówno sama z sobą jak też ze „zwykłą” materią, a konsekwencje tych interakcji mogą być obserwowalne.
Poszukiwania ciemnej materii idą w dwóch kierunkach. Pierwszy zakłada, że jest to zwykła materia barionowa (czyli złożona z poczciwych protonów i neutronów) występująca w masywnych, lecz nieświecących ciałach. Takie ciała nazywają się MACHO. Drugi - że ciemną materię stanowią nieznane cząstki elementarne zwane WIMP-ami.

MACHO – czyli krzepki facet
Nie bez kozery, bo skrót ten oznacza ciała bardzo masywne (Massive Compact Halo Objects). Są one wykrywane w obserwacjach na podstawie ich oddziaływania z czasoprzestrzenią (efekt tzw. mikrosoczewkowania grawitacyjnego). (http://www.imagic.pl/files//19900/rysunki/mikrosoczewkowanie.jpg) Do tej grupy zalicza się brązowe karły, czyli obiekty protogwiazdowe („poronione” gwiazdy), których masa była za mała by doszło do „zapłonu” termojądrowego, komety, planetoidy, pył międzygwiazdowy i międzygalaktyczny, a także gwiazdy neutronowe, czarne dziury, białe i czarne karły.
MACHO nie mogą jednak stanowić całej ciemnej materii, bo prowadziłoby to do zmiany tempa starzenia się gwiazd, co nakazywałoby zrewidować nasze poglądy odnośnie wieku Wszechświata. Dlatego pojawił się drugi kandydat:

WIMP – czyli słabeusz
WIMP to także celny skrót: Weakly Interacting Massive Particles) (słabo oddziaływujące masywne cząstki). Są to hipotetyczne cząstki elementarne, które nie wchodzą w skład znanej nam materii. Każda galaktyka zanurzona byłaby w wielkim obłoku takich cząstek. Niewiele o nich wiadomo poza tym, że jak wskazuje ich nazwa, słabo oddziaływują ze znaną materią (co jest oczywiste, bo gdyby silnie oddziaływały, już dawno zostałyby odkryte).
Niedawno wydawało się, że ten rodzaj ciemnej materii stanowią neutrina - bardzo słabo oddziaływujące cząstki, których miliony w każdej sekundzie przeszywają bez żadnego śladu każdy centymetr kwadratowy naszego ciała, więcej – przenikają one przez całą kulę ziemską równie łatwo jak fotony przez czystą szybę.
Neutrino wymyślił słynny fizyk Wolfgang Pauli, chcąc ratować prawo zachowania energii w rozpadzie promieniotwórczym beta. Cząstka ta miała zabierać część energii, której brakowało w bilansie tej reakcji jądrowej. (http://www.imagic.pl/files//19900/rysunki/Pauli.jpg)Na pytanie, czemu nikt jeszcze jej nie odkrył, Pauli odpowiadał roztropnie: bo nie ma ona ładunku elektrycznego (stąd jej nazwa) oraz bardzo słabo oddziaływuje z materią. Wygląda to na hochsztaplerkę, ale Pauli miał dobrą intuicję, choć potwierdziło się to dopiero po ponad ćwierć wieku: w 1956 r. po raz pierwszy odkryto ślad neutrina w detektorach.
Niestety neutrina nie okazały się wdzięcznymi kandydatami na ciemną materię. Owszem, słabo oddziaływują ale nie są masywne - ważą setki tysięcy razy mniej niż najlżejsze ze znanych cząstek elektrony. Do tego są diabelnie szybkie - osiągają prędkości podświetlne i nie zdradzają najmniejszych chęci do wiecowania – czyli do gromadzenia się razem w jednym miejscu. Tymczasem stwierdzono, że ciemna materia ma tendencję do skupiania się, podobnie jak zwykła materia. Wniosek prosty: jej skupiska mogą tworzyć jedynie cząstki powolne i ciężkie, czyli "zimne".
W poszukiwaniu kandydata na prawdziwego WIMP-a wiązano nadzieje z dwoma typami cząstek postulowanych przez teorię supersymetrii lub superstrun, których dotąd nie odkryto: tzw. partnerami supersymetrycznymi znanych cząstek oraz tzw. cząstkami zwierciadlanego świata. Te ostatnie miałyby oddziaływać ze zwykłą materią tylko grawitacyjnie, byłyby więc naprawdę doskonale ciemną materią[3].

WIMP upolowany?
Przyrodnicy nie ustawali w poszukiwaniach WIMP-ów. W czerwcu 2010 r. ogłoszono, że w sztolniach kopalni Soudan w stanie Minnesota fizycy w ramach eksperymentu CoGeNT (Coherent Germanium Neutrino Technology) złapali pierwsze cząstki ciemnej materii. Stało się to podczas badań nad trwałością protonów, które według obecnej wiedzy nigdy się nie rozpadają. Naukowcy używali 30 niewielkich detektorów z kryształów krzemu i germanu schłodzonych do temperatury bliskiej zera bezwzględnego. Przed naturalnym promieniowaniem ziemskich skał chroniły je osłony z ołowiu, a przed promieniami z kosmosu - blisko 800-metrowa warstwa ziemi nad stropem sztolni. Jednak taka zapora ponoć nie jest żadną przeszkodą dla WIMP-ów.
Eksperyment CoGeNT prawdopodobnie zarejestrował średnio jedną interakcję WIMPa z detektorem dziennie w trakcie 15 miesięcy z okresową zmiennością w okolicach 16 procent. Pomiary energii zgadzają się z przewidywaniami, że masa cząstek WIMP jest od 6 do 10 razy większa od masy protonu. Z grubsza pokrywa się to z wynikami włoskiego eksperymentu DAMA (DArk Master), który od 14 lat rejestruje podobne fluktuacje[4]. (http://www.imagic.pl/files//19900/rysunki/Detektor.jpg)
Warto dodać, że w tej samej kopalni przeprowadzono w 2009 r. eksperyment CDMS, w którym zaobserwowano dwa zdarzenia niedające się wyjaśnić jako oddziaływanie ze znaną materią.
Żeby nie było tak słodko: na miesiąc przed ogłoszeniem rezultatów eksperymentu CoGeNT ogłoszono negatywny wynik eksperymentu XENON100 w laboratorium Gran Sasso, gdzie użyto detektora wypełnionego ciekłym ksenonem. Także w wielu innych (choć nie tak dokładnych) eksperymentach nie wykryto niczego ciekawego[5].
Ciemną materię można też znaleźć pośrednio – np. szukając efektów jej anihilacji w postaci strumienia antycząstek. Poszukiwania takie prowadzi się nie w kopalniach, lecz przeciwnie - w górnych warstwach atmosfery lub na orbicie okołoziemskiej. W latach 2004-2011 przeprowadzono kilka takich eksperymentów: HEAT, PAMELA, ATIC, HESS, uzyskując raz pozytywne, raz negatywne rezultaty. Czyli też słodko nie jest.

Ani MACHO ani WIMP, tylko…
Wiarygodne potwierdzenie empiryczne musi cechować powtarzalność. Zatem do polowania włączyły się też inne zespoły na świecie, lecz sukcesów na razie brak. Nie dziwi więc obecność sceptyków – niektórzy z nich twierdzą wręcz, że nie ma żadnej ciemnej materii, a wszystkie obserwacje ruchu galaktyk i gwiazd będą do siebie pasować, jeśli tylko odpowiednio zmodyfikujemy prawo ciążenia.

…szczególne miejsce Ziemi?
W 2008 Timothy Clifton, Pedro G. Ferreira i Kate Land z Oksfordu zaproponowali hipotezę wyjaśniającą przyspieszanie ekspansji kosmosu oraz problem „brakującej masy” we Wszechświecie, za to kwestionująca zasadę kopernikańską będącą jednym z metodologicznych fundamentów współczesnych nauk przyrodniczych. Mówi ona, najkrócej ujmując, że położenie Ziemi we Wszechświecie nie jest w żaden sposób uprzywilejowane, co oznacza, że obserwacje prowadzone z dowolnego miejsca we Wszechświecie powinny pozwolić na dojście do takich samych wniosków, jak obserwacje prowadzone z Ziemi[6]. Tymczasem panowie ci twierdzą, że problem ciemnej materii (tudzież ciemnej energii) znika przy założeniu, że Ziemia znajduje się w szczególnym miejscu we Wszechświecie, gdzie gęstość materii jest znacznie niższa niż w pozostałych częściach kosmosu.
Nie ma jednak żadnych obserwacyjnych podstaw do takiego założenia – przeciwnie – najnowsze badania mikrofalowego promieniowania tła pochodzące zarówno z obserwacji teleskopem Hubble’a jak też satelity WMAP (Wilkinson Microwave Anisotropy Probe), zdają się potwierdzać jednorodność i izotropowość Wszechświata[7].

…odgrzana dynamika Newtona?
Izraelski fizyk Mordehaj Milerom (http://www.imagic.pl/files//19900/rysunki/mordechaj.jpg) twierdzi, że obserwowany ruch galaktyk można wyjaśnić bez odwoływania się do ciemnej materii. Zaproponował w tym celu zmodyfikowaną dynamikę newtonowską MOND (MOdified Newtonian Dynamice), która zakłada nieliniową zależność siły od przyspieszenia. MOND co prawda nie do końca rozwiązuje problem „brakującej masy” w gromadach galaktyk, ale radzi sobie z tym dobrze jej relatywistyczne rozwinięcie, jakim jest TeVeS - teoria tensorowo-wektorowo-skalarnej grawitacji, która zakłada, że oddziaływanie grawitacyjne zmienia się wraz z odległością (im większa odległość tym silniejsza grawitacja).
Wskazując na tę koncepcję polski fizyk-teoretyk, blogujący na Salonie24 pod nickiem Eine mówi, że lekceważy hipotezę istnienia we Wszechświecie tzw. ciemnej materii dlatego, że nie ma ona nawet cienia bezpośredniego, choćby jednego dowodu empiryczno-obserwacyjnego, a dowody pośrednie są tak kulawe, naciągane, i w każdej chwili mogą być wymienione na inne, że ta obfita pisanina na ten temat niczym się nie różni od tandetnej science fiction[8].

No właśnie, co na to Empiria?
Owszem, tandety i banałów w twórczości naukowców nie brak, ale przecież w naukach przyrodniczych fałszywe hipotezy powinna wykosić Empiria. Tymczasem ona też nie jest jednoznaczna.
Wykorzystując dane o ponad 70 000 jasnych, odległych i czerwonych galaktykach zebrane w ramach cyfrowego przeglądu nieba zespół profesora fizyki i astronomii UC Berkeley, Urosa Seljaka, wykazał, że TeVeS gorzej pasuje do rezultatów analiz niż ogólna teoria względności. Jednym z głównych wniosków tych badań jest potwierdzenie, iż istnienie ciemnej materii to wciąż najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie obserwowanych ruchów galaktyk i ich gromad[9].
Z kolei w 2011 r. teoria Mordehaja Milgroma została pozytywnie zweryfikowana empirycznie przez Stacy McGaugha z Univeristy of Maryland. Wraz ze swym zespołem przebadał on 47 galaktyk gazowych (zasadniczą masę stanowią w nich nie gwiazdy lecz wodorowa materia pyłowa) wykazując, że ciemna materia nie jest potrzebna do wyjaśnienia ich ruchu[10].
Obserwując ten dramat poznania zagadki Wszechświata możemy popaść we frustrację – no bo komu tu wierzyć? Lecz frustracja dotyka także samych aktorów owego dramatu. Mark Walker z Harvard-Smithsonian Center for Astrophysics, który wraz z Jorge Pe?arrubia z Uniwersytetu w Cambridge zmierzył położenie, prędkość i skład 1500-2500 gwiazd w galaktykach Karzeł Pieca i Karzeł Rzeźbiarza powiedział: Po zakończeniu naszych badań wiemy o ciemnej materii mniej niż przedtem[11]. (http://www.imagic.pl/files//19900/rysunki/karzelpieca.jpg)
A przecież to jeszcze nie koniec zagadek! Oto na deskach teatru pojawia się

CIEMNA ENERGIA

W opowiadaniu Arka Noego[12] sugerowałem, że Wszechświat z niewiadomego powodu przeszedł gwałtownie w fazę kontrakcji. Tymczasem wszystkie obecne pomiary stwierdzają, że Wszechświat nie kurczy się tylko rozszerza coraz szybciej - ale też z niewiadomego powodu – więc częściowo trafiłem!
Fantasta owszem, ale przyrodnik nie może sobie pozwolić na „niewiadome powody”. Dlatego musi znaleźć winowajcę odpowiedzialnego za niezgodną z rozkładem jazdy (czyli obowiązującymi teoriami) ekspansję Wszechświata. A jeśli winowajcy nie widać, trzeba go wymyślić! W ten sposób powstała hipoteza ciemnej energii, która miałaby wywoływać ujemne ciśnienie, czyli grawitację odpychającą (jeśli ktoś nie umie sobie wyobrazić ujemnego ciśnienia, radzę pobawić się gumką od majtek).
Zobaczmy najpierw jak funkcjonuje gwiazda znajdująca się w stanie równowagi (trwającym przez ładnych kilka miliardów lat!). Stan ten to efekt równoważenia się dwóch sił: grawitacyjnej, ściągającej masę gwiazdy ku środkowi i odśrodkowego ciśnienia promieniowania powstającego w wyniku reakcji termonuklearnej w jądrze gwiazdy (synteza wodoru w hel). Gdyby nie było pierwszej z tych sił, gwiazda eksplodowałaby, gdyby nie było drugiej – zapadłaby się.
Podobnie może funkcjonować Wszechświat jako całość. Impet materii będący konsekwencją Wielkiego Wybuchu jest hamowany przez siły grawitacyjne, które ściągają materię do środka natomiast ciemna energia, wywierając odśrodkowe (odpychające) ciśnienie rekompensuje te siły z nadwyżką, powodując w efekcie przyspieszenie rozszerzania się Wszechświata.

Wszystkiemu winni nobliści!
Skąd jednak wiemy, że Wszechświat przyspieszył ekspansję? Przez tych wścibskich astronomów, którzy go podglądają czym i kiedy się da.
Pod koniec lat 90. XX w. na podstawie obserwacji odległych supernowych typu Ia Saul Perlmutter wraz z Brianem P. Schmidtem z Australii i, niezależnie od nich, Adam G. Riess z USA wykazali, że we Wszechświecie działa siła odpychająca, która przeciwstawia się przyciągającej sile grawitacji. To właśnie ona powoduje, że Wszechświat rozszerza się coraz szybciej.
Ze zjawiskiem tym kosmologowie spotkali się już wcześniej – zaproponowana przez A. Gutha hipoteza inflacji kosmologicznej[13] to nic innego jak gwałtowne przyspieszenie ekspansji Wszechświata, która nastąpiła tuż po jego narodzinach. Potem tempo ekspansji miałoby się znacznie zmniejszyć. Stąd wyniki tych obserwacji sugerujące przyspieszenie ekspansji Wszechświata stanowiły całkowite zaskoczenie dla kosmologów, którzy skłaniali się do poglądu, że Wszechświat albo wyhamuje ekspansję i przejdzie w fazę kontrakcji albo uzyska stan równowagi i będzie rozszerzał się w sposób jednostajny. Takie zaskoczenie jest zwykle bodźcem do zintensyfikowania badań mających zweryfikować nieprzystające do teorii wyniki.
W 2002 r. na Kosmicznym Teleskopie Hubble'a zamontowano nowy instrument, który był „wytresowany” do polowania na supernowe. Zespół pod kierunkiem Adama G. Riessa wykrył za jego pomocą sześć supernowych, które wybuchły ponad 7 mld lat temu, czyli mniej więcej w połowie wieku Wszechświata. Badania potwierdziły zwolnienie ekspansji młodego Wszechświata, a następnie przejście w fazę przyśpieszania, co miało miejsce około 5 mld lat temu[14].
To kosmiczne przyspieszenie było wielką niespodzianką, a jego natura pozostaje jedną z największych zagadek współczesnej nauki. Nie dziwi więc przyznanie jego odkrywcom: Saulowi Perlmutterowi, Brianowi Schmidtowi i Adamowi Riesse nagrody Nobla w dziedzinie fizyki za 2011 r. (http://www.imagic.pl/files//19900/rysunki/noblisci1.jpg)

Objaśnić ciemną energię
Klocki ułożyły się w logicznie nieskazitelną całość, ale pytanie o naturę tajemnicę ciemnej energii pozostało. Czym jest? Czy jej zapostulowanie nie jest powrotem do koncepcji kosmicznego eteru? Na szczęście badania odległych supernowych rzuciły także na nią nieco światła.
Pierwsza hipoteza zakłada, że może nią być energia próżni. Jej matematycznym odpowiednikiem jest stała kosmologiczna wprowadzona w 1917 r. przez Einsteina do równania pola grawitacyjnego w OTW, bo przy założeniu statycznego modelu Wszechświata (a takie podówczas panowało przeświadczenie) równanie to prowadziło do absurdalnych rozwiązań (albo że Wszechświat jest pusty, albo że materia wywiera ujemne ciśnienie). Einstein uważał stałą kosmologiczną za twór sztuczny; z ulgą z niej zrezygnował, gdy w 1929 r. za sprawą Hubble'a, okazało się, że Wszechświat rozszerza się, czyli nie jest statyczny.
Kiedy jednak okazało się, że ekspansja Wszechświata przyspiesza, a jednym z możliwych wyjaśnień jest przyjęcie istnienia ujemnego ciśnienia, stała kosmologiczna wróciła do łask. Dlaczego? Bo jeśli przyjąć jej wartość dodatnią, oznacza to właśnie ujemne ciśnienie.
Jako alternatywa dla hipotezy energii próżni, rozważane jest pole skalarne występujące w roli ciemnej energii. Pole takie nazywane jest kwintesencją (tak Arystoteles nazywał piąty, obok ziemi, ognia, wody i powietrza, żywioł klasyczny).
Pierwsza z proponowanych form ciemnej energii (energia próżni utożsamiana ze stałą kosmologiczną) ma charakter statyczny, druga (pole skalarne czyli kwintesencja) - dynamiczny.
Która z nich ma większe szanse awansu z hipotezy na teorię? O tym zdecydują kolejne obserwacje, które pozwoliłyby dokładnie określić zależność tempa ekspansji Wszechświata od czasu. To dziś główne zadanie kosmologii obserwacyjnej[15].

Jaśnie oświecona opozycja
Niemniej istnienie ciemnej energii wciąż pozostaje hipotezą, której nie akceptuje część środowiska fizyków i kosmologów. Podobnie jak w przypadku ciemnej materii niektórzy twierdzą, że przyspieszenie rozszerzania się Wszechświata to cios zadany ogólnej teorii względności, która nie sprawdza się w układach wielkoskalowych i trzeba ją wymienić (może nawet przeprosić się z dynamiką newtonowską – patrz wyżej opisany casus MOND Mordehaja Milgroma). Powstają też modyfikacje ogólnej teorii względności „inspirowane” teorią strun, które postulują wprowadzenie dodatkowych wymiarów mających powodować osłabienie oddziaływania grawitacyjnego na dużych odległościach. Obejrzyjmy bliżej dwa pomysły, jakie pojawiły się na ławach tej „jaśnie oświeconej” opozycji.

Big Bang do lamusa!
Wun-Yi Shu z Thing Hua University na Tajwanie zaproponował nowe modele kosmologiczne, które mogą lepiej wyjaśniać budowę Wszechświata niż teoria Wielkiego Wybuchu, a zjawisko coraz szybszego rozszerzania się Wszechświata objaśniać bez wprowadzania hipotezy ciemnej energii. Koncepcja zakłada zupełnie odmienne potraktowanie czasu, przestrzeni i masy. Otóż w fazie ekspansji Wszechświata czas zmienia się w przestrzeń, a masa w odległość, zaś w fazie kontrakcji zachodzą przemiany odwrotne.
Jak szaleć to na całego! Prędkość światła i stała grawitacji nie są w modelu tajwańskiego naukowca stałymi, czas nie ma początku ani końca, zaś Wszechświat ma kształt hipersfery, przez co znikają problemy horyzontu zdarzeń i płaskości występujące w teorii Wielkiego Wybuchu.
A jak z potwierdzeniem empirycznym? Shu przetestował swój model wykorzystując do tego celu najnowsze obserwacje dotyczące supernowych typu Ia. Twierdzi, że jego model do tych obserwacji pasuje – i, rzecz jasna, nie potrzebuje hipotezy ciemnej energii[16].
Antygrawitacja
Massimo Villata z obserwatorium astronomicznego w Turynie również uważa, że ciemna energia nie jest potrzebna do wyjaśnienia przyspieszonej ekspansji Wszechświata, która jest według niego rezultatem oddziaływania materii i antymaterii, odpychających się od siebie.
Zakłada on, że materia przyciąga materię, a antymateria – antymaterię, lecz nawzajem materia z antymaterią się odpychają. W większej skali objawia się to rozszerzaniem Wszechświata.
Dlaczego tak jest? Bo antymateria istnieje jak gdyby w odwróconej czasoprzestrzeni – wyjaśnia Villata. Na pytanie dlaczego zatem nie dochodzi do anihilacji materii i antymaterii odpowiada, że są one od siebie zbyt oddalone, bo znajdują się w olbrzymich przestrzeniach pomiędzy gromadami galaktyk[17].
Weryfikację konceptu Villaty chce przeprowadzić CERN. W eksperymencie pod akronimem AEGIS (Antimatter Experiment: Gravity, Interferometry, Spectroscopy) fizycy zbadają, jak grawitacja Ziemi oddziałuje na wodór i antywodór[18].

NIHIL NOVI AB TSOLE

Moglibyśmy zatem, wzorując się na kibicach piłkarskich, zaśpiewać: nic się nie stało, Ziemianie nic się nie stało. To znaczy nic się nie zmieniło od lat 70. ubiegłego wieku, kiedy to wiedzieliśmy już, że według danych z obserwacji we Wszechświecie jest o dwa rzędy wielkości za mało materii. Dziś wiemy nadal, że powinno jej być więcej, lecz nie potrafimy tego obserwacyjnie udokumentować. Jakby nie dość było kłopotów, dla uratowania miłościwie nam panujących teorii kosmologicznych, zostaliśmy zmuszeni do postawienia hipotezy o istnieniu ciemnej energii, której również obserwacyjnie potwierdzić nie potrafimy.
Dlatego nie dziwi niemałe grono sceptyków, którzy hipotezy ciemnej energii i ciemnej materii nazywają łataniem dziur w teorii Wielkiego Wybuchu – bo poza tym, że umożliwiają jej zgodność z doświadczeniem, niewiele wyjaśniają, na dodatek zręcznie bawią się z nami w chowanego, wymachując przed nosem brzytwą Ockhama.
Wciąż więc pozostajemy z bagażem pytań, na które brak odpowiedzi. Oto najważniejsze z nich:
1. Dlaczego nastąpił Wielki Wybuch?
2. Problem początkowej osobliwości, sugerowanej przez ogólną teorię względności?
3. Jaki jest naprawdę scenariusz i mechanizm inflacji?
4. Czym jest „ciemna materia”?
5. Czym jest „ciemna energia”?
6. Dlaczego około 5 mld lat temu Wszechświat zaczął przyspieszać ekspansję?
7. Jaki będzie przyszły scenariusz ewolucji Wszechświata?[19]
(http://www.imagic.pl/files//19900/rysunki/los.jpg)
Lecz nie miejmy złudzeń: nawet jeśli uporamy się z tymi pytaniami, to pojawią się następne. Ten Wszechświat już tak ma.

DWIE REFLEKSJE KOŃCOWE

filozoficzna…
W latach 70. XX wieku ks. prof. Michał Heller, dziś wybitny, wówczas dobrze zapowiadający się kosmolog, nadał na łamach miesięcznika Znak niezbyt korzystną dla materialistów wiadomość: materia nie jest dobrym kandydatem na Byt Absolutny, ponieważ nie spełnia podstawowych cech, jakie według filozofów winien On spełniać[20]. A ponieważ filozofowie wszelkich orientacji w jednym pozostają zgodni: Byt Absolutny istnieć musi, przeto wiadomość, że nie jest nim materia musiała postawić materialistów w niezbyt komfortowej sytuacji.
Czy dziś materialiści mogą czuć się pokrzepieni? Mam mieszane uczucia. Wszak zawsze twierdzili, że liczy się tylko to, co się da zważyć, zmierzyć, dotknąć, jednym słowem – zaobserwować. Tymczasem ciemna materia i ciemna energia, stanowiące 96% zawartości Wszechświata, póki co starannie się przed naszymi możliwościami obserwacyjnymi ukrywają. W tym sensie nie dysponują cechami, które materialiści chcą im przypisywać. Za to stają się coraz bardziej podobne do Boga, który też się skrywa przed naszymi urządzeniami obserwacyjnymi (podobne nie znaczy tożsame; proszę mnie tu nie posądzać o panteizm!). Dla materialistów, którzy chełpią się tym, że liczy się tylko wiedza, świadomość , iż w tym stanie rzeczy zdani są na wiarę, sytuacja wciąż daleka jest od komfortu.

… i teologiczna
W eseju Czy Pan Bóg jest przeciw technologii [21] dokonałem aktu antropomorfizacji Boga rozumianego jako Ojca. Ma ona swe źródło w głębokiej wierze w Jego zakorzenienie w świecie, w historii. We wielu religiach relacje między Bogiem a światem nie kończą się na akcie stwórczym. Bóg ze swym ojcowskim stosunkiem do człowieka otacza go troską, jest obecny na dobry i zły czas. W chrześcijaństwie, dowodząc swej ojcowskiej troskliwości, Bóg daje i realizuje obietnicę odkupienia świata.
Relację Bóg Ojciec - człowiek próbowałem oszacować, obserwując ojca wychowującego swoje dzieci, który w miarę ich dorastania sprzyja usamodzielnieniu prowadzącemu do ustalenia się stanu partnerstwa. Skoro Bóg jest Ojcem, to czemu nie miałby stopniowo dozować zakresu naszego poznania ergo naszych możliwości – w miarę dojrzewania i wzrostu odpowiedzialności?
Dziś spytam: Ojcze nasz, co się stało, skoro zamiast świetlanej przyszłości rysuje się nam ponura perspektywa Wielkiego Chłodu? Czy to jakaś – znów wracam do konwencji piłkarskiej, wszak mówią, żeś Sędzią także – żółta kartka?
(http://www.imagic.pl/files//19900/rysunki/Zolta_Kartka.jpg)

________________________________________________

[1] słowo "Wszechświat" piszę dużą literą jako imię własne, gdyż rozważania dotyczą naszego Wszechświata a nie hipotetycznych elementów Multiverse.
[2] na podstawie danych dostarczonych przez satelitę WMAP
[3] http://www.fizyka.net.pl
[4] https://news.uchicago.edu/article/2011/06/06/new-data-still-have-scientists-dark-over-dark-matter
[5] http://www.deltami.edu.pl/temat/fizyka/struktura_materii/2011/10/31/Ciemna_materia_ciekawe_czasy/
[6] http://pl.wikipedia.org/wiki/Zasada_kopernika%C5%84ska
[7] http://www.nasa.gov/mission_pages/hubble/science/cosmic-expansion.html
Earth Not Center Of The Universe, Surrounded By “Dark Energy”, Science Daily. s. 2008-12-19
[8] http://autodafe.salon24.pl/283790,a-jednak-nowa-fizyka
[9] http://newscenter.berkeley.edu/2010/03/10/general_relativity/
[10] http://arxiv.org/PS_cache/arxiv/pdf/1102/1102.3913v1.pdf
[11] http://www.cfa.harvard.edu/news/2011/pr201129.html
[12] Tadeusz Solecki, Muzyka Sfer Niebieskich – opowiadania SF, wyd. „W Drodze”, 2009
[13] A.H. Guth, Wszechświat Inflacyjny, Pruszyński i S-ka 2000
[14] Adam G.Riess i Michael S.Turner, Od supernowych do antygrawitacji, Świat Nauki 2004, nr 3, s. 42-47.
[15] pl.wikipedia.org/wiki/Ciemna_energia
[16] Wun-Yi Shu, Cosmological Models with No Big Bang, http://arxiv.org/abs/1007.1750
[17] http://www.universetoday.com/84934/antigravity-could-replace-dark-energy-as-cause-of-universes-expansion/
[18] http://aegis.web.cern.ch/aegis/home.html
[19] Kazimierz Grotowski, Astronomia i fizyka – stosunki doskonałe, czy raczej stulecia wzajemnych, coraz bardziej kłopotliwych pytań? -, Instytut Fizyki UJ (http://www.if.uj.edu.pl/Foton/97/pdf/02%20grotowski.pdf)
[20] Michał Heller, Dyskusje na temat nieskończoności Wszechświata, Znak nr 237, s. 361 (Bóg fizyków-188-189)
[21] Tadeusz Solecki, Czy Pan Bóg jest przeciw technologii?, W drodze nr 10/1987 (tekst ten można także znaleźć tutaj: tsole.salon24.pl/177934,czy-pan-bog-jest-przeciw-technologii




Data: 06-02-2012 o godz. 09:33:44 (Odsłony: 1026)
(Czytaj więcej... | 50 liczba komentarzy: | Ocena czytelników: 0)

Esej: Na psa urok! (blog) spisek
Esej
Autor: lucja

Nigdy nie chciałam mieć psa. Nigdy. Intuicyjnie czułam, że jest to trudny obowiązek i że nie mam odpowiedniego charakteru, aby go udźwignąć.  Dziwię się w ogóle, jak mi się udało sprostać zadaniu wyhodowania dwóch córek, które teraz są dorosłe, wyfrunęły z naszego domu i myślałam, że wreszcie będę miała szansę zapanować nad domowym porządkiem.
Moja mama miała takie samo zdanie o trzymaniu zwierząt w domu.  Ewentualnie mogliśmy dokarmiać na podwórku koty przybłędy. Z zakazem wpuszczania ich do domu.
Mam średni talent do porządków. To znaczy wiem, jak powinien wyglądać, rani mnie bałagan, a zwłaszcza brzydkie zapachy. Ale niejednokrotnie czuję się bezradna wobec wszechobecnych farfocli kurzu i pajęczyn, które powstają nie wiadomo kiedy i dlaczego, dosłownie tuż po tym jak w trudzie i znoju pozbyłam się dotychczasowych. Już nie wspomnę o bataliach klozetowych (fuj!).
Mama poznała mnie od tej strony już w dzieciństwie. Dlatego z troską przewidywała mój trudny los w dorosłym samodzielnym życiu, powtarzając ku przestrodze: „Dziecko, musisz się tego nauczyć, bo zginiesz w bałaganie!”  Może popełniła błąd indoktrynując mnie w ten sposób. Zgodnie z obecną wiedzą o wychowaniu zaprogramowała mnie negatywnie. Niezależnie od rzeczywistych efektów w porządkach mam duży kompleks i niską samoocenę, zatem jedynym wyjściem w tej sytuacji jest stosowanie strategii ograniczania przyczyn powstawania bałaganu.
Z tym, że taką strategię trudno stosować, gdy do głosu dochodzą inni członkowie rodziny, którzy nie zajmują się utrzymywaniem porządku, albo mają o nim mylne pojęcie, albo wręcz oszukują sami siebie, że poradzą sobie z przewidywanym bałaganem.
Kiedyś spędziłam kwadrans w małym mieszkaniu, w którym mieszkał spory pies. Na mój nos (!) obiecałam sobie, że nigdy w  życiu nie będą miała psa w blokowym mieszkaniu. Tam był naprawdę intensywny, nieprzyjemny zapach. No chyba, że na podwórku,  gdy się wzbogacę i będę miała dom z ogrodem.
No i stało się. Zamieszkaliśmy w domu z ogrodem. Niedługo potem młodsza córka, uczennica szkoły podstawowej, wraz z koleżanką przytaszczyły szczeniaka, miał kilka miesięcy, twierdziły, że znalazły go na ulicy. Nie pomogły moje kategoryczne zakazy, że nie życzę sobie zwierzęcia, że nie będę się nim zajmować, bo nie mam na to czasu, ochoty ani pojęcia co z takim szczeniakiem się robi. Była jedna odpowiedź jak mantra: „Ja się będę nim zajmować, nie martw się mamo.” Mąż też jakoś zmiękł i nie protestował. Cóź, ja wiedziałam swoje...
Szczeniak był mieszańcem jakiegoś kundla z jamnikiem, czarny z białymi przebarwieniami na łapkach i pod szyją. Dość sympatyczny, miał zacięcie do polowań. Zwłaszcza na spacerach wyglądał przezabawnie, gdy gnał przez okoliczne zarośla za zającem lub inną kuropatwą i sponad wysokiej trawy widać było jego falujące w locie uszy. Były też problemy z sąsiadami, upolował bezprawnie parę kur. Mimo to wzbudzał sympatię u znajomych i przypadkowych przechodniów. Był do nich przyjacielsko nastawiony. Ktoś posumował, że mamy psa obronnego: trzeba nim rzucić w napastnika.
Gorzej było z utrzymaniem porządku w domu. Jak tu wpuścić do domu takiego utaplanego w błocie i pajęczynach potwora. Podjęte przez córkę próby kąpieli kończyły się kiepsko, gdyż psisko czekało tylko na moment, żeby po zachlapaniu całej łazienki i osuszeniu wyrwać się z domu. Tam trzeba było się natychmiast wytarzać w czymś cuchnącym i wtedy wszystko dla niego było w porządku.
Mąż podjął trud wybudowania psiej budy, aby nasz pies mógł się do niej wyprowadzić. Jednak nie było mu to w smak. Obchodził ją szerokim łukiem i ani razu do niej nie wdepnął. Do dziś dnia goszczą się w niej tylko bezpańskie koty.
Na zawsze pozostanie dla mnie tajemnicą, jakim sposobem w domu, gdzie utrzymuje się psa, udaje się zachować jasny, czysty dywan i takąż kanapę. Albo pościel w łóżku, w którym ukochany pies ma zwyczaj sypiać z panem czy panią.
Nasz pies miał zakaz spania w łóżku. Ale i tak wkradał się do sypialni i wczołgiwał pod łóżko, w ten sposób zbliżał się do mnie maksymalnie, jak było można. Miał też zakaz wchodzenia na kanapy i fotele. Oczywiście pod naszą nieobecność wszystkie kanapy i fotele były jego - bo przy nas nie odważył się łamać tego zakazu. Po powrocie z pracy konstatowałam ze złością, że znowu czyste nakrycia pełne są kłaków i paprochów ze spaceru. Traciłam ochotę na siadanie w tym miejscu, a i krępowało mnie przyjmowanie gości, gdyż wyobrażałam sobie, jak dostrzegają te nieczystości i obawiają się o swoje wyjściowe stroje. Przez te lata kanapy i fotele, mimo moich starań o czystość, pozostawiały wiele do życzenie.
Poza tym w ogóle nie rozumiem po co komu pies. To znaczy komuś innemu może po coś on być potrzebny. Ale nie mnie. Nie odczuwam takiej potrzeby, żeby przytulać się do psa. Mam się do kogo przytulać – do męża, do dzieci, teraz do wnuczki. Nie chce mi się nawet go głaskać, tych sztywnych zakurzonych kudłów, mam na dłoniach egzemę i robi mi się niedobrze na samą myśl o takim dotyku. Córka natomiast bardzo szybko przestała się psem zajmować z powodu bardziej dla niej interesujących zajęć: nauka w liceum, potem studia i inne dodatkowe kursy, warsztaty, na koniec wyprowadzka z domu.
Oceniam, że pies traktuje mnie instrumentalnie. Jak tylko pojawiam się w kuchni stoi nade mną i mlaska, oczekując jedzenia. Nigdy się nie zraża, może tak stać i stać. Wkurza mnie to, mam różne rzeczy do zrobienia w kuchni, a wygląda na to, że podstawową czynnością powinno być karmienie psa. Niezależnie kiedy dostał ostatnio, jest pewny,  że znowu mu się należy. Poza tym oczekuje, że natychmiast jak zasygnalizuje chęć wyjścia z domu, drzwi zostaną otwarte, a gdy tylko zaszczeka na dworze, natychmiast zostanie wpuszczony do środka. Cały czas obsługa psa. A co z innymi zajęciami?
Jak tylko gdzieś usiadłam, zaraz uwalał się u moich stóp, a ponieważ nie zwracałam na to uwagi często przy wstawaniu potykałam się o niego, ledwo ratując się przed upadkiem, nierzadko przydeptując go boleśnie przy łapaniu równowagi. Rodziło to we mnie nieprzyjemne poczucie winy.
Pogląd, iż pies jest mądry i przywiązany do swojego pana, uważam za przesadny. Jest mądry mądrością swojego instynktu, który każe mu się trzymać osoby, która go karmi i się nim opiekuje, gdyż pies wymaga opieki. Dlatego wolę koty, bo są samodzielne, czyste (nie wydzielają brzydkich zapachów), są przyjemne w dotyku, owszem nie są przywiązane jak pies, ale to mi właśnie odpowiada. Nie wymagają stałej uwagi.
Natomiast pies wykorzystuje człowieka. Zmusza go do chodzenia na spacery, w dodatku jego ścieżkami. Nie zakopuje swoich odchodów, ktoś musi po nim sprzątać. Nie upoluje sobie sam jedzenia, tylko czeka, aż człowiek mu poda. Stosuje się do zakazów tylko wtedy, gdy człowiek patrzy. Nasz tak robił (przykład z kanapami), często też udawał, że nie rozumie albo nie słyszy, co się do niego mówi, gdy polecenie nie było mu w smak. Objawy takiej przebiegłości teściowa z zachwytem uznawała za oznaki mądrości zwierzęcia. Dziękuję, za taką mądrość i psią przyjaźń. Ja uznaję to za zwykłe spryciarstwo i nielojalność wobec swojego opiekuna. Zatem całe to przywiązanie jest raczej jak wykorzystywanie zdolności człowieka do opiekowania się innymi istotami.
Doznałam pewnej ulgi, gdy pies zestarzał się na tyle, że już nie wchodzi po schodach, a więc na górze fotele i podłoga przestały być zagrożone jego obecnością. Na dole też przestał radzić sobie z gramoleniem się na kanapę. Mogłam więc kupić sobie nową kanapę, na której z przyjemnością można usiąść. Co prawda zdarza się, że teściowa siadając na niej, układa sobie naszego psa na kolanach. Wtedy znajduję jakieś paprochy na kanapie. 
Jednak czas ulgi nie trwał długo. Pies jest już na tyle stary, że w zasadzie nie ma ochoty na spacery. Ogranicza się do wyjścia za potrzebą, i to wtedy, gdy ktoś jest w pobliżu i wyczuje, że pies ma potrzebę. Nie raczy tego zasygnalizować  głosem. Jeśli nikogo nie ma w pobliżu – nie krępuje się i załatwia na podłogę. To jest ciekawe, bo gdy wraca, potrafi pod drzwiami nieźle hałasować. Mam wrażenie jakby robił mi na złość. To staje się nie do zniesienia. Biorąc pod uwagę, że przez większość dnia przebywam w pracy, po powrocie podstawową czynnością jest sprzątanie po psie, przy czym zapach nie ulatnia się natychmiast, a zanim to nastąpi jest następna dawka.
Proszę Stwórcę, żeby zabrał go do siebie, ma już 16 lat. Mąż mnie zapewnia, że to nie potrwa już długo, bym była cierpliwa. Ale ja jestem skłonna uwierzyć, że ten pies będzie mi na złość żył jak najdłużej. A ja się też przy nim zdążę zestarzeć i zniedołężnieć, tak że porządek w moim domu już nigdy nie będzie na odpowiednim poziomie.
To tyle o moim psie, ale inne też mają sporo na swoim sumieniu. Od zwykłych ujadaczy podwórkowych na rasowych i agresywnych kończąc.
Idąc ulicami do domu, mijając posesje ogrodzone parkanami, a za każdym jakiś pies, cieszę się, gdy żadnemu nie chce się na mnie szczekać. Bywa tak, że jeden zaczyna, a każdy następny kontynuuje. Jest to trudne do zniesienia, biorąc pod uwagę, że idę spokojnie i nic do nich nie mam. W ogóle mnie nie obchodzą! A już białej gorączki chcę dostać, gdy taki jeden lub drugi złośliwiec znienacka, tuż przy mnie wybucha ujadaniem. Atak przyprawiający niemal o zawał serca. Głosem ochrypłym, zajadłym, mocnym lub piskliwym, rozdzierającym bębenki w uchu o mocy przekraczającej dopuszczalne poziomy decybeli, określone w przepisach o ochronie środowiska.  Pytam się, czy ludzie idący chodnikiem nie są częścią środowiska podlegającego ochronie?
O psach zagryzających dzieci nawet nie mogę spokojnie myśleć. Nie przekonuje mnie, że to nie one są winne tylko ich właściciele.  Tak, właścicielom brakło piątej klepki, gdy sobie ten kłopot fundowali. Ale to, że pies dopuścił się tak agresywnego zachowania, bo taki jest i nic na to nie można poradzić, to nie jest w porządku. Jeśli jest taką bestią, nie powinien być zaliczany do kategorii „pies przyjaciel człowieka”. Zwierzęta drapieżne izoluje się od człowieka, trzyma w zoo lub oznakowuje teren o grożącym niebezpieczeństwie. Nie można postronnych ludzi (zwłaszcza małych dzieci) wprowadzać w błąd, że mają do czynienia ze znaną sobie i lubianą kategorią zwierzęcia.
Oczywiście, wszystko ostatecznie można przypisać wychowaniu sobie psa przez jego pana. Tylko musiałby mieć on jakąś wiedzę na ten temat. Tymczasem powszechność posiadania psa nie idzie w parze z posiadaniem wiedzy na ten temat. Upłynęło sporo czasu, zanim dotarło do mnie, że moje przemowy do niego, wygłaszane z największym przekonaniem, nic nie wskórają, jeśli nie wykonam zdecydowanego gestu. Gdyż do psa przemawia najbardziej mowa ciała jego pana.
Zupełnie jak w przypadku posiadania dzieci wkłada się nam do głowy, że wystarczy je kochać.
Podejrzewam psy, że spiskują przeciwko ludziom. Może pisząc to narażam się opinii publicznej, naruszam jakieś tabu. Ale jeśli tak, to tym bardziej potwierdza to moje podejrzenia. No bo dlaczego tak powszechne jest posiadanie psa. Stał się pełnoprawnym członkiem większości rodzin. Ważniejszym niż samochód, meble, a nawet dziecko. Dlaczego stało się tak ważnym, aby demonstrować wobec tych czworonogów uczucia okazywane dotychczas tylko ludziom?  Jak one to robią, że tylu ludzi daje się nabrać na ten szantaż uczuciowy: jeśli nie kochasz jakiegoś psa jesteś chyba złym człowiekiem! Owszem, trzeba szanować wszystkie istoty żywe, nie krzywdzić ich, pomagać jeśli trzeba, ale żeby zaraz kochać?
(O Jezu, co teraz ze mną będzie?)


Data: 06-12-2011 o godz. 09:18:23 (Odsłony: 323)
(Czytaj więcej... | 1 komentarz | Ocena czytelników: 0)

Esej: Gdzieś w ostatecznej krainie/debiut
Esej
Autor: GrzegorzP

Jestem wymyślony.
Jestem wymyślony przez autora.który postanowił stworzyć postac dla swojej książki ,postać która mógłby dowolnie manipulować.

Ale ja się mu nie dam

.Ja sam będę decydował o swym losie . Oświadczam to , i obiecuje czytelnikowi, bo to czytelnik daje mi życie, gdy czyta o mnie to ja żyje , żyje ,nie przymierzająć jak jakiś Pan Tadeusz , czy -wybacz Juliuszu- Król-Duch.




Gdzie jest ta ostateczna kraina?
Chyba wszyscy do tej krainy tęsknią.
Najpierw pojawia się w baśniach, w opowieściach snutych zimowymi wieczorami, a potem jako nadzieja.
*

"Ktoś mnie stworzył,wymyślił
niechże on się troszczy
mnie wystarcza być świadkiem czasu i miejsca"


No i – co tu dużo mówić- przyszło nam żyć w infantylnych czasach. W czasach pogonii za coraz większą ilością gadżetów.
W ciekawym wywiadzie izraelski pisarz Amos Oz powiedział:" niedawno kupiłem elektryczny oczyszczacz powietrza. A tam gdzie mieszkam powietrze jest górskie, krystalicznie czyste. To po prostu fajna zabawka, tyle przełączników ,klawiszy.
*
Fascynująca jest też -zdaniem Raya Kurzweila- perspektywa nieśmiertelności, jaką osiągnąć będą mogli ludzie,którzy zdecydują sie przenieść zawartość swych mózgów do pamięci komputera.

Ale,,,czy to może być ostateczna kraina.

*
Autor dał mi na imię Jan. Z tym to ja jeszcze mogę się pogodzić,w końcu to imię uniwersalne .I ładnie brzmi po rosyjsku na przykład Iwan , Iwan i od razu skojarzenie w polskim mózgu Iwan Groźny..
Albo po angielsku John, czy francusku Jean.
No dobrze z tym imieniem mogę się zgodzić...ale z tym że autor wybrał mi dziewczynę i mało tego, każe mi z nią podróżować po różnych miejscach, to z tym pogodzić mi się trudno.

Chociaz .....ładna ona , to nawet mało powidziane ładna .

Piękna

Ta dziewczyna ,to jak to określił Autor, hipotetyczna córka Juliusza Słowackiego.
Otóż Autor wymyślił sobie, że Juliusz miał córkę.
Miał te córkę z Korą Pinard, paryżanką ,córką drukarza.
Drukarz ten drukował wiersze Juliusza, te jego utwory dziwne,te dzieci , jak te swoje dzieła w listach do Matki określał Juliusz.

Wieć kiedy Juliusz przychodził do tej paryskiej drukarni w latach 30 -tych XIX wieku to tam właśnie poznał Kore. Która z miejsca się w nim zakochała .
A urodę miała nieprzeciętną.
No po prostu była piękna.
*
Własciwie to jestem wdzięczny Autorowi że mi dał- co tu dużo mówić- życie wieczne.
Bo ty czytelniku gdy to teraz czytasz to życie mi dajesz, wyobrażasz sobie -nie mów że tak nie jest-
jak wyglądam.
Wyobrażaj sobie.
*
Wiem ze Autor jak już coś napisze to posyła do sieci, i ja Jasiek będe w tej sieci żył.
I wiem , wiem że od czasu do czasu ktoś rzuci na mnie okiem -jak ty teraz- i to jest właśnie moje życie.
Takie wirtualne...ale zawsze.
Wszystkiego przecież mieć nie można.
*
Kiedy już było po wszystkim, postanowilem spotkać się z Jairem.

Chciałem porozmawiać , chcialem zapytać ,dlaczego?
Dlaczego go tam nie było, dlaczego nie towarzyszył Jezusowi w drodze na Golgotę, dlaczego nie protestował , nie krzyczał w jego obronie.
Jego córka umarła. Nie wiemy jak miała na imię .
Sara, Noemi , może Rachela, nie wiemy.
Wiemy tylko że umarła i Jezus powiedział do niej "dziewczynko mówię ci wstań, Talita kum"
Stało sie coś dla nas niewyobrażalnego.
Jair odzyskał córkę. I chyba powinien być wdzięczny, coś zrobić ,żeby późniejsze wieki o tym mówily.
A Jair nie zrobił nic.
*

Juliusz przez Będzin przejeżdżał.

Nie zatrzymał się ani na chwilę, ten zaszczyt przypadł w udziale miastu,którew chwili przyjazdu Juliusza mialo zaledwie 25 lat. A Będzin wtedy miał 569 lat,i tego zaszczytu nie dostąpił.
Ktoś zawiódł.
Kwiaty z będzińskich ogrodów , będzińskich łąk nie zasypały Juliuszowej trumny., bo Juliusz a właściwie to co z Julusza zostało przejeżdzał w trumnie.
Wcześniej jego szczątki wykopano z grobu, na cmentarzu Montrmartre w Paryżu a potem... potem Król-Duch triumfalnie wracał do kraju by spocząc na Wawelu...


To miasto z 25 letnim stażem to Sosnowiec

A ówczesny kalendarz pokazuje rok 1927.
*

Tytuł tej książki ,którą teraz czytasz- przynajmniej mam taką nadzieję ze czytasz- brzmi"Gdzieś w ostatecznej krainie"

Dobry tytuł .
*

Jasiek pojawiłsię nagle i trochę przypadkiem. Ale jak już się zjawił ,to został na stale ,stał się kimś ważnym ,potrzebnym i niezastąpionym.
Ale to z każdym tak jest. Jak już się pojawi to trudno sobie -mimo wszystko- wyobrazić że mogło by go nie być.
No, ale Jasiek jest wymyślony przez autora.Zjawił się na kartach książki i został.
Potem zaczął już żyć własnym życiem, to on decydował o swoich dalszych losach.
Jak to się mówi "wziął sprawy w swoje ręcę"
Zrozumiał że jest trwały ,można powiedzieć w pewnym sensie jest nieśmiertelny.
Bo choćby tylko jedna osoba czytała książkę to on wtedy żyje , dialog prowadzi.
Był tylko jeden problem,który go dreczył i spać nie dawał- jezeli postać książkowa wogóle śpi- był to brak zmian,brak niespodzianek.

A zaradzić temu było nie sposób.
Bo jak już ktoś zjawił się na kartach książki to zastygał ,zastygał na zawsze.
Weżmy taki pan Tadeusz. Ciągle wracał z tego dużego miasta-to pewnie Wilno-gdzie brał nauki- i wchodził do dworku, też zresztą wymyślonego przez Adama M i pociągał za sznurek" by stary Dąbrowskiego usłyszeć mazurek".
Pewnie Tadeusz chciałby inaczej zacząć tę historię a tu ciągle ten sznurek.

I niewątpliwie czuje się Tadeusz jak marionetka poruszana sznurkami.

Ale...ale przecież trwa...i póki ten jężyk żyje to i on żyć będzie.
*
Europa ,towarzysze będzie nasza..
Towarzyszowi Leninowi się -jak wiecie-nie udało, zatrzymał go niejaki Piłsudski, czy jak chcą niektórzy Matka Boska.
Towarzyszowi Stalinowi też się nie udało, uprzedził go Hitler.
Ale nam-towarzysze się uda.
Nawet nie muszę w to wierzyć.
Ja to wiem.
Zrobimy- po to was tutaj zresztą wezwałem- największą mistyfikację XX wieku.
Mam tutaj plan, plan ogólny towarzysze .
Wymaga on jeszcze dopracowania, ale ogólny zarys jest taki: Musimy obalić komunizm.

Tak towarzysze...obalić i wtedy pod innym sztandarem opanujemy Europę..

*
Jaśku -czytałeś opowiadanie Tołstoja 'Smierć Iwana Ilicza"....przeczytaj , bo to kronika życia, ale życia źle przeżytego.

Życie kropla po kropli ucieka Iwanowi a on uświadamia sobie ze ten dar wielki, dar jedyny zmarnował...

I to jest straszne.
*
Bułhakow kiedyś powiedział:

"Na co by się zdało dobro twoje, gdyby zło nie istniało i jakby wyglądała ziemia gdyby z niej znikneły cienie"
*
Jedno wydanie codziennej gazet zawiera taką ilość bitów informacji na jaką człowiek epoki renesansu był narażony w ciągu całego swojego życia.
*

Każdy ,prędzej czy później każdy zamieni się w zdjęcie
*

Don Kichot pragnie zmienić świat , ukształtować go wg.własnych wyobrażeń, Sancho Pansa myślał o tym i o to zabiegał by w tym świecie najwygodniej się urządzić, ponieważ trzeba dążyć do ideału a nie go realizować.
*
Niektórzy myślą że Niebo to zaciemniona szyba za którą siedzi milczący Bóg....siedzi i obserwuje i notuje ...a potem ...potem w rejestrze jest wszystko.

Nie tak nie jest...błędy są wpisane w nasze życie i z nich Bóg wyprowadza piękny wzór.

*

Staś Wyspiański z Krakowa skończyl gimnazjum.

Razem z kolegami świętują. Idą gęsiego wokół kościoła Mariackiego, bo taka tradycja, potem idą na Planty.

Kim będą w życiu, kim będzie Staś?
*
Juliusz Słowacki nie chciał mieć dzieci.

"Wszak napisał 'Nie zostawilem tutaj żadnego dziedzica

Ani dla mojej lutni ,ani dla imienia..."

No właśnie. Może miał i rację. Dzieci geniuszy przeważnie genialne nie są.
Mickiewicz miał tlum dzieci, ale tylko Władysław stał się jakoś znany z racji tego że kutywował pamięć o sławnym ojcu.
Juliusz chciał być ostatnim Słowackim.
No i udało się.

*

Doktor Jeckyll i Mr.Hyde to metafora Europy.
Na zewnątrz Europa miła,czysta, sympatyczna a wewnątrz Mr.Hyde.Potworna. Rodząca zło i upiory.

*

Właściwie powiem ci Marcinie, że ten twój tajemniczy gość – Aleksander, a swoją drogą świetny szachista – nie wiadomo, jaką rolę tutaj pełni. Czyżby chciał zmienić historię?
- Nie, historii zmienić się nie da, myślę że on chce nas bliżej poznać, a przez to bardziej zrozumieć. Pojechał na tereny, którym daleko do siły mistycznej naszych ziem. Tu, jak wiesz, wszystko paruje mistycyzmem, a tam kominy, hałdy, ubogie robotnicze osiedla.
- A co ty masz na uszach Janku?
-To takie urządzenie do słuchania muzyki?
- Masz, posłuchaj Marcinie.
Marcin włożył do ucha miniaturową słuchawkę, posłuchał chwilę, i oddał Jaśkowi.
- To nie dla mnie.
- Dlaczego… dobra muzyka. Wiesz co to za utwór? To „Dziecko w czasie” Deep Purple.
- Ale Jaśku takie zestawienie… XIX-wieczny dworek, my, a zwłaszcza ty, wymyślony przez autora, postacie z polskiej literatury, Chopin grający Chopina, Bach grający Bacha, Eglantyna Pattey mająca przyjechać ze Szwajcarii, Juliusz Słowacki i Deep Purple. Przecież tego nie zniesie żaden czytelnik.
- Marcinie, u nich skończył się XX wiek, już parę lat trwa wiek XXI. Jeżeli znieśli XX wiek z jego całą gamą okrucieństw, dziwactw, to zniosą i to. „Dziecko w czasie”, słuchane w XIX-wiecznym dworku, w wieku XIX.
*
„Tak mówiąc spojrzał zyzem gdzie śród biesiadników,
Siedział gość Moskal; był to pan kapitan Rykow
Stary żołnierz, stał w bliskiej wiosce na kwaterze,
Pan Sędzia go przez grzeczność prosił na wieczerze”
- Aleksander, widzisz Jaśku, przybył do nas, bo to taka tradycja, by Moskala zapraszać. Adam wprowadził do swojego „Pana Tadeusza” Moskala, to i my mamy swojego Moskala. A swoją drogą, ciekawe gdzie on teraz jest, czy już wsiadł w Wilnie do pociągu, który do Warszawy zmierza? Myślę, że będzie nam przysyłał listy z tej podróży.
- Ciekawsze listy na pewno pośle do centrali, do Petersburga. Muszę pomyśleć Marcinie, jakby je przejąć, musi istnieć jakiś sposób.
- Ty się w to Jaśku nie mieszaj, bo skończysz na Syberii.
- Na Syberii? Może być. Nie ja pierwszy i nie ostatni. Syberia to kraj wielkich możliwości, można się tam dorobić fortuny. Przyjechałbym jak bogacz jakiś, to bym z tego dworku zrobił magnacką rezydencję, z basenem, marmurowymi posadzkami, a na ścianach wisiałyby oryginalne Kossaki.
*
„Złego nie przyjmiesz do siebie w gościnę…”
- Teraz Marcinie jesteśmy już w następnym tomie cyklu autora „Imię moje jak dźwięk pusty”, a tytuł wziął z Psalmu 5.
A ty przyjąłeś do siebie Aleksandra, a on przecież zły, bo Moskal, a Moskal dobry być nie może, tym bardziej że on z Ochrany. Knuje coś zapewne, przygotowuje grunt, aby zatryumfował najpotworniejszy z systemów. Bo to on przygotuje grunt dla takich postaci jak ta, która leży w szklanej trumnie na placu Czerwonym w Moskwie.
- Poczekaj, Jaśku. Nie wiemy jak się to wszystko potoczy. Zło jest połączone na zawsze z dobrem. Popatrz, taki Goethe zło uznaje za czynnik rozwojowy w dziejach świata. Bóg (tak uważa Goethe) daje człowiekowi diabła za towarzysza, by jako duch zły przeciwdziałał rozleniwieniu, umiłowaniu spokoju, by jako ferment podniecał i pobudzał do działania.
- Marcinie, filozof z ciebie. Dla mnie zło to zło. Ale dobrze, myśl sobie co chcesz. Ja opuszczam cię na jakiś czas. Jadę do Ziemi Świętej tropem Juliusza. Listy będę przysyłał, a ty je zachowaj, do skrzyni włóż na strychu, aby tam po latach różne prawnuki odczytały, bo to taka tradycja. Pamiętaj o tym. Pamiętaj.
*
„Pieśń tę zostawiam wiekom, które mają
Potężne ręce i potężne głosy…
Niech jej w niebiosach głośniej dośpiewają
Niż ja, kończący tu bolesne losy.
Anioły moje już przybiegły zgrają,
Tłuką mi serce – targają mi włosy
I nazywają już wielką osobą,
I szepczą… i już zapraszają z sobą”
Gdzie cię zapraszają Juliuszu, gdzie? A jakbyś tak opisał jak tam jest za zasłoną. Ty to zrobisz po mistrzowsku. Już ilu próbowało to opisać, przenieść na papier swe mistyczne stany. Ale teraz spróbuj ty. Napisz i przyślij na adres Marcinowego dworku. I będzie wszystko jasne. Albo też wskaż, które strofy należy odczytać jako przekaz stamtąd. Czekamy na ten znak.
I jeszcze zdanie dobrze nie wyschło na papierze, a znak już się pojawił. Marcin bowiem przejął od Dostojewskiego zwyczaj otwierania Pisma na chybił trafił i odczytywania zdania – przesłania. Bo przypadków nie ma i być nie może. A zdanie, które w tym momencie przeczytał, brzmiało:
„Przyjdzie bowiem chwila, kiedy zdrowej nauki nie będą znosili, ale według własnych pożądań… będą sobie mnożyli nauczycieli. Będą się odwracali od słuchania prawdy, a obrócą się ku zmyślonym opowiadaniom.”
*
„Czy nie widzicie, żem chory – szatanizm,
Bajronizm – siedem mnie dręczy boleści;
Wierzę w religię mas – w republikanizm,
W postęp… a nawet wierzę w te czterdzieści
Cztery…, choć nie wiem, co ta Liczba znaczy,
Ale w nią wierzę jak w dogmat… z rozpaczy.”
Ale nie pisze Juliusz nic o tym cyrografie. Chociaż badacze od dawna podejrzewali, że coś jest na rzeczy. Szatan daje sławę, powodzenie szybko, a Juliusz… dla Juliusza sława to była rzecz numer jeden, przynajmniej w pewnym okresie życia. Nie wiadomo, czy w Wilnie podpisał. Wilno piękne miasto, w ładnej by się to odbyło scenerii. 44… Nie wiadomo do dziś, ale sam pomysł genialny. Zadać zagadkę następnym wiekom, niech się męczą. „Pana Tadeusza” nie przeczytają, „Dziadów” też nie, ale 44 będzie ich pasjonować. Ale może jakiś komputer to rozwiąże. Komputer może wygrać z Kasparowem, to i rozwiąże zagadkę 44. Trzeba mu tylko wprowadzić w pamięć tysiące strof o tym dziwnym kraju. I niech pracuje. Niech się męczy. My poczekamy.
*
„Wszyscy się jednak do mnie zlatywali
Pytając, gdziem był…”
Już właściwie chcieliśmy usunąć Juliusza z Marcinowego dworku. Ale im bardziej usuwany tym bardziej obecny. Okazuje się że właściwie usunąć Juliusza się nie da. Bo to tak jakby wymazać go z naszej świadomości.
A zjadacze Marcinowego chleba (Boże, co za smak) jednak poczuli się aniołami.
Juliusz jest jedyny. Coś w nim jest takiego, że potrafi zawładnąć czytelnikiem jego dziwnych strof.
Bo weźmy na przykład taką strofę:
„Patrzajcie – rzekną – Otośmy przez wieki w tych pięknych urnach ledwo się ruszały…”
I zjawił się Juliusz i poruszył urny. Wszystko ożyło, anioły się zjawiły, świat się zmienił.
A gdzie jest Juliusz?
Właśnie, gdzie jest? W Genewie go nie ma, we Florencji też, z klasztoru Betheszban też się wyniósł z ogromnym jak pisze „butlem” pełnym wina. Ach wiem, jest nad oceanem atlantyckim w Pornic.
Mama przecież napisała mu w liście „kąp się w morzu”, więc Juliusz potraktował to jak rozkaz i pojechał, aby zażywać morskich kąpieli.
Liczyła na to, że morska kąpiel pomoże mu odzyskać zdrowie.
Nie pomogła, bo Juliusz już od dziecka był tą chorobą naznaczony, a Fleming, wynalazca penicyliny, jeszcze się nie urodził. Nic się nie da zrobić. Przynajmniej na razie, bo książka dopiero się zaczyna. Coś wymyślimy Juliuszu. Będzie dobrze.
*
Aleksander Fistonow przysłał Marcinowi list.
„Piszę z Wilna. Pociąg do Warszawy mam dopiero jutro, postanowiłem więc poznać bliżej to miasto. Pierwsze kroki skierowałem na ulicę Zamkowa ,tam jak wiesz Marcinie pod numerem 24 mieszkał August Becu ze swoją drugą żoną Salomeą, dwiema córkami Olą, Hersylią i przybranym synem Julkiem. Twoim jak myślę najważniejszym gościem. Byłem też na grobie Ojca Julka, nawet świeczkę zapaliłem. Powiedz o tym Juliuszowi, może choć trochę zmieni on swój stosunek do nas, Moskali. Wilno piękne miasto. A w malutkie księgarence kupiłem „Beniowskiego”. I popatrz nasza cenzura nie pozwala drukować Juliusza a ci Polacy z Wilna jakimś sposobem przemycają go.
Przymknę na to oko. Na razie przynajmniej.
Bądź zdrów.
Aleksander F

Marcin skończył czytać ,schował list i poszedł do salonu gdzie jego goście właśnie schodzili się by obejrzeć film.
Dzisiaj miał być zaprezentowany ostatni film Krzysztofa Kieślowskiego „Czerwony”.
Chcieli poznać motywacje emerytowanego sędziego, który podsłuchuje sąsiadów, gdyż tak rozumie hasło rewolucji francuskiej BRATERSTWO.
*
Rozpętała się burza.
Potężne błyskawice malowały srebrne nitki na niebie.
W dworku Marcina niespecjalnie zwracano na nią uwagę, gdyż zafrapowała ich historia opowiedziana przez Krzysztofa Kieślowskiego.
A w Wilnie tymczasem stało się nieszczęście. Do mieszkania położonego przy ulicy Zamkowej 24, wpadł piorun.
August Becu odpoczywał po obiedzie i piorun go zabił.
Pani Salomea została wdową po raz drugi.
I ten piorun był też przyczyną, jedną z przyczyn niechęci Juliusza do Adama Mickiewicza..
Bo Adam uważał, że to nie przypadek, że to kara Boża za postawę wobec Moskali, doktora Becu.
I pani Salomea zaczęła od rządu rosyjskiego otrzymywać emeryturę profesorską, której korzystał również Juliusz.
Mógł na przykład opłacić pensjonat pani Pattey i spokojnie kontemplować Mont Blanc, na którym ujrzał Kordiana, wroga Moskali.
*
„Nade mną wielka ćma duchów latała
I różne złote, straszne komet miotły
Pędzały mego anioła szelestem
Skrzydeł…żem wcale nie wiedział gdzie jestem”

Gdzie jest Aleksander?
Właśnie wsiadł do pociągu jadącego do Warszawy z Wilna. Kołdunów litewskich nakupił na drogę, gazet również i zajął miejsce w przedziale klasy pierwszej. Był sam.
Kiedy pociąg ruszył, na peronie zobaczył dziewczynę, właściwie mignęła twarz dziewczyny, bardzo podobnej do tej, którą kiedyś poznał w Petersburgu.
Miał 17 lat. Był na spacerze w parku i tam ujrzał siedzącą na ławce, czytającą książkę dziewczynę.
Przechodząc koło niej, poruszony jednakże niezwykłym u niego przypływem śmiałości, zapytał tytuł książki. I wtedy otrzymał odpowiedź wypowiedzianą miłym i sugestywnym głosem: to są „Biedni ludzie”. I teraz Aleksander, gdyż nosił tą książkę zawsze ze sobą zaczął czytać.
A tamtej dziewczyny już nigdy nie zobaczył, mimo iż jeszcze 2 lata przychodził w to samo miejsce.
*
A tymczasem w dworku Marcina poruszenie: przyjechała Eglantyna Pattey, dziewczyna o zniewalającej urodzie.
A Juliusza nie ma. Jak zwykle jej unika.
*
„Król-Duch zaczyna się grzmotami, piorunami i błyskawicami. W takiej scenerii Juliusz czuje się najlepiej.
„ A ja czekałem aż piorun uderzy
Tak byłem pewny, że w owe rumiane
Grzmotem powietrze – jak duch zmartwychwstanę”
Piorun może zabić, ale może też dać życie.
A Aleksander jedzie tymczasem do Warszawy, ale nie jedzie już sam .Do przedziału wszedł pasażer w habicie. Był to brat Łukasz z zakonu dominikanów.
Uśmiechnął się i usiadł naprzeciw Aleksandra.
Wyciągnął Biblię i zaczął czytać.
-Gdzie to braciszek się wybrał – Aleksander zapytał, by zacząć rozmowę?
-Do Warszawy zmierzam, jestem brat Łukasz.
Aleksander rzucił szybkie spojrzenie na pokaźnych rozmiarów tobołek, który spoczął obok zaczytanego Łukasza. By przekonany, że jest tam nielegalna literatura.
Wszyscy oni przejęli się rolą księdza Robaka, a intuicja Aleksandra wyszkolona latami praktyki nie pozostawiała żadnych wątpliwości.
Jednakże – pomyślał sobie – nie będę wszczynał żadnych akcji. Niech sobie knują.
Może braciszek skosztuje kołduna, mam też pyszny chleb, pieczony w polskim dworku, brat pewnie głodny?
Dziękuję, skosztuję.
A pan o ile można zapytać gdzie zmierza?
O, daleko. Jadę do Zagłębia, do takiego miasta nad Przemszą.
Jestem Włodzimierz . Włodzimierz Krasnow– nauczyciel rosyjskiego języka.
Kłamstwo, które teraz wypowiedział przyszło mu niezmiernie łatwo Aż sam zdziwił się, że tak łatwo.
*
A Jasiek? Jasiek postanowił zaskoczyć wszystkich. Wybrał on się mianowicie do dwóch miast, które miały się stać sławnymi w bardzo dalekiej przyszłości. Na razie jednak nic tego nie zapowiadało. A może jednak zapowiadało tylko mieszkańcy nie potrafili odczytać znaków? Bo znaki są zawsze.
Jasiek znalazł się w Pompejach i Herkulanum i to w roku 75 naszej już ery. Chodził po mieście i patrzył na ludzi, którzy za 4 lata staną się świadectwem swoich czasów.
Czytał kiedyś w bibliotece Marcinowego dworku książkę o archeologii i rozdziały o Pompejach i Herkulanum zrobiły na nim duże wrażenie. Wyczytał też jak to odkopano tabliczkę z napisem „Strzeż się psa”.
I znalazł ten dom. Rzeczywiście była tabliczka powieszona na murze wokół domu. Patrzał w twarze ludzi i poczuł wdzięczność do autora, że dał mu tak ciekawe życie. Uświadomił sobie, że on również przetrwa, że stanie się w pewnym sensie mitem.
A że przetrwa to wiedział na pewno. Chociażby na jednej dyskietce, na jednej płytce CD, ale przetrwa. On wymyślony, a jakże prawdziwy. Pomyślał nawet, że kiedyś napiszą o nim książkę, nakręcą film. Ale najbardziej cieszyło go to, że przeczyta o nim ktoś, kogo nie ma jeszcze na świecie. Jeszcze się nie narodził. Narodzi się za mniej więcej 70 lat. No, ale teraz spaceruje po Pompejach. Mógłby właściwie ich ostrzec, ale przecież mu nie uwierzą. A gdyby mu uwierzyli to przecież nie powstałaby ta piękna książka, którą czytał w bibliotece Marcina z wypiekami na twarzy. Więc niech historia się toczy jak się ma toczyć.
A teraz musi się spieszyć, bo za tydzień odpływa statek, którym przepłynie do Egiptu, a stamtąd wybierze się w podróż do Ziemi Świętej. Chce podążyć drogą mistrza z Nazaretu. Chce zrozumieć dlaczego ten człowiek przyszedł do nas. Do nas wymyślonych przez Jego Ojca.
*
Juliusz przyjechał do Drezna w Wielki Piątek. Był 1831 rok. Wynajął pokój za 6 talarów na miesiąc, pokój o 5 oknach. A w saloniku lampa alabastrowa, którą wieczorem zapala, i przy niej pisze. 114 lat później całe Drezno zapłonęło. W 1945 roku w lutym 3 dywanowe naloty bombowe zamieniły miasto w proch i pył. Zginęły setki tysięcy ludzi. Była to operacja „Clarion”. Alianci chcieli tym nalotem coś powiedzieć Hitlerowi. Ale my możemy spojrzeć jednocześnie na Julka, który zapala lampę i pisze w Dreźnie swoje wiersze, i na płonące Drezno. Julek nie przewiduje tego co będzie za 114 lat, chociaż przewidział to co będzie 130 lat od momentu gdy pisał „Pośród niesnasek Pan Bóg uderza w ogromny dzwon, dla słowiańskiego oto Papieża otworzył tron”. Zostawimy go w tym Dreźnie, on tam bezpieczny, i podążymy za Jaśkiem i Aleksandrem. Juliuszu, zapal lampę. Dzisiaj nic nie pisz, tylko weź Pismo i poczytaj. Otwórz na chybił trafił.
- Co tam masz?
- Kazanie na Górze.
- Dobrze.
*
Zostawimy Fistonowa w tym pociągu, niech jedzie gdzie mu przeznaczone. Jasiek smutny, ale przecież będzie pocieszony, bo tak powiedział w Kazaniu na Górze Jezus. A my wracamy do dworku. Przybyła tam pewna francuska dziewczyna. Właściwie nikt jej nie zapraszał, ale przecież Marcin wszystkich gości przyjmuje z radością.
- Jestem Sophie, po waszemu Zosia, przybyłam z Paryża.
- Bardzo mi miło – Marcin z atencją przywitał się, i patrzał na nią z nieskrywanym zachwytem. Jej uroda była zniewalająca. – Pani, jak się domyślam, ma zapewne tutaj jakieś sprawy do załatwienia.
- No niespecjalnie, chcę poznać to miejsce, bo mój ojciec był tutaj częstym gościem.
- Pani jest córką, przepraszam, kogo?
- Jestem Sophie Pinard, córka Juliusza Słowackiego i Kory Pinard.
Marcin z wrażenia o mało nie upadł.
- Ale… o ile wiem, Juliusz nie ma dzieci.
- Panie Marcinie, ja jestem córką hipotetyczną. Rozumie Pan, mogłam się przecież narodzić. Moja mama była zakochana w Juliuszu Słowackim do utraty tchu, więc dlaczego nie.
- Właściwie wszystko jest na tym świecie możliwe – rzekł Marcin.
A zwłaszcza w tej książce.
Hipotetyczna córka Juliusza Słowackiego i Kory Pinard urodziła się oczywiście w Paryżu.
Kora miała wtedy około 16 lat, prawie tyle co matka Juliusza pani Salomea kiedy Juliusz w pamiętnym 1809 roku na świat przychodził. Sophie to po francusku, u nas Sophie będzie po prostu Zosią.
A Julek kiedyś taki wiersz napisał;
„Niechaj mnie Zośka o wiersze nie prosi
Bo kiedy Zośka do ojczyzny wróci
To każdy kwiatek powie wiersze Zosi
Każda jej gwiazdka piosenkę zanuci”
A Zosia chciała poznać wszystko co było związane z jej ojcem. Marcin postanowił więc ściągnąć do dworku Jaśka, aby on był za przewodnika. Niech jadą do Krzemieńca, Wilna, Warszawy, aby Zośka mogła zrozumieć ten kraj, tych ludzi, którzy aniołami przecież nie są, a których Juliusz postanowił w aniołów przerobić. Ale gdzie jest Jasiek?
Jasiek idzie śladami Juliusza. Był w Jerozolimie, a teraz widzimy go, jak wchodzi do piramidy w Kairze. Jak go u ściągnąć? Wszak w dworku czeka śliczna dziewczyna.
*
Nie pozostawało nic innego jak ściągnąć Jaśka do dworku. Marcin napisał list i wysłał do wielu miejsc, gdzie Jasiek mógł się zjawić.
„Nie uwierzysz Jaśku – przyjechała dziewczyna, około 20-letnia, piękna że aż dech zapiera, i co najciekawsze i najdziwniejsze podaje się za córkę Juliusza Słowackiego. Czego to autor nie wymyśli, a przez to naraża nas, abyśmy zajęli w tej sprawie jakieś stanowisko. Niby wiesz, właściwie to jest możliwe. Ta Kora Pinard szalała za Julkiem. I ten nagły wyjazd z Paryża do Genewy pod koniec grudnia 1832 roku. Taka to była jakby ucieczka. Ale to już nie nasza sprawa. Ty musisz przyjechać i zająć się Zosią. Pokazać jej ciekawe miejsca, wspólnie poczytać dzieła Juliusza, aby ona mogła zrozumieć kim jest. Więc przyjeżdżaj. Czekam. Marcin.”
List Jasiek otrzymał. Wręczył mu go pewien człowiek w Bejrucie, kiedy Jasiek zwiedzał to miasto po pobycie w Klasztorze Bechteszban. A tam Jasiek być musiał, gdyż Julek spędził tam piękne chwile, i został obdarowany ogromną butlą z winem. A że Jasiek idzie tropem Julka, więc i ten klasztor zaliczył. List go specjalnie nie zdziwił. Będąc bohaterem tak skonstruowanej książki musiał się liczyć z różnymi sytuacjami i pomysłami najbardziej, wydawałoby się, fantastycznymi. Tym bardziej, że patrząc z klasztoru Bechteszban na jeden z piękniejszych widoków na świecie słuchał na swoim mp3 super przeboju zespołu Omega – „Dziewczyna o perłowych włosach”. Ciekawe tylko, czy Zosia też jest dziewczyną o perłowych włosach. I tylko to go zajmowało. Bo że jest, że istnieje, to było dla niego oczywiste.
*
Zapomnieliśmy o pięknej Eglantynie Pattey. A przecież ona już od pewnego czasu przebywa w naszym dworku. Spędzała głownie czas w bibliotece, wchłaniając w siebie dzieła Juliusza. Wiadomość o przybyciu Zosi, zaskoczyła ją zupełnie, to był dla niej cios. Postanowiła więc wyjechać stąd, wyjechać do swojego pensjonatu w Szwajcarii, i tam patrzą na Mont Blanc zastanawiać się dlaczego Juliusz ją odrzucił.
Wyjeżdżaj piękna Eglantyno, tam czeka na ciebie inny los. Jesteś szlachetna, dobra i piękna, i los uśmiechnie się do ciebie. Zostaniesz panią de Lupe. Pozostanie ci tylko portret Julka namalowany w 1836 roku we Florencji, na którego spoglądać będziesz zawsze. Do końca. Dobra, piękna Eglantyno, pomyśl - mimo wszystko los uśmiechnął się do ciebie. Jesteś na kartach polskiej literatury. Żyjesz. Patrz, ilu przeminęło bez śladu, a ty, póki Juliusz żyje, też żyć będziesz. Bo póki my go czytamy, i czytamy o nim, musimy natrafić na ciebie.
*
„Nadchodzi rok nieistnienia, nadchodzi straszne bezkwiecie,
W tym roku wszystkie dziewczęta wyginą, niby motyle.
Ja pierwsza blednę samochcąc i umrzeć muszę za chwilę –
I już umieram – o, spojrzyj! – i już mnie nie ma na świecie!”
Zosia Jasia oczarowała. Bo Jasiek wreszcie przybył. Europa już zaczynała opasywać się torami kolei żelaznej. Jadąc pociągiem z Warszawy do Wilna, minął po drodze pociąg z Wilna do Warszawy, w którym podróżował Fistonow. Kiedyś będziemy mu towarzyszyć, ale teraz wracamy do Zosi.
Czarne oczy – to po Juliuszu – delikatna cera, jednym słowem piękna dziewczyna. Zacznie się przygoda jedyna w swoim rodzaju, bo gdy zostanie stworzona to przetrwa. Zostawmy ich, niech się poznają, czeka ich długa droga. Jasiek weźmie Zosię w podróż po świecie, który wymyślił Juliusz, i w miejsca gdzie Juliusz był. I wymyślił Jasiek, że zacznie podróż od Syberii. Tam pojadą, by poznać kogoś, kto do nich podobny. Juliusz go stworzył w klasztorze Betchesz-ban. A nazywał się Anhelli.
*
„Gdym odjeżdżał na zawsze znajomym gościńcem
Patrzyły na mnie bratków wielkie, złote oczy
Podkute szafirowym dookoła sińcem
Był klomb i rój motyli i błękit przezroczy”.
Odjeżdżają Jasiek i Zosia. Ale czy na zawsze? Nie wiadomo, może na zawsze. Może się zdarzy coś, że do tego dworku przed którym był klomb z bratkami już nie wrócą. Tego nie wie nawet autor, bo nie wie on też, co się w tej podróży zdarzy. Pociąg z Wilna do Moskwy był pierwszym etapem ich podróży. Jasiek miał rosyjski paszport z dwugłowym rosyjskim orłem, a Zosia paszport francuski. To wystarczyło, by notatka z odpowiednią adnotacją znalazła się na biurku oficera Ochrany w Petersburgu, który pod nieobecność Fistonowa zajmował się Marcinowym dworkiem, i jego gośćmi. Z Moskwy wyruszyli koleją transsyberyjską do Władywostoku. W ich przedziale podróżowało jeszcze 2 pasażerów. Jeden to Andriej Szatunow, a drugi Piotr Kropotkin. Andrzej jechał w celach handlowych, a drugi w celach bliżej nieokreślonych.
Czekało ich 2 tygodnie wspólnej podróży, więc chcąc nie chcąc musieli się ze sobą zaprzyjaźnić. Jasiek wziął ze sobą wszystko co napisał Juliusz. Język polski Zosia znała słabo, ale znała. Korę Pinard i jej siostry Julek zaczął uczyć polskiego, kiedy przychodził do drukarni ich ojca drukować swoje dziwne poematy. Wyciągnął Jasiek z torby pierwszą książkę na chybił trafił, i był to „Król-Duch”. Zosia patrzała przez okno, jednak monotonny krajobraz nużył ją.
Zobacz Zosiu pierwsze zdanie „Króla-Ducha”:
„Cierpienia moje i męki serdeczne
i ciągłą walkę z szatanów gromadą…”
To ta choroba. Od dziecka był nią zainfekowany. Właściwie nieuleczalna. A więc całe życie cierpiał.
I dalej…
„i ciągłą walkę z szatanów gromadą…”
W tym momencie Zosia spojrzała przez okno i zauważyła ogrodzone drutem kolczastym tereny. To były łagry. Co kilkadziesiąt kilometrów widzieli obóz. Przed nim symbol sierpa i młota, idiotyczne hasła i portrety człowieka o mongolskich rysach, który w szklanej trumnie leżał niczym faraon w Moskwie.
„i ciągłą walkę z szatanów gromadą…”
Juliusz dostrzegł ten szatański rys w dziejach tego narodu, i przeczuwał co się zdarzy.
Zapanowała atmosfera przygnębiająca. Jakże piękny, pełen ciepła i miłości był ten Marcinowy dworek. Ten dworek, który poddani człowieka w szklanej trumnie kiedyś zniszczą, rozjadą czołgami tak, że nie pozostanie kamień na kamieniu. Ale przecież stworzymy go w wyobraźni – gdzie żaden czołg go nie rozjedzie. Żaden.
*
„Pod ziemią tętna zakopanych dzbanów
Z prochem rycerzy.”
- Jakie piękne zdanie, co ono znaczy dla was Jaśku?
Zosia spojrzała w zamyśleniu na Jaśka, który zdziwił się, że ta piękna dziewczyna rodem z Paryża, jadąca z nim w nieznane zainteresowała się zdaniem które znalazła w utworach Juliusza, jej ojca. I wtedy stała się rzecz dziwna i nieprzewidywalna. Milczący dotychczas pasażer Piotr Kropotkin odezwał się w te słowa:
- Panienko piękna, to są prochy zamordowanych przez nas żołnierzy polskich w lasku pod Katyniem. Tam się potworny mord dokonał. Tam triumfowało zło. A ja jadę na Syberię, i tam będę pokutował do końca mych dni, bo w tym mordzie brał udział mój ojciec. Nie wiem czy będzie mu to wybaczone, ale ja muszę pokutować. Oni chcieli na zbrodni, kłamstwie i krwi zbudować nowy, wspaniały świat… i co zrobili? Zniszczyli wszystko, i długo się nie podniesiemy po ich diabelskim eksperymencie. Ci rycerze polscy cwałują teraz na zielonych łąkach raju, to wiem na pewno, a my zostaliśmy tu z rękoma pełnymi krwi.
*
„Barwny ich strój
amaranty zapięte pod szyją
o Boże mój, jak to polscy ułani się biją…”
Co oni osiągnęli tym, że zabili tych rycerzy? Czy to coś znaczy, że stało się to, a potem nastąpiła cisza? Potem zarządzono triumf kłamstwa i ciszę. To coś znaczy, tylko co? Może za wiele lat okaże się sens tego wydarzenia. N razie nie możemy dotrzeć do nitki, która prowadzi do sensu i jest sensem. Jeżeli w tym momencie usunięto ich, usunięto z gry zwanej życiem, to znaczy że taki był cel, zamysł i plan. Nie, na pewno nie zła wcielonego. Oni przecież są cząstką tej siły, co zła pragnąc zawsze dobro zdziała. Ale sensu i celu nie odkryje Zosia. Może tylko pytać.
*
Jasiek posłał list do Marcina z opisem ich podróży i relacją z rozmów z Kropotkinem. Marcin odpisał mu błyskawicznie:
„W co ty Jaśku wciągasz tą dziewczynę? Co ją to może obchodzić? Ty wysiądź z tego pociągu (Anhellego ci się zachciało oglądać – nie przesadzaj), wsiądź do pociągu na Petersburg, a potem jedźcie do Paryża, a tam we ją na spacer do lasku bulońskiego, kup białe albo czerwone róże. Love story przeżyj, póki żyjesz. To jest najważniejsze. A ty ją wplątujesz w naszą historię. Po co? Gdybym ja był w twoim wieku… Historię zostaw nam. Przecież Zosia ma czarne oczy(to po ojcu, tak na pewno po ojcu) urodę niesamowitą, a ty o Syberii myślisz, oj Jaśku ,Jaśku.
*
Jasiek odebrał list na jednej ze stacji kolejowych.
- Wracamy Zosiu, jedziemy do Paryża.
- Dlaczego wracamy? – Zosia zdziwiona spojrzała na zaaferowanego otrzymanym listem Janka.
- Marcin ma rację, zostawmy sobie tego Anhellego na potem. Muszę ci powiedzieć, że cieszę się, że jesteś, że… to ty taka… piękna.
Pociąg do Petersburga odchodził dopiero w dniu następnym. Mieli czas by pochodzić po mieście. Zostawmy ich samych, bo żadne słowa nie oddadzą tych chwil.
*
Jasiek i Zosia przyjechali do Petersburga. Petersburg przywitał ich pogodą deszczową. Kupili bilety na ekspres „Nord”, który przez Berlin podążał do Paryża. Odjazd mieli wieczorem, o 20, więc te kilka godzin poświęcili na zwiedzanie miasta. Zosia chciała koniecznie zobaczyć miejsca znane z lektur. Zwiedziła kamienicę, w której żył i tworzył Fiodor Dostojewski. Chciała podążyć śladem studenta Raskolnikowa.
- To w tej kamienicy stało się to najstraszniejsze, tu zabił lichwiarkę – poinformował Zosię Jasiek. Rola przewodnika bardzo mu odpowiadała. Czuł się ważny, a ona z zainteresowaniem słuchała jego literackich opowieści. Kiedy przyszli na stację byli zmęczeni, lecz pełni wrażeń, które przetrawią jadąc ekspresem „Nord” do Paryża. Tam w Paryżu ona będzie przewodnikiem, bo to jej miasto.
*
„Otóż wy jesteście niczym i wasze dzieła są niczym”
Izajasz 41,24
Czy Leonardo da Vinci czytał te słowa? Czy czytał je Jan Sebastian Bach? Tak, on pewnie je czytał, i co?
Powinien przestać tworzyć, przerwać pracę nad swoją Pasją wg św. Mateusza, a nie przestał, nie przerwał pracy. Nie przerwał, bo po to został stworzony, on i wielu innych genialnych twórców. Bo to niczego nie zmienia, gdyż chodzi o coś innego. Oni działali w innej skali, innej rzeczywistości. Niech więc maluje swoje obrazy Leonardo i myśli nad tajemnicą twórczości, życia, i upływu czasu. Za zasłoną jest odpowiedź. Jest na pewno.
*
„Wtenczas wspomniałem na dzieciństwo moje
Dziwne. Przyszedłem na świat – anioł ciemny”
Kiedy Jasiek i Zosia wsiedli do ekspresu „Nord”, który pomknął do Paryża, Zosia otworzyła dzieło Juliusza „Król-Duch”, i to zdanie zastanowiło ją: „… przyszedłem na świat – anioł ciemny”.
- Co to znaczy Jaśku? Anioł ciemny to Juliusz, mój ojciec? Jak to? Przecież pisze, że walczył z szatanów gromadą, ta pisze w pierwszych wersach „Króla-Ducha”. Mało tego, przecież zjadaczy chleba chciał przerabiać w aniołów. Anioł ciemny nie mógłby tego zrobić, nawet by nie chciał.
- Tak Zosiu, to jest zagadka, to jest tajemnica, i ty musisz ją rozwikłać. Ale aby ją rozwikłać, musimy być w tych miejscach gdzie on był, zbadać jego ślady i sprawdzić, co wyrosło w miejscach gdzie on próbował zasiać swoje myśli. Innej drogi nie ma.
*
Co ten Marcin sobie myśli? On będzie mówił co ja mam robić?
Jasiek patrzał na piękną Zosię i myślał o liście Marcina, który nie wiadomo dlaczego uzurpuje sobie prawo do sterowania jego życiem. W tych sprawach nic na siłę. Co on myśli, że co… w Paryżu spojrzę na Zosię inaczej?
Nie. Dość. Niech on tam w tym swoim kresowym dworku napycha siebie i gości szynką, niech częstuje ich winem, rocznik 1809, i swoim legendarnym chlebem, ale niech nie ingeruje w moje życie.
Tu nie chodzi o Marcina w końcu, tu chodzi o autora książki. Autor użył sformułowania „gdym odjeżdżał na zawsze” co może sugerować, że chce się mnie pozbyć. Nic z tego. Przecież pomysł z Zosią musi kontynuować.
- Zosiu, wysiadamy na najbliższej stacji. Jedziemy do Warszawy. Juliusz pracował tam, odwiedził Usynów, pisał powstańcze wiersze. Jedziemy do Warszawy.
*
Zosia jest śliczna, myśli Jasiek, patrząc na jej twarz. Autor albo nie ma pomysłu jak poprowadzić ten „romans”, albo nie umie, albo nie chce. Co ja będę na niego liczył. Sam biorę sprawy w swoje ręce. Domyślam się, że autor chce nas wrobić w jakieś powstanie, wpuścić chce pewnie w kanał, a z Zosi zrobi pewnie sanitariuszkę, bo to takie polskie i romantyczne.
O, nie. Spróbuję spędzić z nią ten czas dany mi poza historią.
- Zosiu, nie jedziemy do Warszawy, pojedziemy do Kazimierza nad Wisłą. Wynajmiemy pokój i spędzimy tam czas poza naszą historią. Będziemy sami, tylko ty i ja. Nawet autor nie będzie nic o nas wiedział. Ty jesteś moja i tylko moja.
*
„I tęskniąc sobie zadaję pytanie
Czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?”
Niewątpliwie jest to kochanie. Jasiek spacerował z Sophie po uroczych zakątkach Kazimierza nad Wisłą. Tam po raz pierwszy jej to powiedział, tak delikatnie, mimochodem właściwie. A ona uśmiechnęła się tajemniczo. Więcej już nic nie napiszemy, wszystko jasne.
Marcin tymczasem przeprosił gości i poszedł do swojego młyna dopilnować by mąka była zmielona jak należy. Goście też rozjechali się po Litwie, gdyż obejrzeć chcieli te piękne miejsca, które rysował Napoleon Orda i fotografował pan Dagere. Dworek opustoszał. Ale niczym sprężynę i rzucił pod nogi pięknej damie. Była to hrabina. Hrabina Cosel.tała jedna osoba. Był to pan Kraszewski, który każdą minutę wykorzystywał na pisanie. Właśnie nowy pomysł przyszedł mu do głowy, więc pisze. Skrzypi pióro gęsie po papierze, a on tworzy powieść o czasach króla Augusta II, Mocnym zwanego. Mocnym, bo podkowy łamał, i właśnie skręcił podkowę
*
„Nie wiedziała jak pieścić – nie wiedziała jak nęcić
Jakim śmiechem pośmieszyć, jakim smutkiem posmęcić”
Sophie była taka zwiewna. Jest zwiewna, bo przecież trwa. A Jasiek coraz bardziej zachwycony nią, przeżywał chwile, których wcześniej nie przeżył. Siadali w malowniczych zakątkach nad Wisłą i przy świetle księżyca on szeptał jej, że kocha, a ona:
„Nie wiedziała jak pieścić – nie wiedziała jak nęcić
Jakim śmiechem pośmieszyć, jakim smutkiem posmęcić”
I tą niewiedzą Jasiek był zachwycony. I przeżyli piękne chwile, jedyne, które powinien przeżyć każdy, ale nie każdemu są dane.
A może by teraz pojechać w góry, bo w górach bliżej do nieskończoności – pomyślał Jasiek.
Jedziemy w Tatry Zosiu, pokażę ci piękno gór.
*
Juliusz nigdy w Tatrach nie był.
Chodził za to po Alpach. 31 lipca 1834 wybrał się z grupą przyjaciół na 20-dniową wycieczkę. Opisał ją w liście do Matki, lecz zastrzegł, że: „Żadne opisy nie odmalują Wam zieloności szmaragdowej, którą widać w dolinie – tych domów białych, które po niej są rozsypane – tej góry żółtego koloru – tych gazowych chmur, które się wieszają po jej szczytach. A ja – to wszystko – widziałem.”
I jeszcze pisze:
„Obrazy, które sobie Twoja imaginacja utworzy, będą może piękne, ale nie będą tymi samymi obrazami, które teraz ja widzę we wspomnieniach. Czyż ludzie nie wynajdą kiedy jakiego środka, który by lepiej niż pismo i malarstwo wystawiał przedmioty. Dziwna i głupia myśl.”
- Widzisz Sophie, tak pisał Juliusz, przewidywał wynalazek aparatu fotograficznego i kamery.
Jasiek próbował zacząć rozmowę z Sophie, która milcząca i zamyślona patrzyła w okno pociągu zmierzającego do Zakopanego.
- Nie mam ochoty jechać w góry, wysiądźmy w Krakowie, pochodźmy po mieście, pokażesz mi ciekawe miejsca, góry zostawmy na później – dobrze Jasiu?
- Dobrze Zosiu, dobrze, wysiadamy w Krakowie.
Prośby Zosi Jasiek zawsze odbierał jak rozkaz, i jeszcze zadowolony był, że może coś dla niej zrobić, dla dziewczyny, którą kochał.
W Krakowie pierwsze kroki skierowali na rynek. Przed kościołem Mariackim czekało kilkanaście dorożek zaprzężonych w konie. Okazało się, że właśnie ksiądz udziela ślubu poecie i dziewczynie, jak mówili woźnice, „od nas, prostej, z ludu”.
Pan poeta Rydel brał ślub.
- A gdzie będzie przyjęcie weselne? – zapytał Jasiek.
- W Bronowicach panie, niedaleko.
*
- Właściwie to musimy tę chatę w Bronowicach opuścić. Co tutaj się dzieje? Tutaj nie ma miejsca dla nas Zosiu. My jesteśmy z innej opowieści. Popatrz, pan Wyspiański patrzy na to wszystko, i niechybnie to opisze. A jak on to opisze, to już na zawsze wtłoczy ich w swój dramat. I już zawsze będziesz musiała tańczyć, bawić się, i przeżywać coś, czego nie rozumiesz.
- Ależ Jasiu… zostańmy. Patrz, jak te kolorowe pary wirują, patrz, jaka panna młoda szczęśliwa, nawet Rachela tańczy. Zostańmy.
- Nie. Idziemy Zosiu po śladach Juliusza. On nigdy w Krakowie nie był i nie będzie.
- Skąd wiesz Jaśku, że nie będzie? Skąd wiesz?
*
Musimy się stąd wyrwać, Zosiu, wyrwać na zawsze. Tutaj historia jest na każdym kroku. Gdzie się nie ruszymy, autor wplątuje nas w dzieje tego dziwnego kraju. To wszystko jest już mistyczne, historyczne. Każdy kamień, drzewo każde, już nawet każdy dom, fabryka, stają się ważne, historyczne, dziejowe, jedyne i niepowtarzalne. Jedziemy do pensjonatu Pani Pattey w Genewie. Tam w ciszy i spokoju pomyślimy co dalej, jak wyrwać się spod władzy autora tej książki. Jak pokonać tę sprzeczność. Bo póki on pisze, jesteśmy, żyjemy, a jednocześnie musimy robić to, co on sobie wymyśli, co on chce. Ani jest to przyjemne. Weźmy na przykład takiego Pana Tadeusza, on ciągle przyjeżdża pod ten ganek w Soplicowie, a może on by chciał gdzie indziej pojechać. Nic z tego. Albo Raskolnikow, może on nie chciałby zabijać, a tu, widzisz, autor włożył mu tą siekierę do ręki już na zawsze. I nie ma wyjścia z tej sytuacji.
A my?
My na razie jesteśmy to na weselu w Bronowicach, to w Kazimierzu, i właściwie autor się waha w którą stronę iść. Ale kiedy nas wpuści w jakąś rolę według niego ważną to już na zawsze będziemy ją odgrywać. Więc musimy uciekać. Pensjonat Pani Pattey jest odpowiednim miejscem. No i może spotkamy tam Eglantynę.
- Nie wiem Jasiu, czy to dobry pomysł, i myślę, że mówienie mi o Eglantynie jest nie na miejscu.
- Eglantyna była potem Zosiu. Najpierw była Kora Pinard.
*
Pierwszy etap podróży to Wrocław. Juliusz tak napisał: „… wyjechałem w nocy, smutno mi było – zdawało mi się że uciekam…”
Dlaczego on napisał, że ucieka?
Zosia pokazała ten fragment listu do matki Jaśkowi w dyliżansie, który ich wiózł do Wrocławia.
Juliusz wtedy, w marcu 1831 roku też zapewne jechał dyliżansem, i miał wrażenie, zresztą słuszne, że ucieka, bo uciekał, inaczej tego nazwać nie można. Trwa powstanie, nazwane potem listopadowym, które rozpoczęli młodzi ludzie, jak on. Ważne dni w historii tego kraju, a Juliusz Słowacki ucieka. Uważa się za osobę zbyt cenną, by ginąć. Musi przecież stać się Juliuszem Słowackim. Szkoda oddawać teraz swoje życie, kiedy jego nazwisko nikomu nic nie mówi. I kiedy przyjeżdża do Wrocławia jest nikim. Po 17 latach tam wróci, ale wtedy jego nazwisko będzie robić piorunujące wrażenie, co samo w sobie jest zadziwiające, gdyż mało kto przeczytał jego poezję, a mimo to Juliusz Słowacki jest numer dwa. Bo numer jeden jest Adam, i nic nie da się tutaj zmienić. Nic.
*
„Mamo moja kochana, śliczny kraj opuściłem i może już do niego nigdy nie będę mógł powrócić.”
To jest zdanie z listu wysłanego przez Juliusza z Wrocławia, listu do matki oczywiście. Patrząc z naszego punktu widzenia, Juliusz właściwie kraju nie opuścił. Ale Wrocław mu się nie podoba, uważa, że miasto jest nudne. Wyrywa się na zachód. Czeka na niego Londyn, Paryż, a wcześniej Drezno. Czeka i Genewa, i ten pensjonat pani Pattey, do którego zmierzają bohaterowie naszej książki, Zosia i Jaś.
Właściwie Juliusz przybył do pensjonatu jadąc z zachodu, z Paryża, więc należałoby Jasia i Zosię również tam przenieść, by powtórzyli tę drogę. Tymczasem dyliżans zmierza do Wrocławia, a w nim Jaś zaczął bardzo interesującą rozmowę.
- Tak myślę, że moglibyśmy uwolnić się spod władzy autora.
- Co masz na myśli?
- To, że musimy robić to, co wymyśli autor. Teraz jedziemy w jakimś idiotycznym dyliżansie do Wrocławia, niby tropami Juliusza, a to już mnie tak nie interesuje. Ja mam inny pomysł na to nasze życie, nawet jeśli jest ono literackie. Powiem ci więcej nie przepadam za Juliuszem Słowackim. Wydaje mi się on taki zarozumiały ,przekonany o własnej wyjątkowości w stopniu trudnym do strawienia dla mnie a myślę ,że nie tylko dla mnie. No i rzecz najważniejsza ,te jego utwory, te wiersze ,poematy, dramaty ,są zawile, niezrozumiałe i nikt absolutnie nikt ich nie czyta. Może tylko jacyś szaleni pasjonaci, ale ich jest niewielu. Pamiętasz te jego słynne zdanie”aż was zjadacze chleba w aniołów przerobi”
Nikogo nie przerobił w anioła ,mówię ci, nikogo.
*

Juliusz jedzie dyliżansem z Paryża do Genewy.
Szybko, bardzo szybko ,podejrzanie szybko zdecydował się na wyjazd z Paryża, ku rozpaczy Kory Pinard.26 grudnia 1832 roku o godzinie siódmej wieczorem wsiadł do dyliżansu. Jechał ciemnymi paryskimi ulicami i myślał ,że opuszcza Paryż na zawsze.
Jadąc przez tereny górskie często z dyliżansu wysiadał i szedł piechotą ,wyprzedzając dyliżans o milę drogi. Po paru dniach przyjechał do Genewy i tam, chodząc po mieście znalazł „ładny pensjon w wiejskim domu, kilkadziesiąt kroków od miasta położony”
No i spotkał tutaj Eglantynę .
Nikt by o niej nie usłyszał gdyby nie ten przypadek, ze Juliusz wybrał akurat ten dom bo mu pewnie przypominał czasy spędzone w Krzemieńcu .Weszła dzięki temu na zawsze w dzieje polskiej literatury i szkoda tylko ze Juliusz nie poprosił o jej rękę.
Liczyła na to. Chciała być Eglantyną Słowacką z domu Pattey.
Nie wyszło. Szkoda!
*
Gdzieś zagubiliśmy Fistonowa. A on tymczasem zmierza do Szwajcarii. Jednakże nie ma on zamiaru zamieszkać w pensjonacie pani Pattey , podziwiać urodę Eglantyny, grać w szachy z Juliuszem. Dostał inne zadanie, ma jechać do Zurichu i tam zlikwidować niejakiego Uljanow. Ochrana już od jakiegoś czasu miała go na oku i teraz decyzja zapadła .ten człowiek musi zginąć ,gdyż jego działalność może doprowadzić do upadku Rosji.
Kurier jadący z Petersburga dostarczył Fistonowowi oprócz kilkunastu tysięcy rubliparasol z przemyślnie wbudowanym mechanizmem .Była to sprężyna na końcu której umieszczono ostrze z trucizną działająca błyskawicznie .Teraz należało tylko dostać się do Zurichu i wykonać zadanie.
*
A Jasiek z Zosią zbliżają się do Genewy .Mają nadzieje że w pensjonacie pani Pattey będą wolne pokoje. Liczą na to ,ze spotkają Eglantynę.


*
„… ale już nie znali Tego języka…
który we mnie śpiewał.”
Król-Duch

Juliusz zna język, który dawno umarł, a ten cytat jest z Rapsodu Piątego. A swoją drogą ile języków zaginęło, umarło wraz z ostatnim człowiekiem, który się nim posługiwał. I wskrzesić języka się nie da, no bo jak. Czy możemy mówić językiem polskiego Średniowiecza, albo Baroku? Ale że wszystko przecież możliwe, to i zdarzyć się może, że wróci tamten język, i zwykli zjadacze chleba będą rozmawiać w taki oto mniej więcej sposób.
„Przeczże się poganie buntują, a narody przemyślaną próżne rzeczy”
Bo też i wraz z językiem wrócą dawne obyczaje, stroje, potrawy. To nic, że to wirtualny świat na sprzedaż, ważne, że jest. Szkoda tylko, że spowoduje on zanik wyobraźni i książek już nikt nie poczyta, bo po co. Tak łatwo będzie można się przenieść, to do Pensjonatu Pani Pattey, gdzie spędza życie Juliusz Słowacki, a to popatrzeć, jak Beniowski żegna się z panną Anielą, i wyjeżdża w świat. Ale przecież Beniowski z poematu Julka jest wymyślony, ale sam Juliusz wymyślony nie jest. Tak myślę. Chyba nie jest.

* * *

Goście Marcina poszli na spacer, część nawet rozjechała się po Litwie. Chciał im Marcin pokazać różne miejsca. Wilno, Kowno, Szawle, Jaszuny, Troki, Lida. W Trokach spotkali Napoleona Orde. To polski malarz, który rysował i malował ciekawe polskie i litewskie miejsca. Zamki, pałace, dworki. Zaprosił go Marcin do siebie. Obiecał Napoleon, że przyjedzie. Przywiezie obrazy, i zrobi wystawę.

* * *
Jeszcze nie teraz.
Następny tom naszej książki – cyklu „Imię moje jak dźwięk pusty” rozpoczęty. Cel jakby bliżej, już zarysy widać, osiągniemy go ale… jeszcze nie teraz.

* * *

Na grobie Robespierra taki napis „Przechodniu, nie płacz po nim, bo gdyby on żył, to ty nie żył byś na pewno.”
Maksymiliana Robespierra zaprosiliśmy do dworku Marcina Cumfta w Radziwiliszkach. Przyjechał, rozmawiał ze wszystkimi, ale z chwilą kiedy przybyli chłopi z Wandei, gdzieś zniknął. Musimy go odszukać. Posłuchać co on powie, i co powiedzą nam, żyjącym w XXI wieku, powstańcy z Wandei, wierni Bogu i królowi. A Maksymilian Robespierre też był wierny. Sobie.

* * *

W bibliotece Marcina siedział zatopiony w lekturze książki stary Żyd Natan. Był on kiedyś właścicielem antykwariatu w Krakowie, a książki to była jego pasja. Godzinami całymi siedział i czytał, a klientów zbywał opryskliwym „nie ma”, mimo iż książka była, stała na półce. Bo on nie chciał się rozstawać z książką, bo to tak jakby rozstawał się z kimś bliskim, z przyjacielem. Nie wiadomo kiedy wszedł do naszego dworku, ale wszedł. Siedzi i czyta. Wszystko dla niego ciekawe, ważne. Wszystkie książki traktuje niczym ważną rozmowę z kimś bliskim. Za jego czasów książki przemycano, on sam przemycał. I „Pana Tadeusza” i „Dziady”, i nawet książki Juliusza, którego Natan nie zawsze rozumiał. A każdy dzień zaczynał Natan od czytania Świętej Księgi. Ukochał Psalmy, bo to drogowskaz dla niego, i piękne słowa. A dzisiaj myślał o tym wersecie Psalmu drugiego:
„Przeczże się poganie buntują,
a narody przemyślaną próżne rzeczy”.
Ten naród, który przyjął jego ciągle się buntował. A te książki, które przewoził przez kordony zaborcze, tylko w tym pomagały. On nie rozumiał tej niecierpliwości Polaków, trzeba czekać. Cierpliwością pokona wszystko, a tu taki Mickiewicz i Słowacki każą im iść w bój, i co najgorsze, bez broni. Duchem pokonać armaty i karabiny. Ale biznes to biznes. Chcą czytać, to Natan im przemyci książki, i niech czytają. Niech się przerabiają w aniołów, niech płacą kolejną daninę krwi z najlepszych. Taki już ich los. I Natan czytał ich księgi i nadziwić się nie mógł.

* * *

„Nie będzie już walki o to kto ma być dowódcą”.
A ta walka jest zawsze. Dowódca zresztą jest potrzebny, byle był mądry i wiedział do czego zmierza. Zresztą w dziejach byli różni dowódcy. U Marcina zjawiło się też paru dowódców. Bo Juliusza można tak określić, mimo iż on dowodził tymi, których jeszcze nie było. Jeszcze się nie narodzili nawet. To ciekawe.

* * *

„Jesteś prawdziwym cudem tego świata.
Jesteś wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny.”
Phil Bosmans
Że Juliusz, Adam czy Fryderyk, to rozumiem, ale ja czy ty, niepowtarzalny, wyjątkowy, albo ten tam, co to nic wyjątkowego nie uczynił. Ale okazuje się, że potrzebny był. Nawet swojego grobu nie ma. Kiedyś miał, ale potem zbudowano tam nowe miasto i zatarły się wszystkie ślady o tamtych. Niepojęte to tak bez śladu, bez pamięci.

* * *

Każde wydarzenie ma swoją głębię. Patrzę na zdjęcie będzińskiej synagogi, której już nie ma, i przypominam sobie zdarzenie z córką Jaira, zwierzchnika synagogi, w jednym w miast Izraela. Córka Jaira umarła, a potem ożyła, chociaż Jezus powiedział, że ona tylko śpi. Blisko będzińskiej synagogi jest kościół i Żydzi wychodzący z synagogi, idący obok kościoła do swoich domów musieli słyszeć opowieść sprzed 2000 lat o przełożonym synagogi i jego córce. Czas nie ma tutaj znaczenia, bo tutaj nie chodzi o głębię czasu, tutaj chodzi o coś więcej. Przełożony synagogi zwraca się do tego, który jest Posłany. Coś mu każe zwrócić się właśnie do Niego.

* * *

Coś w tym jest, że tak często pojawia się w dziejach narodu wybranego motyw ojca i córki. Nawet nasza wielka literatura przejęła ten motyw. Bo i Juliusz Słowacki w swym dramacie „Ksiądz Marek” umieszcza Judytę i jej ojca jako jednych z bohaterów dramatu, i Stanisław Wyspiański w „Weselu” też sprowadza na wesele do Bronowic Żyda z córką Rachelą. A u nas w Będzinie żyd Herszlig wędrował z córką po Gzichowie, Brzozowicy, i odszedł z nią na zawsze wywieziony z getta na Warpiu. Coś w tym jest.

* * *

Każda rzecz widzialna okazuje się znakiem, symbolem niewidzialnym. I to co niewidzialne ważniejsze jest od widzialnego.

* * *

A może jest tak, że klęska, upadek to odwrotna strona sukcesu i zwycięstwa. Na pewno tak jest.
Tam w dworku Marcina rozpoczął się koncert Jana Sebastiana Bacha. Gra na organach w kościółku niedaleko, to i słychać go dobrze. Wieczór jest jesienny. Jak wtedy wygląda świat, wiadomo. Opisano to na wiele sposobów, namalowana, i zawsze dodawano, że to niepełny obraz, niepełne słowa, że urok jesiennych chwil jest nieprzekazywalny. Jest nieprzekazywalny, ale cóż jest przekazywalne? Wracajmy do Bacha.
Ta jego gra w tym otoczeniu, nastroju, to jest to coś, do czego się wraca, bo to jest kwintesencja życia. Tych chwil ważnych, momentów skupiających w sobie wszystko. No więc Bach gra. Mgły unoszą się nad łąkami, chmury układają się w fantastyczne kształty. A Juliusz? Co robi Juliusz? Wyszedł i pali cygaro. Suchoty, w ogóle słabe zdrowie, a on pali. Niech pali. Obmyśla rapsody „Króla – Ducha”. Kiedyś te rapsody będzie deklamował w tajnym teatrze w Krakowie człowiek, który został słowiańskim papieżem. Juliusz to wie. Wie, że nie pasuje do tej epoki, w której żyje. A jednocześnie jest konieczny w tej epoce. Musi przygotować nowe zastępy. Więc przygotowuje.

* * *

Za 18 minut zajdzie słońce. Zapalamy szabasowe świece. To jest odwieczny rytuał. Juliusz zobaczył światełko w domu pewnego Żyda. Jest piątek i wszędzie zaczyna się szabat. A szabat to uświęcenie czasu. I tutaj tysiące kilometrów od Ziemi Obiecanej, gdzie płynie rzeka Niemen, czy tam gdzie płynie Przemsza, czy Wisła zaczyna się święto odwieczne.

* * *

„Szczęśliwy mąż, który nie idzie za radą występnych”
Tak zaczyna się Psalm I. Wcześniej pisaliśmy o tym człowieku, który budził strach. Nie on jeden zresztą. Nazywał się Robespierre. Mówimy teraz o nim, i o tym, że te słowa są ponadczasowe. On był występny, rady jego były złe, i tylko złe. Wielu go posłuchało na ich nieszczęście, i Europy, ale Wandea go nie posłuchała. Teraz Maksymilian siedzi w salonie Marcina, słucha Bacha, i myśli o Wandei. Myśli o chłopach, którzy nie chcieli postępu i wolności, równości i braterstwa, tak jak rozumiał te hasła Maksymilian de Robespierre.
Co jakiś czas pojawia się w historii jakiś występny człowiek, i namawia do zła. Znajduje takich, którzy za nim idą, i pozostawiają za sobą ruiny i zgliszcza. I tak już musi być. Bo tak jak ponadczasowe są słowa Psalmu, tak ponadczasowe jest zło i występni, którzy są i będą pośród nas. A może to my.

* * *

Borges kiedyś tak napisał:
„Niech inni się chełpią stronami jakie napisali; mnie dumą napełniają te, które czytałem.”
Parę książek można by zabrać w wieczność, mimo iż tam będzie wszystko jasne. Ale przecież będą tam biblioteki, muszą być. Przecież Urszulce Bóg stworzył tam dworek z Czarnolasu. Wszystko było tak samo, identyczne. Tylko rodziców nie było, ale to przecież kwestia czasu, jeżeli czas jest tam jakąś kwestią. Wiersz Leśmiana o Urszuli to coś, co przełamuję barierę czasu. Naszego czasu. Bo w innych miejscach raczej niezrozumiały jest, chociaż kto wie. Ale wracając do bibliotek. Będą tam wszystkie książki świata, i nieograniczona ilość czasu, by je wszystkie przeczytać.

* * *

„Jesień nudna jesień… Ciągłe słoty angielskie mgły przeniosły się do Paryża – i często wieczorem nie można znaleźć dobrze znanej ulicy… słychać huk i turkot niewidocznych powozów – i tylko latarnie kabrioletów we mgle płyną i migają.”
Tak wyglądała jesień w Paryżu w roku 1832. Juliusz wszystko widzi poetycznie, filmowo. Te kabriolety we mgle to przecież piękna scena z filmu, którego jeszcze nie nakręcono. Na razie. Pisze też Juliusz że „nigdy tak zdrów nie byłem jak teraz”. Jesień dla ludzi chorych na suchoty to niebezpieczna pora, ale Juliusz ma 23 lata i choroba jeszcze nie spowodowała za wiele spustoszeń w jego organizmie.

* * *

Aby ratować zdrowie Juliusz wyjechał do Szwajcarii. Jechał do Genewy dyliżansem. Ta podróż była bardzo oryginalna, gdyż Juliusz często z dyliżansu wysiadał, wyprzedzał go idąc pieszo. I tak zajechali do Genewy. Tam znalazł pochodziwszy trochę, bardzo ładny pensjonat. Tutaj zaczęła się historia z Eglantyną. Eglantyna była piękną dziewczyną, szkoda, że Juliusz nie związał się z nią. Ale przecież nie tylko uroda decyduje o związkach.

* * *

To sobie przypominał Juliusz paląc cygaro przed dworkiem Marcina. A tam dyskusje trwały o życiu, o świecie, o przeszłości i przyszłości. Oni wszyscy tam trudzili się, aby zrozumieć swój czas, zrozumieć świat, rozplątać zawiłości życia. Próbowali, próbowali, i co? I nic. Świat toczył się, tak jak miał się toczyć. Usłyszał Juliusz jak Woland, który przybył z Moskwy wyrzekł słowa „będzie to, co ma być”. Będzie próbował Maksymilian Robespierre i jemu podobni tworzyć nowy świat, lepszy według ich mniemania, ale pozostawią po sobie ruiny, zgliszcza i górę, wielką górę trupów. Słuchając tych namiętnych dyskusji układał Juliusz strofy „Króla-Ducha”.
„Wieszcze się jawią w ogniu i guślarze
Przepowiadają przyszły świat nieznany
Co w pieśni stworzę, to się zaraz pokaże
Przyprowadzone na świat przez szatany.
Każdy wiek wielki miał prawdy ołtarze…”
Robespierre zbudował ołtarz dla Rozumu. Ale czy Rozum przeniknie Tajemnicę?

* * *

Jesień w Genewie była inna.
„Często z panną Eglantyną siadamy na ziemi w ogrodzie – i słuchając szmeru spadających liści marzymy o wielkich rzeczach.”
O czym może marzyć Juliusz. Talent otrzymał, i to taki, jaki zdarza się raz na 500 lat. Sława przyjdzie, musi przyjść, więc on marzy o domku na wsi, ogródku, i życiu spokojnym bez wzruszeń, życiu sielskim, anielskim. Takie życie nie dla niego. Po co wtedy talent poetycki i nieprawdopodobna umiejętność tworzenia wersów, jakich jeszcze nikt przed nim, i nikt po nim nie stworzył. Bo to, co on pisze, to nie dla ludzi z XIX wieku. On pisze dla przyszłości, dalekiej przyszłości.
„Ja, istota Nieznana wtenczas na ziemi nikomu…”
Juliusz, istota nieznana. I wtedy, i później i teraz. Za wiele Juliuszu żądasz od czytelników, od ludzi. Za wiele.

* * *

Ciągle wraca to zdanie:
„… i tylko latarnie kabrioletów, we mgle płyną i migają.”
Juliusz, zresztą nie tylko on ujrzał taki poetyczny obraz, i tak go opisał. Inni przeszli nad tym do porządku, ot, normalna rzecz. Ale ciekawe jest co innego. Kto wtedy w tych kabrioletach jechał i gdzie. I gdzie oni teraz. Dobrze byłoby powiedzieć im, że nie tak całkiem rozpłynęli się we mgle. Nie tylko w tej mgle jesiennej roku 1832, ale we mgle czasu. Juliusz utrwalił ich. Chociaż w taki sposób. Kiedyś badacze dotrą do tego, odkryją kto jechał w tych kabrioletach, kto rzucił okiem na niepozornego przechodnia, który potem ich unieśmiertelnił. A oni nawet o tym nie wiedzieli. Nic a nic.

* * *

Nie wiadomo, kiedy Juliusz nauczył się grać w szachy. Nie wiadomo, kto go nauczył. Nie wiadomo, czy Juliusz grał dobrze, ale pewnie tak, gdyż umiał wiele rzeczy przewidywać. W każdym bądź razie w pensjonacie pani Pattey grywał w szachy m.in. z pewnym protestanckim pastorem. A w dworku Marcina też grają w szachy. Szachy Marcina to arcydzieło sztuki. Wszystkie figury ręcznie rzeźbione, specjalnie zamówione przez Marcina. Rzeźbione w bursztynie.

* * *

25. urodziny Juliusz spędził w pensjonacie pani Pattey. Kiedy się obudził o 7 rano, zauważył, że jakaś ręka rzuciła na jego łóżko bukiet kwiatów. Przeważnie spał do 10, ale dzisiaj wiadomo, 25 lat. A to Eglantyna, piękna i dobra rzuca kwiaty. I jeszcze jedno, jakaś angielka, która też mieszka w pensjonacie, gra z rana na fortepianie. Oto Julku twoje życie.

* * *

Litewskie kołduny wniesiono. Ich zapach rozchodził się po całym salonie. Goście Marcina z apetytem próbowali tego przysmaku, i kiedy jedli wszedł nowy gość. Dziwny co nieco.
- Faust jestem. Żyłem przez wieki w podaniach ludowych, aż mistrz słowa nad mistrze, pan Goethe, umieścił mnie na zawsze w swym poemacie.
- A Mefistofeles też przyjdzie? – zapytał Marcin.
- On zapewne już tu jest – rzekł Faust – tylko nie wiem, jaką tym razem przybrał postać.

* * *

Płynie przez nas czas. Nawet tego nie zauważamy. Tzn. zauważamy po czasie. Coś przynosi – daje, i coś zabiera. Czas zabiera nam czas, jaki pozostał. A w dworku Marcina zjawił się zegarmistrz. Mówił, że lata całe naprawiał zegary i zna ich tajemnice. Może zatrzymać czas. Może, jak się go poprosi, zatrzymać piękne chwile, sprawić aby chwila piękna trwała wiecznie. Juliusz zainteresował się nowym nieznajomym, a on zapytał o piękne chwile w jego życiu. Dużo ich było. Weźmy pobyt w klasztorze Bet-chesz-ban. Cisza, cudowne widoki z okien celi, spokój, pokój, to można by zatrzymać.
- No to co panie Juliuszu, zatrzymujemy ten czas na zawsze?
Wtedy dostrzegł Juliusz jakiś diabelski błysk w oczach zegarmistrza. Tak, Faust miał rację. Zły przybrał postać człowieka od zegarów. I Juliusz zrozumiał w jednej chwili, że to nie tędy droga, że on ten czas zatrzyma inaczej. Pośle go w liście swojej matce… czyli nam.

* * *

Już mamy XXI wiek, a więc na wiek XIX możemy spojrzeć z oddali. A z oddali widać więcej, i wiele rzeczy jednocześnie. Widzimy jak Juliusz spaceruje paryskimi ulicami (już wrócił z Ziemi Świętej), jak Napoleon wraca spod Moskwy, a powstańcy styczniowi idą w bój bez broni. Wokulski robi biznes, a ksiądz Robak spiskuje, bracia Lumierre filmują wjazd pociągu na stację w Paryżu. Jak to wszystko połączyć ze sobą, by wyszedł sens.
Jeszcze Goethe kończy Fausta, i już wie co będzie za sto lat w jego kraju, i w Europie. Bo przecież Juliusz też wie, że kamienie z jego testamentu ktoś rzuci na szaniec w 1944 w Warszawie. Miliony wydarzeń małych i dużych, a wszystkie ważne, celowe, i sens mające. Nie zawsze dla nas jasny. No ale cóż my…

* * *

„W kurhanach tylko zostanie pamiątka
I w pieśni długiej wędrownego dziada,
Żem żył – chwasty mi porosną na grobie…
Inny was anioł rozmiłuje w sobie…”
Jaki inny anioł? Co ty piszesz Juliuszu w tym Paryżu?
Albo „chwasty mi porosną na grobie…” Chwasty? Na Wawelu?
Piszesz „Króla-Ducha”, bo te wersy, piękne wersy z „Króla-Ducha” przecież, a piszesz o sobie i Król-Duch to przecież ty. I jaki może być inny anioł?
Zjadaczy chleba może przerabiać w anioły tylko inny anioł. A jak piszesz żeś anioł, no to tak jest. Tobie chyba można wierzyć. Tobie trzeba wierzyć. W końcu widziałeś twarz Boga w ogniach całą. A my… nie.

* * *

Gdy autorze o nas nic nie piszesz, trwamy w bezruchu. Czujemy się jak książki, na których zalega warstwa kurzu. My tu w tym dworku, który stworzyłeś siłą swojej wyobraźni czekamy kiedy przyjdziesz, albo Jaśka wyślesz, aby przyprowadził kogoś, czy porozmawiał z nami.
- Jeśli sięgasz po „Króla-Ducha”, i czytasz, choć mało co rozumiesz – ja to wiem – to ja żyć zaczynam – rzekł Juliusz.
- Albo jeśli czytasz o Raskolnikowie, to ja wiem, że jesteś w Petersburgu, moim mieście – powiedział Dostojewski.
A bezruch to śmierć. A po to tworzyliśmy by książka żyła. Chcemy ciągle rozmawiać, mamy przecież tyle do powiedzenia.
No dobrze, ale czemu Juliuszu wykreśliłeś taką strofę twego „Króla-Ducha”?
„Czasem się do mnie cudowna dziewczyna
Przybliży… i tak wichrem tonów kręci
Że jako wietrznym skrzydłem koła młyna
Nakryje ducha… i wyrwie z pamięci…”
Dlaczego ta strofa niedobra?
- Już nie wiem. Pisałem w gorączce, wizje przychodziły, odchodziły, co jedna to lepsza. Tak myślałem. Trzeba było się spieszyć. Ale widzę, że nic nie zginęło. Czytajcie jak chcecie, ale czytajcie, ja to pisałem dla was, tych co przyjdą po mnie za sto, może dwieście lat. Wszystko się zmieni, ja to wiem, ale pytania co jest za zasłoną pozostaną. I nie wierzcie tym, co mówią, że nic nie ma, bo każde wydarzenie, każda chwila, każda rzecz świadczą o tym, że tam coś jest.
Zasłuchany Marcin wyrwał się pierwszy:
- No to powiedz Juliuszu, co jest?
- Powiem, ale… jeszcze nie teraz.

* * *

Roman Brandstaetter wszedł do salonu Marcina z Biblią w ręku. Całe godziny spędzał w bibliotece Marcina i czytał.
Czytał przede wszystkim Biblię, bo czytanie tej Księgi nakazał mu ojciec i dziadek. I wnikał pan Roman w każdy werset, w każde słowo, i myślał co ono oznacza na dziś, na teraz, na jutro i na wieczność. A dzisiaj całe godziny spędził nad wersetem 9. Psalmu.
„… zgubiłeś występnych,
imię ich na wieczne czasy wymazałeś…”
Popatrzył Roman po gościach zgromadzonych w salonie, i pomyślał, kto z nich takie zło czynił, że Pan imię jego wymaże. Imię jego będzie pustym dźwiękiem.

* * *

Autor umieścił nas wszystkich (a ilu jeszcze tutaj przybędzie?) w dworku swego prapradziadka Marcina, bo dworek dla niego, to Arkadia, to świat cudowny, bezpieczny, ale przecież nieruchomy – powiedział Juliusz do Józefa Ignacego Kraszewskiego, który obmyślał kolejną powieść o dziejach Polski.
Te same gesty, rytuały, przez wieki nic się tutaj nie zmieniło. Chleb miał taki sam smak przez dziesiątki, setki lat, wino też, krajobraz się nigdy nie zmieniał, wszystko trwało w bezruchu.
I pan, panie Kraszewski, to wszystko pięknie opisuje. Tych dziwaków kresowych, te typy piękne, ale przecież śmieszne, zacofane.
Ależ pan mądry, panie Słowacki – odrzekł z przekąsem autor „Starej Baśni”.

* * *

„Całą potęgą ducha cię wyzywam
Człowieku przyszły”
Ten werset Juliusz przeczytał wszystkim podniesionym głosem. Skąd u niego taka wiara w potęgę swojego poetyckiego słowa? Sprawa staje się jasna, gdy uświadomimy sobie, kto mu dyktował. Bo przecież ktoś mu wszystko dyktował.
Wtedy rozległo się pukanie do drzwi. Przyszedł nowy gość.
- Jestem Ludwik Montfort – przedstawił się przybysz z dalekiej Francji, z dalekiego czasu.
Ale dla nich tam czas nie miał znaczenia. Oni tam istnieli poza czasem. Z chwilą, kiedy ty czytasz, ich egzystencja staje się realna. Bo jak czytasz, że Jezus chodzi po wodzie, to przecież chodzi.
A może spróbować chodzić po wodzie?

* * *

Ludwik de Montfort zasiał kiedyś ziarno, które wydało plon. Pragnął o tym opowiedzieć, ale Marcin dostrzegł w nim, i jego działaniu coś więcej. A my teraz autorze posilimy się, zjemy bigosu przepisu Pana Tadeuszowego, zjemy szynkę, spróbujemy ciasta. Odpoczniemy, Juliusz zapali, choć nie powinien, inni pospacerują po okolicy.
Dlatego autorze, zostaw nas na chwilkę. Idź gdzie indziej.
Ale gdzie mam iść? Gdzie?

* * *

A może zobaczyć co robi Hans Castorp, czy jeszcze żyje? Nie, jeszcze można by się zarazić. Wystarczy, że Juliusz chory. A może zobaczyć co robi Eglantyna Pattey? Po prostu popatrzeć na nią, bo to w końcu piękna dziewczyna. Że też Juliusz… a zresztą, nic to nie zmieni. Żal Eglantyny. Dziwny jest Juliusz, zupełnie jak ten świat.

* * *

Od Marcinkowego dworku do kościoła jest blisko, i Ludwik de Montfort wybrał się tam na wieczorną mszę. Spotkał tam chłopów z Wandei, którzy budzili taką niechęć Maksymiliana Robespierre’a. oni potrafili mu się sprzeciwić, i jego hasłom o wolności, równości i braterstwie. Byli wierni Bogu i królowi, ginęli za Boga i króla. A to ziarno wierności zasiał Ludwik de Montfort. Zasiał prawie sto lat wcześniej.

* * *

Juliusz tymczasem poszedł do lasu. Litewskie lasy.
Specjalistą od litewskich lasów, a właściwie litewskich puszczy był Adam. Jest Adam. Nikt w końcu lepiej litewskiej puszczy nie opisywał, bo on poznał ją aż do „jądra gęstwiny”.
Tutaj w tej materii Adam był lepszy. Ale skąd on to wiedział właściwie. Też na Litwie nie spędził za dużo czasu. W ogóle obaj i Adam, i Juliusz większość czasu spędzili poza ojczyzną, a tak potrafili ją ładnie opisać.
Nagle …spłoszył Juliusz dwie sarny. Zaraz przecież to było w Szwajcarii.
„Pamiętam chwilę …poranek był skwarny
Tameśmy szumem spłoszyli dwie sarny”
Poemat „W Szwajcarii” przypomniał sobie.
Przypomniał sobie jak go pisał po tym jak wracał z wycieczki w Alpy.
„Raz mię ów anioł zaprowadził złoty
Przez jasne łąki do lodowej groty”
Lodowe groty w Alpach, cela w klasztorze Bet-chesz-ban, wspinaczka po piramidach w Egipcie. To wszystko przed nim, za nim zależy jak na to spojrzeć.
I tutaj na tym spacerze zaczęły powoli wyłaniać się z mgły rapsody ogromnego dzieła o Duchu, który był Królem.
Bo wtedy Juliusz zrozumiał, że szatan chce uwięzić nasze zmysły w czymś, co małe, brzydkie, niewarte nic, a on poczuł, że tę walkę z „szatanów gromadą” wygrał i duch jego powędrował wysoko i zdolny jest pociągnąć nas wszystkich zjadaczy chleba za sobą.
A idąc leśną ścieżką, rozmyślając o rapsodach swojego wielkiego poematu myślał o mechanizmach tworzenia.
Jak duża jest rola czytelnika w tworzeniu dzieła.

* * *

Stworzę im – myśli Juliusz – wielki poemat. Niech czytają, niech swoje życie przemieniają chociaż w wyobraźni. Najpierw to odrzucą, muszą odrzucić, ale to odrzucone zakiełkuje, nawet nie zauważą, kiedy owoc zacznie przynosić.

* * *

„Jakże charakterystyczny ton przyjmuje w swych listach Słowacki. Jest to ton niewzruszonej pewności i wynikającej stąd wyższości. Chciałoby się wręcz życzyć poecie, aby wreszcie roztopił się w Boskim Absolucie – cóż bowiem takiej istocie życzyć tutaj…”
Juliusz spacerował sobie po Internecie, kiedy wrócił ze spaceru po Radziwiliszkach. No i natrafił na to zdanie jakiegoś XX wiecznego poety. Mało tego, ten poeta napisał, że Juliusz to rozpieszczony dzieciak. No i widzisz, Juliuszu, oni nic nie pojęli. Zapal sobie teraz. Uspokoisz się trochę, a potem idź na spacer. Do Internetu już nie wchodź, szkoda twoich nerwów.

* * *

Właściwie to po co Marcin, gospodarz naszego dworku, leżącego na dalekich północnych kresach Rzeczypospolitej, zaprasza do siebie tylu gości? Częstuje ich swoją szynką, bigosem, winem, a oni rozmawiają, spacerują i tak im czas mija, jeśli w ogóle możemy mówić, że w dworku Marcina upływa jakiś czas.
- Moi drodzy goście, zaprosiłem was tutaj, a zapraszać będę póki trwam, wielu znanych i nieznanych, by poznać prawdę. Chcę zrozumieć, chcę abyście mi uchylili choć trochę zasłony, abym mógł pewności nabyć i spokoju pewnego, że wszystko ma sens i cel. Wasze życie było takie twórcze, takie nastawione na dawanie. Ja jestem młynarzem. Z pól malowanych zbożem rozmaitem, wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem, zwożą mi ziarno, a ja je przerabiam na mąkę. Ale cóż mnie do was. Wy piszecie takie piękne książki, poematy, muzykę tworzycie, filmy, które zostaną już na zawsze. Przyjdą czasy, że na srebrnym obrazie telewizora będą o was mówić…
Juliusz tymczasem zaczął przeglądać prasę. I natrafił na wywiad z Jarosławem Markiem Rymkiewiczem, autorem książki „Juliusz Słowacki pyta o godzinę”. Przeczytał tam takie zdanie:
„Gdyby w telewizji powiedzieli, że Adam Mickiewicz napisał „Pana Tadeusza”, a Chopin koncert f - moll, to też byłoby to kłamstwo.”
Zejdę – pomyślał Juliusz – do salonu i powiem, że Adam nie napisał swojego poematu. Ciekawe, co on na to powie?

* * *

Juliusz znów wyszedł na spacer. To był jego zwyczaj. Kiedyś, będąc w Szwajcarii, wyszedł z balu. Był znużony zaduchem salonów, blaskiem lamp… i poszedł nad brzeg jeziora.
„Marzyłem patrząc na czerwieniejące się niebo” – napisał potem do pani Salomei Becu – matki swojej. I teraz też wyszedł pospacerować, pomyśleć i przemyśleć życie swoje.
Nie rozumieją, nie czytają, nie udało się przerobić w aniołów. Gdzie tkwił błąd? Nie dorośli do tych strof czy co?

*
To jest za duży trud, kłopot, za duże ofiary trzeba ponieść, a cel niepewny, i nie dla każdego przeznaczony. Dlatego też z Egiptu postanowiliśmy nie wychodzić. My należymy do pokolenia, które potrafi wyciągać wnioski z burzliwej historii. A ponadto nie jesteśmy, nie byliśmy zbyt skłonni do ryzyka. Nie było też w naszym pokoleniu nikogo, za którym można by pójść ryzykując wszystko, położyć na szalę dorobek naszego życia, jakikolwiek by nie był. Trudno iść w nieznane z jednodniowym idolem, a takich w naszym pokoleniu nie brakowało. Krzykliwi, wykreowani przez wszechmocne media, nie dawali gwarancji, że warto im zaufać. Byliśmy zresztą zbyt sceptyczni wobec słowa, nie darzyliśmy go wielkim szacunkiem. Zalewało nas zewsząd morze słów, i nie dało się z tej kakofonii dźwięków wyłowić tego prawdziwego, zresztą wymagałoby to zbyt dużego wysiłku. A przecież w końcu wszędzie da się jakoś żyć. Można przecież dogadać się z każdym. Wymyślono przecież kompromis.
Czasy się zmieniają, wymagają od nas dużej elastyczności. Mamy takich elokwentnych adwokatów, którzy każdą rzecz, każdy werset zinterpretują jak należy. Wszystko jest przecież względne. Można napisać wiele aneksów i poprawek, nawet do Dekalogu. Trzeba by, aby wyjść, uwolnić się od pęt, a przecież nasze ręce i dusze spętane światem, który nas otacza. Wymaże nas pewnie Pan ze swoich Ksiąg, bo nie chcieliśmy podjąć trudu wędrówki, trudu przemiany, trudu zawierzenia. Stworzyliśmy własne księgi, gdzie my jesteśmy autorami, i my decydujemy, kogo w nich umieścić. Kłaniamy się własnym dziełom, budujemy pomniki, uśmiechamy się z kolorowych bilboardów. Triumfujemy.
Zawarliśmy układy z faraonem, i jest nam dobrze. On jest nam potrzebny, i my jemu. Nie potrafimy już prawdziwie wierzyć, ani prawdziwie nie wierzyć. Stworzyliśmy świat, gdzie nie ma miejsca na jednoznaczne postawy. My wiemy, że nawet nasze cielce złote, tak naprawdę nie są prawdziwe, w środku są puste.
A my?
A ja?
„A chodząc za marnością
marnymi się stali.”
A może nasze dzieci wyjdą z ziemi egipskiej, i skleją to, co myśmy rozbili.
*
* * *

„Chodził patrzał, trząsł sobą i błotem i światem,
Sam z gliny, więc posągów wnet się nazwał bratem.”
No tak, rzeczywiście ulepieni jesteśmy z gliny, ale często o tym zapominamy. Zawsze zapominamy. Juliusz przeczytał swój wiersz o snycerzu, co to zatrudniony był lepieniem, i zaczął komentować sztukę, która tworzy się gdzieś tam w przyszłości, a dotyczy XX wieku. Jaki będzie ten przyszły wiek? Oni tutaj, w dworku Marcina są szczęśliwi, oni już zagrali swoje role, zadanie wykonali. Bo najważniejszy był sam wysiłek, trud. On sam w sobie był i jest nagrodą.
- A ty, Panie Juliuszu, piszesz „kto drugi tak bez świata oklasków się zgodzi iść…”
Po co ci oklaski? – spytał Marcin – Po co ci sława?
Juliusz zapalił cygaro, i rzekł te nieśmiertelne słowa:
„Jednak zostanie po mnie ta siła fatalna…
Aż was zjadacze chleba w aniołów przerobi.”
Dziennikarz z Wesela - który przeprowadził wiele wywiadów, ale zgubił się gdzieś, i trochę zapomnieliśmy o nim, a przecież jest tutaj, chłonie wszystko – zaczął opowiadać, jak to w czasie wojny rozpętanej przez niedoszłego studenta Akademii Sztuk Pięknych, w krakowskich mieszkaniach recytowano rapsody „Króla-Ducha”. A jeden z recytatorów miał na imię Karol.
- Skąd Pan, Panie Słowacki wiedział, że ten Karol odmieni i odnowi oblicze tej ziemi? Przecież Pan 130 lat wcześniej przewidział, że słowiański papież przyjdzie. Ależ siłę mają pańskie strofy i rapsody. Skąd Pan to ma?
- Pan dziennikarz i nie wie?

* * *

To w zasadzie jest książka o Juliuszu Słowackim. Już kolejny rozdział. A Adam ciągle w tle, mimo iż Adam zajął na zawsze pierwsze miejsce. Zresztą słusznie. Rozerwać tę zasłonę, i poznać tajemnicę Adama, Juliusza, Fryderyka, nie jest chyba możliwe. Niech to zostanie tajemnicą. W Księdze Mądrości są takie słowa:
„Wcześnie osiągnąwszy doskonałość, przeżył czasów wiele
Dusza jego podobała się Bogu,
Dlatego pospiesznie wyszedł spośród nieprawości.”
40 lat tylko Juliusz, 40 lat tylko Fryderyk, 40 lat tylko Zbyszek w ciemnych okularach. Zbyszek? Jaki Zbyszek? Maciek. Taka rola trafia się raz na 100 lat. Tylu aktorów było i co? Tylko halabarda. A Zbyszek dostał prezent. Zapalił lampki ze spirytusem dla kolegów.

* * *

Dla Juliusza liczył się tylko duch. I kiedy jego ciało odpoczywało w paryskiej ziemi już 46 rok, to wtedy bracia Lumiere wynaleźli i zaprezentowali maszynę do zatrzymywania czasu. Jaka szkoda, że ktoś 60-70 lat wcześniej nie wpadł na ten pomysł, nie ustawił kinematografu gdzieś na paryskiej ulicy, i nie sfilmował ówczesnych Paryżan, a wśród nich Juliusza. Juliusz elegancki, z laseczką, w żółtych rękawiczkach idzie do teatru, wolno, bo wiadomo, męczy się przez te suchoty, a kamera ówczesna zapisuje na zawsze, utrwala dla wszystkich postać „sternika duchami napełnionej łodzi”. A potem ta taśma stałaby się relikwią narodową. Może też umieszczono by ją na Wawelu, albo wykuto by dla niej w Tatrach specjalną grotę. Kto wie?

* * *

W bibliotece Marcina siedział Faust, i czytał. Czytał łapczywie. Książek miał Marcin tysiące, i wciąż nowe mu dostarczano, więc zajęcie miał Faust na wieki całe. Mimo iż kiedyś uświadomił sobie, że wiedza to bolesne złudzenie, jednakże ciągle miał nadzieję, że pozna Prawdę, że uchwyci tą nitkę, i ona doprowadzi go do celu. Że zerwie zasłonę, a tam ukaże się Prawda i sens w czystej postaci. I były takie dzieła, które mogły go naprowadzić na właściwy trop, jednakże coś mu przeszkadzało w sięgnięciu do tych dzieł. Coś albo Ktoś. Mefistofil przybierał różne postaci, wcielał się w różne sytuacje, gdy tylko Faust spoglądał na stojące na wysokiej półce dzieła św. Jana od Krzyża. A to gasło światło, a to opanowywało go znużenie, a to Marcin prosił wszystkich na posiłek. Zapachy wędzonej szynki, prawdziwego chleba, nie pozwalały na myślenie o czymś innym. Trzeba było wszystko rzucić i zacząć jeść.

* * *

- Może mu podpowiemy gdzie ma iść, kogo zapytać o ten wiek dwudziesty? – powiedział Marcin do zgromadzonych w jego dworku gości – Podpowiemy, a właściwie może byśmy ostrzegli wszystkich. Panowie, co wy na to?
- Ja napisałem „Biesy” – odrzekł Dostojewski – Tam wszystko jest. Niech się w nie wczytają, i zrozumieją wszystko. To jest zapowiedź.
- Ten pożar na razie jest w głowach paru ludzi. Jest jeszcze nadzieja, że się nie rozprzestrzeni. My tutaj sporządzimy listę miejsc, gdzie rodzi się to, co zatryumfuje w wieku dwudziestym, a nawet później.
Poślij tam Jaśka, niech patrzy, niech zobaczy jak rodzi się zło, ale i dobro.
Te słowa wyrzekł ksiądz Robak.
- Ksiądz u nas, jak to miło – rzekł Marcin.
- Marcinie, postać stworzona ręką mistrza żyje wiecznie.
Pamiętasz, co pisał Goethe w swym „Fauście”:
„Znowuście przy mnie, wy chwiejne postacie
Których mi onyż śnił się zarys mdły
Zaliż wam każę żywym kształtem stać się?”
Tak. Goethe stworzył „Fausta”, tam również są odpowiedzi na nasze pytania o dwudziesty wiek.
Ksiądz Robak poczęstował gości tabaką, i posłał listę, by każdy wpisał miejsce, które odwiedzi Jasiek.
- Ja – rzekł Robak – już się nachodziłem. Wiecznym emisariuszem zrobił mnie mistrz Adam. Odpocznę trochę, niech młodsi teraz przejmą mą służbę. Jasiek udzielał się w książkach, które nazwano „Chata, którą wieki roztrącą”, i „Wnet zapragną skrzydeł”.
- Te tytuły autor wyciągnął z moich rapsodów – rzekł Juliusz – Czy ktoś mnie pytał o zgodę? A zresztą… ważne, że czytają…

* * *

„Nie ma Go tu – powiedział Anioł Magdalenie…”
Ten fragment wiersza, dotyczący tego niesamowitego poranka, przeczytał Juliusz postaci, która raz była Wolandem, raz Mefistem, raz Cziczikowem. Bo właśnie podjechał pojazd, którym podróżował Cziczikow. Była to duża bryczka na resorach, a jej właściciel wypoczywał w salonie Marcina. Cziczikow miał niesamowity dar dostosowania się do otoczenia. Sprawiał wrażenie, jakby zawsze tutaj przebywał, jakby zawsze skupował dusze na litewskich i polskich wsiach.
- Panie Marcinie, czy ma Pan jakieś martwe dusze, chętnie kupię, dobrze płacę. Widzi Pan, papierowe rubelki mam, dużo rubelków.
- Martwe dusze? – tutaj nie ma martwych dusz. Tu są ludzie, którzy trwają zawsze, tu są ludzie, którzy stworzyli dzieła, które zapewniły im nieśmiertelność. Na przykład pan Gogol. Mikołaj Gogol.

* * *

Cziczikow – diabeł,skupuje dusze rosyjskie, ale to jest mała skala. Wiek XX pokaże dopiero skalę działania Złego. Juliusz Słowacki spędził w Szwajcarii kilka lat swego życia, kilka lat swego życia spędził tam człowiek o mongolskich rysach, który zasiał zło w rosyjskich duszach na wielką skalę. Niewyobrażalną.

* * *

Ten człowiek o mongolskich rysach wypełnił dokładnie plan Diabła, zasiał zło, kłamstwo i zbrodnie, w nagrodę Diabeł zrobił go bogiem. Ale Diabeł nie byłby sobą, gdyby nie kłamał i oszukiwał. Oszukał diabeł człowieka o mongolskich rysach, gdyż zamknął go w szklanej trumnie, i kazał udawać boga, albo faraona.

* * *

A w dworku Marcina zgromadzeni Rosjanie zacni, to jest: Anna Achmatowa, Mikołaj Gogol, Fiodor Dostojewski, Sergiusz Jesienin. Zastanawiają się, czyby Borysa Sawinkowa, terrorystę wszechczasów, nie posłać do Szwajcarii z zadaniem, aby unieszkodliwić tego człowieka, zatrzymać jakoś, może pociąg wykoleić, który zmierza do Petersburga. Widzą jednak, że nie można nic zrobić, widzą, że biesy z całej Rosji czekają na wodza, czekają na znak, i doczekają się. Historia musi się dopełnić.

* * *

Słuchajcie kochani goście moi , otrzymałem przed chwilą pocztą ,nie wspomnę już jaką pierwszy akt sztuki teatralnej .
Marcin ,mówiąc te słowa rozglądał się po salonie szukając oczami Juliusza.

Zależało mu na tym by właśnie Juliusz wysłuchał tego tekstu, gdyż to on uparł się by przerobić zjadaczy chleba w aniołów, a sztuka dotyczyła zbliżającego się wieku dwudziestego .
Juliusza nie było .
No to posłuchajcie a potem powiedzcie, co o tym myślicie, wy ludzie wieku dziewiętnastego, kochani goście moi.



Prolog

(pracownia malarsko-rzeźbiarska. Przy wielkim płótnie Maxymilian. Maluje z wielką pasją i szyderstwem)
Maxymilian:
Namaluje wam obraz, pokaże wam co was czeka, w tym przez was z tęsknotą oczekiwanym dwudziestym wieku. Ale to wy sami stworzyliście ten wasz świat, ja go tylko maluje.
O macie tutaj druty kolczaste, numery zamiast nazwisk, macie swoje symbole, którym cześć boską będziecie oddawać, macie sierp i młot, macie swastykę,macie grzyb atomowy.
Muszę się śpieszyć, bo już zbliża się wasze stulecie wiedzy, nauki. Po Księżycu będziecie chodzić namaluje wam Księżyc, stworzycie raj na ziemi.Ależ wy pomysłowi, będziecie bogami.
A potem wiecie, co… wszystko wyleje się z tego obrazu i nikt, nikt tego nie zatrzyma. Nikt.

(diabelski chichot)

Akt 1
Scena 1


(mieszkanie inżyniera Romana. Wchodzi jego przyjaciel Gustaw – zegarmistrz. Jest rok 1900, wiosna. Roman właśnie czyta. W całym mieszkaniu porozrzucane książki)

„Królu wiek dziewiętnasty uderzył… wiek co przyjdzie, ucieszy szatany…”
Gustaw:
Co to czytasz dzisiaj?
Roman:
Kordiana… szukam odpowiedzi na pytanie, jaki będzie ten wiek ,co zaczął się niedawno Dziewiętnasty się skończył, myślę, że dwudziesty będzie wiekiem triumfu dobra, prawdy, sprawiedliwości, a przede wszystkim nauki. To będzie wyjątkowy wiek. Popatrz, cała Europa poprzecinana drogami żelaznymi, po niebie majestatycznie suną sterowce, rozmawiamy przez druty telegraficzne, zatrzymujemy czas.Wiesz chyba każdy chce wiedzieć, jaka będzie przyszłość.
Gustaw:
Zaraz,zaraz,jak to „zatrzymujemy czas”?
Roman:
Czytałem, że w Paryżu pokazuję ruchome obrazy, a to przecież zatrzymanie czasu. Można teraz rzec jak Faust: „chwilo jesteś piękna trwaj wiecznie”.
Gustaw:
Twoje mieszkanie Adamie, przypomina pracownię Fausta. Te wszędzie walające się księgi, i ty opętany chęcią poznania wszystkiego.
Roman:
Myślę, że to będzie wyjątkowy wiek. Dziewiętnasty, który odszedł przygotował piękny, żyzny grunt i zasiał przede wszystkim to, co w dwudziestym będziemy zbierać.
Gustaw:
(bierze do ręki Pismo Święte i zaczyna czytać):
„… Lecz gdy ludzie spali, przyszedł jego nieprzyjaciel i nasiał chwastu między pszenicę i odszedł…”
Roman:
Co mówisz?
Gustaw:
Tu miałeś otworzone Pismo, i tak przypadkowo czytam o chwaście.

Scena 2
(mieszkanie Romana)
Roman:
Witam Gustawie, ty jak zwykle punktualny. Można by zegarki regulować. Kiedyś z punktualności słynął Kant.
Gustaw:
Od regulowania zegarków to ja jestem, od naprawiania też a ty dzisiaj taki jakiś przygnębiony.
Roman:
No wiesz, to już 5 lat mija jak jej nie ma, mojej Marii. Byłem rano na grobie, wspomnienia wracają, dawne piękne dni, piękne chwile.Ale trudno. Co, kawka jak zwykle ze śmietanką?
Gustaw:
Pora się otrząsnąć, Maria by pewnie chciała, byś inaczej żył.
Roman:
Nie potrafię inaczej.
Gustaw:
Rób projekty tych swoich mostów, i kawkę też podaj
(siadają do partii szachów)
Gustaw:
Słuchaj, ty w takim dużym domu sam, może byś wynajął, chociaż strych. Masz fragment przeszklonego dachu, może jakąś pracownię malarską byś urządził.
Roman:
Nie chcę obcych w moim domu. Zresztą wiadomo to, na kogo się trafi?
Gustaw:
Mówił mi Stasiu, że młody malarz szuka pracowni. Młody i zdolny, może byś pomyślał o tym. Zawsze to jakieś urozmaicenie w twoim nudnym, jednostajnym życiu.
Roman:
Nie, nie. Nie mówmy o tym.
Gustaw:
Ja jednak skontaktuję cię. Zawsze też jakiś grosz wpadnie.
Roman:
Na życie mi starcza. Zresztą taki młody artysta nie opływa w dostatek.
Gustaw:
Podobno jest wzięty, i do tego ciekawy zdolny człowiek.
Roman:
Dobrze, już dobrze. Pilnuj wieży, bo znów przegrasz i się obrazisz
Gustaw:
Nikt nie lubi przegrywać, ale tę partię masz przegraną, hetmana nie obronisz, za chwilę go stracisz….za wcześnie posłałeś go do boju.
Roman:
Irytuje mnie czasami twoja pewność.
Gustaw:
To tak nie jest,ja po prostu umiem czekać.Cierpliwością zawsze zwyciężysz.
Roman:
No, tak zaglądasz do zegarów, poznałeś naturę czasu, nie kusiło cię, aby zatrzymać czas.
Wiesz ile ja bym dał by cofnąć czas, by wróciły te chwile, kiedy żyła Maria.
Gustaw:
Czasu nie zatrzymasz ani nie cofniesz, ale przyjdzie czas, gdy zrozumiesz sens wszystkiego również tego, co cię spotkało w życiu, zrozumiesz sens jej odejścia. To jest na pewno jakiś znak. My często nie umiemy odczytywać znaków, które są nam zsyłane.
Roman:
Maria była dla mnie wszystkim. Była przede wszystkim dobra. Teraz to doceniam, jej dobroć.
Gustaw:
Dobro wróciło do Dobra.
Roman:
Ty jesteś jakiś mistyk. Ja wierzę w naukę, w postęp. Widzisz, lekarze nie mieli sposobu, lekarstwa, by wyleczyć Marię, ale kiedyś przecież znajdą sposób.
Gustaw:
No dobrze, a jak postępują rozmowy z malarzem?
Roman:
Urządzi tutaj na strychu pracownię. Zgodziłem się.
Gustaw:
No to dobrze. Odmieni się twoje życie. Będziesz spędzał czas nie tylko czytając i grając w szachy.
Roman:
No tak, ale skończy się spokój. On, z tego, co wiem, ma tłum kolegów i znajomych.
Gustaw:
Nie chciałeś wyjść do świata, to świat przyjdzie do ciebie… a teraz przyjdzie na ciebie zagłada, szach mat!
Roman: (poirytowany przegraną)
Kiedyś Gustawie, ludzie wymyślą maszyny, które rozgromią takich pewniaków jak ty.
Gustaw:
O tak, na pewno. Ale ja już tego nie doczekam. Tymczasem będę cię pokonywał.
Roman:
Ciągle przegrywam. W życiu też. Czy to znak jakiś?

Scena 3
(w pracowni Adama na strychu. W pracowni koledzy Adama Wiktor, Paweł, Marek)

Adam:
No to jak widzicie pracownia urządzona. Sztalugi, farby, płótna. Nasz pan Roman niczego nie będzie podejrzewał.
Wiktor:
Ale musisz Adasiu coś malować, od czasu do czasu, by nie wzbudzić podejrzeń. Masz przecież talent, jak mało, kto.

Adam:
Dobrze nie zawracaj mi teraz głowy malowaniem, zobaczcie to cudo
(wyjmuje z torby zapalni do bomby)
Paweł;
To już pojutrze, wszystko przygotowane, to będzie dobry, głośny sygnał do rozpoczęcia akcji i nowego wieku. Ten wiek będzie do nas należał.
Adam:
Generał-gubenator tutaj pod ruinami zamku zakończy swoje podłe życie.
Ten cud techniki zadziała bez zarzutu.
Marek:
A może zaczekamy jeszcze, mam pewne wątpliwości, chyba trzeba to jednak lepiej przygotować.
Adam:
Na co tu jeszcze czekać? Nie wiadomo, kiedy następnym razem będzie „wizytował” nasze miasto.
Marek:
Ale wiesz potem te represje, wywózki, konfiskaty, mogą cierpieć niewinni.
Adam:
Będzie dobrze, zobaczysz,zresztą oni przyzwyczajeni do cierpienia,.Cały wiek poprzedni cierpieli. Nic nie robili tylko powstania o potem widowiskowo cierpieli
Marek:
No nie tylko pisali też wielkie poematy, malowali Bitwę pod Grunwaldem i… czekali, czekali.
Scena 4
(mieszkanie inż. Romana, pukanie do drzwi, wchodzi Maxymilian, malarz z prologu)

Maxymilian:
Dzień dobry, jest Adam?… ja do niego. Jest w domu tzn. w pracowni?
Roman:
Pan rozumiem kolega pana Adasia. Nie ma go,rano wziął swoje sztalugi i pędzle i poszedł malować te swoje pejzaże, pewnie jest nad rzeką albo w innym malowniczym, że się tak wyrażę, miejscu.
A tu w mieście i okolicach nie brak takich miejsc. A pan z daleka pewnie. Proszę wejść. Jak to mówią gość w dom…
Maxymilian:
Dziękuję panu, chwilę posiedzę, wypocznę.
O, u pana widzę książek mnóstwo jak nie przymierzając w pracowni Fausta
Szuka pan pewnie prawdy…
Roman:
Czytam sobie, szukam, szukam odpowiedzi,…dlaczego? Dlaczego na przykład? moja żona musiała odejść na zawsze ,taka młoda, dobra. Nie mogę się z tym pogodzić, mimo że czas upływa, już powiem panu pięć lat, jak jej nie ma
Maxymilian:
O, to mi niezmiernie przykro
Roman:
Zabrano mi radość życia
Maxymilian:
Tak On jest okrutny i taki wymagający i nie tłumaczy się ze swoich niezrozumiałych decyzji.

Roman;
Przepraszam, ale kogo pan ma na myśli?

Maxymilian:

Twórcę tego wszystkiego, tego losu waszego…naszego.
Ja bym to wszystko inaczej urządził.
Roman:
A, przepraszam, można wiedzieć, czym szanowny pan się zajmuje?
Maxymilian:
Doradzam, jestem jakby to powiedzieć doradcą, zjawiam się tam gdzie tworzy się coś nowego ciekawego. Adaś słyszałem też coś tworzy, może mu podsunę jakieś pomysły.
Roman:
To znaczy pan jest artystą.
Maxymilian:
W pewnym sensie. Dodaje do powstających dzieł mocne barwy.
Roman:
Trochę pan zagadkowy.
Maxymilian:
Nie czytał pan o mnie. W tych książkach, których ma pan tutaj tyle piszą o mnie.
Roman:
Nie może być, czyżby?
Maxymilian
O, i to wiele razy. Ale na mnie czas. Dziękuje za miłą rozmowę.
Roman:
Niech pan przyjdzie jeszcze, wieczorem pan Adaś wraca.
Maxymilian:
Przyjdę na pewno. Do zobaczenia
Scena V
(mieszkanie Romana)
Roman:
Ty wiesz Gustawie, że już mija już wiek, jak przysyłają nam z Moskwy samych łajdaków stek?
Gustaw:
Siedzisz w tych księgach, i już wierszem gadasz. Ale właściwie masz rację, to już wiek, a nawet więcej. Ale to się skończy.
Roman:
Tak myślisz? Niedaleko, jak wiesz, jest szkoła, i ja, idąc rano na spacer słyszę jak dzieci nasze śpiewają hymn rosyjski, a potem uczą się historii wielkiego Imperium.
Gustaw:
Ważne, że się uczą.
Roman:
Ale naszej historii nie znają. W naszym mieście ruiny zamku, który pamięta świetność tego miasta, i tego narodu, a dzieci śpiewają obcy hymn… To pokolenie stracone.
Gustaw:
Nigdy nic nie wiadomo. Nie wiesz przecież, o czym mówią w swoich domach, co czytają.
Roman:
Trudno o dobrą polską książkę.
Gustaw:
A jak twój gość?
Roman:
Ciągle wychodzi rano z tymi swoimi sztalugami, koledzy go odwiedzają, gadają do późna w nocy. Wiadomo, długie nocne rodaków rozmowy.
Gustaw:
A ty z nimi też…?
Roman:
Nie, raczej mnie nie zapraszają. Są młodzi, to inny, obcy dla mnie świat.
Gustaw:
Ale zadowolony jesteś z lokatora?
Roman:
Tak, sympatyczny młody człowiek, ale jakby owładnięty jakąś ideą…
Gustaw:
Tworzenia…
Roman:
Myślę, że tak, tworzenia. A wiesz wczoraj miałem ciekawego gościa. Miał znów przyjść wieczorem, ale nie przyszedł. Sprawiał dziwne wrażenie
Gustaw:
To może nie wpuszczaj wszystkich.
Roman:
Słuchaj to się od ciebie w końcu zaczęło. To twój pomysł bym w domu swoim zakwaterował artystę. No to mam galerię osobliwości. Ciekawe, co z tego wyniknie?

*
No właśnie. Co z tego wyniknie?
Marcin przeczytał zebranym w salonie pierwszy akt sztuki teatralnej „Obraz”, którą otrzymał pocztą elektroniczną z dalekiego miasta, z dalekiego czasu. Przyszłego.
-Autor przecież wie jak potoczy się dwudziesty wiek. My tutaj zgromadzeni też wiemy.
Nic tylko nie wie Roman, Gustaw, Adam.
*

Juliusz dostał febry. Co jakiś czas choroba dawała o sobie znać. To właściwie trwało od zawsze. Klimat Litwy nie służył Juliuszowi. On potrzebował ciepła, słońca. Najlepiej czuł się we Włoszech. Dlatego dworek Marcina, położony na północy Litwy, blisko granicy z Łotwą, nie służył mu. Zaprowadził go Marcin do pokoju na piętrze, aby tam wypoczął. Leżąc wspominał Juliusz swoją podróż do Ziemi Świętej, noc spędzoną u Grobu Chrystusa, egipskie piramidy. Tam zrozumiał, że ten grób, i te piramidy to znaki, to dwie koncepcje cywilizacji. Jedna oparta na wierze w to, że można ożywić ciało, w tym wypadku zmumifikowane ciało faraona, i on znów będzie panować. Druga to koncepcja Jezusa, lecz ta była o wiele trudniejsza do zrozumienia. Tutaj trzeba było wiary. Wczytując się w Dobrą Nowinę pełną cudów, znaków, trudno pojąć odrzucenie Jezusa. Gdzie był Jair, przełożony synagogi, któremu Jezus przywrócił córkę, leżącą na łożu śmierci, do życia? Właśnie, gdzie był Jair, kiedy Jezus szedł ulicami Jerozolimy na Golgotę? Co robił potem? Czyż większego trzeba było znaku, niż wskrzeszenie jego córki?
Tak rozmyślając usłyszał Juliusz, że w salonie pojawił się nowy gość. Atak febry już przeszedł, więc Juliusz zszedł powoli do salonu. Tam siedział już, posilając się chlebem i szynką, Antoni Gołubiew. To on wskrzesił czas, kiedy Polska przyjmowała chrzest. On wskrzesił czas, kiedy krzyż zastępował święte gaje. Nie było łatwo, ale udało się.
*

- Przyszedłem do was, idąc duży kawał drogi przez litewską puszczę, tak cudownie opisaną przez Adama Mickiewicza. Puszcza trwa niezmiennie od wieków.
- Puszcza – powiedział Marcin – to pierwszy tom pana wielkiej powieści o początkach chrześcijaństwa w Polsce. Powieści Bolesław Chrobry, bo taki pan dał tytuł.
- Tak, to powieść mego życia – rzekł Gołubiew – chciałem, by czytelnik przeniósł się w tamte czasy, kiedy szło nowe, a stare odchodziło w niepamięć.
*

- Czy ktoś za francuski? Mamy gościa z Francji, to pan Andre Frossard.
- Panie Marcinie, ja znam francuski, spędziłem we Francji połowę życia – rzekł Juliusz – Myślę, że tutaj, w pańskim dworku większość gości zna ten język.
- Posłuchajmy, co pan Frossard ma do powiedzenia.
- Znacie moją historię. Wiecie co mnie spotkało 8 czerwca 1935 roku. Ujrzałem inny świat. Zajrzałem za zasłonę.
- Dobrze, zaraz nam pan opowie, ale najpierw proszę się posilić. Może bigosu, zrobiony wedle Pana Tadeuszowego przepisu.
- To co mnie spotkało – zaczął Andre Frossard – to największe wydarzenie mojego życia. Jak już wspominałem, zajrzałem za zasłonę. Za życia, i to zmieniło moje życie, moje odczuwanie codzienności. Starałem się mówić, przekonywać, że życie tutaj, zakorzenione jest tam.
- Nas, panie Andre, przekonywać nie trzeba. My to przeczuwaliśmy, i w swej twórczości i działalności dawaliśmy temu wyraz.
Juliusz mówiąc te słowa spacerował po salonie, a potem usiadł na kanapie i głęboko się zamyślił.
- Panowie, chciałbym abyśmy odpisali autorowi książkia „Obraz”, który zmaga się z tekstem. On chce ukazać, gdzie tkwią przyczyny, że wiek XX był taki, jaki był.
Doradzimy mu – myślę, że to dobry pomysł, aby udał się do pracowni uczonych i na zebrania rewolucyjnych kółek. Tam wykuwa się XX wiek. Ten wiek odda bałwochwalczy hołd Rozumowi. Rozum, wiedza, technologia pójdą swoim torem. Na pierwszej stacji wysadzi się etykę, moralność, zasady, gdyż uzna się je jedynie za ciężar, niepotrzebny balast. Doraźny cel się będzie liczył. I tylko to.
*
Roman Brandstaetter zapalił swoją fajkę i wyszedł z salonu Marcinowego dworku na podwórze. Zastanawiał się nad głębią Dobrej Nowiny, która kiedyś zawładnęła nim. Otworzył Pismo, które z nabożną czcią czytał jego ojciec i dziad, a teraz on odczytywał po raz nie wiadomo, który wersy Dobrej Nowiny, i zawsze znajdował w nich coś nowego, coś, czego wcześniej nie dostrzegał.
Otworzył Pismo i odczytał:
„Dokonajcie tego, żeby jakieś drzewo było dobre, a wówczas i jego owoc będzie dobry; uczyńcie to drzewo złym, a wtedy i jego owoc będzie niedobry”.
I kiedy wczytywał się w ten tekst nagle zjawił się nasz znajomy. Maksymilian. Usiadł na ławeczce obok pana Romana i zaczął rozmowę.
- Ja pana znam, panie Romanie. Ta pana książka o Człowieku z Nazaretu dużo zła zrobiła w naszym środowisku. Czas mija, a ludzie o tym Człowieku nie zapominają, bo takie książki jak pana, wpływają na ich przekonania.
- To uważa pan, że czynie zło? – zapytał Roman.
- Tak, to jest złe, dla naszej koncepcji świata i życia tutaj, jest to zło.
- Domyślam się, kim pan jest, i myślę, że to dla mnie komplement. Może przejdziemy się do lasu, porozmawiamy?
- Dobrze, chętnie. Las sprzyja medytacji. Tyle tam drzew, cisza. Chodźmy.
*
Szli, więc w stronę litewskiej puszczy, którą Adam tak sugestywnie opisał. Ogromne drzewa, szemrzące strumyki i cisza przerywana tajemniczymi odgłosami, tworzyły nastrój wręcz mistyczny. Ten nastrój udzielił się obu wędrowcom, tak różnym.
Pan Roman myślami był w Jerozolimie, w tym dniu, kiedy Jezus…
„Wlókł się krok za krokiem pochyloną głową, borykał się z ciężarem patibulum, które kołysało się na Jego barku jak ramiona ogromnej wagi, a za każdym jego przechyłem – Jezus zataczał się, przystawał i znów szedł kilka kroków, wciąż mocując się z brzemieniem i chwiejną równowagą belki, i z bólem przyprawiającym Go o omdlenie”
-O, czym Pan myśli Panie Romanie- cicho zapytał Maksymilian.
-Próbuje sobie wyobrazić ten dzień w Jerozolimie, kiedy Jezus dźwigał krzyż na Golgotę.
-Tak? A czy Pan wie, że ja tam byłem wtedy, towarzyszyłem Mu od początku, od ogrodu w Getsemani. Ostrzegałem namawiałem by porzucił to wszystko, zapewniałem Go, że nie warto.
Mówię, zobacz śpią…Ty dzieje świata zmieniasz a oni śpią… Nie posłuchał. Zrobił, co miał zrobić.
-Domyślałem się, kim pan jest, panie Maksymilianie. Zastanawia mnie pana konsekwencja.
Tylko Zło może być tak konsekwentne.
Zbliżali się do uroczej polany i tutaj postanowili odpocząć.
A po prawej stronie ujrzeli krzyż. Była to zapomniana mogiła powstańcza. Kiedyś musiała rozegrać się tutaj bitwa lub w tajemnicy pochowano jakiegoś powstańca.
- O, widzi pan, panie Maksymilianie ten krzyż, zawędrował aż tutaj. Mimo iż niszczy go wiatr deszcz i czas, on trwa i trwać będzie. Trwać będzie mimo pana planów zniszczenia go. Wiem, że repertuar pomysłów by go zniszczyć ma pan nieograniczony, i potrafi pan dostosować się do czasów i miejsca. Ale przecież przegrywa pan. W chwili, kiedy jest pan na szczycie, kiedy wydaje się, że pan triumfuje, kiedy wydaje się panu, że osiągnął pan zamierzony cel, wtedy kończy się noc i zaczyna ranek.
Jest to ranek zmartwychwstania.
-Tak, ma pan, panie Romanie racje, zawsze ktoś psuje moje dzieło. Zawsze ktoś wprowadza dysonans do mojej misternie skomponowanej symfonii.
Zawsze ktoś do obrazu, który naszkicuje a potem maluje wprowadza jakieś postacie, które wszystko psują. Na przykład taki Maksymilian.
-Maksymilian?
-Myślę o Maksymilianie Kolbe. Zrobił jeden krok i wszystko zepsuł.
Jeden krok.
*
Artur Grottger przywiózł swoje obrazy. To był cykl zatytułowany „Lithuania”. Zrobiły ogromne wrażenie, gdyż miały jakiś tajemniczy urok. Ta puszcza litewska pełna duchów, zjaw, powstała sama. Żadna ręka ludzka nie ingerowała, kiedy była tutaj pusta ziemia. Najpierw padło jedno ziarenko przyniesione przez wiatr, i po latach wyrosło drzewo, a potem rozrastał się ten lasek, który lasem się stał i puszczą potem. Zwierzęta znalazły tutaj swój dom, a małe strumyki płynęły wśród zwalonych drzew. I tak to trwało wieki. I zamieszkał tutaj duch. Duch puszczy. I tego ducha ujrzał Artur Grottger i namalował go.
*
A Marcin list z Niderlandów otrzymał.Syn pewnego młynarza zapragnął przybyć do Marcinowego dworku i zaprezentować swoje prace.Zabrał się, więc Marcin do przygotowania
Miejsca dla nowego przybysza, a w tym czasie wrócił ze spaceru po puszczy pan Roman. Wrócił sam , bo Maksymilian , pożegnał się i pognał gdzieś by realizować swoje idee, wróżnych miejscach Europy. Przygotować grunt pod przyjście wieku XX, wieku w którym mają spełnić się marzenia XIX wiecznych marzycieli.
- No jak pan puszczę naszą znajduje- panie Romanie, urocza czyż nie?
- O, tak. I pełna tajemnic.
-No właśnie. Wie pan, że tam żyje pustelnik, bardzo ciekawy człowiek. Zanoszę mu, co jakiś czas chleba parę bochenków, pogawędzimy trochę… a z nim jest, o czym. Musi pan się z nim spotkać koniecznie.
- Dobrze. Chętnie z nim porozmawiam, jeśli ma się rozumieć zechce się ze mną spotkać.
- Jutro panie Romanie pokażę panu drogę do niego, ale wybaczy pan z panem nie pójdę gdyż nowego goście w moich progach witać będę.
-Tak? A któż to taki?
-Rembrandt, syn młynarza.
- Napisałem panie Marcinie o nim sztukę teatralną. Syn marnotrawny. To wielki malarz, malarz światła.
*
Nie ma tego dworku, gdzie Marcin przyjmuje gości. Tak, teraz, kiedy mamy pierwsze lata XXI wieku ten dworek już nie istnieje. Rozsypał się, rozpadł i czas zatarł ślady. A potem padło nasiono jedno, potem drugie, i wyrosły brzozy, i teraz jest tam brzozowy zagajnik. Ale dla nas dworek istnieje, bo właśnie Juliusz zaczął czytać zgromadzonym gościom piękne strofy, zwane przez wydawców „poetyckimi fragmentami”.
„Na to jedna odpowiedź: Wielki, kto posłucha,
Że wszystko jest przez ducha stworzone dla ducha.
A jeśli tak – to oto świata przeszłość cała
W nas zamarła i z nami razem zmartwychwstała;
A gdy chcesz – to w pamięci cała zmartwychwstanie.
Lecz jakże mi uwierzysz?”
- Ja ci wierzę – te słowa wypowiedział Jasiek. Gdzieś się zagubił i nagle się odnalazł. Marcin na prośbę autora książki wysyłał go z zaproszeniami w różne miejsca czasu i przestrzeni. Ale potem Jasiek usamodzielnił się. Nabrał pewności, zaczął żyć swoim życiem. Bo tak już jest, że postać raz stworzona już trwa. Więc Jasiek stał się Jaśkiem Wędrowniczkiem, i zaczęła mu ta rola odpowiadać. Sam sobie wybierał miejsca, które trzeba odwiedzić, i coraz rzadziej zjawiał się w naszym dworku. Ale teraz wrócił.
- Daj Marcinie jeść. Bigosu daj, twojego chleba o legendarnym smaku i szynki, a potem wina, rocznik 1809, a ja jak podjem sobie, to opowiem wam jak spełnia się Juliuszowe proroctwo o tych zjadaczach chleba i aniołach. A pan Juliusz niech dalej czyta swoje wiersze, bo one rzeczywiście – teraz to wiem – mają moc.
Mają moc przerobienia zjadaczy chleba w aniołów. Ale ja będę jadł teraz pyszny chleb z Marcinowego pieca. I dla tego chleba na razie rezygnuję z bycia aniołem, bo dla tego chleba warto być zjadaczem.
Już można Jaśku? No to czytam.
Czytaj Juliuszu:
„Na to mam odpowiedź – lecz ta jest otchłanią
Wiedzy – i wy czekacie, i świat czeka na nią,
I patrzy w górę – Boga chcąc widzieć za mgłami;
Lecz on nie jest za zorzą i za księżycami.”
- Panie Romanie – Marcin szeptem zagadnął Brandstaettera – jutro, jak pan pójdzie do pustelnika, zabierze mu pan kilka bochenków chleba.
- Dobrze, zabiorę.
*
Jasiek miał ogromny apetyt. Jadł ze smakiem, delektował się chlebem, szynką, bigosem i winem.
- No dobrze Marcinie, co u ciebie? Widzę, że gości masz jak zwykle mnóstwo. Przyjeżdżają, gościsz ich, gadają, gadają, i co dalej? Co z tego wynika, masz z tego jakieś korzyści? Tylu sławnych w jednym miejscu, można by to jakoś sprzedać.
- Oj Jaśku, coś ty taki przemądrzały. Autor cię stworzył, funkcję ci dał ,byś z zaproszeniami po świecie jeździł, by zjawiali się tutaj różni na swój sposób ciekawi ludzie, aby dialog trwał, by czytali ich książki, i rozmawiali z nimi, bo oni mają coś do powiedzenia, i czas nie ma tutaj nic do rzeczy. Ale ty za szybko odciąłeś się, i chcesz żyć swoim życiem.
-, Bo to Marcinie tak jest, autor zapomina o mnie. Daje mi pożyć chwilę, a potem czas mija, a mnie nie dostrzega. Nie można tak.
- Jaśku bądź trochę skromniejszy. Popatrz na pana Juliusza. On modlił się o sławę, ale po śmierci. Za życia godził się być pogardzanym. Pamiętasz, co napisał?
Kto drugi tak bez świta oklasków się godzi „
Iść…”
I to, popatrz taki Juliusz Słowacki, a ty, co? Chcesz dyktować autorowi, co ma robić? Autor wie lepiej.
- No nie wiem czy wie lepiej. Ale dobrze, niech będzie, że masz rację. Jakich to nowych gości masz?
- Rembrandt ma przybyć. A z nowych? Jest ich tylu, że już mi się wszystko miesza, ale mam pomysł, co do jednego człowieka.
- No, mów.
- Musi tu przybyć, i ty go sprowadzisz, tylko musisz uważać, bo Ochrana węszy.
-, O kim mówisz?
- O Stanisławie. No wiesz, ten powstaniec.
- Ach, przypominam sobie, to ten uratowany przez pustelnika.
- Tak, ten. Zjesz, odpoczniesz i w drogę. Weźmiesz siwka, będzie szybciej.
- Coś taki Marcinie niecierpliwy?
- Chcę, aby jego historii wysłuchał pan Roman.
*
Maksymilian nie próżnował. Pojechał do małego miasteczka położonego w północnej części Niemiec. Miał tam odwiedzić Johanna Mansteina i jego rodzinę. Johanna poznał w Dreźnie, na zjeździe kupców i sklepikarzy, bo Johann miał sklep żelazny, i dbał aby był zaopatrzony w najnowsze osiągnięcia techniki XIX wiecznej. Maksymilian chętnie przyjął zaproszenie. Chciał poznać rodzinę Johanna, jego żonę i trójkę dzieci: Karla, Friedricha i Ewę. Żona Anna zajmowała się domem. Maksymilian był zachwycony domem i rodziną. Podziwiał porządek, punktualność, czystość panującą w domu. W kuchni obok kredensu wisiał rozkład dnia, i ten rozkład był przestrzegany z ogromną precyzją. Nic i nikt nie był w stanie zmienić ani joty w ściśle ustalonym porządku dnia. Zachwycił Maksymiliana zadbany ogród przed domem. Wypielęgnowana trawa, żywopłoty idealnie przycięte. To było wzorowe, to było idealne. I co ciekawe, sąsiedzi Johanna prowadzili identyczne życie. W ich domach, jak zapewniał Johann, również wisiał rozkład dnia, i wszystko odbywało się zgodnie z precyzyjnie ustalonym planem.
- To pan, panie Maksymilianie, w interesach podróżuje po całej Europie, czyż tak?
- Tak, panie Joannie. Podróżuję, patrzę, zbieram doświadczenia. Europa się zmienia. Technika, oświata robią postęp niewyobrażalny. Racjonalizm tryumfuje.
- To dobrze.
- A wie pan, panie Johann, że podoba mi się w tym miasteczku. Tu jest schludnie, czysto, wszystko jest obliczone, ponumerowane, takie przewidywalne. Europa powinna brać z was przykład. A są w niej miejsca dzikie, pełne zabobonu, jakiegoś chaosu, gdzie nie przestrzega się prawa.
- O tak, panie Maksymilianie, prawo to rzecz najważniejsza. Weźmy u nas. Burmistrz nakazał, a myśmy, rada miasta, go poparli, by żadnych włóczęgów do miasta nie wpuszczać, żadnych żebraków, żadnych obcych, chyba, że kupców albo ludzi interesu.
- Tak, tak, podoba mi się to miasto.
Słuchaj Marcinie-pan Roman zapalił kolejną fajkę- jutro,jak mówisz przybędzie Rembrandt i ja chciałbym z nim porozmawiać o jego obrazie „Syn marnotrawny”.
Taka okazja może się już nie powtórzyć. Autor książki, „Ale zasłony więcej nie odchyli” może porzucić ten wątek, ciągnąć inny, to w jego stylu, więc przełóżmy to spotkanie moje z pustelnikiem na później. Dobrze?
- Dobrze, wola szanownego gościa to dla mnie rozkaz. Przy okazji odwołam też podróż Jaśka do pewnego człowieka, który wiele zawdzięcza pustelnikowi.

Marcin poszedł do stajni. Jasiek był już prawie gotowy do drogi Koń osiodłany,niecierpliwił się.
- Jaśku, nie pojedziesz teraz do powstańca, zmiana planów …może innym razem.
-To Marcinie odwiedzę pustelnika.Nigdy u niego nie byłem.Znam jego historię tylko z twoich opowiadań, a nie ma to jak spotkać się z kimś sam na sam..
To zajmij się koniem a ja pójdę pieszo.
*
Wieniedikt Jerofiejew otrzymał zaproszenie w pociągu. Wsiadł w Moskwie i zmierzał do Pietuszek. Wypity rano alkohol wprowadził go w przyjemny nastrój. Szklanka żubrówki, potem szklanka kolendrówki a dopełnił to dwoma kuflami żygułowskiego piwa.. Było dobrze , jechał pociągiem i starał się nie myśleć o tej rzeczywistości absurdalnej ,która wszystkich omotała i trzymała mocno .Tylko alkohol był izolatorem od świat ,który zaprojektował …kto?
Z zamyślenia wyrwał go ostry głos konduktora.
-Masz Wienia …koperta dla ciebie…ktoś przed odjazdem mi podał, …że cię niby znam.
A któż cię nie zna?
W kopercie było zaproszenie od Marcina.
- Kto to ten Marcin? Gdzie ten dworek, jak ja tam trafię?
Przyjeżdżaj jak możesz najszybciej. Czeka na ciebie pełna piwnica, a tam setki butelek z winem o rocznikach… że już to samo przyprawia o zawrót głowy. Przyjeżdżaj i mów, opowiadaj, opowiadaj o twoim życiu, o tym jak zrozumiałeś w jednym błysku, o co chodzi. Jak ogarnęła cię rozpacz, i postanowiłeś stworzyć własny świat. Prawdziwy. Bo ten świat, w którym przyszło ci żyć, był diabelską fikcją. Ale jednocześnie prawdziwy, bo naprawdę kłamstwo nazywało się „Prawda”. Wszystko zostało splugawione, nie było ani małego kawałeczka sacrum. Nie było nic świętego. No, Wienieczka przyjeżdżaj. Wysiądź z tego pociągu, wróć do Moskwy, i jedź do Pitra. W Pitrze przesiądź się na Wilno, i wysiądź w Radziwiliszkach. Tam już jest dworzec kolejowy. Marcin będzie czekał, a może Jasiek albo któryś z gości Marcina. Kogo byś sobie życzył za towarzysza podróży z dworca do dworku? Z każdym potrafisz nawiązać dialog. Może będzie czekał na ciebie Rodion Raskolnikow, może Anna Achmatowa, może Chlestakow lub Cziczikow. Ale nie, ty masz dość tego wszystkiego. Kto inny wyjdzie po ciebie na dworzec. Przyjedź, a zobaczysz kto.
*
„Przez stolicę przechodzę
Miasto ukrzyżowane”
Przypomnę mu te słowa, przeczytam mu moje wiersze jak przyjedzie.
Anna Achmatowa patrząc z ogródka na Marcinowy dworek, na otoczenie pełne ciszy, radości i miłości, przypomniała sobie Moskwę, miasto ukrzyżowane, pełne strachu, kłamstwa, podłości, nad którym unosił się zły duch tyrana jakiego nie znały dzieje.
-Anno pozwól na chwilę ,pokażę ci pewną ikonę. Marcin zaprowadził Annę do pokoju na pierwszym piętrze. Tam na ścianie wisiała ikona przedstawiająca błogosławioną Matronę.
-Czy znasz jej losy Anno?
Urodziła się Matriona w bardzo biednej rodzinie Niklowych, we wsi Kolo Tuły. Urodziła się niewidoma pozbawiona gałek ocznych, ze zrośniętymi powiekami. Matriona nie rosła, Gdy miała 17 lat przestała chodzić. Przez resztę życia leżała z podkurczonymi nogami, podpierając się łokciem.
Przez kilkadziesiąt lat przychodziło do niej wielu ludzi-po radę ,po nadzieję ,po wiarę po uleczenie. Jej życie to wielkie świadectwo wiary W tych miejscach gdzie ona mieszkała, a mieszkała w wielu miejscach ,gdyż wiele osób brało ją do siebie, robiło się jaśniej. Tam była prawda.
O, popatrz na nią , popatrz na tę twarz, na zamknięte oczy , które wszystko widzą.
*
Podroż Jaśka do chatki pustelnika trwała pół dnia. Jasiek idąc odkrywał uroki puszczy.Był człowiekiem miasta, lubił miasto, lubił tą różnorodność, lubił ruch gwar, a puszcza wydawała mu się nudna, jednostajna.
Nic bardziej mylnego. Co krok idąc napotykał coś nowego. Fascynowały go ogromne drzewa, chyba tysiącletnie, jeziorka urokliwe, piękne strumyki.
Czuł Jasiek, że obserwują go setki oczu.
Ptaki go obserwują, zające, lisy może niedźwiedź.
Ale on nie szedł jak napastnik, nie chciał zabierać nikomu życia, aby głód swój zaspokoić czy przyjemność, dzisiaj szedł porozmawiać z pustelnikiem, poznać jego tajemnicę, dowiedzieć się jak to naprawdę było tamtej nocy, gdy zdarzył się cud.

* * *

Maksymilian przybył do Zurichu. W tym szwajcarskim mieście przebywał pewien człowiek który planował wielkie dzieło. Planował wielki przewrót. Planował rewolucję w kraju Puszkina i Dostojewskiego. Nie miał żadnych skrupułów, miał za to jeden cel, władzę absolutną.
Maksymilian obiecał mu pomóc i przyznał, że się wszystko powiedzie.
Ten człowiek nazywał się Uljanow, ale potem świat zapamięta go pod innym nazwiskiem.
W wielkim kraju zajmującym znaczną część świata nie będzie miasta, miasteczka, w którym by nie było twojego pomnika. Będą twoje ulice, fabryki, a ty sam spoczniesz jak faraon po skończonym dziele w szklanej trumnie i po śmierci będziesz nieśmiertelny. Będziesz bogiem.
Przyrzekłem ci to Włodzimierzu. Szykuj się do drogi, pojedziesz pociągiem do miasta, które na kościach ludzi zbudował Piotr i zaczniesz najciekawszy eksperyment w dziejach.
Zbudujesz królestwo gdzie ty będziesz bogiem i tobie podobni. Będziesz rzeki zawracać, będziesz przesiedlać miliony z miejsca na miejsce, popłynie rzeka krwi. Sztandar umoczysz wasz we krwi i to będzie wasz znak. Powodzenia.
Zmienić nic nie można. Ten pociąg musi dojechać do Petersburga. Musi zacząć się ten okrutny spektakl. Ci, co mają zginąć, zginą. Nic zrobić nie możemy.
To, po co oni przybywają do tego dworku? Po to żeby wino pić z Marcinowych piwnic, jeść chleb i wędzoną przez Stefana szynkę, próbować bigosu wg recepty Adama? Po co?
Nawet Maksymiliana, zło wcielone, zatrzymać nie możemy. A on gdzie może, tam zasiewa zło, a po jakimś czasie zbiera plony. Ale nie wie – a może wie – że do zła, które on wytrwale sieje, przyczepione jest dobro, i to dobro też wydaje plon. Ci, co mają zginąć, zginą. Ale my możemy ich uratować. Możemy ich uratować nawet 50, nawet 100 lat później. Powrócimy do tego, Gdy Jasiek dojdzie do chaty pustelnika. Już się zbliża. Już ujrzał krzyż, który zrobił Tomasz – pustelnik, a przed chatą ujrzał Tomasza, który przygotowywał wędki. Bo Tomasz łowił ryby, tak jak kiedyś apostołowie.
*
„Bo Ty nie jesteś Bogiem, któremu miła nieprawość
Złego nie przyjmiesz do siebie w gościnę
Nieprawi nie ostoją się przed Tobą
Nienawidzisz wszystkich złoczyńców, zsyłasz zgubę na wszystkich co mówią kłamliwie
Mężem krwawym i podstępnym brzydzi się Pan”
Codziennie Tomasz modlił się Psalmami. Jasiek czekał w milczeniu, aż Tomasz skończy V psalm.
- Dzień dobry Tomaszu, chleb od Marcina przyniosłem, dobry chleb… siedem bochenków.
- A ty kto?
- Jasiek jestem, u Marcina teraz mieszkam, załatwiam mu różne sprawy… podróżuję dużo po świecie. Chciałem cię poznać, porozmawiać.
Tomasz w milczeniu słuchał Jaśka, który chcąc przykryć zmieszanie mówił i mówił.
- Jak to się tak samemu żyje? Do świata, do ludzi nie ciągnie?
- Chodź gościu – Tomasz uśmiechnął się, i gestem ręki zaprosił Jaśka do chaty. – Posilisz się. Zjesz rybę i napijesz się moich soków. Mam sok z malin, jagód, rozcieńczony wodą, dobre to, zdrowe picie.
Weszli do chaty. A w chacie Tomasza stół, krzesło, legowisko, na ścianie krzyż, na półkach dzbany gliniane i parę książek. Ale Jaśka zaintrygował obraz. Nie spodziewał się, że ujrzy tutaj obraz.
- Piękny obraz Tomaszu. To ty go namalowałeś?
- Nie, nie, ja nie maluję. Ofiarowano mi go przed laty. Nie wiem, kto go namalował, ale wiem, kto ofiarował.
Jasiek nie mógł oderwać oczu od obrazu, miał on w sobie jakąś dziwną moc. Przedstawiał Jezusa, kroczącego po wodzie w stronę łodzi z apostołami, i Piotra, który wychodzi z łodzi, z taką pewnością, jakby wychodził na ląd.
- Tomaszu – Jasiek zdobył się na odwagę, i chciał zadać to pytanie, z którym tu przyszedł – Ty też podobno chodziłeś po jeziorze.
- Jaśku, zjedz rybę najpierw, spróbuj chleba, napij się, odpocznij.
- Dobrze, ale opowiesz mi jak to było?
- Może opowiem. A teraz jedz. Gość w dom, Bóg w dom.
*
- Nasz agent operacyjny na Litwie przysłał raport, dlatego zebrałem panów, abyśmy wspólnie zastanowili się i podjęli decyzję. – Aleksander Fistonow, naczelnik wydziału zagranicznego Ochrany w Petersburgu, rozpoczął spotkanie operacyjne. – Panowie, dziwne postaci przybywają do niejakiego Marcina Cumfta w Radziwiliszkach. Wiemy, że przybywają tam, on ich gości, nieraz całymi tygodniami, ale o czym mówią nie wiadomo. Nie ma jak dotychczas możliwości wprowadzenia tam naszego człowieka.
- Aleksandrze Pawłowiczu, a jakby tak zainstalować podsłuch? W takim dużym domu można dziesiątki pluskiew umieścić, nikt nie zauważy.
- Rodionie Michajłowiczu, spójrz na kalendarz, myśmy są Ochrana, nie mamy jeszcze takich możliwości jakie mieć będą towarzysze z KGB. To będzie gwardia, ale i tak paru ich zdradzi… taki Riezun, znany bardziej jako Suworow. Wszystko opisze w tych swoich książkach. Wolność wybrał. No, ale wracając do tematu… musimy znaleźć sposób dotarcia do Marcina Cumfta i umieszczenia tam naszego człowieka. Musimy wiedzieć, o czym oni rozmawiają. Zgłaszajcie panowie propozycje.
- A gdyby tak, Aleksandrze Pawłowiczu, umieścić na drzewach kamery, niech filmują przybywających.
- Ten znowu swoje. Rodionie, mamy połowę XIX wieku, jakie kamery, raczej rysowników trzeba by porozmieszczać na drzewach. To, że autor tej książki ma taką konwencję, że skacze po wiekach, latach, epokach, to nie znaczy, że my też mamy robić to samo. Pisze jak byk, że Aleksander Fistonow jest naczelnikiem wydziału Ochrany w Petersburgu, i tego się trzymajmy. A więc panowie żadnych kamer, żadnych pluskiew, tradycyjne metody. Boże, cara chranij.
*
-To ile lat tak sam tutaj żyjesz Tomaszu?
-Będzie ze dwadzieścia,ale może więcej może mniej, specjalnie nie liczę.
-Właściwie to wycofałeś się z życia, odpowiada ci to. Co spowodowało, że wybrałeś samotność?
-Na to ci nie odpowiem, teraz to zresztą nie ma znaczenia. Ważne, że żyjąc tutaj zdobyłem to, czego tam nie miałem.
A ten cud?
Cud? Cudem jest wszystko. Kiedyś to zrozumiesz.
*
Syn młynarza z Lejdy Rembrandt jednak przybył. Czekał na niego obfity poczęstunek i pisarz, który uczynił go bohaterem swojego dramatu „Syn marnotrawny”.
- Piękne okolice tutaj – zauważył holenderski gości – Nic, tylko ustawiać sztalugi i malować.
- Tak, ma pan rację, piękne okolice, ale jest w nich coś, czego namalować się nie da, czego nie da się opisać. To duch, który unosi się nad tym miejscem. Grottger próbował to uchwycić, z różnym skutkiem. Chyba udało się to Adamowi, ale porozmawiajmy o panu. O pana życiu, o pana kraju, który zmierza w jakimś złym kierunku. Niech pan powie, kiedy to się zaczęło?
- A co szanowny pan ma na myśli?
- Mam na myśli pomysł, aby eliminować nieprzydatnych ludzi, nieprzydatnych z różnego punktu widzenia.
- Myśli pan, panie Romanie, o eutanazji. Otóż, zwyciężyła koncepcja społeczeństwa sukcesu, skuteczności, wiecznej młodości i przyjemności.
- Dobrze, ale kiedy to się zaczęło, i dlaczego właśnie w pana kraju uzyskało to ramy prawne?
- Niełatwo na to odpowiedzieć, ale myślę że kiedyś to zło zniszczy samo siebie, ponieważ ciągle poszerzać będzie się krąg osób nieprzydatnych, aż przyjdzie ktoś i powie dość. Zrobi ten krok właściwy i zatrzyma pochód zła i ciemności. Tak będzie, tak być musi. Na tym pogorzelisku zaczną rosnąć piękne kwiaty.
- No właśnie panie Rembrandcie, Holandia słynie z kwiatów. Zaczną rosnąć ludzie, którzy powiedzą „nie” złu.
- Pana obrazy mają nastrój, głębię i mądrość. Dlaczego ta ewangeliczna głębia nie przemawia do pańskich rodaków?
- Myślę, że najważniejsza teraz dla nich jest wartość materialna, wynikająca z mojego nazwiska. Rembrandt to Rembrandt. Nie ważne jest to, co chciałem powiedzieć, przekazać kolorem i światłem.
- No właśnie, dla pana rodziny Pismo było wielkim drogowskazem, i pan przecież malował wielkie tematy biblijne, a tam zawarta jest mądrość i przestroga.
- Tak, myślę że przyjdzie czas, że wrócą do głębi i zmienią swoje życie, ale zło musi tryumfować przez jakiś czas.
- Inaczej się nie da?
- Nie. Inaczej nie można. Trudne to do zaakceptowania, ale tak być musi.
*
Kiedy pan Roman z Rembrandtem rozmawiali, zapominając o całym świecie, Marcin dostrzegł nowego gościa, który z uwagą przyglądał się kwiatom rosnącym na klombie przed Marcinowym dworkiem. Doszedł do niego aby się przywitać.
- Niech pan spojrzy, panie Marcinie, ile pięknych szczegółów na świecie dobry Bóg ludziom zostawił. Patrzę na te kwiaty, co za kolory, każdy płatek inny, a tu, widzi pan, pszczoła usiadła, tam dalej pracowita mrówka niesie ogromną kłodę drewna. Te drobiazgi są ważne, może najważniejsze. Jestem ksiądz Jan. Jan Twardowski.
- Mam w swojej bibliotece wiersze księdza. Zapraszam na posiłek, Janie od biedronki.
Idąc w stronę dworku z jego gospodarzem, ksiądz Jan przypomniał własny wiersz:
„nie wierzyć w śmierć popatrzeć w lustro
zobaczyć czas na własne oczy
każdy odchodzi w swoją stronę…
Ty co po obu stronach jesteś
Za blisko wszędzie za daleko”
W małym saloniku z widokiem na las, pan Roman Brandstaetter i Rembrandt van Rijn nadal prowadzili ciekawą rozmowę. Pan Roman zapytał o godzinę zaglądającego do nich Marcina.
- Panie Romanie – Marcin z uśmiechem wszedł do saloniku i usiadł na kanapie.
„Jakże ci mogę udzielić odpowiedzi
Skoro milczą wszystkie zegary świata
Skoro umarły wszystkie zegary świata…”
Marcin przytoczył wiersz pana Romana „Innocenzo da Palermo”, rad, że może się przed gościem pochwalić znajomością jego twórczości.
- Właśnie, panie Marcinie, trafił pan w sedno, niech pan mówi dalej, to będzie taki komentarz do mojej rozmowy z mistrzem Rembrandtem:
„Wówczas mnich Innocenzo zdjął krzyż z mojej szyi
i przyłożył go do mojego ucha
A ja słyszałem w czarnym drzewie krzyża
Miarowe i spokojne bicie zegara”
- Moje obrazy to w większości komentarz scen z Pisma. Pan pisał, panie Romanie, ja malowałem. Obraz przemawia bardziej do wyobraźni.
- No nie wiem, myślę że słowo bardziej. Słowo jest jak ziarno, rzucone w glebę, nieraz długo dojrzewa aż wyda plon. Jak to jest dalej Marcinie, w moim wierszu:
„Ilekroć zgubisz swój czas młodzieńcze,
Przyłóż ucho do ramion krzyża,
A on wskaże ci dokładną godzinę…”
Myślę, że XX wiek zgubił swój czas. A teraz, Marcinie, wiesz, dlaczego przyjąłem twoje zaproszenie. Tutaj jest inny czas. Pamiętasz, co pisałem w „Rachunku kamieni”?
„Bo pragnę zasiąść…
Na drugim brzegu myśli
Na drugim brzegu serca
Przy stole pojednania
Gdzie wszystko ma swój sens i ład
Gdzie nie ma żadnych sprzeczności i złudzeń
Gdzie duch nie walczy z oporem materii…
Pragnę odnaleźć nici, które łączą…
Pragnę odnaleźć kiełki wszystkich zdarzeń…”
- Zatem zostawiam panów, dyskutujcie sobie. Muszę iść, słyszę, że ktoś przyjechał. Idę go przywitać.
*
Jasiek wrócił od pustelnika. Jakaś zmiana zaszła w jego zachowaniu. Bardziej się wyciszył.
- Myślę, Marcinie, że dobrze by było bym żył taka jak on. Odpowiadałoby mi życie pełne ciszy, spokoju, refleksji.
- Co ci, Jaśku? – Marcin zaniepokoił się jego wyznaniem. – Twoja rola to podróże, autor cię wysyła z zaproszeniami do tylu miejsc, poznajesz ciekawych ludzi. Mówisz o refleksji, jakiej refleksji? Za wcześnie na refleksje. Ile ty żyjesz? Nie masz 50 lat. Młody jesteś.
Refleksje ma w głowie. Co za czasy.
*
- Jedź Jaśku na stację kolejową i przywieź nowego gościa.
- Kto znów Marcinie przybędzie?
- Wieniedikt Jerofiejew, ciekawa postać. Ja idę do piwnicy, muszę dużo butelek wina przynieść. Bez alkoholu Wienia nie może funkcjonować, nie może żyć.
- Nie przesadzaj Marcinie, z tym życiem.
*
- Witamy Wienieczka, zapraszamy.
Marcin wyszedł przed dworek z butelką i szklanką. Nalał zaraz i podał gościowi.
- Co to za zwyczaje? – Wienia wypił szklankę jednym haustem – A gdzie chleb i sól?
- Wienieczka, poczekaj, chleb będzie, takiego chleba jeszcze nie jadłeś, a bigosu jakiego spróbujesz, palce lizać, ale odpocznij, wypij jeszcze jedną szklaneczkę.
- Po winie mnie mdli Marcinie, daj bracie wódki, i prowadź na salony.
- Chodź Wienieczka, przedstawię cię wszystkim.
- Jak to, nie znają mnie? Nie czytali mojego poematu „Moskwa – Pietuszki”?
- Znają, znają. Czytali na pewno.
- No, chodź i opowiadaj.
*
- Wienieczka, mamy taką koncepcję, by uratować Rosję przed tym, co ją czeka w XX wieku.
- No, słucham, co to za koncepcja. Marcinie, daj jeszcze jedną butelkę, muszę rozjaśnić umysł.
Rosjanie zgromadzeni w salonie: Dostojewski, Achmatowa, Raskolnikow, Chlestakow i inni, zaczęli z przejęciem przedstawiać swój projekt uratowania Rosji i zapobieżenia temu, co nieuchronne.
- Pociąg, Wienieczka, wyjechał ze Szwajcarii, a nim diabeł o mongolskiej twarzy, który chce kraj cały zalać krwią, chce czerwony raj stworzyć.
- No dobrze – Marcinie, ta żytniówka niczym ambrozja – ale co chcecie zrobić z tym mongolskim mesjaszem?
- Chcemy namówić terrorystę wszechczasów – Borysa Sawinkowa, by na ten pociąg zrobił zamach, by cofnął koła historii.
Wienieczka, popatrz na swoje życie, jak ty cierpisz w tym absurdzie, w tym monumentalnym kłamstwie. Musisz pić hektolitry alkoholu, by znieść tą podłą rzeczywistość.
- Macie rację, za dużo piję. Jutro, a może dzisiaj raport z tej rozmowy będzie na biurku szefa Ochrany czy KGB, wszystko jedno. Już oni będą wiedzieli co zrobić. Zgadzam się zasadniczo z wami, ale jak on nie dojedzie, to ja nie napiszę moich książek, bo po co? Nie będzie mnie, a ja jestem odwrotną stroną księżyca, tą jasną, ma się rozumieć.
- Wienieczka, tu chodzi o coś więcej niż te twoje koktajle.
- No niewątpliwie tak, ale Bułhakow też nie napisze wtedy swojego „Mistrza i Małgorzaty”, a wtedy rękopisy naprawdę spłoną.
- Co to znaczy Wienieczka?
- Napijmy się.
Autor, taki mądry, ściągnął nas wszystkich tutaj, zamach na Lenin wymyśla, potem kopiuje książkę, e-mailem wysyła po całym świecie. Mądrala. Teraz może. Niechby tak pisał w 1975 roku, to by mu wtedy pokazali.
- Na powielaczu by drukował, Wienieczka, do Wolnej Europy by posłał, i czytaliby codziennie w cyklu „Na czerwonym indeksie”.
To co, Wienieczka, jesteś przeciw?
- Nie. Jestem za, tylko że za późno, trzeba by i Robespierrem się zająć, Wierchowieńskim, i wielu innymi, którzy cały wiek XIX, i wcześniej też, przygotowywali grunt. To oni budowali ten pociąg, kładli szyny, przygotowywali tę podróż.
- Wypijmy towarzysze. Marcinie, jeszcze jedną butelkę podaj.
*
Wczesnym rankiem na biurku szefa Ochrany w Petersburgu pojawił się obszerny raport. Agent zainstalowany w dworku Marcina donosił o rozmowie Rosjan planujących zamach na Lenina.
*
W bibliotece na piętrze, przy biurku zawalonym książkami Józef Ignacy Kraszewski pisał kolejną książkę. Już miał ich kilkaset na koncie, a jeszcze ciągle pisał. Jasiek zapukał lekko i wszedł. Pan Kraszewski ledwo spojrzał na niego zajęty swoją pracą.
- Jak panu się chce tyle pisać?
- Ktoś musi, panie Jaśku, zachować tradycję. Kiedyś będą do niej wracać, jak już nic mieć nie będą, to moje książki im przypomną o świecie w sumie pięknym. Ci ludzie, pełni wad i zalet, te kresowe typy, i te nasze dzieje, to coś, co ja zakonserwuję, i niech czeka lepszych czasów.
- Przyjdzie czas, panie Ignacy, już właściwie przyszedł, że nikogo to nie będzie interesować.
- Będzie tak, panie Jaśku, ale i to przeminie. Będą mnie czytać z komputera, bo i tam trafię. A jaką atrakcją będzie wgłębienie się w ten świat, który ja teraz zapisuję. Oni będą żyć w świecie pełnym kamer, mikrofonów, kart kredytowych… Tacy nowocześni niewolnicy. I oni odkryją kiedyś ten świat, który tworzę, i zanurzą się w nim. Może i odtworzyć go zechcą, tak jak będą bitwę pod Grunwaldem odtwarzać czy Powstania swoje. Tak, więc nie przeszkadzaj mi panie Jaśku, bo piszę kolejną powieść. Właściwie te dwa pierwsze rozdziały możesz zawieźć do wydawnictwa Gebethner i Wolf, i powiedz, że na dniach dostaną całość.
*
Marcin otrzymywał wiele listów i e-maili z zapytaniem, jak wygląda jego dworek. Zaprosił więc do siebie pana Dagere’a, aby sfotografował jego dom sławny już, i budzący takie zaciekawienie. Przybył, więc pan Dagere, aby wykonać zdjęcie, fotografię, a właściwie dagerotyp. Ustawił aparat dziwny, nigdy w tych okolicach niespotykany, i rozpoczął naświetlanie. Jednakże w tym czasie przybył również do dworku Marcina, Napoleon Orda, który jeździł po całej Rzeczypospolitej i rysował zamki, dworki i pałace.
- Panie Napoleonie, widziałem pana rysunki. Nie powiem, wiernie pan oddaje ich wygląd. Widzi pan, tam na dziedzińcu pewien człowiek, Francuz, podobno zdolny bardzo, zdejmuje mój dom. Nie wiem, na czym to polega, ale podobno taka ma być przyszłość. Wszystko będzie zdejmowane i przenoszone na papier. Podobno bardzo wiernie. Ludzie, domy, i co tylko pan zechcesz. Każda chwila życia będzie zapisana. Dzień po dniu, godzina po godzinie. Co tu dużo mówić.Ten pan, pan Dagere, zatrzymuje czas. Ale ja bardziej ufam rysownikom. Narysuj pan mój dworek. Niech dzieci moje, i dzieci moich dzieci zobaczą po latach jak wyglądał. Nas już nie będzie, i dworku nie będzie, a rysunek pana przetrwa. Ja to wiem. Posil się pan i do roboty.
Po jakimś czasie ujrzeli goście Marcina, jak pan Napoleon, siedząc na małym stołku, rysował na wielkim kartonie dworek, w którym oni spędzali czas dyskutując o tym, co jest, co było, i co będzie. I to zdjęcie pana Dagere,a i rysunek Napoleona Ordy zachowały się. Krążą po świecie, i przyjdzie czas, że zobaczymy również ludzi, którzy byli wewnątrz dworku. Znajdziemy sposób na to. Znajdziemy.
*
W bibliotece na piętrze, przy biurku zawalonym książkami Józef Ignacy Kraszewski pisał kolejną książkę. Już miał ich kilkaset na koncie, a jeszcze ciągle pisał. Jasiek zapukał lekko i wszedł. Pan Kraszewski ledwo spojrzał na niego zajęty swoją pracą.
- Jak panu się chce tyle pisać?
- Ktoś musi, panie Jaśku, zachować tradycję. Kiedyś będą do niej wracać, jak już nic mieć nie będą, to moje książki im przypomną o świecie w sumie pięknym. Ci ludzie, pełni wad i zalet, te kresowe typy, i te nasze dzieje, to coś, co ja zakonserwuję, i niech czeka lepszych czasów.
- Przyjdzie czas, panie Ignacy, już właściwie przyszedł, że nikogo to nie będzie interesować.
- Będzie tak, panie Jaśku, ale i to przeminie. Będą mnie czytać z komputera, bo i tam trafię. A jaką atrakcją będzie wgłębienie się w ten świat, który ja teraz zapisuję. Oni będą żyć w świecie pełnym kamer, mikrofonów, kart kredytowych… Tacy nowocześni niewolnicy. I oni odkryją kiedyś ten świat, który tworzę, i zanurzą się w nim. Może i odtworzyć go zechcą, tak jak będą bitwę pod Grunwaldem odtwarzać czy Powstania swoje. Tak, więc nie przeszkadzaj mi panie Jaśku, bo piszę kolejną powieść. Właściwie te dwa pierwsze rozdziały możesz zawieźć do wydawnictwa Gebethner i Wolf, i powiedz, że na dniach dostaną całość.
*
Jesień jest ładna. No oczywiście nie będziemy opisywać jej uroków, bo przed nami zrobiono to lepiej. Jesień przyszła i tutaj, gdzie Marcin zbudował dworek, zapraszał gości i żył.
Jasiek wyszedł na spacer, by podziwiać uroki jesieni. Jasiek ma taka konstrukcję myślową, jaką nadał mu autor i nic na to poradzić nie można. Miał zamiar iść do pustelnika zapytać, jak on jesień i zimę spędza, ale spotkał po drodze Agatę. Agata wyszła spod ręki Reymonta. To ona rozpoczyna powieść „Chłopi”. Idzie, wyrzucona przez bliskich, i Jasiek pyta ją, gdzie to idziecie dobra kobieto.
„We świat do ludzi dobrodzieju
kochany – w taki świat”
- Chodźcie do nas, Marcin znajdzie wam miejsce. Będziecie pomagać piec chleb. Umiecie, prawda Agato?
- Umiem, a jakże panie, umiem.
- No. To chodźcie, przezimujecie u nas, a na wiosnę wrócicie do swoich.
I została Agata w Marcinowym dworku na zimę. A Marcin odezwał się tymi słowy do Jaśka:
- Dobrze, że nie spotkałeś jakiejś dziecięcej krucjaty z powieści pana Andrzejewskiego „Bramy raju”. Nie miałbym miejsca, by ich kwaterować, i uchronić przed tym, co ich czeka.
- Nigdy nic nie wiadomo Marcinie, co będzie.
Co autor wymyśli? I to jest najlepsze.
*
„Tam ja ubrany nieszczęśliwym ciałem
Jako męczennik, anioł, królowałem”
Juliusz dostał febry. To ta jesień i klimat zabójczy dla suchotników. Ciało rzeczywiście otrzymał nieszczęśliwe, ale duch. Ho, ho. Ducha otrzymał potężnego i całe życie go wzmacniał, a potem posadził swojego ducha na tronie i napisał o nim wielki poemat.
No, ale teraz Juliusz cierpi. Lekarstwa na to nie ma. Wypoci się tylko, odpocznie, prześpi, i poczuje się lepiej. Marcin przyniósł mu kurczaka gotowanego, chleba i wina. Juliusz lubił jadać sam, Marcin o tym wiedział, i dyskretnie się usunął, chociaż chciałby porozmawiać z nim. Choćby o tej wizycie Niemcewicza, ale… trudno. Chory, nie będzie mu teraz zawracał tym głowy. A jakby tak zaprosić Aleksandra Fleminga, który wynalazł penicylinę. Przybyłby, ofiarował Juliuszowi zapas leku, i Juliusz wyzdrowiałby, i żył 86 lat, i miałby dzieci i wnuki, które… no właśnie, co by robiły te jego wnuki?
*
Na kogo teraz padnie. To pytanie zadawali sobie wszyscy goście z naszego dworku. Było tam już kilkadziesiąt osób, i Marcin trochę zaniedbywać zaczął młyn, gdyż wiele czasu zajmowało mu angażowanie się na różny sposób w relacje z gośćmi. Inna rzecz, że to była jedyna okazja, by porozmawiać z wieloma z nich. Właściwie ze wszystkimi. Nigdy by nie miał możliwości by porozmawiać z pisarzem, reżyserem czy kimś takim jak Juliusz Słowacki.
A on poczuł się lepiej, febra ustąpiła, i poszedł wykąpać się w jeziorze, które, położone w puszczy, kusiło krystalicznie czystą i zimną wodą. Juliusz uważał, że zimne kąpiele pomagają mu, co do końca prawdą nie było, ale cóż… tak myślał. Pustelnik widział drobną postać kąpiącą się w jeziorze, i postanowił zapytać Jaśka o niego.
A tymczasem przed dworkiem spotkał Juliusz młodego chłopaka, lat około 20., w niemieckiej panterce, z biało czerwoną opaską na ramieniu, siedzącego i palącego papierosa. Chciał zagadać i przywitać się, lecz od chłopaka rozchodził się nieprzyjemny zapach.
- Witam pana. Jestem Leszek, pseudonim „Kordian”. Ten zapach z kanału, ale wywietrzeje.
- Niech pan, panie „Kordian”, idzie się wykąpać w jeziorze, i wróci tutaj, porozmawiamy.
- Dobrze, porozmawiamy. Mamy, o czym. Pan, poznaję, Słowacki. Ten, co to „kamienie na szaniec… na śmierć po kolei” – prawda?
- Tak.
Juliusz wrócił do dworku, a Marcin widząc nowego gościa, że on z Powstania, poprosił Juliusza, by obejrzał album ze zdjęciami z Powstania.
*
Pustelnik zobaczył kolejną osobę, która przyszła się wykąpać. Tym razem postanowił porozmawiać z nim. Poznał, że to powstaniec. Już raz uratował powstańca. Był to powstaniec z pamiętnego 1863 roku. Wtedy podał mu rękę, kiedy tamten ranny, trafiony przez rosyjski okręt, tonął. On, nie wiadomo jak to się stało, poszedł po odzie do niego, i wyciągnął go z topieli. I teraz ujrzał młodego Leszka – „Kordiana”, który również należał do tej kategorii młodych Polaków, którzy poszli, bo tak trzeba było.
- Niech pan się posoli, o, tutaj jest chleb, ryba, a ja wypiorę panu panterkę i wysuszę.
- Dziękuję ci dobry człowieku. W kanale byliśmy kilka dni, jak szczury, i stąd ten zapach.
- A gdzie to pan „Kordian” się wybiera?
- Ja do dworku Marcina, dostałem zaproszenie. Chcą porozmawiać ze mną o tamtych dniach. 63 dniach.
*
- No to idź do Marcina, tam na ciebie czekają, opowiedz im o tym co przeżyłeś.
Pustelnik pożegnał się z Leszkiem – „Kordianem”, i wypłynął na jezioro łowić ryby.
W tym czasie do dworku Marcina przybył kurier. Kurier z Warszawy. Jan Nowak – Jeziorański. W drodze do Londynu zaczepił o dworek Marcina, by zdać relacje z tych dni w Warszawie. 63 dni.
Dość szybko przybył też zły duch Maksymilian, który niestrudzenie siał zło.
- Pamiętam – zaczął Maksymilian – te nerwowe godziny przed, jak to oni określali, godziną „W”. Widziałem, jak rwali się do boju, młodzi i piękni. A ja widziałem już to miasto pełne ruin i stosy, stosy trupów. Przyszedł wasz czas, mówiłem do chłopaków z SS. Możecie wszystko. Możecie palić szpitale, zabijać wszystkich, wymazywać to miasto z map na zawsze. Tamci zaczekają, nie martwcie się, zaczekają aż wy zrobicie swoje.
Juliusz poczuł się winny.
- Panie Juliuszu, przecież pan pisał o tym, przewidział pan to wszystko. Musiał pan to przeczuwać, że to się tak skończy. Dlaczego pan ich do tego namawiał pisząc:
„a kiedy trzeba na śmierć idą po kolei
jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec”.
- Weźmy pana Leszka, nawet pseudonim konspiracyjny wziął od pana. Czyż nie było innej drogi? Czy aż taka ofiara była potrzebna?
- Panie Marcinie, tak, ja to przeczuwałem, ale widziałem jednocześnie tych młodych jak giną w 50 stopniowym mrozie na Syberii, zapomniani, wykreśleni ze świadomości. Tak, ma pan rację panie Marcinie, można było nie walczyć, tylko właśnie tak by się to skończyło, wszystkich by wywieźli, i tam w tym mroźnym piekle, unicestwili. A tak oni wszyscy napisali swoją krwią list do potomnych. Innej drogi nie było. Nie było.
*
A tymczasem pan Roman Brandstaetter udał się do Ziemi, po której chodził Jezus. Chciał spotkać się z paroma osobami, gdyż nie dawało mu spokoju pewne wydarzenie.
*
Siedziałem – pamiętam – w biurze Ministerstwa Skarbu w Warszawie i pisałem, właściwie przepisywałem kolumny cyfr.Praca niezmiernie nudna. Wtedy to anioł szepnął mi: wyjrzyj no Juliuszu przez okno, rzuć te cyfry, zobacz, zobacz co będzie. I ujrzałem tych młodych w panterkach z biało-czerwonymi opaskami jak bronili barykady. Ale ujrzałem też jak czerwony szatan wił się za rzeką. Wił się z radości.
*
A Marcin tymczasem poprosił Jaśka, by zamontował na dachu antenę radiową. Chciał słuchać rozgłośni polskiej Radia Wolna Europa, lecz potężne zagłuszanie uniemożliwiało mu to. Zbliżała się rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego, i rozgłośnia zaprosiła generała „Bora” do wygłoszenia cykl pogadanek o Powstaniu, więc Marcin chciał posłuchać argumentów dowódcy, który posłał w bój kwiat warszawskiej młodzieży. Kurier z Warszawy, Jan Nowak Jeziorański, doradził, jaką antenę zrobić, i Jasiek wyszedł na dach, i zamontował konstrukcję, która zadziwiła wszystkich.
- Jak to Marcinie będzie, ten drut na dachu ściągnie głos z Monachium, i ty go usłyszysz? – pytali sąsiedzi Marcina.
- Tak będzie Józefie. Drut ściągnie głos generała „Bora”. Przyjdź i posłuchaj.
*
Kiedy Jasiek zainstalował antenę, i wszyscy zaczęli słuchać Radia Wolna Europa, powstaniec warszawski „Kordian” wymknął się chyłkiem z dworku, i poszedł do lasu. Jasiek natomiast poszedł do swojego pokoju odczytać pocztę elektroniczną. Jeden e-mail zainteresował go szczególnie.
- Muszę go wydrukować i przeczytać Marcinowi. Ciekawe co on na to powie?
Jasiek wyjrzał przez okno i zobaczył powstańca idącego w stronę lasu.
*
- Tak, to była zła decyzja.
- To było skazanie na śmierć najlepszych i zagłada miasta.
Te zdania padały, kiedy słuchacze audycji, goście Marcina, schodzili się do saloniku.
- No, moi kochani, czas na posiłek, siadajcie, zaraz podam kołduny.
- Marcinie… przeczytaj ten list, przyszedł niedawno, godzinę temu.
„Znalazłem was w Internecie. Czytam to, ale to jest za długie, teraz się tak nie pisze. Kto to będzie czytał? Podoba mi się, że „Kordian” stamtąd uciekł. On na pewno nie chciał słyszeć ciągle tego samego, że „warto było”, że „nie warto było”. Brawo Kordian.
Internauta Axel”
*
Przyszedł „Kris”.
„Kris” to Sylwester Braun, człowiek, który fotografował Powstanie Warszawskie. Zrobił tysiące zdjęć. Utrwalił chwile, utrwalił czas. Marcin Cumft miał w swoich zbiorach jego album, i często godzinami oglądał te zdjęcia, zdjęcia miasta i ludzi w czasie, kiedy miasto i ludzie ginęli. Ale czy na pewno ginęli? Przechodzili do historii.
Jedno zdjęcie szczególnie fascynowało Marcina, przedstawiało oddział powstańców, jakieś 20 osób maszerujących z pieśnią na ustach w pierwszym chyba dniu powstania. Była to grupa „chwatów”, z osłony drukarni. „Kris” spotkał ich przy zbiegu ulic Szpitalnej i Zgoda.
Oni maszerują i będą już zawsze maszerować na tym zdjęciu, a przyglądają im się ludzie stojący na balkonach. Na chwilę wyszli na balkon bo usłyszeli śpiew. Patrzą na nich, a zaraz wrócą do swoich zajęć. Jeszcze nie wiedzą, nie przeczuwają, że to już ostatni raz widzą swoje pokoje, mieszkania. Ten dom wkrótce przestanie istnieć. Nie będzie już tego balkonu. Ale „Kris” zapisał balkon z patrzącymi na oddział ludźmi. Zapisał chwilę jedną z wielu, ale przecież inną. Bo tutaj są dwie rzeczywistości. Jedna to przygotowanie do walki, a druga – przygotowywanie obiadu. Już dogotowują się ziemniaki, za chwilę obiad zostanie podany, i nagle słychać śpiew z ulicy. Trzeba wyjść na balkon rzucić okiem, bo to przecież nasi, Powstanie. I „Kris” utrwalił dwie rzeczywistości naraz. Tak wyszło, i tak się na kliszy zapisało.
*
Za chwilę samolot amerykańskich linii lotniczych uderzy w wieżę, która góruje nad wielkim miastem. Mohamed krzyczy, krzyczy na cały głos, że Allach jest wielki. Przymyka oczy i widzi siebie, jako małego chłopca w małym egipskim miasteczku.
*
- Widziałem egipskie miasteczko, kiedy wybrałem się w wielką podróż na Bliski Wschód – Juliusz zaczął opowiadać o swojej podróży do egipskich piramid, i grobu Chrystusa. – Pamiętam „dnia 28 października przybyłem łódką do Kairu. Pyszne miasto, piramidy z daleka widać było, pełno lasów palmowych, całe przedmieścia w ogrodach”.
*
Mohamed przypomniał sobie, bo te parę chwil przed wbiciem się samolotu, który Mohamed pilotuje w wieże to wieczność prawie, a więc przypomniał sobie jak spotkał pewnego człowieka, Gdy był chłopcem. Ten dziwny pan był to, my to wiemy, Maksymilian, który pojechał do Egiptu, by zasiać ziarno zła. Wyczuł, że ten chłopczyk z zamożnej egipskiej rodziny, będzie odpowiedni ,kiedy będzie już dorosłym człowiekiem.. To on pewnego wrześniowego dnia poprowadzi grupę młodych, gotowych na wszystko mężczyzn, na ostatni wielki lot. Zadrży wielkie miasto, zadrży świat, a wcześniej zadrżą dwie wielkie wieże, i to zrobią oni. A Mohamed będzie ich dowódcą. Mohamed Atta.
*
Mohamed Atta wbił się w historię. Wbił się samolotem amerykańskich linii lotniczych. Maksymilian tryumfował. Od wieków namawiał ludzi do złego. I byli, i są, będą tacy, którzy go słuchają. Idą tam, gdzie wskaże. Obiecuje Maksymilian sławę, i sławę ofiarowuje.
A tymczasem w dworku Marcina rozpoczęły się przygotowania do koncertu. Wystąpić miał chłopak z Krakowa i zaśpiewać swoje piosenki, których w żaden sposób nie mógł zniszczyć czas. Coś w nich takiego było. Tylko co?
Zapalił Marcin świece, a potem z butelką wina chodził wśród gości i nalewał im ów trunek, o którym głośno w okolicy. Blady i zamyślony chłopak zaczął śpiewać:
„Tyle było chwil do utraty tchu”

„Ważne są tylko te dni,
Których jeszcze nie znamy…”
*
Jasiek przyniósł z poczty przesyłkę. Zostawił ją w pokoju Marcina i dołączył do słuchających w saloniku pięknych piosenek Marka Grechuty.
„Nie dokazuj miła, nie dokazuj
przecież nie jest z ciebie znowu taki cud…”
Zamyślił się Jasiek, bo właśnie poznał dziewczynę i miał wrażenie, że ona to cud. Śliczna była przecież, i Jasiek, kiedy ją pierwszy raz zobaczył, poczuł jak serce mu bije. Mało tego, właśnie wtedy poczuł, że już nie jest postacią fikcyjną, którą wymyślił autor książki, ale jest, no może nie z krwi i kości, ale przynajmniej z ducha.
A duch, tu mógłby coś Juliusz powiedzieć, to przecież trwalszy byt niż człowiek z krwi i kości.
*
- Marcinie, co to za paczka stoi w sieni pod obrazem?
Jasiek przywołał Marcina, który z ożywieniem na twarzy opowiadał coś jednemu z gości.
- No właśnie nie wiem co o tym myśleć?
- Autor pisząc o nas wprowadził w akcję jakąś tajemniczą paczkę, ale jak to u niego zapomniał o niej.
Pisze o jakimś Mohamedzie Atta, a to przecież terrorysta.
No nie wiem co robić. Weź może Jaśku przyłóż ucho do niej, może tyka tam jaki zegar, a jak tyka to wynieś. Wynieś jak najdalej. Do lasu może.
-Dlaczego ja?
-No, bo ty fikcyjny jesteś autor cię wymyślił. Nawet jak wybuchnie, to nic się nie stanie a ja …no sam widzisz, tyle gości a jam gospodarz.
A swoją drogą paczki żadnej nie zamawiałem. A zresztą, co ten autor, kryminał jaki pisze, czy co?
Chce może gustom schlebiać? Bomby wprowadza, może chce ożywić akcję.
- Jak ożywić? Co ty mówisz Marcinie. Bombą ożywić?
- Dobrze, Jasiek, wynieś tę paczkę. Poczekamy. Myślę, że autor na razie nie ma pomysłu, co z tym dalej zrobić, a my sami niewiele możemy.
Ale chyba nie chce nas wszystkich uśmiercić. Ważne, że o nas pisze, wtedy żyjemy, kiedy czytają o nas, choćby w Internecie.
- To idź do gości, a ja paczkę wyniosę.
*
W paczce żadnej bomby nie było. Były filmy. Już wcześniej goście w domu Marcina oglądali filmy Kieślowskiego, Chaplina. Ale to przecież nie cały kanon. Sprawdzić chcieli, które trwają, których ząb czasu nie nadgryzł, a które przeminęły z wiatrem. Trochę Marcin się dziwił, że te filmy nie na taśmie, tylko na srebrnych krążkach, ale Jasiek wyjaśnił, że tak teraz jest.
- Jaśku - projektor, który trochę szumi, biały ekran, smuga światła, która przemienia się w obrazy na tym ekranie to magia. A taka srebrna płytka, taki krążek to duszy nie ma. Ba, niczego nie ma. Co za czasy. Dobrze Jaśku, że ich nie dożyłem.
*
Marcin wyszedł przed dworek zaczerpnąć powietrza. Usiadł na ławeczce, i w zamyśleniu słuchał głosów dochodzących z salonu.
- Coś Marcinie taki markotny? – Jasiek dosiadł się i wyciągnął papierosy.
- Ty palisz Jaśku?
- Palę… o przepraszam, może zapalisz?
- Nie, nie teraz.
- No, to co jest Marcinie?
- Bo widzisz, ja jestem taką jakby marionetką. Autor zrobił mnie takim człowiekiem od podawania wina, szynki i chleba. Właściwie 6 lat, bo tyle lat autor pisze o moim dworku nic innego nie robię. Ciągle to wino, rocznik 1809, szynka wędzona, chleb o smaku chleba, i nic więcej. A ja mam przecież duszę, osobowość, przeszłość i przyszłość.
- Przesadzasz Marcinie. Ciesz się, że cię odgrzebał autor z takiej przeszłości, że ożywił w ogóle. W którym to przywędrował tutaj, chyba w 1830. A wiesz, który teraz jest? Nie wiesz. To ci powiem. 2007. Już niedługo 200 lat żyjesz. Mało ci? To już podawaj to wino, chleb pyszny, gotuj bigos, i nie narzekaj.
Właściwie to co chciałbyś robić? Przecież do Powstania nie pójdziesz, nie zanosi się na żadne Powstanie. A źle ci? Masz tu jak u Pana Boga za piecem. No dobrze, chodźmy, chłodno się robi. Napiłbym się kawy, tej z „Pana Tadeusza”.
- Na noc chcesz kawy?
- Tak, napiję się, czeka mnie rozmowa. Ciekawa rozmowa. Ma przybyć Jair.
- Kto to jest Jair?
Pan Roman Brandstaetter prosił mnie, bym zawiózł zaproszenie do przełożonego synagogi, tego, który miał córkę, którą ożywił Mistrz z Nazarethu. Pan Roman chce mu zadać tylko jedno pytanie: gdzie był w tamten wieczór? Co robił?
W który wieczór?
No wtedy kiedy Jezus ,szedl na Golgotę?
Dlaczego Jair tak szybko zapomniał....dlaczego?

Data: 04-11-2011 o godz. 20:24:32 (Odsłony: 403)
(Czytaj więcej... | 1 komentarz | Ocena czytelników: 0)

Esej: Przymierzalnia losu (studium przypadku) /esej/**
Esej
Autor: kowbojek

Przymierzalnia losu (studium przypadku)
[publicystyka osobista]

Szukałam bez założonej tezy, bo to miał być przypadek. Wybrałam ją.
Była kobietą.
Kiedy zapisałam „była kobietą”, przestałam myśleć, że jest bezkształtnie tęga. Najważniejsza stała się jej kobiecość, zwielokrotniona w lustrach przymierzalni w eleganckiej galerii handlowej.

Może miała na imię Renata? Jej mąż mógłby mieć wtedy na imię Olaf. Byłby wojskowym, na przykład majorem łączności.
Olaf pojawił się w jej życiu znienacka i przypadkiem, powiedzmy na weselu kuzynki. Adorował ją z zachwytem i niestrudzenie, przynosił bukiety kwiatów i nosił na rękach. Oświadczył się z różami i pierścionkiem, popłakał się, kiedy go przyjęła. W zaręczyny całowali się pierwszy raz. Chodzili potem przez pół roku na nauki przedmałżeńskie, wspólnie rozwiązywali przyszłe problemy, zawsze ze wzajemną troską o siebie. Olaf był przejęty wszystkim i taki dziecinny w swym uwielbieniu dla niej, że wychodziła za mąż przekonana, że go kocha…
Miała welon, długi, wyszywany perełkami tren, Olaf był w mundurze, umundurowani koledzy z wojska ustawili szpaler i wznieśli szable, pod którymi ona z Olafem musieli przejść.
Miała też prawdziwą noc poślubną. Była jego drugą kobietą w życiu (pierwsza w liceum na wycieczce, potem ślubował czystość przedmałżeńską, a przysięgi Bogu i ojczyźnie traktował poważnie) i był całkowicie szczęśliwy, że jest dziewicą. Że była do ich nocy. Na poprawinach puszył się, tokował jak zwycięski samiec. Pił z kolegami i rechotali, klepiąc go po ramieniu. Rumieniła się, a jego matka głaskała ją po ręce i przekonywała, że potem będzie lepiej. Ciotki potwierdzały, chichocząc znacząco. Po miesiącu niestrudzonych kawaleryjskich szarż była już w ciąży. Kiedy Olaf wyjeżdżał na swą pierwszą półroczną misję do Namibii, na lotnisku głaskał widoczny już pod sukienką brzuch Renaty.
Powiedzmy, że mieszkała z teściową na peryferiach Kędzierzyna w dwupokojowym mieszkaniu i pierwsze dziecko nosiła szczęśliwa i z prawdziwym wzruszeniem. Trochę się nudziła, trochę złościła na szemrzącą ustawicznie mamę, trochę popłakiwała. Beatka urodziła się o świcie. Olaf płakał w telefon i słyszała, jak jego koledzy w sztabie żądają gromko pępkowego.
Kolejne córki, Iwonę i Oliwię, rodziła już w Zielonej Górze. Nie pozwoliła mu pojechać znowu na misję. Uparła się też, że pomimo dzieci będzie kończyć studia. Jeszcze wtedy była piękna, nie przekroczyła trzydziestki, jeszcze ciało radziło sobie z ciążami i karmieniem. Mówiono, że przypomina Marylin Monroe. Olaf niechętnie patrzył na jej wyjścia na uczelnię w soboty i niedziele. Był zazdrosny. Przyjeżdżał z dziećmi i czasami odpuszczała zajęcia, bo któreś płakało.
Po szóstym dziecku poddała się i nigdy nie zdobyła magisterium. Uprawiała z zamiłowaniem ogród przy własnym domku. Znowu była w ciąży.
Olaf był bowiem fanatycznie wierzący i nie uznawał jakichkolwiek zabezpieczeń. Nie uznawał też kalendarzyka, bo twierdził, że miłość (tak nazywał seks) jest solą małżeństwa. Uznawał też tylko seks małżeński, był w tym wytrwały i niezbyt wyrafinowany. Na początku małżeństwa próbowała nawet powalczyć o własne zadowolenie, ale skwitował to określeniem „kurewskie wygłupy”; popłakała trochę, a potem wzruszyła ramionami i przyzwyczaiła się do jego egoistycznych, niestrudzonych galopów.
Olaf zawsze lubił asystować przy karmieniu: głaskał dzieci, próbował podnosić jej pierś, doradzał autorytatywnie różne bzdury, w rzeczywistości przeszkadzając. Kiedy Renata karmiła, zwłaszcza tuż po urodzeniu dziecka, czuła niemal zmysłową przyjemność, której prawie nie pamiętała już w małżeńskiej sypialni. Najbardziej po Iwonie, bo Olaf wtedy wymyślił masowanie jej piersi w trakcie karmienia, co ją podniecało i zaszła w ciążę niecałe dwa miesiące po porodzie. Było za wcześnie wtedy na stosunek, nie wygoiło się i bolało ją jeszcze, ale ból wydał jej się pożądaną rozkoszą. Olaf nie zauważył, że ją boli, tak jak nie zauważał, że nic nie czuje. Pożądała więc nieustannie dzieci: w sobie, przy piersi, w ramionach.
Zachodziła w kolejne ciąże bez buntu i zdziwienia, nawet z radością, choć pozostawiały kolejne kilogramy, brzydkie brunatno-białe rozstępy i cellulit, więc ciało przypominało bąblowate, wyrastające ciasto drożdżowe. Brzuch jej już prawie nie znikał, a nieustanne karmienie rozdymało piersi i opadały potem ciężko jak miękkie przejrzałe gruszki na ten ciastowaty brzuch. Kiedyś popatrzyła przypadkiem na siebie w łazience i wybuchła ni to drwiącym śmiechem, ni to gorzkim płaczem bez łez.
Taka była niegdyś ładna… Jak filmowa gwiazda…
Mając 46 lat, nie patrzyła już w lustro. Nosiła klasyczne garsonki i bluzeczki w rozmiarach, które sprzedawano w specjalnych sklepach, ciemnoblond włosy, jeszcze gęste i prawie bez siwizny, układała w koczki lub wiązała w warkocz, malowała tylko pełne usta, nie używała pudru i kremów, a cerę miała zdrową i naturalne rumieńce. Twarz jej jednak opadła jakoś, wypiętrzyła się nad szyją miękkimi fałdami, nos zrobił się większy, mięsisty, a oczy w okularach wydawały się mniejsze przez pełne, rumiane policzki. Tylko uśmiech był naprawdę piękny i bardzo młody – po dziesięciu ciążach miała zresztą dobre, śnieżne koronki zamiast swoich zębów. Dzieci mówiły, że jest śliczna i malowały ją kolorowymi kredkami taką dorodną i pękatą, jak rysowano troskliwe hipopotamice z bajek.
Olaf nic nie mówił. Wieczorem zamykał drzwi, nakręcał zegar po matce i wsuwał się do łóżka. Od dwudziestu lat, dzień w dzień, kiedy był w domu i kiedy nie była w zaawansowanej ciąży, odbywał swoje dwukierunkowe misterium "no, mamusia". Niezmiennie to w te i nazad! W te i nazad!
- Mamusia, no … – śmiał się i żartem, gdacząc przy tym, trząsł jej piersi rozcapierzonymi dłońmi – Tego to mi będzie brakować na misji! Obróć się… no, mamusia… dziś tak.
Olaf ostatnio miał problemy. Nie wychodziło mu coś. Wymyślił Poradnię Katolicką aż we Wrocławiu. Po wspólnej wizycie u seksuologa, urozmaicał teraz wesoło małżeńskie noce.
Renata posłusznie, posapując z wysiłku, podniosła się na łokciu i odwracała ciężko na bok. Niewiele się zmieniało, choć mogła sobie leżeć i myśleć o dzieciach lub ogrodzie, gdy Olaf stękał w nią rytmicznie. Po wizycie u seksuologa bowiem do instrukcji w te i nazad dołożył przykazanie, że kobieta też przeżywa to misterium i poczciwie obserwował jej reakcje, które o tym przeżyciu miały świadczyć. Musiała świadczyć o przeżyciu według instrukcji, bo się martwił i złościł potem na siebie, chodził nerwowy i niespokojny albo szli razem do sympatycznej pani seksuolog i ona gawędziła z nią o dzieciach i menopauzie. Olaf wychodził wesoły i zmieszany i zapraszał ją do restauracji na obiad lub do kina, gdzie było jej niewygodnie w wąskich siedzeniach i mdlił zapach popcornu. Potem wracali do domu i śpiesznie „współprzeżywali" wedle instrukcji. Czasami śmiała się nawet serdecznie i gładziła jego ostrzyżoną króciutko łepetynę, jak gładziła dzieci, które uważały, że nie wyszedł im rysunek lub budowla z klocków. Miała piękny śmiech. Lubiłam go.

Wiec była kobietą…
Przystanęła odruchowo, jak każda kobieta przed lustrem.
Zwróciłam uwagę na sterylność jej ubioru. Nie, że starannie czy z pedanterią - to była sterylność. Sterylność kolorystycznej harmonii. Współbrzmienia szarości i złamanego bielą błękitu wstawek przy mankietach i kołnierzyku.

Gdyby miała na imię Dorota, byłaby nauczycielką gry na skrzypcach.
Kiedyś, dawno, całe godziny stałaby w pokoju i ćwiczyłaby pasaże, dwudźwięki, gamy.
Za oknem była na przykład wiosna, kasztany kwitły, ale Dorota grała. Dorota ćwiczyła, z determinacją pokonywała trudne technicznie frazy, aż w końcu wydobyta melodia brzmiała czysto i jasno. Grywała na ślubach, bo lubiła akustykę kościołów, skrzypce brzmiały tam pełnym, wibrującym dźwiękiem.
Terkocący dzwonek telefonu zepsuł trel sonatiny.
- Kwarta? - zapytał Piotr.
- Mówiłam, że nie chcę, żebyś tak mnie nazywał.
Dorota nazywała się Giedo. Gie - Do. Kwarta czysta. „Kwarta Czysta” tak nazywał ją Piotr z wydziału wokalnego na Akademii.
- Wszystko jedno - śmiał się. - Wiosna, dziewczyno.
Dorota na pewno była śliczna, Piotr twierdził, że jest jak kwiatek jaśminu. Miała otwartą, jasną twarz o wyraźnie zaznaczonych ciemnych łukach brwi. Kiedy się uśmiechała uprzejmie, kąciki ust opadały jej lekko w dół, na pół smutno. Dopiero prawdziwa radość uwalniała ściągnięte usta i wtedy miała na twarzy słońce od tego uśmiechu. Gra na skrzypcach zmieniała kolor jej oczu. Ciemniały, przypominały barwą brązowy bursztyn.
Wiosną wydawało się Dorocie, że kocha Piotra i miała słoneczną twarz, a oczy w kolorze bursztynu. Chodzili do Ogrodu Botanicznego i całowali się przy rozłożystym rododendronie. W maju sprowadził się do niej na stancję i jadali kolacje przy świecach. Rozmawiali o muzyce.
Wyszłaby za mąż za Piotra, gdyby jesienią nie usunęła ciąży w sterylnym gabinecie na Odkrywców. To był rok dyplomowy, nie mogli teraz mieć dziecka, zakopać się w papki i kupki. Omówili to.
Lekarka była wysoka i silna, miała niski głos, prawie męski. Dorota, stojąc boso na zimnym linoleum czekała, aż tamta wielka kobieta popchnie ją, uderzy, skrępuje, przywiąże jej nogi i ręce do ginekologicznego fotela.
- Wskakuj, dziecko, bo ci nogi zmarzną.
Więc miała to zrobić sama? Z ciemnozielonego skaju zsunęła się lignina i Dorota poprawiała biały płatek, układała go starannie wokół półkolistego wycięcia w siedzisku. Pod spodem była nieskazitelnie wymyta emaliowana na biało kuweta.
- Wskakuj!
Desperacko wspięła się na palce i podparłszy się dłońmi, uniosła ciało. Już siedziała. Zadecydowała. Rozumiała to.
Kiedy pierwszy raz się kochali z Piotrem chyba się bała. Ciągle mu uciekała i siadała natychmiast, obejmując ramionami podciągnięte kolana. Był czuły i cierpliwy. Tak myślę.
- Kocham cię, nie zrobię ci krzywdy – powtarzał i kładł ją z powrotem.
Potem to stało się niespodziewanie i boleśnie. Piotr wsunął ręce pod jej kolana, podciągał wysoko nogi i unieruchomił. Czuła go w sobie. Poddała się i leżała spokojnie z uniesionymi nogami nawet wtedy, gdy już nie trzymał. Odliczała każde jego pchnięcie. Brzuch Piotra uderzał o nią niestrudzone staccato, ale w klaśnięciach ich skóry czuła własne granice.
Chłodny metal wziernika zagłębiał się i zagłębiał, rozwierał ją i wdzierał się w nią coraz dalej, jakby nie miała końca. Leżała z uniesionymi nogami na fotelu, lekarka odgarnęła z jej brzucha bluzkę. Była naga, jej brzuch był nagi. Jej brzuch.
- Teraz będzie nieprzyjemnie – powiedziała lekarka.
Słyszała w sobie boleśnie przykry chrzęst, jakby ktoś skrobał łyżką makutrę. Ona była makutrą. Pęczniał jej brzuch, ogromniał, ale ostra krawędź łyżki wciąż sięgała ściany. I wciąż głębiej. Rytmicznie. Cztery czwarte, ćwierćnutami. Każda pierwsza ćwierćnuta bolała, czasami rozkładała się na szarpnięcia ósemek. Uniesione nogi odpowiedziały wibracją.
- Czysta – usłyszała głos lekarki i podniosła głowę. Lekarka zbierała zakrwawioną ligninę i wrzucała ją do pojemnika obok fotela. Kiedy powędrowała wzorkiem za krwawymi strzępami, zobaczyła własne udo. Białe jak śnieg.
Zemdlała. Powinna zemdleć, żeby to wszystko było prawdą.
Piotr wiózł ją do domu, wniósł na rękach i układał w łóżku. Płakała całą noc, a Piotr siedział ze zwieszoną głową i palcami wystukiwał na oparciu fotela tamto upiorne staccato. Ćwierćnuty, ósemki, nierówne szesnastki. Czasami zeskrobywał paznokciem łuszczący się z drewna lakier.
Potem żyli jak zwykle. Od rana do wieczora.
Ale od tamtego dnia już im się nie układało, bo Piotr się zmienił. Zostawiał na blacie nóż oblepiony masłem. Rano drapał się po kroczu, a potem sięgał po butelkę z mlekiem, pił, przełykając głośno, ściekało mu na brodę i wciąż tą samą ręką ocierał białe krople mleka, potem wylizywał palce.
Przed świętami pokłócili się o śmierdzące nogi. Nie mył nóg, gdy przychodził do łóżka. Zdejmował skarpety i wygrzebywał brud spomiędzy palców, a potem tarł opuszkami palców i strzepywał przed siebie. Wtedy Dorota spokojnie powiedziała mu, że ma odejść. Dotknął ją przepraszająco, błagalnie, a ona zwymiotowała w łóżko.
Po jego wyprowadzce, Dorota będzie jeszcze długie miesiące sprzątała mieszkanie. Wszędzie widziała te obrzydliwe uformowane w jego palcach kłaczki brudu. Wieczorem, nawet w mrozy, zostawiała uchylone okno, bo wydawało jej się, że wciąż czuje smród nóg i wymiocin.
Potem zaczęła tyć. Lekarze mówili, że to od lekarstw na cukrzycę i psychotropów.
Zaraz po studiach zatrudniła się w podstawowej szkole muzycznej i uczyła dzieci gry na skrzypcach, lata całe kiwając głową w takt wskazówki metronomu.
-Raz-dwa, raz-dwa, równiutkie półnuty. Tu jest ćwierćnuta raz i, dwa i... Wytrzymaj... trzy i... Pam, pampam pam... i... - klaskała w spocone ręce. Nerwowo zbierała wilgoć chusteczką, potem wycierała miękki kark i opadające fałdami podbródki. Była gruba, było gorąco przecież.
Kiedy na kształceniu słuchu pokazywała uczniom kwartę czystą, czuła smród brudnych męskich skarpetek. Bywało, że musiała pobiec do łazienki, prowokowała wymioty, a potem starannie i długo myła piękne dłonie o długich palcach.
Na szkolnych pokazach rokrocznie występowała ze swoimi dziećmi i wtedy czyściutko i jasno grała trudną techniczną sonatinę. Na pokazy sprawiła sobie elegancką garsonkę z opalizującej żorżety i jedwabną bluzkę.
Nie pamiętała imion i nazwisk swoich uczniów. Oni też nie pamiętali jej i choć kilku zrobiło kariery w muzyce, w ich biografiach nie było jej nazwiska jako nauczyciela.
Około czterdziestki była już bardzo gruba. Jadała starannie, pedantycznie przygotowane niskokaloryczne posiłki. Ale i tak tyła. Może dlatego, że wciąż brała te leki?
Aha! Piotr mógłby zostać dyrektorem w EMPiK-u w Gdańsku. Nie zrobił kariery śpiewaka, choć czasami śpiewa w amatorskiej kapeli muzyki dawnej. Kupiła płytę i wydawało jej się, że baryton Piotra brzmi tam nieczysto.
Albo niech nie kupuje, niech zapomni.

Widziałam sylwetkę tęgiej kobiety i nikogo poza mną nie było w przebieralni.
Mam na imię Wenus. Dziwnie, ale nie ja wybierałam dla siebie imię. Mieszkałam kiedyś w Willendorfie, ale teraz podróżuję. We Wrocławiu byłam właściwie przejazdem.

Nie pamiętam swojej prawdziwej biografii. Przymierzałam już setki innych. Jak garsonki w rozmiarze XXL. Niektóre były ładne. Niektóre jednak podkreślały tuszę i wtedy moja kobiecość stawała się karykaturalna. Wielkie piersi, wielki tyłek, obwisła fałda brzucha nad pulchnym łonem.

Nie mam twarzy. Nie mam rąk. Tylko piersi i brzuch.
Wyrzeźbił mnie z żebra Adama przypadek.


Data: 07-10-2011 o godz. 08:36:46 (Odsłony: 1776)
(Czytaj więcej... | 15185 bajtów więcej | 55 liczba komentarzy: | Ocena czytelników: 0)

Esej: CIEMNA STRONA MOCY
Esej
Autor: Toni

CIEMNA STRONA MOCY
(esej)

I. Wprowadzenie

Spiskowa teoria historii fascynuje wielu – fascynuje tych, którzy chcą głębiej rozumieć rzeczywistość polityczną i przez to próbują znaleźć jakiś jeden porządkujący wszystko wektor, i ustawiają według niego ster umysłu, by nie utonął podczas życiowej żeglugi w nawałnicy docierających zewsząd wiadomości o zamachach, przewrotach, rewolucjach, wojnach i wszelkiego rodzaju przesileniach (w tym gospodarczych). Wielu jednak, na sam dźwięk kilku zasadniczych słów z rezerwuaru tej teorii, uśmiecha się z politowaniem i ucina temat, i – używając rzekomego wytrychu do światłego rozumu – dezawuuje rzecz całą słowami: spiskowa teoria dziejów!

Otóż, nikt nie zaprzecza, że mamy dzieje człowieka na ziemi, nazywane inaczej historią, i mamy też teorie tych dziejów, nazywane niekiedy filozofią historii, historiozofią, historią polityczną itp. Spośród najbardziej znanych teorii dziejowych możemy wyróżnić tzw. filozofię marksistowską[1] (niemało namieszała ona na przestrzeni ostatnich dwóch stuleci); możemy wyróżnić cywilizacyjną teorię historii i – właśnie – spiskową teorię dziejów. W niniejszym szkicu podjęta została próba porównania owych trzech koncepcji teoretycznych, ocena ich założeń oraz mocy wyjaśniającej w odniesieniu do zdarzeń i losów człowieka na Ziemi.

II. Prezentacje

1. Teoria marksistowska
1.1 Podstawy filozoficzne
Marksizm nazywano „materializmem dialektycznym”. Pięknie i naukowo to brzmi. „Jana chroni pancerz dialektyki, mnie – leciutki obłok poezji” – pisał Broniewski, poeta zafascynowany komunizmem i zaangażowany w komunizm[2]. Owszem, dialektyka jest pancerzem. Jeśli tylko ktoś w nią uwierzy (koncepty teoretyczne, wszelkiego rodzaju abstrakty i pojęcia oderwane a wymyślone przez człowieka, wymagają nie mniejszej wiary w przyjmowaniu ich przez rozum niż wiara w Boga, którego skrajni racjonaliści gotowi uznawać jako koncept właśnie – jako abstrakt, a nie byt realny) – jeśli tylko ktoś uwierzy w dialektykę heglowską, to zrobi sobie z niej zbroję, w której „zakuty łeb” nie będzie li tylko figurą retoryczną. Serwuję kąśliwe uwagi, bo mam wyrobiony pogląd w sprawie i nie zamierzam się kryć z nim pod pancerzem (względnie obłokiem) pozornego obiektywizmu.

Dialektyka heglowska, której Karol Marks używał (niektórzy gotowi twierdzić, że nadużywał, podobnie jak sam Hegel), to – z jednej strony – metoda rozumowania, z drugiej zaś coś, co zostało przez owych filozofów (Hegla i Marksa) podniesione do rangi naczelnej zasady bytu. O ile Hegel używał jej do ukazania przemian idei i ducha, o tyle Marks w miejsce idei wstawił materię, którą uznawał za byt jedyny, i otrzymał w ten sposób „materializm dialektyczny”. Dialektyka heglowska natomiast wprowadza prostą zasada rozumowania: oto mamy jakąś tezę (zawsze możemy ją znaleźć i dowolnie wybrać, chociaż niektórzy twierdzą, że repertuar jest ograniczony, w co wątpię); w odniesieniu do każdej tezy zawsze istnieje jakaś jej antyteza (wybierając jakąkolwiek tezę, wybieramy niejako jej antytezę); powstałą w ten sposób sprzeczność przezwycięża synteza, która staje się automatycznie nową tezą; do tej nowej tezy możemy znowu dobrać jej antytezę i sprzeczność pokonać w syntezie, i proces zaczyna się od nowa, i można (a właściwie trzeba) tak dalej, i tak w nieskończoność...

1.2 Wizja dziejów
Nieskończone ciągi tez, antytez i syntez to bardziej domena rozumowań niż historii; historię bowiem zawsze będzie ograniczał aktualny moment dziejowy. Stąd historiozofia marksistowska (a wcześniej heglowska w odniesieniu do przemian ducha) prezentuje ograniczony repertuar epok, które dają się zinterpretować w kategoriach tezy, antytezy i syntezy dziejowej. W tym ujęciu marksizm postulował pierwszą epokę historyczną (tezę) nazwaną „wspólnota pierwotna”. Cechą charakterystyczną tego pierwotnego, błogiego stadium ludzkości był (a jakże!) komunizm – ludzie żyjący w plemiennych strukturach społecznych wszystko posiadali wspólne, wspólnie wyprawiali się na łowy i zbieractwo, równo dzieli pomiędzy wszystkich współplemieńców owoce pracy wszystkich.

Z czasem jednak zaczęło pojawiać się wśród ludzi zróżnicowanie majątkowe – już to przez zapobiegliwość jednych – już to przez agresję innych – już to przez uwarunkowania środowiskowe, przyrodnicze i geograficzne. Na horyzoncie dziejów pojawiła się antyteza „wspólnoty pierwotnej”, odrzucająca równość i wspólność posiadania a gloryfikująca nierówność i wynikające z niej uprzywilejowanie – pojawił się feudalizm. Zróżnicowanie między ludźmi w okresie feudalizmu (w różnych jego stadiach) osiągnęło apogeum. Na szczycie znajdowali się władcy, posiadający największe przywileje (dziedziczni monarchowie), nieco niżej stali pomniejsi książęta i baronowie, tworzący z czasem warstwę społeczną nazwaną arystokracją, dalej – stan duchowny oraz szlachta, wywodząca się z kręgów drobnego rycerstwa, jeszcze dalej mieszczanie (kupcy i rzemieślnicy) i wreszcie – włościanie, najniżej zaś – niewolnicy.

Syntezą między tym, co było u początków oraz tym, co prezentował feudalizm – syntezą, która pojawiła się burzliwie (jak to zwykle bywa przy przezwyciężaniu – było nie było – sprzeczności), syntezą tą był kapitalizm, wyłaniający się na firmamencie dziejów w drodze rewolucyjnych przemian. W kilku krajach (np. Anglia, Francja) rewolucje te miały gwałtowny i krwawy charakter – w innych, nie będących prekursorami przemian, rodząca się synteza przebiegła bardziej łagodnie. Rozwarstwienia społeczne w tym nowym stadium historii społeczeństw ludzkich, w stadium kapitalistycznym, uległy spłaszczeniu. W miejsce stanowej struktury feudalnej, charakteryzującej się względnie dużą ilością różnych grup społecznych i warstw (w języku marksistowskim – „klas”), pojawiły się praktycznie już tylko dwie antagonistyczne względem siebie klasy społeczne: kapitaliści i proletariusze. Bogate mieszczaństwo i arystokracja dały początek klasie próżniaczej – kapitalistom (jedni byli przemysłowcami, drudzy jako ziemianie – obszarnikami, prowadzącymi wielkie przedsiębiorstwa rolne); natomiast chłopstwo, przemieszczające się ze wsi do miast oraz chłopstwo małorolne i wszelkiego rodzaju wyrobnicy, tak ze wsi jak z miasta, tworzyli klasę proletariacką – lud pracujący miast i wsi.

1.3 Konsekwencje
Stan rzeczy nakreślany przez społeczeństwo w kapitalistycznym stadium rozwoju (synteza dwóch poprzednich epok) był punktem wyjścia (nową tezą) do kolejnego cyklu przemian. Antytezą kapitalizmu miał być socjalizm[3], ich syntezą – komunizm. Nagromadzenie bowiem wszelkiego rodzaju dóbr materialnych w wyniku postępu nauki i techniki oraz mechanizacja i automatyzacja procesów wytwarzania miały prowadzić (i prowadziły) do obfitości różnego rodzaju dostępnych produktów, lecz nierówny ich podział był wynikiem zastanej struktury społecznej (kapitalistów i proletariuszy). Zburzenie więc tej struktury w drodze kolejnej rewolucji (tym razem rewolucji proletariackiej wznieconej przeciw kapitalistom) miało doprowadzić do powszechnej równości i obfitości doświadczanej przez wszystkich członków społeczeństwa. Praktyka kapitalizmu i propaganda socjalizmu jako antytezy ustroju kapitalistycznego miały (w wyniku krwawej rewolty robotniczej) doprowadzić do syntezy, która – będąc przezwyciężaniem kolejnej sprzeczności – mogła się zrodzić jedynie w drodze rewolucyjnych przemian. Wszystko to miało doprowadzić ludzkość do końcowego stadium rozwoju społecznego, którym byłby komunizm – ustrój totalnej równości i obfitości – praktyczny „raj na ziemi”. Historia i natura ludzka, przejawiająca się w dziejach poprzez działanie jednostek i społeczeństw, pokazały jednak, że nie tędy droga[4]...

1.4 Mutacje
Jednakże myliłby się ktoś, kto twierdziłby, że fiasko przewidywań marksizmu, twierdzącego, iż powszechne pojawienie się komunizmu jest nieuchronną koniecznością dziejową – odesłało tę teorię do lamusa. Owszem, do lamusa odeszła pewnego rodzaju wulgarna forma „materializmu dialektycznego”. W swej zmienionej postaci marksizm jednak przetrwał i ma się zupełnie dobrze, jako sposób myślenia wszelkiego rodzaju lewicy społecznej. Polega on na tym, że wyszukuje się w różnych społecznościach (mniej lub bardziej sztucznie naznaczone jakąś cechą) jednostki i wmawia się im (teza), że tworzą grupę (warstwę, klasę, mniejszość dyskryminowaną), którą łączy pewien wspólny interes i ze względu na ten interes konieczne jest prowadzenie ciągłej walki jednych grup z innymi lub z większością społeczeństwa (antytezą). Marksizm bowiem jest doktryną nienawiści podniesionej do rangi zasady społecznej, która rzekomo napędza dzieje i wyczerpuje się w nieustannej (permanentnej) rewolucji, walce, w konflikcie, w przewrocie, w stałym jątrzeniu i ciągłym zwalczaniu się jednych grup z drugimi. Wyszukuje się więc wszelkiego rodzaju sprzeczności (a właściwie przeciwieństwa) między grupami, odpowiednio je eskaluje i dąży się do ich rzekomego przezwyciężenia w drodze pełzającej lub gwałtownej rewolty (synteza).

Inną, charakterystyczną cechą owej doktryny permanentnej walki różnych grup, jest aspekt międzynarodowy. Był on od początku w praktyce organizacyjnej marksizmu jego swoistą cechą. Znalezienie bowiem jakichś konfliktogennych grup w jednym społeczeństwie automatycznie wskazuje na istnienie tych grup w innych społecznościach (nawet jeśli jakieś jednostki nie uświadamiają sobie, że tworzą w danym społeczeństwie grupę i mają w związku z tym wspólne interesy – zawsze można im to uświadomić). Wynoszenie więc konfliktów grupowych na arenę międzynarodową ma służyć – z jednej strony – zapewnieniu skuteczności walki w ramach każdego kraju – z drugiej zaś ma wydźwięk propagandowy, wyczerpujący się w akcentowaniu rangi całego konfliktu. W drugiej połowie XIX wieku i na początku XX w. zasadniczym międzynarodowym hasłem tej metody działań było „proletariusze wszystkich krajów łączcie się” (w domyśle – ponieważ burżuje wszystkich krajów kapitalistycznych mają również wspólny międzynarodowy interes i są międzynarodowo ze sobą powiązani); na przełomie XX i XXI w. możemy np. zauważyć działania odpowiadające niejako hasłu: „kochający inaczej wszystkich krajów łączcie się”.

2. Teoria cywilizacyjna
2.1 Przesłanki
Termin „cywilizacja” zjawił się w nauce europejskiej w XVIII w. Fernand Braudel, analizując jego pojawienie i zakresy znaczeniowe oraz relacje ze zbliżonym pojęciem, jakim jest „kultura”, stwierdził: „Tak czy inaczej, słowo powstało, ponieważ było bardzo potrzebne.[5]” Początkowo tego terminu używano przeciwstawiając go barbarzyństwu. Człowiekiem cywilizowanym nazywano przedstawiciela zachodnich (europejskich) społeczności; barbarzyńcą zaś był każdy przedstawiciel różnych ludów rozsianych na innych kontynentach, żyjących w plemienno-rodowych strukturach społecznych o niskim poziomie rozwoju materialnej strony życia.

Z biegiem czasu w nauce europejskiej uświadomiono sobie, że na Ziemi nie mamy do czynienia z jedną, zachodnią cywilizacją, lecz występuje na niej daleko posunięte zróżnicowanie cywilizacyjne. Indie, Chiny, kraje islamskie odznaczały się wyższą forma zorganizowania społecznego (przekraczały struktury rodowo-plemienne), a nie były społeczeństwami, o których można byłoby powiedzieć, że należą do cywilizacji zachodniej (europejskiej). Stąd – w drodze indukcji – otrzymujemy pierwszy postulat teorii cywilizacyjnej: na ziemskim globie występuje znaczne zróżnicowanie cywilizacyjne. W tym kontekście również społeczności na szczeblu rozwojowym rodowo-plemiennym są również cywilizacjami na pierwotnym, a nie wyższym poziomie zorganizowania [Koneczny F., „O wielości cywilizacji”]. Poziom ten przechodziły przecież w swej historii wszystkie społeczeństwa europejskie.

2.2 Koncepcje
Niemniej jednak pierwsza historiozofia, biorąca pod uwagę zróżnicowanie cywilizacyjne świata, nie uniknęła aprioryzmu [Spengler O. A. G., Der Untergang des Abendlandes]. Oswald Spengler podzielił społeczności występujące na Ziemi na dziesięć rodzajów kultur, w których przejawia się odpowiednio duch jednej z dziesięciu (np. babiloński, egipski, syryjski, rzymski) i kultury te przechodzą swoiste stadia rozwoju analogicznie do organizmów żywych: okres młodości (kultura archaiczna, prymitywna), okres dojrzałości (kultura rozwinięta, w pełni uformowana) i okres starości (cywilizacja). Arnold Toynbee, angielski historyk, rzecz całą widział podobnie. W jego teorii cywilizacje również przechodzą swoisty cykl życia (fazę wzrastania, punkt krytyczny nazywany momentem „załamanie się” danej cywilizacji, okres zaburzeń i niepokojów oraz fazę państwa uniwersalnego)[6]. Chociaż wskazywany przez Toynbee'go cykl cywilizacyjnego rozwoju nie ma charakteru konieczności dziejowej (istniały bowiem cywilizacje zatrzymane w rozwoju), to jednak niektóre z historycznych społeczności wskazywane fazy przeszły.

Inny charakter posiada teoria społeczna sformułowana przez polskiego historyka, Feliksa Konecznego. Nie skupia się on na rozpatrywaniu cyklów przemian w rozwoju cywilizacyjnym różnych, zamieszkujących pewne obszary geograficzne, społeczności (choć przyznaje, że każda ludzka zbiorowość przechodzi w ciągu dziejów cały szereg szczebli rozwojowych), próbuje jednak ustalić wewnętrzne prawa, którym cywilizacje podlegają. W jego ujęciu cywilizacja przejawia się w określonym systemie normatywnym, zakorzenionym i przyjmowanym współmiernie na jakimś obszarze ziemskiego globu. W kształtowaniu owego systemu zasadniczą rolę pełni przyjmowana religia oraz pierwociny prawa zwyczajowego (prawa prywatnego) w obrębie takich dziedzin jak normy zawierania małżeństw, normy własności majątkowej oraz reguły spadkowe (dziedziczenia własności). Jedno z ustalonych przez Konecznego praw dziejowych (praw cywilizacji) przyjmuje formę reguły wyłączności i brzmi: „nie można być cywilizowanym na dwa sposoby” [Koneczny F., „Prawa dziejowe”, s. 259][7]. Innym prawem, również doniosłym ze względu na tłumaczenie zjawisk historycznych, jest postulat ekspansji: cywilizacje żywotne rozszerzają swoje wpływy, a forma tego rozszerzania zależna jest od typu i charakteru danej cywilizacji [tamże, s. 212-236].

2.3 Ujmowanie historii
Z regułą wyłączności w ujęciu Konecznego, a także w zgodzie z postulatem trwałości i ekspansji, wiąże się wizja historii widziana przez pryzmat teorii cywilizacyjnej. W dziejach ludzkich zaznacza się wpływ i działanie wybitnych jednostek, łącznie z działaniami całych zbiorowości. Człowiek (jednostka) oraz cała zbiorowość są zawsze nosicielami jakiejś cywilizacji. Jeśli cywilizację możemy ująć jako relacje człowieka do człowieka, a całe kompleksy takich relacji składają się na zróżnicowanie cywilizacyjne – zarzewie potencjalnych (większych i mniejszych) konfliktów, jakie miały miejsce na przestrzeni historii, zawsze posiadało i posiada swoje podłoże cywilizacyjne. Prawidłowość ta jawi się nam jako coś nieuniknionego, stąd również współcześni myśliciele, biorący pod uwagę ten czynnik i – posiłkując się analizą cywilizacyjną społeczeństw – widzą dzisiejszy świat w kategoriach globalnego zderzenia cywilizacji [por. Huntington S. P., The Clash of Civilizations...]. Zderzenie to miało, ma i mieć będzie charakter konfliktu, w tym także konfliktów zbrojnych, w innym zaś ujęciu (komplementarnym do działań zbrojnych, zdarzających się cyklicznie w różnych miejscach ziemskiego globu), w okresach pokojowych na wielu obszarach ziemi posiada ono charakter dyfuzji – spontanicznego przenikania osiągnięć naukowych, kulturalnych i technicznych, ale ma także charakter przenikania sposobów zachowań (kodów zachowań, zwyczajów kultury masowej itp.), którymi, w dużej mierze, promieniują na swoje otoczenie wielkie ośrodki miejskie [por. Bagby P., Kultura i historia...].

2.4 Przewidywania
Cóż może wynikać dla bliższej i dalszej przyszłości świata, gdy uwzględnimy cywilizacyjną teorię dziejów? Przewidywania teorii marksistowskiej nie potwierdziły się – nie powstał bowiem globalny system komunistyczny na świecie, ani w tych jego częściach (Europa Zachodnia i Ameryka Północna), które przechodziły w sposób najbardziej spektakularny przemysłowe stadium kapitalizmu.

Teorie naukowe buduje się m. in. po to, by móc racjonalnie przewidywać zdarzenia. Same bowiem fakty – już to przyrodnicze, już to społeczne, już to historyczne – możemy porównać do sterty kamieni. Sterta kamieni nie tworzy żadnej budowli, podobnie jak same fakty nie tworzą jeszcze teorii. Układanie kamieni w kształt budowli, dającej się z nich ułożyć, to – gdy pociągniemy dalej tę analogię – przypomina tworzenie teorii: zarysowany kształt determinuje względnie, ale także w stopniu koniecznym, kolejne jego elementy...

W globalnym zderzeniu cywilizacyjnym niektórzy zwolennicy tej teorii dziejów przewidują stadium jednej, światowej cywilizacji. Nie będzie to komunizm rodem z marksistowskiego materializmu dialektycznego, choć niektóre umysłowości, najbardziej zasklepione w tym sposobie postrzegania dziejów, będą twierdzić, że jest to właśnie owo stadium przewidywane przez marksistów, lecz drogi doń prowadzące powiodły ludzkość inaczej niż widzieli i angażowali się na rzecz realizacji tegoż komuniści XIX i XX wieku... Na „łeb zakuty” w „pancerz dialektyki” nie ma rady.

Przykładając do powyższej prognozy ustalenia teorii Konecznego, czyli wychodząc z zasady ekspansji i wyłączności, możemy jedynie stwierdzić: jeśli jedna światowa cywilizacja (w bliższej lub dalszej perspektywie dziejowej) będzie miała miejsce, to odbyć się to może w sposób polegający na zdominowaniu świata (a co za tym idzie – wszystkich występujących na nim cywilizacji) przez jakąś jedną, najbardziej żywotną i ekspansywną, która narzuci pozostałym swój system normatywny – już to przez dobrowolne przyjęcie go przez niektóre, bardziej ulegające wpływom (uległe cywilizacje), już to w drodze przymusu i użycia siły w odniesieniu do innych... Nie muszę dalej rozwodzić się na temat trwałości takiego systemu. Dywagacje o cyklu życia zrzeszeń cywilizacyjnych mogą okazać się wtedy nadzwyczaj trafne.

3. Teoria spiskowa
3.1 Baza teoretyczna
Nawet pobieżne prześledzenie faktów historycznych prowadzi do stwierdzenia, że spiski (mniej lub bardziej potajemne porozumienia różnych, wpływowych osób) zdarzały się w historii i to wcale nie rzadko. Przesilenia i zmiany władzy w cesarstwie rzymskim permanentnie miały charakter spiskowy. Do rzadkości należały okresy względnie łagodnego przejścia rządów w Rzymie z ojca na syna. A nawet w takich latach tropino i wykrywano różnego rodzaju spiski. W innych rejonach świata (starożytny Bliski Wschód i Daleki Wschód) sytuacja nie wyglądała lepiej: powstania, wojny domowe, wojny między krajami i konflikty dynastyczne zawsze miały (i obecnie mają) gdzieś u swego podłoża porozumienia ludzi, zainteresowanych taką czy inną zmianą polityczną[8]. Kiedyś usłyszałem konstatację, którą przytaczam przy różnych okazjach: gdy zbiera się i naradza potajemnie przeciwko władzy dwóch albo trzech poddanych władcy, to mamy do czynienia ze spiskiem i – w razie jego wykrycia – grozi spiskowcom szafot; jeśli jednak zbiera się (czasem nie mniej potajemnie i dyskretnie) dwóch albo trzech władców państw i naradza się, by wspólnie wystąpić przeciwko innemu państwu (innym państwom), to nie mamy do czynienia ze spiskiem, lecz z układem międzynarodowym – mamy do czynienia z międzynarodowym paktem, traktatem (vide: pakt Ribbentrop – Mołotow).

We współczesnym świecie aspekty spiskowe zdarzeń podkręcana są dodatkowo przez działalność wszelkiego rodzaju tajnych służb państwowych (w ostatnim zaś półwieczu nawet tajnych służb organizowanych przez prywatne korporacje przemysłowe w celu przywłaszczania technologii, wynalazczości, działań rozwojowych i racjonalizatorskich innych korporacji). W minionym okresie (od II Wojny Światowej po rok 1989), kiedy świat był podzielony na dwa zwalczające się bloki polityczne (kraje realsocjalizmu i kraje kapitalizmu) – powszechną praktyką tajnych służb bloku socjalistycznego (i vice versa) było zawiązywanie, organizowanie i finansowe wspieranie wszelkiego rodzaju organizacji i ruchów wywrotowych na terenie państw należących do przeciwnego obozu. Światowy ruch komunistyczny był wtedy wspierany i finansowany z Moskwy. Jeśli dołożymy do tego różne organizacje i stowarzyszenie oraz sekty religijne lub quasi-religijne o charakterze mniej lub bardziej niejawnym typu wolnomularstwo, Iluminaci i Jakobini (w XVIII w.), Węglarze (w XIX w.) oraz zważymy, że wszelki terroryzm o podłożu politycznym i polityczno-religijnym, jak też przestępczość zorganizowana (różne mafie i gangi), stale działają w sposób mniej lub bardziej niejawny – otrzymamy obraz ogromnej ilości ukrytych (podskórnych) sił wpływających na losy społeczeństw, a przez to – na losy całego świata.

3.2 Warunek wystarczający
Zwrócenie uwagi na wszystko, co powyżej zostało nakreślone (fakty licznych spisków zawiązywanych i realizowanych w historii oraz występowanie konglomeratu przeróżnych organizacji i środowisk tajnych), wcale nie upoważnia do przyjmowania twierdzenia, że istnieje jakiś jeden, ogólnoświatowy spisek realizujący się na przestrzeni historii w szeregu pomniejszych i rozproszonych (różnokierunkowych i czasem przeciwstawnych) działań wszystkiego, co niejawne, tajne i ukryte. Takiego wniosku nie możemy wyciągnąć, bazując jedynie na przyrodzoności człowieka i jego historii ziemskiej, a uchylając się od transcendencji, rozumianej w kategoriach przyjmujących istnienie świata nadprzyrodzonego. Stąd też, wychodząc li tylko z czysto ludzkich przesłanek, podpierających się szeregiem różnych spisków zdarzających się nawet dość licznie na przestrzeni historii, nigdy nie będziemy mogli wskazać jakiegoś jednego, spójnego kierunku tych wszystkich zmian, przewrotów, rewolucji oraz walk o władzę upoważniających do stwierdzenia, że ktoś (jakieś stale powstające i stale zanikające) grupy czy organizacje próbują zdobyć dominującą pozycję na Ziemi i w społeczeństwach lub przynajmniej w niektórych, kluczowych obszarach Ziemi i rozwiniętych społeczeństwach...

Przyjmując jednakże Objawienie, czyli przyjmując, że niektóre elementy nadprzyrodzoności zostały ludziom ukazane w historii zbawienia streszczonej na kartach pism Starego Testamentu (historia Izraelitów) i kartach Nowego Testamentu (Ewangelie i nauczanie apostolskie) – możemy na dzieje rodzaju ludzkiego na Ziemi spojrzeć z całkiem innej perspektywy. Wówczas rozumowi oświeconemu przez wiarę nasuwa się z nieuchronną koniecznością jeden wniosek: od zarania dziejów (od początku stworzenia) istnieje ogólnoświatowy i wszech-czasowy spisek przeciwko ludzkości. Motorem – całym modus vivendi tego spisku na przestrzeni historii człowieka na ziemskim globie są bramy piekielne – moce ciemności – pierwiastki zła, które zalęgły się na wyżynach niebiańskich [por. Ef 6,12] – stworzone wcześniej przez Stwórcę wszechrzeczy jako moce jasności (część chórów anielskich), lecz przez swoją zatwardziałość i zawiść uczyniły siebie mocami ciemności i toczą odtąd zażarty bój przeciwko rodzajowi ludzkiemu, by go oderwać od Boga-Stwórcy (każdego indywidualnie i całe społeczności zbiorowo), czyniąc ludzi doczesnymi i wiecznymi sługusami w królestwie szatana.

3.3 Refleksje teologiczne
Kard. Karol Wojtyła, w swoich naukach rekolekcyjnych głoszonych dostojnikom watykańskim na prośbę papieża Pawła VI, wychodząc od analizy Księgi Rodzaju, zawierającej opis upadku pierwszych ludzi, wskazał, że przy rajskim drzewie poznania dobra i zła, z podpuszczenia starodawnego węża, człowiek odrzucił Boga Przymierza (Boga prawodawcę, Boga dającego ludziom nakazy i zakazy). Pierwsi rodzice, posiadając jednak głębokie przeświadczenie o tym, komu zawdzięczają swoje istnienie, nie chcieli (nie mogli i nie byli w stanie) odrzucić Boga-Stwórcy. Dokonała się jednakże w człowieku swoista reorientacja myślenia, która – na ówczesnym etapie działań złego ducha, w jego prywatnej walce związanej z odrywaniem stworzenia od jedynej zasady bytu, czyli od Stwórcy – w zupełności szatanowi wystarczała. W dalszej części swej nauki, głoszonej na rekolekcjach watykańskich, przyszły następca Pawła VI, podkreślił, że ten momenty w dziejach człowieka, w którym inspirator wszelkiego buntu będzie próbował ewolucję odrzucania Boga przez ludzi doprowadzić do stadium totalnej negacji, z którą mamy do czynienia w jego przypadku – ten moment dziejowy właśnie nadszedł w stuleciu XIX-tym i jest kontynuowany w XX-tym. Nasila się on w naszych czasach, kiedy to człowiek w duchu ateizmu i materializmu wszelką rację swego bytu na Ziemi upatruje w sobie i otaczającym go świecie materialnym.

3.4 Wizja dziejów
Duch nieprawości – szatan – doprowadziwszy ludzi do odrzucenia praw boskich, a w konsekwencji – do odrzucenia Boga Przymierza – skorzystał ze stopniowego zacierania się obrazu Stwórcy w skażonej grzechem duszy i umyśle człowieka, i podsunął ludziom karykaturę bóstwa we wszelkich formach bałwochwalstwa, dzięki czemu mógł zostać księciem tego świata. Cała starożytność należąca do historii ludzkości naznaczona został tym piętnem. Jednakże Boży plan podniesienia ludzi z tego upadku rozpoczął się od narodu wybranego, któremu początek dał jeden ród – ród Abrahama. Wybraństwo zaś dotyczyło wyznawania, utwierdzania i kultywowania monoteizmu w świecie ogarniętym przez bałwochwalstwo. Bałwochwalstwo w końcu legło w gruzach (przynajmniej w europejskim kręgu cywilizacyjnym) wraz z końcem epoki starożytnej. Co jednak stało się z licznymi grupami społecznymi kapłanów, wróżbitów i wieszczków oddanych bałwochwalczym kultom i żyjących dzięki temu w dostatku razem z całymi rodzinami i krewnymi pośród pogańskich społeczności? Czy wszyscy nawrócili się na chrześcijaństwo? Owszem, część przyjęła nową religię, lecz inna ich część ze swoimi kultami zeszła po prostu „do podziemia”.

Owo niechrześcijańskie (a właściwie antychrześcijańskie) podziemie cyklicznie dawało o sobie znać przez cały okres dominacji chrześcijaństwa w Europie w wiekach średnich. Mecenasem i swoistym „patronem” tych wszystkich starożytnych wierzeń i kultów pogańskich, wegetujących w świecie chrześcijańskim od zawsze w podziemiu, był duch nieczysty – szatan. Pod jego szczególnym nadzorem spiskowali oni i ich potomkowie przeciwko światu chrześcijańskiemu przez całe pokolenia. Całe plejady nazw najrozmaitszych sekt i heretyckich wierzeń możemy wymieniać na poparcie tej konstatacji[9]. Niektóre kulty i związane z nimi filozofie oddziaływały dosyć mocno nawet na chrześcijaństwo i były przenoszone na jego grunt doktrynalny w okresie formowania się nowej religii u schyłku starożytności (odmiany gnozy, manicheizm, arianie itp.). Wszystko to – cały ten wielonurtowy ściek doktryn religijnych, filozoficznych i kultów pogańskich – znalazł swoje ujście w wolnomularstwie powstałym na początku XVIII wieku, przejmującym i adoptującym do swoich celów strukturę organizacyjną średniowiecznych cechów mularskich.

Zmieniła się też rola narodu wybranego. Pismo św. w Nowym Testamencie wyjaśnia powody jego czasowego odrzucenia [por. Rz 11,1-32]. Odrzucenie przyszło z winy duchowych przywódców i było też wyborem dokonanym w starożytności przez samych Izraelitów (przez tę ich część, która nie przyjęła chrześcijaństwa). Z jednej strony – zwalczali oni (i wciąż zwalczają) chrześcijaństwo (a katolicyzm w szczególność), nie wykluczając wszelkiego rodzaju spisków i poparcia udzielanego różnym rewolucjom (od politycznych po obyczajowe)[10] niszczącym chrześcijańskie społeczeństwa (traktują bowiem chrześcijaństwo jako sektę, która wyszła z Judaizmu i rozprzestrzeniła się na cały zachodni świat) – z drugiej strony – wciąż oczekują na przyjście Mesjasza, gdyż Jezusa Chrystusa Nazarejczyka Mesjaszem nie uznali. Duchowi przywódcy rozproszonej po świecie społeczności żydowskiej stworzyli szereg koncepcji mesjańskich, m. in. taką, że to sam naród jest Mesjaszem lub że Mesjasz realizuje się w Izraelu w ciągu historii poprzez kolejnych wybitnych nauczycieli religijnych (rabinów), lub że na przyjście czasów mesjańskich należy wpierw przygotować świat cały i sam naród (poprzez opanowanie tego świata w kluczowych dziedzinach), a wówczas Mesjasz będzie dany jako ich i wszystkich ludzi ogólnoświatowy przywódca; społeczność żydowska zaś, w jego światowym królestwie, będzie stanowić rodzaj globalnej arystokracji.

3.5 Organizacja
Piramidalna struktura organizacyjna wolnomularstwa (masonerii), widzianej jako główna sprężyna wszelkich spisków rozpoczynających przewroty, zamachy i rewolucje oraz prowadząca całą robotę w trakcie trwania danego przesilenia – przebiega od lóż elitarnych B'nai B'rith, do których mogą należeć tylko przedstawiciele rekrutujący się spośród Izraelitów, zaś przedstawiciele innych nacji nie mają wstępu do B'nai B'rith[11]. Oznacza to, że członkowie poszczególnych lóż narodowych rytu szkockiego oraz np. członkowie Wielkiego Wschodu Francji nie mogą uczestniczyć w zebraniach wskazanych lóż elitarnych. Natomiast sytuacja odwrotna jest dopuszczalna: członkowie B'nai B'rith mogą równocześnie należeć do lóż narodowych poszczególnych krajów Europy czy Ameryki. Takie ułożenie relacji zapewnia jednostronną kontrolę i kierunek inspiracji w łonie wolnomularstwa. Rzeczą kuriozalną i zamienną zarazem, zważywszy na wciąż obowiązującą i nigdy nie odwołaną ekskomunikę, jest uczestnictwo (od czasów II Soboru Watykańskiego wręcz duże poluzowanie w tej materii na bazie głoszonego ekumenizmu) – jest uczestnictwo i przynależność do lóż wolnomularskich niektórych hierarchów Kościoła katolickiego (księży, biskupów i kardynałów).

Dalej – u podnóża piramidy znajdują się wszelkie „przedszkola” masonerii. Zaliczane do nich bywają różne organizacje społeczne (kluby, stowarzyszenia, organizacje filantropijne i nawet charytatywne) typu „Rotary Klub”, „Klub Lwów” i inne, i nie muszą one składać się z wolnomularzy – wystarczy, że przedstawiciel wolnomularstwa (członek jakiejś czynnej loży masońskiej) pełni w takiej organizacji funkcję np. sekretarza (nie musi być jej prezesem). Sami wolnomularze zaś od pierwszego stopnia wtajemniczenia do trzydziestego trzeciego włącznie (w rycie szkockim, dawnym i uznanym) cyklicznie przechodzą trójstopniową strukturę organizacyjną: uczeń, czeladnik, mistrz. Owa dyskretna i hierarchicznie ukształtowana piramida prowadzi robotę wywrotową na całym świecie (we wszystkich jego zakątkach) – jest sterowalną i skuteczną armią wiodącą ludzkość (a świat zachodni w szczególności) ku nowemu porządkowi świata.

3.6 Przewidywania
Wielkim i niezmiennym celem tego ogólnoświatowego i ciągnącego się przez dzieje spisku jest przebudowa społeczna ludzkości, by mógł powrócić na Ziemię „porządek” przedchrześcijański, w którym zły duch – szatan – mógłby ponownie mienić się realnym księciem całego świata. Służy temu (z ideologicznego punktu widzenia) w odniesieniu do profanów ruch „new edge”, zaś w odniesieniu do wtajemniczonych – przyjmowany na najwyższych szczeblach masońskiej doktryny manicheizm, wmawiający adeptom i wyznawcom, że logiczną zasadą bytu wszechświata (niemal dokładnie jak w atomowej strukturze materii dwa ładunki: „plus” i „minus”) są też dwa przeciwstawne sobie pierwiastki boskie: Adonaj i Lucyfer. Adonaj, to bóg słabości (miłości), uległości, potulności – Lucyfer zaś to bóg mocy, dominacji, siły i bezwzględności. Żyjąca współcześnie na Ziemi ludzkość znajduje się w okresie przesilenia: kończy się bowiem era Adonaj, a zaczyna znowu era lucyferiańska (do ery lucyferiańskiej należała wcześniej starożytność).

Nowy porządek świata zostanie ustanowiony z chwilą powołania światowego rządu na bazie struktur organizacyjnych ONZ. Służyć temu będzie kolejny światowy konflikt zbrojny o zasięgu globalnym. Dotychczasowe wojny na przestrzeni ostatnich dwóch wieków (poczynając od wojen Napoleońskich u zarania XIX w. i poprzez dwie wojny światowe w XX w.) stopniowo ograniczały liczbę liczących się mocarstw, czyli ilość graczy politycznych na arenie międzynarodowej. Nadchodząca wojna – już to szereg pomniejszych wstrząsów i przewrotów, aranżowanych i animowanych w wielu miejscach globu – już to konflikt o podłożu religijnym świata arabskiego ze światem zachodnim – już to konflikt mocarstw nuklearnych (Chiny, Rosja, Stany Zjednoczone) – ma dobitnie całemu światu pokazać, że rząd światowy jest nieodzownym warunkiem i jedynym gwarantem zapanowania wreszcie pokoju na Ziemi. Zniszczyć w tym celu trzeba też będzie wszystkie religie jako potencjalne zarzewia konfliktów, a właściwie – ze wszystkich religii trzeba będzie stworzyć jedną uniwersalną, łączącą w sobie wszystkie, jakie tylko możemy spotkać na ziemskim globie. Do tego celu – według animatorów całej przebudowy świata, czyli według wolnomularzy – najlepiej nadaje się uniwersalizm masoński.

Zatem, łącząc w sobie proroctwa Apokalipsy św. Jana Apostoła, teoria dziejów wskazująca na jeden, o podłożu nadprzyrodzonym spisek przeciwko ludzkości, musi zakładać czasy Antychrysta i Fałszywego Proroka. Antychrystem będzie ogólnoświatowy przywódca polityczny, który stanie na czele globalnego, wszechświatowego rządu (Izraelici, w pierwszych fazach jego wystąpienia i działalności, poprą go, uznając za swojego, oczekiwanego od wieków mesjasza), zaś wspierającą Antychrysta, drugą znaczącą postacią na arenie międzynarodowej, będzie Fałszywy Prorok, który zostanie światowym przywódcą religijnym, łączącym w sobie autorytet otwartego (ekumenicznego) papieża, przewodnika buddyzmu tybetańskiego (dalajlamy) i innych odłamów buddyjskich jak i religii braminów, a także kierownika (proroka) religijnego muzułmanów. Struktura organizacyjna ziemskiego globu zarządzanego przez jeden rząd światowy będzie podzielona na strefy synarchiczne, które odpowiednio będą odzwierciedlały podział Ziemi, kanalizując ambicje lokalnych mocarstw: Ameryka Północna i basen Morza Karaibskiego (względnie Ameryka Środkowa) dostaną się pod zarząd USA, Ameryka Południowa – pod Brazylię, Europa to domena Niemiecko - Francuska w ramach UE, Azja – pod zarząd Rosyjsko-Indyjski lub Rosyjsko-Chiński, lub Chińsko-Indyjski, Oceania i Australia – pod Australię, zaś Afryka – albo pod Europę, albo Azję, albo pod którąś z Ameryk.

III. Wzajemne relacje
1. Postulat metodologiczny
Metodologiczny postulat falsyfikacji teorii (w tym teorii społecznych), wskazywany przez Poppera [por. Popper K. R., Nędza historycyzmu, s. 41-42] przez analogię do testowania i obalania teorii przyrodniczych, polega na podawaniu negatywnej formy jakiegoś twierdzenia – formuły wykluczającej – która mówi, że dane zjawisko (lub proces) nie mogą się zdarzyć (zajść); następnie, znalezienie czegoś zupełnie przeciwnego do zjawisk wykluczonych z teorii lub do procesów niemożliwych z punktu widzenia danej teorii – potwierdza jej fałszywość (w najlepszym zaś wypadku ukazuje jej zawężenie i ściślej zakreśla pole dopuszczalnych zastosowań).

Otóż, w odniesieniu do historiozofii marksistowskiej wskazana powyżej falsyfikacja dokonała się historycznie. Postulowany przez „materializm dialektyczny” determinizm dziejowy – konieczność pojawienia się komunizmu jako ogólnoświatowego systemu opartego na własności społecznej gospodarek wszystkich krajów (negatywne sformułowanie tego twierdzenia można ująć w słowa: „niemożliwe, żeby się ostał system kapitalistyczny” lub „rozwój komunizm nie może być powstrzymany”, czyli – w dopowiedzeniu – musi on powstać na całym świecie, będąc koniecznym i końcowym stadium rozwoju społecznego ludzkości) – twierdzenie to nie znalazło swojego potwierdzenia w dziejach, a wręcz przeciwnie – nastąpił odwrót od lansowanych w systemie komunistycznym rozwiązań, które okazały się niewydolne społecznie i gospodarczo.

2. Dalsze zastosowanie
Falsyfikacja natomiast w podobnym stylu teorii spiskowej i cywilizacyjnej wydaje się niemożliwa. Najogólniejsze twierdzenia negatywne jednaj i drugiej (np. w odniesieniu do teorii spiskowej: „niemożliwe, aby dany proces lub zdarzenie polityczne nastąpiło w drodze li tylko oficjalnie znanych przyczyn”; w odniesieniu zaś do teorii cywilizacyjnej: „niemożliwe, żeby dana społeczność posiadała cywilizację” lub „może istnieć społeczność nie posiadająca jakiejkolwiek cywilizacji”) – okazują się trudne do sfalsyfikowania. W systemie teorii spiskowej wskazane twierdzenie negatywne jest niefalsyfikowalne z samej istoty założeń: wszelkie spiski (mniej lub bardziej – w przypadku spisku – adekwatne jest słowo: „bardziej” – a więc bardziej niejawne porozumienia ludzi) mają to do siebie, że są skrywane i kamuflowane, i trudno do nich dotrzeć poprzez parawany oficjalnych wersji zdarzeń. A cóż dopiero powiedzieć w odniesieniu do spisku animowanego przez nadprzyrodzone moce ciemności – ich machloje i knowania będą dopiero w pełni znane w życiu przyszłym, w świetle prawdy Bożej...

Natomiast niemożność obalenia najogólniejszego, negatywnego twierdzenia teorii cywilizacyjnej, wynika ze społecznej natury człowieka. Tylko Robinson Crusoe, żyjąc na swojej wyspie nie posiadał cywilizacji. Miał on kulturę, nawet dosyć wysoką kulturę osobistą (duchową) i miał możliwą do osiągnięcia przez jednego człowieka, w danych warunkach, kulturę materialną, lecz nie miał kultury społecznej, czyli nie miał cywilizacji. Natomiast Adam i Ewa w rajskim ogrodzie posiadali już właściwą im cywilizację. Cywilizacja bowiem polega na prakseologicznym, czyli ujawnionym w działaniu, stosunku człowieka do człowieka. Owo ujawnione działanie tworzy system norm wzajemnego odnoszenia się ludzi między sobą i system ten może przebiegać szczeble (fazy rozwojowe) prawa obyczajowego, moralnego, następnie prawa stanowionego i spisywanego (stosownie do powstania i upowszechnienia się piśmiennictwa).

3. Paradoks naukowości
Marksistowska teoria rozwoju historii ludzkich społeczeństw najbardziej pretendowała do roli teorii naukowej, która oparta jest na obiektywnych przesłankach, wskazująca niewzruszone, twarde przyczyny zjawisk społecznych i pokazująca nieuchronne konsekwencje działających obiektywnie przyczyn rozwoju dziejowego. Nie było w niej miejsca na jakieś nienaukowo brzmiące dywagacje o knuciu spisków – łączenie się bowiem poszczególnych ludzi w klasy i formułowanie oraz zabezpieczanie na forum ogólnospołecznym (państwowym i międzynarodowym) swoich klasowych interesów było wyrazem „kultury” przynależnej danej klasie. Nieuchronny konflikt klasowy był wynikiem obiektywnych sprzeczności immanentnie związanych z systemem, których przezwyciężenie mogło nastąpić jedynie w drodze wybuchu rewolucyjnego...

Praktyka społeczna i polityczna marksistów wszelkiej maści, była jednakże wybitnie spiskowa – była spiskowa, kiedy dążyli do przewrotu i kiedy sprawowali władzę w państwach po zwycięsko przeprowadzonej rewolucji. Tropienie wówczas wszelkich spisków zakrawało na paranoję podniesioną do rangi naczelnej zasady walki klasowej w okresie post-rewolucyjnym. Tropienie więc przeróżnych spisków, zawiązywanych przez wrogów klasowych awangardy robotniczej (partii komunistycznej), tak w łonie samej awangardy (partii) jak i na zewnątrz struktur partyjnych, wśród społeczeństwa i na zewnątrz państwa oraz bloku państw socjalistycznych – było codzienną treścią funkcjonowania systemu. Związane zaś z wykrywaniem przeróżnych spisków aresztowania, czystki, mordy w majestacie komunistycznego prawa i zesłania do łagrów, więzień i psychiatryków stały się rutyną i normą funkcjonowania całego systemu... Obowiązywała więc obiektywna, materialistyczna nauka o dziejach człowieka czy jednak spiskowa koncepcja dziejów?

4. Paradoksy kultury
Nowoczesna (oświecona oświeceniowo i pozytywistycznie) kultura umysłowa, w wykładaniu i nauczaniu historii, chętnie unika tematu niejawnych, nieoficjalnych (czytaj: spiskowych) przyczyn zdarzeń na arenie politycznej. Wszystkie wydarzenia mają swoje obiektywne, społecznie i politycznie uzasadnione przyczyny, wytłumaczalne w drodze ukazania racjonalnej gry interesów jednostek i grup społecznych, podlegające niemal behawioralnemu tłumaczeniu. Historia jest więc ciągle poszerzanym zbiorem nudnych zdarzeń, pamiętaniem ich dat i różnych faktów, dających się w zupełności uzasadnić oficjalnie i wytłumaczyć w sposób racjonalny. Jeśli nawet jest w niej miejsce na czysty przypadek nierozerwalnie związany z kondycją i naturą działań ludzkiego indywiduum, to pełni on marginalną i pomijalną (najwyżej ciekawostkową rolę) w opisie masowych zdarzeń, zjawisk i procesów historycznych...

Cała natomiast kultura masowa w swym wydaniu literatury sensacyjnej, sensacyjno-kryminalnej oraz produkcji filmowych o charakterze sensacyjnym ukazuje współczesnemu człowiekowi całkowicie inny obraz dziejów – obraz daleko różny od tego, co znajdujemy w nudnych podręcznikach do nauczania historii. Tutaj spiski, zmowy, tajne porozumienia i niejawne układy są na porządku dziennym, stanowiąc motor wszystkich zdarzeń i zjawisk posiadających swoje, nawet dalekosiężne skutki polityczne, gospodarcze i społecznie. Tym wszystkim knowaniom ludzi złych, skorumpowanych, zastraszonych i uwikłanych w różne niejawne matactwa z pogranicza władzy i organizacji prywatnych przeciwstawiają się indywidualni (czasem bardzo osamotnieni) bohaterowie walczący w imię porządku społecznego ze spiskowcami, układami i tajnymi porozumieniami różnych ludzi „chorych” na władzę, ambicję lub własny dobrobyt materialny zabezpieczany w niegodziwy sposób... Są tedy spiski (niejawne porozumienia prywatne i polityczne o celach szerszych, zbiorowych), czy też ich w ogóle nie ma, jak chciałaby tego oficjalna wykładnia dziejów, niejednokrotnie inspirowana przez tych, których pod swoją wersją zdarzeń ukrywa?

5. Klasyfikacja
Cóż zatem możemy łącznie powiedzieć o trzech, wyżej omówionych teoriach dziejów? Jedna (materializm dialektyczny) w opinii wielu znawców przedmiotu bez wątpienia pokazała swoją sztuczność i nieprawdziwość. Dwie pozostałe (cywilizacyjna i spiskowa) wydają się trudne do sfalsyfikowania. Trzeba poczekać (podobnie jak miało to miejsce w przypadku teorii marksistowskiej) na ujawnienie się (bądź też nieujawnienie się) przewidywanych konsekwencji dziejowych. Nie mają jednakże one (owe konsekwencje) – w przeciwieństwie do tych, postulowanych przez marksizm – nie mają bezwzględnie obowiązującego charakteru. Nie należy więc owych konsekwencji oczekiwać z deterministycznym nastawieniem, stąd weryfikowalność na tym polu, w przypadku niepotwierdzenia się przewidywań, będzie ograniczona. Będzie jednakże duża i pozytywna jeżeli przewidywania się potwierdzą.

Obydwie teorie – cywilizacyjna i spiskowa – jawią się jako komplementarne, czyli mogące wzajemnie się uzupełniać. Cywilizacyjna wizja dziejów bazuje na zewnętrznych i obiektywizowanych przyczynach zdarzeń i zjawisk historycznych. Nie wyklucza spisków rozumianych jako możliwe i dopuszczalne porozumienia (mniej lub bardziej jawne), mające na celu doprowadzenie do zmiany politycznej. Wskazuje jednakże względne trudności i ułatwienia związane z tego typu metodą politycznego i społecznego działania. Spiski bowiem mogą zdarzać się łatwiej między osobnikami należącymi do tej samej cywilizacji (osobnikami cywilizowanymi według tego samego sposobu, czyli pomiędzy mentalnymi nosicielami tej samej metody urządzania życia zbiorowego), niż między osobnikami należącymi do różnych cywilizacji (w takim przypadku wspólne spiskowanie, układanie się i knowanie, należałoby uznać za utrudnione jeśli nawet nie wykluczone). Dalej – niektóre społeczności i tworzone w ich wydaniu cywilizacje bywają bardziej podatne na spiskowanie przeciwko innym niż cywilizacje tworzone przez innych. Cóż bowiem możemy powiedzieć o cywilizacji „wiecznego tułacza”, który przez większość swojej historii żył i rozwijał się pośród innych, osiadłych społeczności (gdzie musiał przetrwać), niźli tworzył własne, rządzone przez siebie (tzn. swoją elitę) państwo?

Dalej – materializm dialektyczny (marksizm) jest obejmowany przez spiskową teorię dziejów (zawiera się w tej teorii, jako jeden z większych konglomeratów układanki spiskowej). Ideologię marksistowską i inspirowany przez nią komunizm, dążący do rewolucyjnych przewrotów, a więc implicite zakładający knowania i spiskowania, można spokojnie zinterpretować w kategoriach większego, szeroko zakrojonego spisku. Była to metoda politycznych działań polegająca na propagowaniu i zaszczepianiu ludziom sztucznej ideologii, czyli ideologii wymyślonej przez kilku filozofów, a nie ukształtowanej ewolucyjnie na styku aktywności i refleksji prowadzonej nad ludzką aktywnością w duchu odczytywania prawdy o pełnej rzeczywistości otaczającej człowieka. Wskazywanie natomiast w marksizmie i postulowanym przezeń komunizmie na materializm i wojujący ateizm – wpisuje się wprost w knowania „ciemnej strony mocy”, widzianej jako wielowiekowy i niezmienny zwornik wszelkiego buntu i spisku prowadzonego przez pewną część stworzeń przeciwko innej ich część. Wiecznymi zaś buntownikami i spiskowcami, wywodzącymi się z „ciemnej strony mocy” są owe stworzenia (anielskie i ludzkie), które wybrały siebie, samouwielbienie i miłość własną nad swego Stwórcę i należną Mu cześć, miłość i uwielbienie.

Literatura
Bagby P., Kultura i historia. Prolegomena do porównawczego badania cywilizacji, tłum. J. Jedlicki, Warszawa 1975.
Blaha S., The Life Cycle of Civilizations, Auburn 2003.
Braudel F., Gramatyka cywilizacji, tłum. H. Igalson-Tygielska, Warszawa 2006.
Gawor L., O wielości cywilizacji. Filozofia społeczna Feliksa Konecznego, Lublin 2002.
Koneczny F., O wielości cywilizacji, reprint: Gebethner i Wolf, Kraków 1935.
Koneczny F., Prawa dziejowe, Komorów 2001.
Popper K. R., Nędza historycyzmu, Wydawnictwo Krąg, Warszawa 1989.
Poradowski M. ks., Palimpsest, Wrocław 1995.
Poradowski M. ks., Kościół od wewnątrz zagrożony, (wyd. trzecie), Londyn 1988.
Pouwels R. L., P. J. Adler, World Civilizations, Toronto 2006.
Spengler O. A. G., Der Untergang des Abendlandes. Umrisse einer Morphologie der Weltgeschichte, Wien 1918 (t.1), München 1922 (t.2)
Tatarkiewicz W., Historia filozofii. Filozofia nowożytna do roku 1830, t. 2, Warszawa 1988.
Tatarkiewicz W., Historia filozofii. Filozofia XIX wieku i współczesna, t. 3, Warszawa 1988.
Toynbee A. J., Studium Historii, tłum. J. Marzęcki, Warszawa 2000.
Huntington S. P., The Clash of Civilizations and the Remaking of World Order, Simon & Schuster, 1996.
Virion P., Rząd światowy, globalizm, antykościół i superkościół, Komorów 1999.

Przypisy
1 Niektórzy specjaliści z historii filozofii uznają, że filozoficzne poglądy K. Marksa wyczerpuje artykuł „Tezy o Feuerbachu”, pozostałe zaś prace, włączając w to „Kapitał”, bardziej kwalifikują się do ekonomii i – właśnie – historiozofii niż do filozofii.
2 Cyt. z wiersza W. Broniewskiego „Magnitogorsk albo rozmowa z Janem”.
3 Kapitalizm charakteryzuje się prywatną własnością materialnych środków produkcji, skoncentrowanych w ręku nielicznej klasy społecznej, klasy kapitalistów (burżuazji), socjalizm zaś, jako antyteza kapitalizmu, postulował społeczną (kolektywną) własność środków produkcji.
4 Z powyższych i wielu innych, używanych w marksizmie i heglizmie pojęć, wyraźnie widać, że owe tezy i antytezy, przyjmowane merytorycznie, to bardziej przeciwieństwa, niż sprzeczności; sprzeczność bowiem, z logicznego punktu widzenie, nie może być żadną zasadą bytu, bowiem równoczesne twierdzenie, że coś jest i zarazem nie jest – wyklucza się wzajemnie i nie może być podstawą do jakiejkolwiek syntezy: bardziej „anihiluje” (znosi się) niż tworzy syntezę. Maksymalnie przychylna interpretacja owej zasady może więc wyglądać w następujący sposób: sprzeczność znosi się wzajemnie, ale ponieważ byt nie ginie – w miejsce zniesionego pojawia się całkiem nowe uwarunkowanie.
5 Cyt. Braudel F., Gramatyka cywilizacji, tłum. H. Igalson-Tygielska, Warszawa 2006, s. 38.
6 Amerykański fizyk kwantowy, Stephen Blaha, przystosował do wskazywanych przez Toynbee'go faz rozwojowych matematyczne równanie oscylatora harmonicznego o tłumionym okresie drgań i twierdzi, że stworzył matematyczną teorię historii: Blaha S., The Life Cycle of Civilizations, Auburn 2003. Notabene, dobrze to świadczy o teorii A. Toynbee'go w świetle niektórych, współczesnych postulatów metodologicznych, gdzie za prawdziwą naukę uznaje się tylko te teorie, które można wyrazić w języku matematyki.
7 Idąc za postulatem współczesnych metodologów nauki podjąłem próbę matematyzacji teorii F. Konecznego w oparciu o aparat pojęciowy analizy funkcjonalnej i miałem okazję zaprezentować to na seminarium doktoranckim z Międzynarodowych Stosunków Gospodarczych KUL.
8 Zaznaczenie racjonalnych założeń i podstaw teoretycznych różnych teorii spiskowych zawiera w dużej części ostatni numer periodyku „Opcja na prawo”, Nr 7-8, lipiec-sierpień 2011.
9 Tajnym stowarzyszeniem tego typu, którego nazwa przebiła się szerzej do społecznej świadomości, byli np. Różokrzyżowcy – stowarzyszenie „róży i krzyża”. Ponadto o różnego typu pogańskie wierzenia i sekciarstwo oskarżano też Templariuszy.
10 Intuicję lub jakąś wiedzę o tym w XIX w. posiadał nasz poeta i arystokrata, jeden z wieszczy – Zygmunt Krasiński. Ukazał bowiem w swoim poemacie, opisującym światową rewolucję, jedną z grup spiskowych rekrutującą się z Izraelitów. Zob. „Nie-Boska komedia”, część III.
11 Wikipedia odnośnie B'nai B'rith podaje, że organizacja ta nie jest masonerią, choć jest zorganizowana na sposób masoński (posiada loże oraz uczniów, czeladników i mistrzów). Sądzę, że w upowszechnianiu takiego poglądu zainteresowane są obie strony: i społeczność żydowska, i sama masoneria. Trudno bowiem byłoby adeptom ze wszystkich nacji świata wmawiać uniwersalizm masoński i egalitaryzm społeczny popierany przez tę organizację, dopuszczając jednocześnie w całym ruchu dziwny ekskluzywizm.

Data: 30-07-2011 o godz. 09:38:02 (Odsłony: 608)
(Czytaj więcej... | 5 liczba komentarzy: | Ocena czytelników: 0)

Esej: Niestworzone historie. Polemika z nie-recenzją wystawy, która się nie-odbędzie ****
Esej
Autor: AgnieszkaW

informacja o wystawie -
http://www.laznia.pl/index.php?idDzial=30&status=2&idWpis=658&status=2

Tekst opublikowano po raz pierwszy na portalu sztuki "Obieg"



Olbrzymi cluster procesorów będzie wytwarzał nieprzerwanie, przez 24 godziny na dobę, sztuczne artystyczne byty (...) Zmyślne edytory tekstów krytycznych (...) będą pracowicie tkać bezużyteczne elaboraty z przebogatego wokabularza słów takich jak ponowoczesność, znamionować, obrazować, dyskurs; rygor formalny, kontekst, symulakrum itp.
Ogrom sztuki będzie powoli i metodycznie zabijał sztukę. Sztuka stanie się obciachem. Czymś porównywalnym z karaluchami w zlewozmywaku albo liszajem na plecach. Prawdziwi artyści, kuratorzy i krytycy wyginą więc jak bizony.


Fake Art.3, Zalibarek

Fala ożywczego chaosu ontologicznego, wypłukująca skostniałe pojęcie jedni, a co za tym idzie - obracająca w perzynę ostatnie bastiony nietolerancji to niekwestionowana wartość postmodernizmu, czymkolwiek on jest bądź nie. Zbędne jest bowiem mniej lub bardziej precyzyjne definiowanie zjawiska w kontekście niezbywalnego faktu, że współistnienie w poprawnej politycznie Unii Europejskiej możliwe jest tylko dzięki afirmacji różnic, przy jednoczesnym odrzuceniu dyskursu prowadzonego w ramach konformistycznego schematyzmu, jawiącego się być jedynie owego dyskursu symulakrum. Logiczną implikacją powyższego jest powszechne poparcie dla poglądu, że prawo do przejawiania, jak i nieprzejawiania swego istnienia jest nadrzędnym prawem istoty ludzkiej, pierwszym i podstawowym warunkiem wszelkich innych praw, a prawo do niebycia, ale jednocześnie do działania i pozostawiania śladów swojej niebytności w świecie namacalnym, czyli dającym się poczuć i zdefiniować, jest jednym z podstawowych praw człowieka.

Zrozumienie, że nie można żadnemu człowiekowi odmawiać praw obywatelskich tylko dlatego, że go nigdy nie było, stanowi fundament demokracji, a co za tym idzie, wolności ekspresji artystycznej.

Dlatego też bez wahania wdałam się w konstruktywną, mam nadzieję, polemikę z Olgierdem Marią Winnickim, uczestnikiem projektu Zalibarka Fake art 3,0 i autorem tekstu Salve Indolentia(1), w którym to w sposób mało elegancki rozprawił się z wystawą Niestworzone historie Gabrieli Jarzębowskiej.

Panie Olgierdzie - głęboko pana szanuję, zarówno za olbrzymi dorobek, jak i pańską decyzję co do coming-outu, podjętą kilka lat temu. Mimo oczywistości tego, że artyści, kuratorzy i krytycy mają prawo nigdy nie zaistnieć, a mimo to tworzyć i prezentować swoje niedokonania, był to akt wielkiej odwagi, albowiem otwarcie deklarując swoje nieistnienie (2) dobrowolnie skazał pan swoje teksty na pozycjonowanie głównie przez ten pryzmat. Niestety, kraj nasz pozostał enklawą, by nie powiedzieć skansenem, wszelkiego rodzaju fobii i izmów, nad czym osobiście ubolewam.

Tym niemniej, każda krytyka, a już zwłaszcza ta miażdżąca, musi być logicznie spójna i poparta argumentami, w przeciwnym razie jest tylko kiepską erystyką. Co więcej - elementarne zasady bon tonu i netykiety powinny być przestrzegane zarówno przez osoby posiadające subiektywne poczucie istnienia jednostkowego, jak i te, które cechy tej z różnych względów nie przejawiają. Powiem krótko - poziom pańskiej recenzji głęboko mnie rozczarował. Tytuł pominę taktownym milczeniem. Reszty - już nie.

Dźwiękowa nie-wystawa p. Gabrieli Jarzębowskiej eksploatuje banalne, prostackie wręcz wątki konceptualistów. Szanowna Pani, to wszystko już było - a moje szczęki zdrętwiały od ziewania - pisze pan.

No cóż - głęboko współczuję, ale równie dobrze mógł pan napisać że rozbolały go nogi podczas odsłuchiwania stanowiących wystawę nagrań. Z tym ewentualnie mogłabym się zgodzić, bo istotnie, wysłuchanie ponad godzinnego materiału, w ciemnawym nieogrzewanym pomieszczeniu wymaga sporego samozaparcia. Nie sądzę też, by zbyt wielu odwiedzających CSW Łaźnia poszło w moje ślady.

Ale po co aż tak szyderczy ton, kiedy to pan przytacza wyrwane z kontekstu słowa kuratorki - „Jeśli nie widzę sensu w kontemplacji przysłowiowych ‘śmieci' w galerii, mogę bez skrupułów wysunąć środkowy klocek z zakurzonej konstrukcji idea-dzieło-odbiorca i skupić się na tym, co jest najważniejsze, a więc na teorii"(3) - by następnie je skomentować w taki oto niewybredny sposób: Nuże, p. Gabrielo - ja tu widzę jeszcze jeden element wart usunięcia - odbiorca!

Panie Olgierdzie, co ma piernik do wiatraka? Czyżby chciał pan implicite dać do zrozumienia, że wystawa miałaby większą wartość, gdyby kuratorka wstawiła wygodne fotele i sofy? Tu potrzebne są konkretne argumenty, a nie zabawa słowem bądź manipulacja czystej wody nieświadomym niczego czytelnikiem (bo i tacy się zdarzają). Niestety, tak odczytuję ten oto, bardzo osobisty fragment pańskiej recenzji, w którym to dzieli się pan z czytelnikiem pewnym intymnym doświadczeniem, jeszcze z czasów studenckich, kiedy to w ramach praktyk udał się pan do kuźni.

Mokre, umięśnione plecy, jędrne muskuły i miarowy ruch, a nade wszystko ostry, piżmowy zapach potu - tego się nie zapomina. Metal, miękki niczym wosk w skąpanych ogniem dłoniach Demiurga - jak się to ma do kawiarnianego bredzenia rozmówców pani Jarzębowskiej?

Panie Olgierdzie - metafora kowala jako artysty byłaby może i trafna, ale co z rzeźbiarkami tworzącym w tkaninie, papierze, a nawet puchu? Dodam też, że choć jestem w stanie zrozumieć pański zachwyt dla spoconego mężczyzny, a nawet w pewnych okolicznościach go podzielać, to już lekceważący ton wobec zaproszonych artystów dogłębnie mnie oburza. Kto, według pana, „bredzi"?

Czy robi to nestor polskiej awangardy, Jan Chwalczyk, opowiadając o pracach Wandy Gołkowskiej i Jerzego Rosołowicza? A może Agnieszka Kurant? Arkadiusz Jakubik - reżyser i aktor - a może kuratorka Aleksandra Jach? Jest jeszcze Kuba Szczęsny - architekt i artysta wizualny, Zalibarek - rysownik i twórca instalacji przestrzennych, artysta multimedialny Józef Żuk Piwkowski i Grzegorz Sztwiertnia - artysta, którego dokonań reklamować nie trzeba.

Każdy z nich opowiada o projekcie, który zrealizowany nie został nie z powodów banalnych, typu brak środków czy chęci - wtedy i tylko wtedy, panie Olgierdzie, mógłby pan opowiadać o „kawiarnianym gadaniu" - ale, jak pisze kuratorka, dlatego że realizacja takiego zamysłu byłaby niemożliwa lub bardzo utrudniona - albo wręcz byłaby czystym szaleństwem.

Pana, niestety, to nie przekonuje - czy to przez naiwność, czy złą wolę - bo czy można inaczej zinterpretować pańskie dywagacje co do Millenium Jerzego Rosołowicza?

Pozwolę sobie zamieścić fragment opisu tej arcyciekawej konceptualnej pracy, a to w celu skonfrontowania słów Jana Chwalczyka z pańskimi refleksjami:

„ Millenium - kreatorium kolumny stalagnatowej to forma piramidy, w której mieści się zbiornik wody z węglanem wapnia. Krople wyciekającej wody utworzą kolumnę stalagnatu, wysokości jednego metra - ale dopiero po upływie tysiąca lat. „Millenium" to mentalna hipoteza kreowania czasu, polegająca na stworzeniu wyobrażeniowej, fikcyjnej rzeczywistości. Czas pełni tutaj funkcję podstawową, bowiem wypowiedź artysty wprowadza pojęcie czasu".

Tyle Jan Chwalczyk. Proste, precyzyjne słowa, pozwalające przyswoić ideę tej niezwykłej, ewokującej głębokie refleksje pracy, rozpaczliwie wprost kontrastują z pańskim tekstem:

A niby dlaczego ten oto arcyciekawy pomysł nie miałby zostać zrealizowany? Przecież istnieją obecnie związki chemiczne tworzące osady szybciej. Stalagnat zatem mógłby powstać nie po 1000 latach, ale już po roku.

No cóż - panie Olgierdzie, zamiast się wyzłośliwiać, może osobiście zrealizuje pan projekt Grzegorza Sztwiertni, czyli Idealny Falanster dla artystów? Projekt (...) jest nie tyle wpisaniem się w fourierowsko-socjalistyczna narrację, ile podjęciem z nią subtelnego, polemicznego dialogu. Bo przecież nie udawajmy - życie w takich falansterach byłoby koszmarem! - mówi G. Jarzębowska.

Czy chciałby pan osobiście sprawdzić, czy dla pana i pańskiego kowala też? Proponuję takie właśnie podejście, panie Olgierdzie - sensualne - a nie teoretyzowanie, które z lubością pan uprawia. Oto kolejny cytat z pańskiego tekstu:

Dlatego też konkluduję, że każdy, ale to absolutnie każdy z przedstawionych projektów mógłby być zrealizowany. Nie widzę żadnego powodu - poza umiłowaniem bezczynności - by było inaczej. Stąd tytuł mojej recenzji - Salve Indolentium. Artysta ponowoczesny, zamiast w pełni korzystać ze swego przywileju istnienia, osuwa się w toksyczne, mrożkowskie „oby mi się chciało chcieć". A nawet i to nie, bo bez żenady posługuje się konceptualizmem, niby zardzewiałym wytrychem. Dlaczego Agnieszka Kurant nie zrealizuje swej Widmowej Biblioteki książek nienapisanych? Cieszę się, że nie postąpiła podobnie z Wyjściem Awaryjnym - bo mogła.

Tu, panie Olgierdzie, zgadzamy się - ten akurat projekt (4), pozostawiony w sferze mentalnej, nie osiągnąłby swej głębokiej, humanistycznej pełni - a to z braku partycypacji - fizycznej i aktywnej - Odbiorcy. Bo, niestety, raczej w tym wypadku nie udałoby się skorzystać z konceptu Aleksandry Jach, snu jako alternatywnej formy komunikacji między ludźmi, kreującymi rzeczywistość. Tu potrzebny był prawdziwy skok, realny, nie oniryczny, czyn - i w konsekwencji przenikające do głębi poczucie wyzwolenia. Co do Biblioteki - pragnę zwrócić pańską uwagę na fragment nagrania, w którym to Agnieszka Kurant, mówiąc o Bibliotece, używa słowa „fizyczna". Zatem czas pokaże, czy artystka zdecyduje się na materializację tej pracy.

Ale czy naprawdę chciałby pan obejrzeć nieistniejący film Arkadiusza Jakubika, w którym to na oczach milionów widzów naprawdę ginie człowiek, mając w dodatku pełna świadomość roli, jaką wybrał dla niego reżyser?

Dodam też, że nieco się pan zagalopował co do pierwiastka wolitywnego uczestników nie-wystawy. Projektu Wzuj papucie, nowe idzie! Kuby Szczęsnego, czyli świata przyszłości, gdzie Europa stanie się skansenem dla skośnookich turystów z Chin, nie zrealizuje żaden artysta. Życie - owszem. Oby nie.

Panie Olgierdzie - uważam, że przesadnie, naprawdę przesadnie miłuje pan artefakt. Jako osoba wybitnie koncyliacyjna nie będę się z panem spierać, poprzestanę tylko na jednym pytaniu - czy kiedykolwiek w dziejach sztuka nie była konceptualna?

Czy ozdobny metalowy płot, otaczający pole golfowe znanego warszawskiego biznesmena, dzieło rąk pańskiego kowala, przez sam tylko fakt swej namacalności jest dziełem sztuki?

A może raczej byłaby nim podkowa, opleciona kawałkiem drutu i nazwana pańskim imieniem? A może....pan osobiście? Tak uważała Wanda Gołkowska, dla której to człowiek był zmaterializowanym dziełem sztuki - co stanowiło logiczną konkluzję projektu Kinestezjon.

Skoro, za Arthurem Danto, to słowo konstytuuje dzieło sztuki - można pójść o krok dalej. Czy w świetle takiego właśnie rozumienia pańskie kpiące wypowiedzi o kuratorce, która afirmuje komunikat, pozbywając się natomiast galeryjnych śmieci - nie wydają się przejawem indolencji, ale z pańskiej, panie Olgierdzie, strony?

Podobnie jak i lekceważące wypowiadanie się o medium, wybranym przez G. Jarzębowską:

Cóż to za pretensjonalność - dźwięk jako środek przekazu faktu artystycznego. Miła pani - człowiek postmodernistyczny, poza nielicznymi wyjątkami, potrafi czytać.

Zarzut całkowicie chybiony - to słowo mówione jest naturalnym środkiem ekspresji danym człowiekowi, podczas gdy pismo jest tworem sztucznym, podatnym na zniekształcenia.

Doskonalszą formą komunikacji artystycznej mogłaby być tylko telepatia - wówczas dopiero czysta metafizyka sztuki zostałaby w pełni zrealizowana, a pański spocony kowal odszedłby tam, gdzie sam chciałby zapewne pozostać - do kuźni.




„Żeby sztuka mogła być czymś więcej, niż tylko składowiskiem przebrzmiałych trendów i wartości lub megalomańskich działań, musi wycofać się ze sceny i zniknąć", pisze kuratorka. A ja pozwolę sobie teraz, panie Olgierdzie, na efektowny gest wytrącenia ostatniego kałacha z pańskich, niestety nie grających czysto, dłoni. Pisze pan mianowicie, że ewentualna polemika z [...] recenzją jest bezzasadna, gdyż dotyczy wystawy, która odbędzie się dopiero za rok. No cóż, ma pan rację - istotnie można (lub nie) oczekiwać (lub nie) Niestworzonych Historii dopiero za rok, o tej samej porze. Ale, panie Olgierdzie - myli się pan co do meritum. Oto stosowny cytat - pewna jestem, że pozycję tę zna pan na wylot:

Nie ma wątpliwości, że w glebie tego pagórkowatego, nierównego terenu było coś magicznego. Z powodu dziwnego odcienia, jaki to coś nadawało miejscowej roślinności, obszar ten znany był jako kraina oktarynowych traw. W szczególności jako jedna z niewielu na Dysku okolic umożliwiała hodowlę roślin dających odmiany zeszłoroczne. Zeszłoroczniaki to uprawy rozwijające się wstecz w czasie. Sieje się je w danym roku, a plony zbiera w zeszłym. Rodzina Morta zajmowała się destylacją wina z zeszłorocznych winogron. Trunki takie są bardzo mocne i poszukiwane przez wróżbitów, ponieważ oczywiście pozwalają im widzieć przyszłość. Jedyny problem w tym, że cierpi się kaca na dzień przed i trzeba wiele wypić, żeby się go pozbyć.

Już ten krótki fragment w wystarczającym stopniu uzasadnia, że nie istnieją żadne powody, by nie polemizować z nieistniejącą recenzją wydarzenia, które odbędzie się dopiero za rok, to po pierwsze. A po drugie - proszę przemyśleć kolejny fragment tekstu, gdyż dedykuję go specjalnie panu - wielce sobie pan na to zasłużył.
„Farmer, który zapomni posiać zwykłe ziarno, traci jedynie plony. Kto jednak zapomni posiać to, co zebrał już dwanaście miesięcy temu, ryzykuje naruszenie całej osnowy przyczynowości, nie wspominając już o głębokim zawstydzeniu."(5)

„Niestworzone historie"; artyści: Agnieszka Chojnacka, Jan Chwałczyk, Wanda Gołkowska, Aleksandra Jach, Arkadiusz Jakubik, Agnieszka Kurant, Jerzy Rosołowicz, Kuba Szczęsny, Grzegorz Sztwiertnia, Zalibarek, Józef Żuk Piwkowski; kuratorka: Gabriela Jarzębowska; CSW Łaźnia, Gdańsk, 28.01 - 31.03.2011.

Fot. Andrzej Zbigniew Leszczyński

Zobacz także:
Przemysław Chodań, Przemienienie. „Niestworzone historie" w gdańskiej Łaźni
http://www.obieg.pl/recenzje/20810

1. Olgierd Maria Winnicki, Salve Indolentia, Art-r.o-Scope, http://www.art-r.o-scope.pl/ ; 4.04.2011
2. Olgierd Maria Winnicki, Ferdinand, Spätart, http://www.spätart.com/kunsthaus5a.com ; 4.04.2011
3. Anna Leśniak, Niestworzone historie czyli archiwum idei- rozmowa z G. Jarzębowską,http://www.lodz-art.eu/wydarzenia/niestworzone_historie ; 4.04.2011
4. http://www.obieg.pl/rozmowy/19845 ; 4.04.2011
5. Terry Pratchett, Mort, Prószyński i S-ka, 2001



Data: 16-05-2011 o godz. 09:44:39 (Odsłony: 1206)
(Czytaj więcej... | 8 liczba komentarzy: | Ocena czytelników: 0)

Esej: Zaświaty w Twin Peaks cz. 2
Esej
Autor: iwka

Biała Chata i Czarna Chata


Z opowieści Indianina Hawka, funkcjonariusza policji w Twin Peaks, dowiadujemy się o legendzie, w którą wierzą rdzenni mieszkańcy miasteczka. Dusza po śmierci opuszcza ciało i musi odbyć trudną wędrówkę, zanim osiągnie wieczne szczęście. Motyw drogi pełnej niebezpieczeństw i nieprzyjemności jest wspólny prawie wszystkim rdzenno-amerykańskim mitologiom. Utrudnienia w drodze do celu przybierają różne formy, mogą to być kąsające węże, wąskie przejścia, przytłaczające ciężary, przepaści. U Lyncha jest Czarna Chata – miejsce przerażające, gdzie spotyka się swój własny cień i dusze swoich bliskich w zmienionej formie, kpiące, rozgoryczone, złośliwe. Jest to próba, którą nie każdy przechodzi pozytywnie. Ci, których ogarnie strach pozostaną tam, uwięzieni na zawsze. To stamtąd pochodzi Bob, który po opuszczeniu ciała Lelanda wraca do Czarnej Chaty, aby wkrótce znowu ją opuścić w ciele kogoś, kto odważył się sprzeciwić złu i wejść tam, gdzie jeszcze nikt żywy nie dotarł. Miejsce to bardzo przypomina nam piekło, widzimy tam duszę Laury Palmer, która krzyczy i zwija się z bólu, zmieniające się twarze różnych, nieżyjących już osób, ogień i odrażającego Boba. To, co dzieje się w Czarnej Chacie kojarzy nam się ze snem, bo zauważamy wiele elementów typowych dla procesu tworzenia się marzeń sennych. Postacie, które w nich widzimy, często zamieniają się w kogoś innego, w dodatku wszystkie ich rozmowy i wypowiedzi (a także to co my sami mówimy) są niespójne, niezrozumiałe i nielogiczne. Interpretując ich treść, nigdy nie traktuje się jej dosłownie, ale symbolicznie. Ponadto, pomiędzy stanem snu a śmiercią, (czyli momentem, w którym dusza faktycznie przenosi się w zaświaty) istnieje dużo podobieństw, śpiąc wyglądamy jak nieżywi i odwrotnie, a nasza świadomość w obu przypadkach szybuje gdzieś w nieznanych przestworzach.

Przeciwieństwem miejsca cierpienia i strachu jest Biała Chata. Znamy ją z opowiadań Hawka i Windoma Earla, oraz ze snu Majora Briggsa.

Dawno temu był sobie zakątek wielkiego dobra, zwany Białą Chatą. Jelenie swawoliły tam pomiędzy radosnymi, wesołymi duchami. W powietrzu unosiło się brzmienie niewinności i szczęścia. Krople deszczu były niczym słodki nektar, wypełniający serce pragnieniem życia, prawdy i piękna. Krótko mówiąc – było to paskudne miejsce, cuchnące cierpkim fetorem cnoty, przesiąknięte modlitwą klęczących matek, kwileniem niemowląt, głupotą młodych i starców, zmuszanych bez powodu czynić dobro (…)

Jest to miejsce jasne, czyste i spokojne, ostateczny cel wędrówki duszy ludzkiej. Tam właśnie chciał udać się Cooper, jednak w pogoni za Windomem Earle’m i porwaną Annie trafił do Czarnej Chaty. Otóż to, oba miejsca są blisko siebie, prowadzi do nich ta sama brama znajdująca się w gąszczu lasu, zwanego nie bez powodu Ghostwood. Miejscem pośrednim pomiędzy Chatami jest Czerwony Pokój – poczekalnia.

Bardzo ciekawe jest to, że pomimo wyraźnej opozycji pomiędzy Czarną i Białą Chatą, obie znajdują się w tym samym miejscu. Alice Kuzniar stawia  nawet tezę, że są tym samym. Otwarcie się bramy do obu miejsc zwiastuje pohukiwanie sów. „Sowy nie są tym, czym się wydają” – to wskazówka, którą chyba najciężej rozgryźć bohaterom, a zarazem motto całego filmu. Czym więc są? Od wieków ptaki te są symbolem ciemności, uchodzą za stworzenia widzące to, co niewidzialne, umożliwiają przeniesienie się w „inny wymiar”. Są zwiastunem i symbolem transformacji. W Twin Peaks znajduje się także jaskinia zwana Owl Cave, w której to bohaterowie odnajdują wyrytą w skale mapę do Białej i Czarnej Chaty. Słyszymy sowy zarówno przed tajemniczym porwaniem majora Briggsa, jak i przed przedostaniem się Coopera do zaświatów.

Agent po wkroczeniu w nieznane (a może znane, lecz jedynie ze snów), spotyka w poczekalni zarówno dobrego Olbrzyma, jak i Karła, czyli dwóch przewodników, którzy wprowadzali go w inny świat. Karzeł w jego snach mówi – „Tam skąd pochodzimy, ptaki śpiewają piękną pieśń, a w powietrzu zawsze rozbrzmiewa muzyka” – po czym zaczyna tańczyć. Możemy więc wnioskować, że zarówno on, jak i Olbrzym, pochodzą z miejsca przyjemnego i spokojnego – z Białej Chaty, pełnią jednak funkcję drogowskazu dla dusz, które trafiają do zaświatów, są pomocą i towarzystwem w poczekalni.           

Miejsce, w którym znalazł się Dale, jest labiryntem, pełno w nim jednakowych pokoi i bardzo łatwo jest się zgubić. Dusze, które spotyka, także się przemieszczają, całość sprawia wrażenie wymieszania i chaosu. Na pierwszy rzut oka wszystkie spotkane duchy – Laury, jej kuzynki Maddy, Lelanda, Annie Blackburn, trafiły do Czarnej Chaty, odpowiednika piekła, jednak należy pamiętać o legendzie wspominanej przez Hawka – warunkiem dostąpienia Białej Chaty jest zmierzenie się z Czarną. Cooper najwyraźniej trafił tam w chwili, kiedy dusze tych ludzi były jeszcze na etapie próby, nie należy więc sądzić, że wszystkie zostały zesłane na wieczne męki.
 
Szczególnie wymowna jest scena kończąca film Fire Walk with Me, który powstał po serialu i jest opisem wydarzeń poprzedzających morderstwo, a także losu dusz Coopera i Laury. Widzimy dziewczynę siedzącą na fotelu, przy niej stoi Cooper. Pomieszczenie, w którym się znajdują wygląda jak jedno z tych, po których błądził agent, nie jest to na pewno poczekalnia (bo tam było więcej foteli a tu jest tylko jeden), można się domyślić, że nie jest to także Czarna Chata (dziewczyna jest szczęśliwa, roześmiana, a w powietrzu unosi się anioł), wszystko wskazuje na to że dusze Laury i agenta FBI dostąpiły zbawienia. W takim razie całe zaświaty mają ujednolicony wygląd, tak że nie można ustalić gdzie kończy się piekło, a zaczyna niebo, różnią się natomiast tym, że w jednych się cierpi, a w drugich jest się szczęśliwym. Ta scena pokazuje nam, że nie wszystko skończyło się tak źle, skoro Cooper i Laura cierpiąca za życia, śmieją się i podziwiają anioła.

Sen majora Briggsa – wracamy tam, skąd pochodzimy?

Zaświaty w Twin Peaks to nie tylko miejsce, do którego dusza człowieka udaje się po śmierci. Wizja majora Briggsa zmusza do refleksji nad kwestią pochodzenia istnienia, miejsca, gdzie wszystko się zaczyna.
 
Siedziałem na werandzie rozległej budowli o fantastycznych kształtach. Marmurowe powierzchnie jaśniały od wewnątrz przedziwnym blaskiem. Znałem to miejsce – urodziłem się w nim i wychowałem. Ale powracałem tam po raz pierwszy… do najgłębszych źródeł mojego istnienia. Z radością zauważyłem, że dom był świetnie utrzymany. Dobudowano wprawdzie kilka pokoi, ale na tyle dyskretnie, że zachował się charakter budowli i nie było widać zmian. Usłyszałem pukanie do drzwi, mój syn stał za nimi. Szczęśliwy i wolny od trosk. Żył w radości i harmonii. Padliśmy sobie w objęcia, nic już nas nie dzieliło, byliśmy w tym momencie jednością(…)

Opis w pewnym sensie zgadza się z tym, co widzimy po przejściu Coopera do innego świata. Jest mnóstwo jednakowych pokoi, marmurowe podłogi lśnią… Biała Chata kojarzy nam się przede wszystkim z bielą, ale prawdopodobnie jest to celowym zmyleniem, żeby każdy mógł dokonać własnej interpretacji. Sen majora jest niewątpliwie bardzo osobisty, ale roztacza wizję miejsca pochodzenia człowieka. Wedle tej koncepcji, istnienie zaczyna się poza światem, następnie przybiera ludzką formę, by po jej porzuceniu wrócić tam, skąd przybyło. Idąc dalej w tym kierunku, możemy dojść do wniosku, że każdy człowiek przynależy do którejś z sił (predestynacja?), w zależności od miejsca, z którego się wywodzi. To z kolei tłumaczyłoby, dlaczego niektórzy ludzie są źli i dobrze im z tym. Tu należy się zatrzymać. Nie może tak być, skoro mówiliśmy o próbie, jaką dusza przechodzi po śmierci. Należy więc wysnuć wniosek, że ktoś pochodzący z Czarnej Chaty też ma szanse na zbawienie, tak samo jak dusze wywodzące się z Białej Chaty mogą być potępione. Te, które mają zaszczyt dostąpić nieba osiadają tam i egzystują w szczęściu i spokoju, natomiast dusze piekielne szukają ucieczki, poprzez nawiedzanie ludzi i przejmowanie ich ciał. Porzucając jedną powłokę, szukają następnej, bo bez niej są skazane na przebywanie w Black Lodge. Na przykładzie Boba widzimy, jak podstępnych metod używa zły duch, by przejąć czyjeś ciało i dokąd wraca po jego opuszczeniu.

Człowiek w starciu ze złem

W produkcji Lyncha bardzo łatwo zauważamy motyw odwiecznego konfliktu dobra ze złem. Agent FBI przybywa do miasteczka, aby rozwiązać sprawę zagadkowego morderstwa, ale wydarzenia przybierają całkiem inny obrót i stróż prawa staje się rycerzem walczącym z siłami zła. Cooper to postać bardzo wymowna, człowiek dobry w każdym calu, uduchowiony, pokorny, wytrwały… Odkrywając straszną prawdę nie wycofuje się, ale konsekwentnie idzie naprzód, wprost do paszczy lwa, wiedząc, że może już nie wrócić. Jego inteligencja w połączeniu z otwartością na metafizykę może czynić cuda, lecz nie w tym przypadku. Agent wprawdzie wraca z wędrówki po zaświatach, ale nie jest już sobą – jego dusza oddzieliła się od ciała na zawsze. Jedna część pozostaje uwięziona w innym wymiarze, a druga opuszcza go jako nowa szata Boba. Kiedy bliżej się przyjrzymy, nasz bohater sam zgodził się na taką ofiarę, w zamian za uwolnienie Annie Blackburn. Wprawdzie obietnicę złożył Earle’owi, ale ten nie miał prawa, aby żądać duszy Coopera. Celem życia Windoma było odnalezienie tego tajemniczego miejsca, zwanego Czarną Chatą, chciał poskromić demony i zaprowadzić na świecie, a także w zaświatach, swój własny porządek. Nie przypuszczał, że spotka go kara za zarozumiałość i brak pokory. Bob spalił go żywcem, dając nam do zrozumienia, że tacy jak on, są nic nie warci. Czy istnienie Earle’a dobiegło tym sposobem końca? Możemy się domyślać, że tak, a to byłoby wyjątkiem świadczącym o tym, że Bob, jako demon ma znacznie większą władzę niż tylko możliwość wcielania się w ludzkie ciało. Może decydować o usunięciu ze swojego świata kogoś, kto nie zasługuje nawet na piekło.

Nie tylko Cooper walczy ze złem, chociaż to on najbardziej rzuca się w oczy i niewątpliwie jest heroizowany. Należy pamiętać, że na długo przed przybyciem agenta do miasteczka, mieszkańcy (mężczyźni) stworzyli tajną organizację, a raczej bandę do walki ze złem w Twin Peaks. Nazwali się Chłopcami z Czytelni, od miejsca w którym się spotykali. Tylko członkowie wiedzieli o istnieniu grupy, mieli swój własny gest rozpoznawczy i plakietki świadczące o przynależności. Garstka dorosłych mężczyzn, tworzących organizację do walki ze złem, może budzić rozbawienie, ale warto zastanowić się nad sensem całego przedsięwzięcia. Szeryf opowiada Cooperowi, że tradycja ta kultywowana jest od wieków. Mieszkańcy od zawsze mieli „problem” ze swoim miasteczkiem, więc wreszcie ktoś postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i podjął się próby zaprowadzenia porządku. Chłopcy z Czytelni nie zajmowali się węszeniem w lesie w poszukiwaniu ukrytego przejścia, lecz sprawowali kontrolę nad ludzkimi czynami, jednak jak wiadomo, wszelkie zło w Twin Peaks miało swoje źródło poza światem ludzkim. Żaden mieszkaniec miasteczka nie był nieskazitelny, każdy z nich nosił w sobie piętno skazy. Niektórzy byli szczególnie zepsuci i zakłócali tym społeczną harmonię, wtedy do akcji wkraczali Chłopcy z Czytelni. Las w Twin Peaks to miejsce, w którym drzemie siła oddziałująca na ludzi, siła Czarnej Chaty, popychająca ich do czynienia zła.

Zakończenie

Koncepcja życia pozagrobowego, przedstawiona w serialu i filmie o miasteczku Twin Peaks, jest niewątpliwie bardzo twórcza i oryginalna. Wprawdzie możemy dostrzec w niej pewne podobieństwa do wierzeń rdzennych mieszkańców Ameryki, dotyczących wędrówki duszy po śmierci, chrześcijańskiego trójpodziału zaświatów oraz elementów z wielu innych religii i tradycji, jednak są to tylko inspiracje tworzące grunt pod własną interpretację. Lynch czerpiąc z różnych źródeł stworzył nowy mit zaświatów, który wydaje się być tak wiarygodnym, jak inne, starsze koncepcje. Wizja autora umiejscawia świat duchów bardzo blisko człowieka, bo każde małe miasteczko może być takim Twin Peaks, kryjącym w sobie tajemniczy wymiar. Przedstawione wydarzenia uczą nas, że lepiej nie zadzierać z siłami nadprzyrodzonymi, tylko zająć się swoimi, przyziemnymi sprawami. Zła nie da się wymazać ze świata, bo jest jedną z dwóch przeciwstawnych sił, które pochodzą z innej przestrzeni, górującej nad światem ludzkim i nie mogłyby istnieć bez siebie nawzajem. Ten drugi wymiar jest zamknięty dla żywych, jednak po śmierci każda dusza udaje się tam, aby przejść swoją próbę, niezależnie od tego, jakim było się człowiekiem. Zaświaty mają strukturę labiryntu i rządzą się tymi samymi prawami co sny. Skoro wracamy tam, skąd pochodzimy, a taką właśnie sugestię daje nam Lynch, to w czasie snu nasza dusza wędruje po miejscach dobrze nam znanych, jak mówi major Briggs – po najgłębszych źródłach naszego istnienia. Lynchowska wizja potwierdza rozdźwięk pomiędzy duszą, a ciałem, przedstawiając je jako dwa niezależne od siebie elementy, połączone ze sobą na pewien czas i żyjące własnym życiem, czego dowodem są właśnie sny. Przykład Pieńkowej Damy pokazuje nam, że ludzie uważani za dziwaków, czy wariatów, są bardziej wrażliwi na nadprzyrodzoność i nie musi być to ich wymysł, a właśnie im dane jest być bliżej poznania tajemnicy. Szaleństwo nie jest więc chorobą psychiki, lecz raczej świadomością rozumu o pochodzeniu duszy i prawdzie na temat własnego istnienia, co dla większości ludzi pozostaje nieuświadomione. Po obejrzeniu Twin Peaks zaczynamy wierzyć w to, że otaczający nas świat kryje w sobie wiele tajemnic, niedostępnych dla ludzkiego oka. Tak naprawdę, to sami nic o sobie nie wiemy. Nie mamy pojęcia skąd się wzięliśmy i jaki będzie nasz koniec. Co czeka nas po śmierci? Odwieczna zagadka dalej pozostaje nierozwiązana.



Data: 22-02-2011 o godz. 10:47:56 (Odsłony: 526)
(Czytaj więcej... | 4 liczba komentarzy: | Ocena czytelników: 0)

Esej: Zaświaty w Twin Peaks cz. 1
Esej
Autor: iwka

„Coś się czai w tych lasach…”
Koncepcja zaświatów w Twin Peaks Davida Lyncha


Odwieczna tajemnica zaświatów

Chyba nie ma na świecie człowieka, który choć raz w życiu nie zastanawiał się nad tym, co będzie, kiedy jego żywot ziemski dobiegnie końca. Najstarsze cywilizacje, o określonym systemie wierzeń religijnych, wielką wagę przywiązywały do kwestii śmierci i życia pozagrobowego. Różne kultury na przestrzeni wieków tworzyły własne koncepcje zaświatów. Człowiek od zawsze interesował się tym, co tajemnicze i nieposkromione – kwestią bóstw, sił nadprzyrodzonych, sensem egzystencji, oraz tym, czy śmierć oznacza koniec istnienia i zatonięcie w „niebycie”. Wszyscy, w mniejszym lub większym stopniu, mamy nadzieję na to, że jednak życie doczesne to nie wszystko. Chcemy wierzyć, że po opuszczeniu tego świata czeka nas coś innego, możliwe że o wiele lepszego niż to, co już poznaliśmy. Niekiedy wręcz mówi się, że to, co ziemskie jest tylko przedsmakiem, więc nie należy bać się śmierci, ale cieszyć się z porzucenia ciała – swojej nietrwałej i niedoskonałej powłoki. Większość religii, przede wszystkim chrześcijaństwo i islam, opiera się na wierze w zaświaty, gdzie czeka nagroda lub kara za to, jakimi ludźmi byliśmy. Są też teorie o przechodzeniu duszy w inny stan, jej nieustannym odradzaniu się w różnych postaciach i przybieraniu rozmaitych form zewnętrznych, co nazywane jest reinkarnacją. Ostatnią rzeczą, której byśmy chcieli, jest odejście ze świata i brak jakichkolwiek perspektyw na kontynuację bytu.

Życie po śmierci to zagadka, której do tej pory nie udało się nikomu rozwiązać. Tak naprawdę nikt nie wie, co nas czeka, bo nikt jeszcze nie powrócił zza grobu, by opowiedzieć nam, co zobaczył. Jak każda inna tajemnica, kwestia ta stanowi inspirację dla twórców. Temat jest wykorzystywany przez pisarzy, malarzy, reżyserów, którzy mają zupełną swobodę w czerpaniu z dotychczas stworzonych koncepcji i kreowaniu swoich własnych wyobrażeń. Na szczególną uwagę zasługuje pomysł Davida Lyncha, wykorzystany w serialu Twin Peaks. Opowieść o małym miasteczku, mogącym uchodzić za raj na ziemi, kryje w sobie niezwykle ciekawą teorię o życiu po śmierci, o duszy i jej losie, o siłach dobra i zła. Surrealistyczna wizja reżysera ukazuje nam dwa światy – ludzki i nadprzyrodzony, przenikające się nawzajem, a także szanse człowieka w starciu z tym, co silniejsze i nieznane. Koncepcja Lyncha nadaje filmowi niezwykłego, magicznego charakteru, intensywnie oddziałując na odbiorców, którzy chcieliby chociaż trochę zbliżyć się do tajemnicy, jaką jest życie po życiu.

Ukryty wymiar
Twin Peaks to dziwne miejsce. „Coś się czai w tych lasach” – mawiają od lat mieszkańcy miasteczka. Sami wiedzą, że ten kawałek świata, na którym dane jest im mieszkać, jest wyjątkowy. Odczuwają obecność czegoś, co jest niewidoczne i straszne.  Wśród nich są też dosyć dziwne osoby, takie jak Pieńkowa Dama, szczególnie wrażliwa na tajemnicze sygnały wysyłane z innej przestrzeni. Na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie chorej psychicznie, może schizofreniczki, nie rozstającej się z kawałkiem pnia, żującej żywicę, wiecznie zamyślonej i żyjącej w swoim świecie. Mamy wrażenie, że jest to osoba nie z tej ziemi i w pewnym sensie mamy rację, bo jest jedną z nielicznych osób wtajemniczonych w dziwne rzeczy, jakie dzieją się w tym pozornie niebiańskim miasteczku. Także major Briggs, inteligentny mundurowy o wyjątkowej erudycji i zdolności prowadzenia długich, filozoficznych wywodów, który na pytania o swoją pracę odpowiada tylko: „To tajne”, okazuje się badaczem niewyjaśnionych zjawisk i sygnałów wysyłanych do Twin Peaks przez siły nadprzyrodzone. Morderstwo nastolatki, znanej i lubianej Laury Palmer, było szokiem dla wszystkich. Znalezienie ciała dziewczyny to moment, w którym zostajemy wciągnięci w ten dziwny świat i stajemy się uczestnikami wydarzeń. Jak w każdym małym miasteczku, wszyscy tutaj się znają. Kto więc zabił? Droga do odkrycia prawdy jest bardzo zawiła i skomplikowana.

Ta zagadka wydaje się nie do rozwiązania. Agent specjalny prowadzący śledztwo w Twin Peaks, to człowiek o wyjątkowych zdolnościach detektywistycznych i umyśle otwartym na rzeczy nadprzyrodzone, niezwykle duchowo i optymistycznie nastawiony do świata, tryskający energią i miłością do ludzi. Bardziej przypomina anioła, niż stróża prawa. Przybył tutaj, wiedziony poczuciem więzi z zamordowaną, telepatyczną łącznością z dziewczyną, której nigdy nie widział. Zauroczony miasteczkiem pod każdym względem, od flory i fauny, po wyśmienitą kawę i placek z owocami, próbuje odkryć, kto zabił Laurę i dlaczego. Cooper stosuje niekonwencjonalne metody w śledztwie, zdaje się na własną intuicję i sny. Gdyby nie jego otwartość na rzeczy niezwykłe, niedostrzegalne dla zwykłego człowieka, nikt nie zdołałby dociec przyczyny obrotu wydarzeń, ani tym bardziej sprawcy zła. Agent dostaje wskazówki od nieziemskich istot, kieruje się tym, co inni ludzie uznaliby za bzdurę i efekt nadmiernego zaangażowania w swoją pracę. Balansuje pomiędzy rzeczywistością a światem snu, myśli, marzeń, na granicy między normalnością a szaleństwem. Jego sny odgrywają dużą rolę, stanowią szyfr – zagadkę i prowadzą do rozwiązania sprawy tajemniczego morderstwa. Bardzo szybko okazuje się, że śmierć dziewczyny to nie dzieło człowieka. Śledztwo odkrywa nie tylko szereg intryg i skrywanych tajemnic mieszkańców, ale przede wszystkim istnienie innego świata i nieznanych istot, żyjących wśród ludzi. Ten drugi, niewidzialny wymiar, wraz z zamieszkującymi go bytami, tętni życiem i ingeruje w sprawy ludzi z miasteczka, wywierając wpływ na to, co myślą i robią. Martwe ciało Laury Palmer jest kluczem, otwierającym nam drogę do rzeczy, które przechodzą ludzkie pojęcie.

Anioły i demony
W wielu kulturach traktuje się świat, jako miejsce przebywania zarówno ludzi, jak i duchów. Zmarli towarzyszą żyjącym na co dzień, pomagając w prowadzeniu domu, wychowywaniu dzieci czy utrzymywaniu ogrodów. Nie zawsze jednak duchy są pomocne, często szkodzą i czynią zło, bo za życia nie byli dobrze traktowani przez bliskich lub całą społeczność. Także współcześnie wierzy się w istnienie duchów, powszechnie znane są historie o nawiedzonych miejscach, domach samobójców czy ofiar morderstw i rzezi. Boimy się w nich przebywać, bo jakaś zbłąkana dusza może wyrządzić nam krzywdę. W Twin Peaks jest trochę inaczej, aczkolwiek można dostrzec pewne podobieństwa. Dobre duchy bytują w świecie ludzkim, ale nie bezpośrednio. Widzimy to na przykładzie ich komunikowania się z Cooperem, jego wizje miały miejsce w stanach uśpionej świadomości – podczas snu, głębokiego zamyślenia, czy kiedy postrzelony wykrwawiał się na podłodze hotelowego pokoju. Z kolei złe duchy mogą przebywać w świecie materialnym tylko poprzez wcielenie się w człowieka, czyli opętanie. Demon uwalnia się ze świata metafizycznego i przejmuje ciało Lelanda Palmera, ojca Laury. Każe mu zabijać i krzywdzić, bo pragnie krwi. Czasem ujawnia swoją twarz, budzącą odrazę i strach w ludziach, którym dane jest go widzieć. Śmieje się słysząc krzyk, napawa się szaleńczym, wręcz obłędnym strachem ofiar, zabija dla przyjemności. Nic nie może go powstrzymać, bo kryje się w ciele znanego i szanowanego mieszkańca miasteczka, maskując się w taki sposób, aby pozostać niezauważonym.

Równocześnie dowiadujemy się o innym złym duchu, który także opętał człowieka i razem z Bobem zbierał krwawe żniwo. Coś sprawiło jednak, że się zmienił, można powiedzieć że się nawrócił i od tej pory był dobry. Nawrócony demon ukazuje się Cooperowi we śnie jako Jednoręki Mężczyzna i tłumaczy, jak do tego doszło.

Ja także zostałem dotknięty przez diabła. Miałem tatuaż na lewym ramieniu… Ale kiedy ujrzałem twarz Boga, zmieniłem się. Odjąłem sobie całą rękę. Mam na imię Mike, on zwie się Bob."

Tatuaż, o którym mowa, to słowa Ogniu krocz ze mną, będące czymś w rodzaju znaku rozpoznawczego demonów, ich modlitwą czy zaklęciem, z którym się identyfikują.

Dzięki pomocy ze strony „dobrych sił” Bob zostaje zdemaskowany, jednak czym jest schwytanie i uwięzienie dla tak potężnej siły? Przed ucieczką demona i śmiercią Lelanda, dowiadujemy się całej prawdy o tym, w jaki sposób zdołał on wedrzeć się do wnętrza nieszczęśnika. Miało to miejsce wiele lat temu, gdy ten był jeszcze małym chłopcem i zobaczył Boba we śnie.

 „Chciał się ze mną pobawić… Otworzył mnie, zaprosiłem go i wszedł do środka, potem nie wiedziałem już kiedy wchodził, a kiedy wychodził…Chciał ofiar, aby oni mogli je wykorzystać tak, jak mnie.

Przebiegły duch dostał więc nieświadome przyzwolenie na zamieszkanie w człowieku, wykorzystał naiwność małego dziecka, aby przejąć jego ciało i duszę. Wyłania się tutaj specyficzna teoria o pochodzeniu zła. Wiara w duchy, wchodzące w człowieka i zmuszające go do strasznych czynów jest zdecydowanie lepsza do przyjęcia, niż opowieść o mężczyźnie, który z własnej woli gwałcił swoją córkę latami i w końcu ją zabił.





Data: 16-02-2011 o godz. 13:03:59 (Odsłony: 483)
(Czytaj więcej... | 9 liczba komentarzy: | Ocena czytelników: 0)

Esej: Barwy demokracji /esej pozbawiony walorów obiektywizmu/ **
Esej
Autor: tsole

BARWY DEMOKRACJI

Od kolejnych „jasełek” zwanych umownie „wyborami” minęło już troszkę czasu – myślę, że wystarczająco dużo aby popróbować schłodzonym już umysłem ogarnąć refleksją fenomen, jakim jest demokracja. Zaznaczam, że nie jest to dysertacja naukowa, lecz zbiór luźnych uwag i refleksji profana starającego się nakłonić umysł do logicznego myślenia. Niektóre z nich mają status truizmów, lecz, jak powiedział kiedyś Enrico Fermi, nigdy nie należy lekceważyć przyjemności, jaką każdy z nas odczuwa, słysząc coś, o czym już wie. Jeśli jednak Czytelnik zauważy miejsca, w których umysł mój narowisty poszedł samopas, będę wdzięczny za uwagi.
Proszę jednak pamiętać, że moje refleksje wyłuszczają moje poglądy, są więc stronnicze; za ów brak tak modnego dziś „obiektywizmu” (rozumianego jako „bezstronne spojrzenie”) nie mam zamiaru czytelnika przepraszać.



Data: 30-08-2010 o godz. 21:36:27 (Odsłony: 1572)
(Czytaj więcej... | 15221 bajtów więcej | 71 liczba komentarzy: | Ocena czytelników: 2.78)

Esej: 'Nowa Wspaniała Miłość/czyli o indywidualizmie' /esej/
Nauka
Autor: annamariajosefina

Wstęp
Według encyklopedii PWN miłość to uczucie skierowane do osoby lub przedmiotu, wyrażające się w pragnieniu dla nich dobra, szczęścia i zachowania ich istnienia. Jej wyrazem i sprawdzianem jest bezinteresowna służba dla innych . Wikipedia z kolei określa ją jako dowolną ilość emocji i doświadczeń zachodzących z powodu silnej więzi . Prawdopodobnie definicji jest tyle ilu jest ludzi. Dla każdego znaczy ona bowiem co innego. Wyszukiwarka google.pl odnajduje 16,700,000 haseł po wpisaniu słowa „miłość“,a tylko 857,000 przy wpisaniu słowa „nienawiść“. Dość powiedzieć, że to właśnie uczucie jest dziś najlepiej sprzedającym się produktem. W czasach kiedy wszystko miało zostać już powiedziane i odkryte, wciąż, a właściwie wciąż od nowa inspiruje nas, budząc ambiwalentne postawy. Wciąż pojawia się tyle nowych pytań: czy ludzie powinni się angażować? czy oddawać wszystko, czy tylko tyle ile wymaga sytuacja? czy w ogóle umiemy oddać wszystko? i jeśli tak, to w jaką formę ubrać miłość? i co z nią zrobić? Teorie socjologiczne, które zwykle dystansują się od emocji w pewnym momencie stają pod ostrzałem tysiąca nieracjonalnych, subiektywnych argumentów i wniosków. Od dłuższego czasu nic nie zostało powiedziane, nie została wyklarowana żadna nowa koncepcja, a przecież jak napisał jeden ze współczesnych pisarzy: „ze wszystkich rzeczy wiecznych, miłość trwa najkrócej “. Warto przyjrzeć się jej od nowa, z innej perspektywy. Być może uda się świadomie ustalić rzeczywiste sytuacje, w których przyszło nam się poruszać.

Idiosynkratyczna wizja świata a miłość
Niklas Luhmann w swej „Semantyce miłości “ nazywa miłość kodem. Buduje swoją teorię na formule zwiększania prawdopodobieństwa tego, co nieprawdopodobne . W tym wypadku mowa o relacjach, które nigdy nie będą w stanie się spełnić do końca.
Rok 2010 śmiało uznać można za punkt na osi czasu, w którym to każda jednostka żyje w swobodnym społeczeństwie, dostępni są dla niej „inni“, z którymi chcąc nie chcąc często musi nawiązywać relacje. Następuje intensyfikacja i zwielokrotnienie stosunków zarówno bezosobowych jak i osobowych. Luhman mówi o interpenetracji międzyludzkiej czyli związkach intymnych, które tworzą się poprzez intensyfikację i mają charakter stopniowalny. To właśnie one podlegać będą badaniu w tej pracy.
Luhmann w 1982 roku konstytuuje świat, którego jesteśmy teraz naocznymi świadkami. Mówi o człowieku, który do poczucia własnej tożsamości, oprócz przynależności do powszechnych kategorii społecznych, imienia czy nazwiska, potrzebuje przede wszystkim utwierdzenia w systemie, który autor nazywa osobowym . Jest to układ odmienności w stosunku do otoczenia i w sposobie, w jaki odróżnia się od innych. Ja jako centrum przeżyć, coraz silniej zindywidualizowane wciąż musi szukać ciekawszych dla siebie rozwiązań, mieć coraz więcej „inności“ do zaoferowania. Tu pojawia się jednak problem komunikacyjny.

Wraz z współindywidualizacją świata jednostkowej osoby pojawia się kwestia procesu, którego prawidłowy przebieg okazuje się niemożliwy. Wyobraźmy sobie bowiem sytuację, w której spotykają się dwie osoby, nazwijmy je przedmiotowo A i B. Osoba A konstytuuje swój własny idiosynkratyczny, zindywidualizowany świat, który nie może ulec załamaniu w zderzeniu z drugą osobą by nie zagubił swej swoistości. W sytuacji zakochania lub chęci stworzenia potencjalnego związku z osobą B, ta druga postawiona zostaje przed nieuchronnym wyborem. Musi ten świat zaakceptować albo odrzucić. Każda tego typu decyzja, nawet ta, wyrażająca aprobatę wiąże się ze swego rodzaju uzgodnieniem, kompromisem. Tu właśnie pojawia się niezgodność. Świat, który ma być egocentrycznym projektem osoby A, nie może być przedmiotem uzgodnieniem między A i B. Akceptacja wysyłana przez B, nie może więc dotrzeć do adresata. Postawieni zostajemy więc tylko przed dwoma drogami. Jedną z nich jest ucieczka, która tożsama jest w tym wypadku z samotnością (rozumianą jako brak zaangażowania i tworzenia związku z drugą osobą). Drugą z kolei jest przejście do postawy anonimowej, do anonimowo ukonstytuowanego świata. Niesie to za sobą zignorowanie osobistego aspektu komunikatu. Można mówić o czymś, czego Luhmann nie zauważył, lub po prostu nie opisał w swojej pracy, mianowicie o swego rodzaju świadomej pół-samotności w związku. Jest to samotność wywołana załamaniem się osobistego świata, rezygnacją, kompromisem. To swego rodzaju trauma, która zawsze pozostaje z tyłu, nie dając możliwość na totalność związku.
Właśnie te dwie postawy zdają się być najczęstszymi we współczesnym świecie.

Samotna miłość w literaturze i filmie
Georg Simmel twierdził, że dopiero poznając kulturę subiektywną, a więc badając stopień rozwoju indywidualnego, można ocenić zarówno dany system społeczny, jak i dane formy kultury obiektywnej . Idąc za tą wskazówką, wybrałam dwa obiekty, którymi zamierzam się posłużyć w pracy.
Fakt, że życie znajduje swoje odbicie w sztuce jest powszechnie znany. Pozwoliłam sobie wybrać jednak dwa dzieła, które odcisnęły szczególny ślad w świecie współczesnej kultury i wywołały dość duże zamieszanie w sferze społecznej. Mowa o firmie Lejdis w reżyserii Tomasza Koneckiego, oraz o powieści Samotność w sieci Janusza Leona Wiśniewskiego. Znajdujemy tam obraz miłości, czy też prób nawiązania bliskich relacji, o których sądzić można, iż zmierzają ku temu stanowi.
Zacznijmy od książki, której już sam tytuł daje do myślenia i w jakiś sposób usprawiedliwia nasze oczekiwania co do jej treści. By nie spłycić fabuły na tyle, ile to możliwe ograniczę się tylko do głównego wątku, który mnie interesuje.
Samotność w sieci opowiada historię dwojga ludzi, którzy zupełnie anonimowo nawiązują ze sobą kontakt za pośrednictwem internetu. Każde z nich ma swój własny, zupełnie indywidualny świat. Mimo, iż wiodą zupełnie inne życie, w zupełnie innych środowiskach, wydaje się, że znajdują płaszczyznę porozumienia. Przez długi okres czasu odbywa się porównywanie światów i pojawia się coraz większa chęć doświadczenia empirycznego. Przebiega ono pozytywnie i zyskujemy poczucie, że bohaterowie chcą złączyć swe światy w jeden. Związek przybiera bardzo niezwykłą formę, coraz dalszy jest od jakichkolwiek uniwersalnych standartów. Punktem krytycznym okazuje się ciąża bohaterki. Ten moment decyduje o ucieczce. Wiśniewski pozwala nam sądzić, iż samotność to los, na który prędzej czy później jesteśmy skazani. Bohaterka, w tym wypadku osoba A nie potrafi porzucić świata, który tworzyła przez całe swoje życie. W pewnym momencie staje przed granicą, której nie jest w stanie przekroczyć. Musiałaby zbyt wiele zmienić, musiałaby zbyt wielu rzeczy zrezygnować, na co brakuje jej odwagi. W jej wypadku ucieczka oznacza samotność, dzieloną z dzieckiem, które wciąż będzie wiązało ją emocjonalnie z bohaterem B. Wiśniewski pisze: „Nie płakała już więcej. Położyła się. Była bardzo spokojna. Niemal radosna .“ Mowa tu o sferze, która wymyka się, przecieka gdzieś między teoriami Luhmanna. Nie będę jej jednak rozważać ze względu na niewielką objętość pracy.
Samotność bohatera B przynosi śmierć. Jak czytamy „Dzisiaj spotka wszystkich, których kocha. Prawie wszystkich. “. Relacja, która wydawać by się mogła niezniszczalna, która obalić miała teorie, tragicznie urywa się. Miłość między dwojgiem ludzi nie spełnia się.
Film Lejdis to komedia, jak czytamy na stronie poświęconej filmowi , o życiu czterech dziewczyn, które mają ogromne problemy ze zrozumieniem absurdalnego, ich zdaniem świata mężczyzn. Odnalazłam w niej hiperbolę bardzo zgrabnie oddającą problemy współczesnych relacji interpersonalnych. Oddaje sytuację, w której zupełnie nie panując już nad własnym rozwrzeszczanym ego, kobiety stopniowo pogrążają się w swych samotnych światach. Zdecydowałam się mówić o kobietach, przyjmując za Simmlem, że kobieta jest w symbolice metafizycznych pojęć tym, co istnieje, a mężczyzna tym, co się staje .
Spośród czterech przyjaciółek, wybrałam dwie. Filmową Monię i Korbę. Pierwsza z nich jest mężatką, nie przesądza to jednak o wygranej miłości. Monia, której mąż jest osobą B, o bardzo silnie wyznaczonych ramach swojego świata, często silniej odczuwa również swoje granice. Żyje w związku, w którym osoba A, odbija się od osoby B jak bezwładny atom. Punktem zapalnym okazuje się ciąża Moni. Osiąga ona wtedy apogeum osamotnienia i poważnie rozważa ucieczkę. W końcu decyduje się ona jednak wejść w sytuację bezosobowo, rezygnując z własnego świata, na rzecz świata męża, osoby B. Mimo, iż zaakceptowała rzeczywistość i wybrała tę drogę, którą uważała za słuszną, zawsze będzie czuła się pół-samotna, wiedząc, że zrezygnowała ze swojej wizji.
Druga bohaterka to Korba. To niezwykle wyrazista i silna postać, która jak mało kto nie godzi się na kompromisy. Nie pozwala nikomu ingerować w żadne sprawy dotyczące jej życia, nikogo nie wpuszcza do swojego świata. Nad wyraz świadomie pozostaje sama, zdając sobie sprawę z ostatecznie niewielkiej zmiany, którą może nieść miłość. W Korbie zakochuje się Erwin, osoba B. Jak twierdzi Luhmann w związku występuje swego rodzaju asymetria. Zakochany musi działać, ukochany natomiast ulega tylko projekcji. Korba ulega projekcji i odrzuca świat Erwina. Nie akceptuje go, nie chce nawet go poznać. Wraz z czasem, samotność jednak zaczyna być zbyt nużąca. Postanawia więc wrócić i pozbyć się swego ciężaru, współdzieląc życie z Erwinem. Okazuje się, że ten z kolei wybrał pół-samotność z kim innym by zapomnieć o niej. Spóźnione komunikaty mijają się w połowie drogi, uniemożliwiając spełnienie miłości.

Uwięzieni w seksie
Mówiąc o miłości w obecnych czasach, byłoby niewybaczalnym wypatrzeniem nie wspomnieć o stosunkach płciowych, czy o seksualności w ogóle. Dochodzi bowiem do coraz większego uspołecznienia tego, co było naturalne. Diametralnej przemianie ulegają obszary osobistej aktywności oraz interakcje . „Seksualność staje się metaforą zmian i środkiem ich wyrazu, zwłaszcza w odniesieniu do refleksyjnego projektu tożsamości osobistej. “ Anthony Giddens twierdzi, że wzrost zainteresowania seksualnością, wiązaną ściślej z erotyką i jednoczesne odrzucenie jej w sensie prokreacyjnym, ma związek z zepchniętą w niepamięć etyką i religijnością. Pomimo, iż po jednej stronie znalazły się teraz pojęcie emancypacji, jak i szeroko rozumianego permisywizmu, należy je od siebie oddzielić. Według Giddensa to emancypacja, rozumiana jako demokratyzacja życia osobistego prowadzić może do właściwego, pozytywego rozwoju etyki, która pozwalałaby połączyć szczęście, miłość i szacunek dla innych.
Obserwując postać, wspomnianej wcześniej Korby z filmu Lejdis , nasuwa się wniosek, iż seks, współtowarzyszący indywidualizacji świata, pogłębia samotność. Pozwala na oddzielenie się przezroczystą granicą, sprowadzając relacje do czystej cielesności. Fasadowo rozwijają się złe emocje, prowadzące do autodestrukcji. Nie będę jednak rozważać skutków, idących dalej niż fakt osamotnienia kochanków.
Mając silne poczucie własnego, osobistego świata, zakłada się często, lub też nie potrafi się wyobrazić sobie, iż ktoś inny mógłby posiadać świat odmienny. Ta nieświadomość prowadzi do rozkładu, do rozejścia się relacji wzorem słabego materiału.
Także bohaterowie Samotności w sieci, dopełniając aktu seksualnego, udowadniają sobie wręcz paradoksalnie, autodestrukcyjnie, że to jedyna sfera, w której pozostać mogą jednością, którą mogą naprawdę współdzielić. Ich rozpaczliwa walka, próby łączenia swych światów, ostatecznie kończą się fiaskiem.
Czy sytuacje te można nazwać demokratyzacją? Odsyłam do dzieła Anthonego Giddensa. Zależało mi bowiem tylko na pokazaniu jak bardzo miłość i seks, nierozłącznie współdziałają, prowadząc do upadku, do destrukcji.

Podsumowanie
Żyjemy w czasach kiedy Zygmund Freud i jego uczennica Lucy Irigaray ze swym fallogocentryzmem, nie są już wiarygodni. Doszło do zrówanania praw , zarówno w relacjach międzyludzkich jak i seksie. Kobiety i mężczyźni mają takie same możliwości w domaganiu się swych potrzeb. Wydawać by się mogło, iż świat dryfuje w oczekiwanym kierunku. Wszystkie jednostki są wolne, mają w rękach własne życie, ukształtowane według własnego uznania. Mogą konstytuować swoje idiosynkratyczne wizje świata według własnych predyspozycji. Co więcej, takie są wobec nich oczekiwania. Osoby, które zbyt wiele czerpią ze społeczeństwa, zbyt mocno upodobniają się do innych stają się przezroczyste.
Zachowania konformistyczne czy oportunistyczne są jednymi z tych, które podlegają największej naganie społecznej. Człowiek musi teraz wykazywać pewne cechy osobiste potrzebne w danej grupie, co rodzi egocentryzm. Z drugiej jednak strony wciąż nie potrafi uwolnić się od potrzeby bliskiego, zrozumiałego świata, więc trudniej jest mu zachować całkowitą samodzielność.
Również pożądanie w miłości rodzi komplikacje. Wzajemne pożądanie polega na naszym egoistycznym działaniu, które przybierając formę altruizmu ma dbać o egoizm drugiej osoby. To paradoks, który prowadzi do przedkładnia bóli kochanków nad wszelkie spełnienie. Miłość nie przynosi tego co obiecuje. Jak z resztą twierdził Simmel, miłość pozwala wypowiedzieć się, ujawnić swą osobowość, a zmysłowość to uniemożliwia .
Jesteśmy świadkami przemiany, która w oczekiwaniach jawiła się jako nowoczesna rewolucja, jako ostatnia ścieżka demokracji. Ciężko było przewidzieć, że indywidualizm może przybrać formę rozwrzeszczanego zamknięcia, niedostępności i powierzchowności. Osoba A buduje sobie swoje pudełko, osoba B buduje swoje, a przenikanie się ścian bez pozostawania bardziej w swoim niż czyimś jawi się jako niemożliwe. Stworzenie dwóch jednostek, mających taką samą konstrukcję, takie same wizje jest, jak powszechnie wiadomo, abstrakcyjne. Światy nie mogą się pokryć. Pozostaje więc droga ucieczki oznaczająca samotność lub droga rezygnacji z siebie poprzez akceptację świata drugiego, niosąca za sobą pół-samotność. Nie wiadomo co jeszcze może nieść indywidualizacja i czy dopuści się destrukcji innych zjawisk. Miłość pozostaje jednak pod jej silnym wpływem i trzeba przyznać, że obecny stan rzeczy nie wróży niczego dobrego. Samotność zyskała zupełnie nowy wymiar, rozrosła się do gigantycznych rozmiarów, krusząc wszystko co pozostawało uniwersalne. A chyba nie o to walczyły emancypantki i feministki?





Data: 11-07-2010 o godz. 13:40:47 (Odsłony: 822)
(Czytaj więcej... | 3 liczba komentarzy: | Ocena czytelników: 0)

Esej: Optymizm w aerozolu /felieton/
Felieton
Autor: Inn

Zupełnie niespodziewanie przychodzi taki moment w życiu człowieka, że wszystko w jego organizmie zaczyna się psuć. Mnie na przykład zepsuł się znaczny fragment garnituru zębów. Niespodziewanie! A dziś to niespodzianka większa niż kiedykolwiek wcześniej, bo wszyscy jesteśmy młodzi, piękni i mamy zdrowe zęby. Spróbowałby się kto przyznać do starości, gdy tyle środków uśmierzających dolegliwość, niedogodność, dyskomfort – telewizor aż pęka w szwach. Miło, optymistycznie, przyjemnie, co tam procesy starzenia! Co tam choroby! Co tam zęby, gdy pasta chroni je 24 godziny na dobę, na co najmniej siedem sposobów. Czasem tylko, gdy smętny deszcz nie pozwała na długi weekend w plenerze, nieśmiało nawiedza nas myśl, że jednak w przyrodzie działają jakieś prawa, że przestrzeń ma - było nie było - czwarty wymiar i trzeba z nim, a dokładniej z jego upływem się liczyć. Ale precz myśli przykra! – mamy arsenał panaceów na wszystko. Minęły czasy zatroskanego gminu, nieprawdaż?

A jeszcze tak niedawno prawo do smutku było wpisane w naszą zgrzebną rzeczywistość. Obywatele zapijali swe troski, rozlewając do musztardówek (w krzakach za murkiem) zawartość butelki z etykietą: „Stołowa”. Zajadali chleb ze smalcem wkładając każdy grosz w skarpetę, by uzbierać na malucha; wszak niewykluczone, że za obywatelską postawę przypadnie talon rozlosowywany przez radę zakładowych związków zawodowych. Przedstawiciel narodu, zagnieżdżony dostatecznie blisko rodziny, budował z pustaków swój wymarzony domek, mając do dyspozycji stolarkę z własnego, tzw. chłopskiego lasu i kilku szwagrów chętnych (w ramach spodziewanego rewanżu) do kopania pod fundamenty. A potem krzątał się w przydomowym ogródku, budując swoje maleńkie eldorado.

Działo się, a jednak przeciętny obywatel kontemplował na swój sposób powód do niezadowolenia. Jeden, bo świat z pozycji zaśmieconych krzaków jest mniej piękny, niż widok morza z najwyższej łebskiej wydmy. Drugi, bo koniec końców, talon na malucha otrzymał ktoś inny. Trzeci, bo domek nie jest z prawdziwej cegły, a zdobycie zwyczajnych dachówek to jak ogólnoświatowy cud gospodarczy. I tak to, niezależnie od wykształcenia i społecznie wyznaczonej roli, smucił się jeden z drugim. A jednak śmiem bezczelnie twierdzić, że nie wtedy a dzisiaj mamy do czynienia ze społeczeństwem pesymistów.

Rzekomą ponurą rzeczywistość poprzedniego ustroju nazwałabym epoką kontemplacji. Zawartość musztardówki czy zdobytego w kolejce eleganckiego kieliszka wraz ze wzrostem wypijanej ilości, sprowadzała degustującego do coraz to pogodniejszego godzenia się z losem. W końcu, przecież, świat będzie, jaki był przez miliardy lat, a życie pojedynczego człowieka przypadło na taki tam piko-, czy femto-okres historii, w takim, a nie innym fragmencie naszego globu (wciśniętego - przez nie do końca wyjaśnione siły - w takie, a nie inne miejsce Drogi Mlecznej) zupełnie bez możliwości wyboru i bez człowieczej zgody. I swoją wolną wolę może sobie człowiek schować do kieszeni, by tam pieścić ją niezauważalnie dla innych, albo powiesić w ramce nad łóżkiem, żeby się do niej odwoływać w ramach wieczornej modlitwy, bo mimo wszystko w nią wierzy.

Takie to prawdy oczywiste dopadły mnie w epoce wszechobecnego zdrowia w związku z niezdrowymi zębami. W pozycji półleżącej na dentystycznym fotelu uświadomiłam sobie, że mam ogromne szczęście należeć do grupy wybrańców. Niebagatelną rolę w tym radosnym odkryciu odegrał mój dentysta, który z pozoru jest jak najgorszym materiałem na źródło dobrego humoru. I trzeba oddać mu sprawiedliwość, robił wszystko, by mnie zbić z pantałyku.

Najpierw poinformował, że nieprędko zrobi porządek z moim uzębieniem, bo ubytków mam niepoliczalną ilość. Ja jednak zamiast martwić się czekającymi mnie wydatkami i nieuniknionym bólem w stawach żuchwowych, ucieszyłam się, że trafiłam w ręce dobrego fachowca.
Potem zapytał, czy życzę sobie zastrzyk przed borowaniem, czym już doprawdy mnie rozśmieszył, bo wyrosłam w czasach, gdy zastrzyki aplikowało się tylko w przypadku rwania górnych trzonowych. Skok pamięci do epoki, w której brakowało nie tylko znieczulających zastrzyków przywołał ducha innego dentysty – osobliwości naszej uroczej mieściny, który z powodu nadzwyczajnej wrażliwości znieczulał zarówno siebie jak i pacjenta mieszanką spirytusu z wodą. Rozkoszy tego swoistego znieczulenia zaznałam osobiście, gdy zgłosiłam się z połamanym doszczętnie korzeniem, a nasza dentystyczna osobliwość stwierdził zdecydowanie, że absolutnie nie zacznie operacji na moim dziąśle, jeśli oboje nie golniemy po szklaneczce. Tę przeszłość wspominałam sobie z rozrzewnieniem, podczas gdy tu i teraz nieco poirytowany dentysta, wpatrzony w moje zęby, oczekiwał odpowiedzi. Upewniłam się, czy to zwykłe plombowanie i czy aby nie ma w planie leczenia kanałowego.

Mój dentysta nie dawał za wygraną i zapewniał, że zdecydowanie większa część pacjentów decyduje się na znieczulenie. I wtedy to przypomniałam sobie ów artykuł, a dokładniej jego treść, bo ani autora, ani źródła, ani tytułu. Otóż, niezakotwiczony w mej pamięci popularyzator wiedzy, bardzo przekonująco udowadniał, że człowiek, który ma w sobie dużo radości i optymizmu, cechuje się znacznie obniżonym progiem odczuwania bólu w tym typowym, przyziemnym, jak najbardziej fizycznym odczuciu, żeby kto nie myślał, że mowa o (niekiedy wyimaginowanym) bólu psychicznym.

Faktycznie, wszystkie wysiłki dentysty, który zmieniając kilkakrotnie wiertła usiłować przełamać moją niewrażliwość na ból fizyczny, spełzły na niczym. Czułam coś na kształt łaskotania w podniebieniu, nie dającego się nawet przyrównać z ukąszeniem komara. Nieporażona bólem mogłam dostrzec w twarzy dentysty nutkę zawodu. Marszczył brwi, a w oczach tlił się niepokój, czy nagle nie jęknę z bólu. A może tylko martwiła go niższa cena usługi? A może po prostu nie zgadzała mu się statystyka? Uczucia mojego dentysty nie są tu jednak tak ważne jak odkrycie, którego w jego gabinecie dokonałam. Oto należę do grona wybrańców. Nielicznego, bo zdecydowanie większa część pacjentów decyduje się na znieczulenie.

Z tym odkryciem powróciłam z fotela dentystycznego do telewizyjnej codzienności. Młodość z uśmiechem pełnym zdrowych, białych zębów wędruje wprost na mnie w takt entuzjastycznie głośnej muzyki. I nagle – czy to dzień wywoływania duchów przeszłości? - mam przed oczami dowcip Andrzeja Krauzego, znakomitego rysownika z epoki uprawnionego smutku. Oto osobnik w płaszczu z wyłogami, w kapeluszu - postać kluczowa dowcipów Krauzego – z perfidnym uśmiechem produkuje na papierze rzeczywistość. „Fakty są inne? Tym gorzej dla faktów!” - głosi napis. W jakże swoistej wersji tamto hasło z lat siedemdziesiątych jest dziś aktualne! Niestety, nie ono jedno. Gdyby zbiory rysunków Krauzego: „Lubta mnie”(1980) i „Szczęście w aerozolu”(1977) nie były opatrzone datami wydania, można by pomyśleć, że powstały całkiem niedawno, może nawet wczoraj. Ot taki choćby rysunek: Uśmiechnięty poczciwie wilk tłumaczy garnącym się do niego owieczkom: „Moja matka była prostą owcą, a ojciec zwykłym baranem”. I jeszcze taki: Dostojny królik (wystrojony w długi płaszcz, z teczką w łapie) tłumaczy zadziwionemu kameleonowi: „To nie sztuka być kameleonem! Sztuka nim nie być, a móc się zmieniać, jak zajdzie potrzeba!”
Pewnie byłoby lepiej, gdyby zamiast zębów szwankowała mi pamięć, gdyby te wszystkie wilki, owieczki i cała karawana osobników w płaszczach z wyłogami rozmyły się w mglistej przeszłości i nie stawały tak wyraziście przed oczami, bo aktualność wymowy rysunków Andrzeja Krauzego nie skłania nawet mnie – statystycznie wyselekcjonowanej optymistki – do reklamowania pogody ducha z radosną muzyką w tle.

Data: 11-05-2010 o godz. 19:27:11 (Odsłony: 604)
(Czytaj więcej... | 4 liczba komentarzy: | Ocena czytelników: 3.75)

Esej: 'A wszystko jest rozpadanie' /esej/
Esej
Autor: LiteratEU

Był do niedawna uczniem Niższego Seminarium Duchownego Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w Markowicach k. Inowrocławia, nieźle rokującym poetą tworzącym tzw. "poezję religijną" , nazywany "młodym Twardowskim" ze względu na zaskakujące podobieństwo światów poetyckich obydwu poetów.
Cieszył się autorytetem poetyckim w swoim rodzinnym mieście - Bytowie. Spotkał się z regionalnymi poetami z Bytowskiego Klubu Literackiego "Wers", miał możliwość promocji swego debiutanckiego tomiku zatytułowanego "Dokądkolwiek" - zrezygnował.
Regionalny rozwój literacki nie wystarczył mu. Rozwinął skrzydła i poszybował wyżej. Znany jest już nie tylko na Pomorzu, lecz coraz częściej w polskim środowisku artystycznym.
Zachwycił krytykę swoim poetyckim i życiowym kontrastem. Będąc w środowisku kościelnym, zakorzenionym w formacji kapłańskiej, oprócz wierszy oscylujących wokół tematyki religijnej, przybrał postawę jeszcze jedną: "buntownika bez powodu", "samotnego nadwrażliwca" - jednym słowem - zaczął kreować siebie na topos poety wyklętego...
Bohater powyższych słów, Maksymilian KASIEWICZ, urodził się 22 marca 1991 r. we wspomnianym już Bytowie. Ukończył szkołę podstawową i gimnazjum w Borzytuchomiu. W 2007 r. wstąpił do Niższego Seminarium Duchownego. Wiersze pisał "od zawsze", ale zadebiutował oficjalnie na łamach "Kuriera Bytowskiego". Napisano wówczas artykuł "Wiersze są drogą do Boga", którego był bohaterem.
Już wtedy musiał poeta zdawać sobie sprawę z tego, że wokół jego osoby krążą głosy o tym, że ma zadatki na poetę wyklętego...
Nie tak dawno z resztą podejrzewano o to Marcina Świetlickiego. Szybko jednak zorientował się Świetlicki, że gra nie jest warta świeczki. Cena za bycie przeklętym była dla niego zbyt wysoka. Dla Kasiewicza jednak nie.
W latach 2007 - 2009 Maksymilian Kasiewicz, poeta - kleryk, tworzy w seminarium wiersze religijne pod pseudonimem literackim "Edward Szymonik". Dlaczego? Chciał odróżnić, wyodrębnić dwie postawy twórcze: religijną i przklętą. I udaje się. Spycha "poetów buntowników" na drugi plan, swoją poezję przykrywa warstwą franciszkanizmu i należy do autorów wybranych najpierw przez czytelników, potem przez wydawców, bo rzeczywiście podobieństwo do ks. Jana Twardowskiego jest zaskakujące, jednolite i dość lapidarne.
W świecie tych wierszy każdy może się dobrze poczuć. Są dla wszystkich - każdy odnajdzie w nich bliski sobie język. Język taki, że i dziecko, i dorosły odnajduje w jego słowach samego siebie oraz odpowiedzi na swoje własne problemy.
Poeta przyjmuję postawę poezji - dialogu. Poezja jest niejako rozmową: raz z czytelnikiem, innym razem ze Stwórcą .
Nigdy nie było celem autora, by zafascynować czytelnika środkami wyrazu: metaforyką, umiejętnością wersyfikacji - w wierszach tych chodzi raczej o postawę człowieka, który pokornie poddaje się Woli Boga, dzieli się z Bogiem swoimi wątpliwościami: "tak wszędzie Ciebie pełno / ale dostrzec / zobaczyć tak trudno" mówi w wierszu "Adonai".
Maksymilian Kasiewicz, umieszczany był dotychczas przez krytykę głównie w nurcie poezji religijnej, choć niektórzy krytycy przypisywali mu miano "wyklętego" pomimo poetyckiego franciszkanizmu. Jednak niezaprzeczalnie, przez wszystkich jednogłośnie został uznany za "jednego z najbardziej niestabilnego poetycko, emocjonalnie i życiowo" poetę w literaturze polskiej, w którą coraz bardziej i wyraźniej się wpisuje. Bo powie Anna Karteńska:
"Wiersze Kasiewicza, pozornie proste, oczywiste, jasne i przejrzyste, cechuje tajemnicza wrażliwość połączona z chrześcijańską refleksją. Dzieli się poeta swoją wiarą. Zaskakuje przy tym oryginalnymi motywami przyrodniczymi, a nawet zoologicznymi. Brak w nich patosu Mickiewicza czy metaforyki Rimbauda - są szczerą refleksją, chęcią dzielenia się poety samym sobą. Poeta daje czytelnikowi cząstkę siebie, co sprawia, że zyskuje coraz większą grupę czytelników".
Pod koniec listopada 2008 roku, napisał Kasiewicz wiersz pt. "Życiorys". Utwór ten był wstrząsem, który pobudził ogromną falę różnych spekulacji i przypuszczeń, co do jego osoby i twórczości . Owy wiersz został uznany jako wręcz niedopuszczalny w jego twórczości. Stał się głośnym i przejmującym manifestem młodego i samotnego człowieka, który był rozdarty i rozbity wewnętrznie.Owo rozdarcie, które zapewne Kasiewicz w sobie nosi, potęgował dodatkowo fakt zainteresowania jego twórczością i nazywania go poetą wyklętym.
Wniósł Kasiewicz w środowisko krytyki wiele pytań, na które - przynajmniej narazie - nie znamy odpowiedzi. Pytań, które nurtują, pytań, które ciekawią. Nie tylko samych badaczy, ze względu na wartości artystyczne i przekaz, lecz zwykłych ludzi, odbiorców jego poezji, którzy także zastanawiają się, jak może autor tworzyć tak skrajnie różniące się, gatunkiem i postawą podmiotu lirycznego,wiersze.
Ukazuje nam autor "Życiorysu" człowieka przeraźliwie samotnego, przezywającego każdy dzień, jako męczącą psychicznie i fizycznie walkę. Wiersze mające nutę "Życiorysu" to dosłownie krzyk człowieka zrozpaczonego, który już nie widzi dla siebie żadnej nadziei, który wie, że już nikt z ludzi mu nie pomoże, bo mogą go oni tylko zranić, wdeptać jeszcze bardziej w ziemię.
Wydawałoby się, że Pawlikowska - Jasnorzewska, którą nazywa Kasiewicz "matką swojej poezji", właśnie swemu "synowi" dedykuje wiersz o znaczącym tytule "Samobójca", który komentarza nie potrzebuje...

Skoczył w morze ciemne i mordercze.
Ześliznął się po taflach cienia.
Miał ciężkie serce.
Nie musiał przywiązywac kamienia.

Z głębi wody ukłonił się światu.
Minął sepie, piekną i szkaradną.
I spoczął na dnie wśród kwiatów.
Z takim sercem idzie się
na dno.

Otumanił się Kasiewicz wierszami wyklętych. Na początku tylko Stachurą i Wojaczkiem, ale później rozszerzył krąg, bo widać później rysy m. in. Szymanowicza, Rybowicza, Ratonia, czy Babińskiego, któremu poświęcił wiersz "Wyklęci".
Po przepływie fali opinii, tekstów, świat poetycki Kasiewicza przeszedł rewolucję.
Przejmująco opuszcza swe seminarium, by, jak powie: "narzucić płaszcz Wojaczka". Odrzuca franciszkanizm i miano "młodego Twardowskiego", a do samego ks. Jana kieruje słowa w utworze "List do ks. Jana" : "Zauważałeś mrówkę i zaskrońca. Wybaczałeś pszczole, że Cię użądliła. Mam nadzieję, że kiedyś przebaczysz także i mnie..." Proste, ale jakże niezwykle przejmujące słowa przepełnione smutkiem i żalem.
Zaczyna Kasiewicz niebezpieczne "kaskaderskie zabawy", próbuje życia Wojaczka, Milczewskiego - Bruno. I okazuje się jednak, że jego krótka i burzliwa biografia, zawiera prawie wszystkie elementy poety przeklętego: bunt, wyobcowanie, egzystencjalny ból, nadwrażliwość, niezrozumienie... Do tego wszystkiego brakuje tylko samobójczej śmierci, choć może znajdzie wsparcie u Boga, któremu tak zawzięcie ufał, czego brakowało innym wyklętym, którzy czasem nawet negowali Jego istnienie.
26 lutego ukazał sie debiutancki tom Maksymiliana Kasiewicza pt. "DOKĄDKOLWIEK". Owego debiutu ciekawi są wszyscy: krytyka, czytelnicy, jak i zapewne sam autor. Książkowy start literacki miał mu zapewnić niezły autorytet poetycki i na stałe zapisać go w polskiej poezji religijnej. Tak sie jednak nie stanie, bo wybrał Kasiewicz los odrzuconego, samotnego "pieska", który żebra o miłość, współczucie i ciepło. Niemniej o "DOKĄDKOLWIEK" już jest głośno.
Książkowy debiut nie porusza wszystkich problemów wyklętej poezji Kasiewicza. Na tle wierszy, które oscylują wokół religii i Boga, pojawiają się sporadycznie wiersze "stachurowskie", czy "wojaczkowe"... Tomik zawiera wspomniany, głośny wiersz "Życiorys", a kończy go Kasiewicz wierszem o znaczącym tytule: "Wiersz zbuntowany", w którym niezwykle kontrastowo ukazuje p r a w d z i w e g o człowieka stworzonego na obraz i podobieństwo samego Boga.
Maksymilian Kasiewicz skazuje sam siebie na zatratę. Skazuje i zatraca się. Jednak intuicyjnie woła do ludzi, pisze wiersza apostroficzne; znane utwory kierowane są do babci, rodziców, czy przyjaciół, których wymienia z imienia i z nazwiska. Czy znajdzie u ludzi wsparcie, o które tak żebra?! Czy wyciągnie ktoś do niego pomocną dłoń, o którą tak prosi?! Możliwe... Z drugiej jednak strony rację ma Grzegorz Kociuba, który powie: "Istnieją takie osobowości, takie konstrukcje psychiczne, takie wrażliwości, które wręcz są skazane na zatratę"...



Data: 28-04-2010 o godz. 08:13:43 (Odsłony: 671)
(Czytaj więcej... | 1 komentarz | Ocena czytelników: 4)

Esej: Choroba psychiczna w filmie na przykładzie Psychozy Hitchcocka /esej/ ~
Esej
Autor: Iwka


Choroba psychiczna w filmie na przykładzie Psychozy Hitchcocka 

 

Wstęp

Twórcy, czy to filmów czy książek, jak i innych dziedzin wymagających poruszenia swojej wyobraźni i wybrania tematu przewodniego dzieła, od niepamiętnych czasów inspirowali się tym, co nie do końca jasne, racjonalne, wytłumaczalne. Choroba psychiczna to zjawisko zarówno przerażające, jak i niezrozumiałe, zmieniające człowieka w niewolnika własnej, chorej psychiki. Filmografia dotycząca tego problemu jest bardzo bogata i można rozróżnić dwie główne tendencje w przedstawianiu choroby psychicznej. Pierwsza z nich przedstawia chorobę psychiczną jako coś, co może przydarzyć się każdemu. Uczy jak z nią żyć, jak walczyć i pomagać innym ją pokonać. Pokazuje też, jak ważna jest pomoc ze strony otoczenia, aby chora osoba mogła wyzdrowieć. W opozycji do tej tendencji stoi wizja choroby psychicznej, która zmienia człowieka w potwora. Tutaj kłania nam się kino grozy, gdzie obok duchów i sił nadprzyrodzonych królują psychopaci. Pierwsze filmy grozy wykorzystywały właśnie postaci psychopatycznych morderców w celu nastraszenia widza. Jednym z takich filmów jest Psychoza, autorstwa mistrza kina grozy, Alfreda Hitchcock’a. Norman Bates może uchodzić za pierwowzór mordercy – psychopaty, ojca wszystkich swoich licznych i jeszcze bardziej przerażających, następców. Jest on przykładem człowieka, którego czyny mają swoje korzenie w dzieciństwie i młodości, człowiekiem któremu nikt nie pomógł wtedy, kiedy był na to czas. Psychoza to film w którym niczego nie da się wyjaśnić, wszystko dzieje się samo, świat pełen jest chaosu, a ludzkie czyny kierowane emocjami niosą za sobą nieodwracalne skutki.

Młodzieniec i jego matka
Norman Bates to właściciel motelu na odludziu. Mieszka w pięknym domu obok, wraz ze swoją chorą matką. Jest przystojny, dobrze wychowany, uśmiechnięty i życzliwy. Żyje skromnie, gdyż jak sam mówi, motel nie przynosi prawie żadnych zysków. Co dolega właścicielowi Bate’s Motel? Na pierwszy rzut oka nic groźnego. Poznajemy go kiedy Marion, późniejsza ofiara Normana, trafia do motelu w ulewną noc. Widzimy go jako młodzieńca odrobinę nieśmiałego, ale sympatycznego. Jest gościnny, rozmowny, oferuje kolację. Stopniowo dowiadujemy się o nim coraz więcej, poprzez odgłosy kłótni dobiegające z domu naprzeciwko poznajemy jego zgorzkniałą matkę, która nie życzy sobie obecności innych kobiet w życiu jej i syna. Norman wraca zmieszany, zawstydzony i podejmuje rozmowę z Marion. To matka jest powodem, dla którego nie może opuścić tego odludnego, smutnego miejsca. Podczas sceny w gabinecie motelu, czyli rozmowy Normana z Marion, sporo możemy zauważyć. Na ścianach wiszą wypchane ptaki, otaczające zewsząd parę rozmówców. Wypychanie ptaków to hobby Normana, jak sam się przyznaje. Widzimy na ścianach sporo obrazów i wszystkie przedstawiają sceny legendarnych gwałtów. Na delikatną sugestię Marion, o umieszczeniu matki w „specjalnym” miejscu dla dobra jej i Normana, mężczyzna reaguje złością. Ten wybuch emocji jest czymś, co nas niepokoi, zaczynamy przeczuwać, że ta rozmowa nie zakończy się romantycznie.


Mężczyzna uspokaja Marion, że jego matka jest nieszkodliwa, zupełnie jak te wypchane ptaki, a napady złości zdarzają się każdemu. Sytuacja Normana budzi w nas współczucie, ale z tego co mówi on sam wynika, że jest mu z tym dobrze i nic nie chce zmieniać. Nienawidzi tego, co choroba uczyniła z jego matką, ale nie umieści jej w zakładzie. Powoli wyłania się obraz chłopca ubezwłasnowolnionego przez matkę, uległego, niezdolnego do podjęcia własnej decyzji i rozpoczęcia własnego, dorosłego życia. Norman nie jest jeszcze starym kawalerem, jednak wszystko wskazuje na to, że nim będzie. Jego matka nie zaakceptowałaby innej kobiety w ich domu, a zdanie matki dla Normana jest świętością. „Najlepszym przyjacielem chłopca jest jego matka”[1], mówi. Widzimy już oznaki tego, że coś jest z nim „nie tak”. Widzimy to oczami Marion, która po tej rozmowie nigdy już nie ujrzała Normana.

Tak naprawdę nie wiemy, co było przyczyną choroby Normana. Możemy jedynie domyślać się, analizując jego zachowania i to, co jest wiadome w filmie. Wiemy, że Norman jeszcze jako nastolatek stracił ojca, który niebawem został zastąpiony przez obcego mężczyznę, nowego partnera jego matki. Chłopak w porywie agresji zabił oboje, a wyrzuty sumienia sprawiły, że odkopał zwłoki matki i „przywrócił” ją do życia. Nie wiemy czy to, jak później naśladował swoją matkę, było prawdą o niej czy tylko imaginacją syna, powstałą w skutek traumy z dzieciństwa wiążącej się z utratą ojca. Paula Maranz Cohen w swojej książce Hitchcock – the Legacy of Victorianism poświęca uwagę kwestii matki w Psychozie.[2] Wskazuje nam fakt, że w latach po II wojnie światowej wizja matki uległa w Ameryce przeobrażeniu w niebezpieczny twór. Matka miała bezwzględną kontrolę nad życiem dziecka, nawet kiedy stawało się już dorosłe i zdolne do decydowania o samym sobie. Jej wszechobecność, wszechwiedza i krytyka utrudniały w znacznym stopniu osiągnięcie pewnego poziomu dojrzałości, okaleczały dziecko, które samo nie wiedziało co ma czynić i tłumiło własne pragnienia tylko dlatego, że nie chciało sprzeciwiać się matce. To z kolei prowadziło do poważnych zaburzeń psychicznych. Masowość tego zjawiska może przemawiać za tym, iż tak samo mogło się stać z Normanem i jego matką. Być może po śmierci męża kobieta przelała wszystkie swoje uczucia na syna, skupiła na nim swoją miłość i uwagę, stając się jedyną kobietą w jego życiu. Norman przywykł do tego i zaczął darzyć ją tym samym „chorym” uczuciem, ale wtedy pojawił się obcy mężczyzna. To doprowadziło chłopaka do szału i stało się przyczyną morderstwa, jakiego się dopuścił. Emocje minęły i narodziły się wyrzuty sumienia oraz strach, chęć przywrócenia matki do życia. Od tego momentu Norman ma dwie osobowości, matka odrodziła się w nim i jest taka, jaką on chce żeby była – zazdrosna, zgorzkniała, nadopiekuńcza, zabiegająca o względy syna. Norman rozmawia z nią, przekonuje, sprzecza się, a wszystko jest tak realne, że nie podejrzewamy, iż matka to jedynie wyschnięty szkielet starej kobiety. Potrafi mówić jej głosem, podczas kłótni dobiegającej z domu Bates’ów słyszymy ewidentnie kobiecy głos. Jak zauważa Krzysztof Loska, hobby Normana jest dla niego zastępstwem aktywności seksualnej.[3] Chłopak chcąc stłumić w sobie popęd wypychał ptaki, a po ich ilości możemy stwierdzić, że nie był to najlepszy sposób na zaspokojenie. Zresztą sam Norman przyznaje, że to więcej niż hobby, bo wypełnia cały jego wolny czas. Dwie osobowości chłopaka doskonale widać w scenie zamordowania Marion i odkrycia zbrodni przez Normana. Na jego twarzy maluje się prawdziwe przerażenie, zdziwienie. Mamy wrażenie, że zaraz wykrzyknie –Mamo, co ty zrobiłaś! Przez chwilę nie jesteśmy pewni co stanie się dalej, mamy nadzieję, że Norman zadzwoni na policję, jednak on zaczyna pozbywać się śladów zbrodni popełnionej przez matkę. Dalej trwamy w przekonaniu, że stara kobieta, której jeszcze ani razu nie widzieliśmy w filmie, naprawdę istnieje, a do tego jest niebezpieczna i może zrobić krzywdę swojemu synowi, który maskuje ślady jej zbrodni.



[1] Psycho, reż. A. Hitchcock, USA 1960

[2] P. Maranz Cohen, The Emergence of Mother: Psycho, (w:) Hitchcock – the Legacy of Victorianism, Lexington 1995
[3] K. Loska, Hitchcock – autor wśród gatunków, Kraków 2002

Marion Crane

Tytuł filmu nie nawiązuje jedynie do postaci Normana. Z problemami natury psychicznej boryka się także jego ofiara – Marion Crane. Jest panną, żyjącą w nieślubnym związku z pewnym mężczyzną, rozwodnikiem. Marion pragnie założenia z nim rodziny, jednak sytuacja finansowa partnerów jest przeszkodą w spełnieniu tego marzenia. Koncepcje psychoanalityczne, wskazują stan Marion jako neurozę[1], czyli regresję libido do fazy sadystyczno-analnej, stąd pomysł kradzieży pieniędzy, które w życiu bohaterki pełnią ważną rolę, gdyż w obliczu ich braku Marion nie może spełnić swoich podstawowych potrzeb.[2]  

Młoda kobieta trafia do motelu w wyniku swojej ucieczki od zbrodni, której się dopuściła. Ukradła dużą sumę pieniędzy z miejsca pracy, czyniąc to bez większego zastanowienia. Pieniądze należały do bogatego, starszego mężczyzny, który chwaląc się iż przekupuje nieszczęście pieniędzmi, przekazał kwotę 40 tys. dolarów gotówką na zakup domu dla swojej córki. Najwyraźniej był zdania, że skoro ma pieniądze to świat należy do niego. Za pieniądze można mieć wszystko, a Marion do szczęścia przecież tak niewiele brakowało.



[1] R. Bellour, Psychosis, Neurosis, Perversion, (w:) A Hitchcock Reader, USA 2000
[2] L. Poague, Links in a Chain: Psycho and Film Classicism, tamże


Podczas ucieczki dręczą ją natrętne myśli, wyobraża sobie co będą mówić o niej w pracy, jakie zdziwienie spowoduje to co zrobiła, bo do tej pory była najbardziej zaufaną pracownicą. W głowie rodzi się chaos, głosy i postacie nakładają się na siebie. Ma wrażenie że ludzie, których spotyka na swej drodze podejrzewają co zrobiła. Marion stara się zachowywać normalnie, jednak jej czyny wydają się coraz bardziej podejrzane. Kupuje samochód, spieszy się, płaci za niego gotówką i odjeżdża bez bagażu, w dodatku na oczach policjanta. Chce się ukryć i zatuszować kradzież, jednak tylko się pogrąża. W miarę rozwoju akcji, widzimy że wyrzuty sumienia najprawdopodobniej przewyższą zamiary Marion, nie jest jeszcze za późno by oddać pieniądze. Kobieta podczas rozmowy z Normanem uświadamia sobie własne szaleństwo i postanawia nazajutrz powrócić do miasta, z którego uciekła i zwrócić pieniądze. „Wszyscy jesteśmy uwięzieni we własnych pułapkach, z których nie możemy się uwolnić”[1] – mówi Norman. Marion chce spróbować wydostać się z pułapki, w którą wpadła kradnąc pieniądze, jednak obrót wydarzeń nie daje jej możliwości naprawy tego, co zrobiła.



[1] Psycho, reż. A. Hitchcock, USA 1960


Rozpad tożsamości w Psychozie
Psychoza to film o rozpadzie tożsamości, która nie zostaje już odzyskana, zostaje stracona na zawsze. Norman Bates, który raz jest sobą a raz matką, po rozmowie z Marion zostaje całkowicie przejęty przez matkę. Myśli „głosem” matki, tłumaczy sobie to co się stało, że jej syn zawsze był niedobrym chłopcem i muszą go teraz zabrać tam, gdzie powinien siedzieć od dawna. Norman stracił siebie, ale przywrócił do życia swoją matkę, która zamieszkiwać będzie jego ciało. O ile wcześniej mogliśmy przypuszczać że Norman cierpi na rozdwojenie jaźni, to teraz choroba przekształciła się w schizofrenię, gdzie rzeczywistością są wyobraźnia i urojenia.

Norman ma jeszcze szanse na wyzdrowienie, aczkolwiek nic na to nie wskazuje. Ostatnia scena filmu daje nam to wyraźnie do zrozumienia, poprzez ukazanie z bliska twarzy Normana, na którą przez chwilę nakłada się czaszka matki. Z kolei dla Marion nie ma już najmniejszej szansy na odzyskanie tożsamości. Gdyby nie śmierć, kobieta zapewne wróciłaby do Phoenix i uwolniła się z własnej pułapki, oddając pieniądze. Całość zostałaby obrócona w żart, a Marion po jakimś czasie spełniłaby swoje marzenie o byciu żoną i matką. Podjęła już decyzję o wyjeździe wczesnym rankiem, ale na drodze jej szczęściu stanął Norman i pozbawił ją możliwości uwolnienia się. Marion była w lepszej sytuacji niż on, w końcu nic strasznego się nie stało, całkiem inaczej niż w przypadku Normana. Wystarczyłoby zwrócić pieniądze i przeprosić, przyznać się do chwilowego zamroczenia tak pokaźną sumą. Norman nie rozumiał swojego problemu i nie wiedział, że jest nienormalny, do końca pozostał nieświadomy swej choroby, nie mógł więc uciec z pułapki w której tkwił. Obie postacie z filmu bezpowrotnie utraciły tożsamość, nie mając możliwości jej odzyskania.

Zakończenie
Psychoza ukazuje nam chaos panujący w ludzkim świecie i brak wyraźnych granic pomiędzy normalnością a nienormalnością. Ludzie gubią się we własnym życiu, we własnych myślach i czasami jest już za późno, aby naprawić swoje błędy. Choroba psychiczna to najcięższa z chorób, ponieważ traci się kontakt z rzeczywistością, nie odróżnia się wyobraźni od tego co jest naprawdę, w efekcie czego człowiek posuwa się do czynów, których później żałuje. Marion i Norman, to dwa przypadki osób z zaburzeniami i pomimo tego, że różnią się bardzo od siebie, mają ze sobą dużo wspólnego. Trafili na siebie w niewłaściwym czasie i miejscu, ale być może to spotkanie doprowadziło oboje do zastanowienia się nad sobą. Marion uświadomiła sobie własne szaleństwo, a Norman doszedł do wniosku, że nie może żyć normalnie bez matki. Uwięziony we własnej klatce, Norman odebrał Marion szansę na wydostanie się ze swojej. Psychoanalityczne wytłumaczenie przebiegu wydarzeń, przedstawione w zakończeniu filmu, stanowi jedynie rozpaczliwą próbę przywrócenia porządku, odzyskania nadziei na możliwość racjonalnego wyjaśnienia przebiegu wydarzeń. Tak naprawdę nie da się wytłumaczyć tego, co się stało i dlaczego.

Filmografia czerpie z trudnych do wyjaśnienia przypadków chorób psychicznych, zostawiając zaskakujące fakty na koniec, ukazując do czego choroba może doprowadzić człowieka. Umysł osoby chorej stanowi zagadkę, której do tej pory nikt nie zdołał wyjaśnić. W świecie takiego człowieka wszystko jest możliwe, bo wyobraźnia to rzeczywistość. Norman Bates jest klasycznym przykładem osoby chorej i bardzo niebezpiecznej. Nie można go ukarać ze względu na to, że jest niepoczytalny. Po Psychozie powstało wiele filmów budujących fabułę na osobie psychopatycznego mordercy, który od dzieciństwa sam borykał się z dręczącymi go problemami, bo nie miał mu kto pomóc. Chętnie oglądamy takie historie, ale staramy się nie myśleć co by było, jeśli spotkałoby to kogoś nam bliskiego, albo nas samych.



Data: 21-04-2010 o godz. 13:25:16 (Odsłony: 822)
(Czytaj więcej... | 1 komentarz | Ocena czytelników: 5)

Esej: ZAPISKI STAREGO MĘDRCA ****
Esej
Autor: anngoya

Każda nowa książka Krzysztofa Gąsiorowskiego wywołuje sporo emocji. Wydana w ubiegłym roku przez Wydawnictwo Adama Marszałka Moja stara naga maszyna do pisania i panienki na imieninach(1) utwierdza mnie w przekonaniu, że Krzysztof Gąsiorowski należy do poetów wybitnych, ale przemilczanych, „wyklętych” nie tylko przez krytyków, ale również przez młode pokolenie poetów. Przypuszczalnie jest ich zdaniem klasykiem, do którego można już nie wracać. Fakt faktem, że poetycka twórczość Gąsiorowskiego nie należy do najłatwiejszych w odbiorze, ze względu na jej wielowątkowość filozoficzną. Poeta w rozmowie z Ryszardem Ulickim tak mówi o swoich wierszach: „(…) jeśli cokolwiek wiem o sobie wiem ze swoich wierszy. Relacje ze sobą można odsłonić w poezji nie tylko dlatego, że w wierszu wypada się odsłonić, ale przede wszystkim dlatego że wiersz jest właśnie taką relacją między podmiotem, bohaterem lirycznym a autorem, relacją która przestaje być prywatną sprawą a dotyczy ludzkiej kondycji. Wiersz, akt umysłu, akt odnajdywania tego co wystarcza – tak to ujął Stevens(…)”(2).




Data: 24-03-2010 o godz. 23:45:00 (Odsłony: 1640)
(Czytaj więcej... | 45821 bajtów więcej | 15 liczba komentarzy: | Ocena czytelników: 4.75)

Esej: O nowatorskiej prozie Maksymiliana Kasiewicza /Esej/
Esej
Autor: LiteratEU

Nikt z nas nie przypuszczał chyba, że Maksymilian Kasiewicz, który cieszy się już niemałym autorytetem poetyckim i uznaniem, zacznie uprawiać gatunek prozatorski. Proza jego jednak wydaje się być taka, jak jego wiersze: skrupulatnym zapisem poruszeń swej nadwrażliwej duszy. Widać poezja to dla Kasiewicza zbyt mało, by w pełni wyrazić siebie.
Już w pierwszych opowiadaniach drukowanych w czasopismach Kasiewicz został głosem młodego pokolenia w Polsce. Toteż od razu znalazł oddźwięk w szerokich masach młodych czytelników - a znawców zachwycił bystrością obserwacji, lapidarnością i prostotą wyrazów. Jego styl pełen skrótów pozbawiony efektów retorycznych malował z niezwykłą siłą ponurą rzeczywistość, której szarość Kasiewicz i jego bohaterowie szczególnie odczuwają.
Swoimi opowiadaniami z miejsca olśnił wszystkich olbrzymim talentem. Od początku znalazł Kasiewicz swój język. Język tak prosty, że już nie może być prostszy- zbliżony do Hłaski, czy współczesnego Zagajewskiego. A mówi w opowiadaniach o rzeczach równie prostych: o miłości, lęku, samotności, przemijaniu, zdradzie. Pisze, że do każdego człowieka trzeba wyciągnąć pomocną dłoń. Mało tego, mówi, że nawet pomocna dłoń to czasem zbyt mało. Trzeba niekiedy ofiarować drugiemu człowiekowi cząstkę siebie, cząstkę swojego serca.
Każdego chyba, kto przeczytał opowiadanie " Trzeba patrzeć głębiej", poruszyło sumienie. Może to właśnie czas, by pomyśleć co mamy do zaoferowania drugiemu człowiekowi, jak możemy mu pomóc. Może warto zastanowić się, dlaczego niektórzy, jakby to powiedzieć za Stachurą: "duszą się w tej klatece i nie widzą tu nic trwałego"? I dlaczego my możemy niewiele zrobić, by pomóc, albo jak według Kasieiwcza- dlaczego nie możemy nic zrobić?
Pisarstwo Kasiewicza wstrząsa. Wstrząsające są również przeżycia bohaterów Kasiewicza. Bohaterowie jego są często doświadczeni przez życie. Doświadczeni tak bardzo, że doznane krzywdy i urazy, uniemożliwiają im normalną egzeystencję.
W opowiadaniu "Trzeba patrzeć głębiej" krytyka dopatruje się "alter ego" Kasiewicza. Główny bohater jest na pozór otwarty, uśmiechnięty, zadowolony z życia, zdolny do miłości, przyjaźni, współczucia. W rzeczywistości jednak jest inaczej. Główny bohater jest skryty, tajemniczy. Celowo wyjawia tylko niektóre informacje o swoim życiu. Ludzie poznają go pośrednio: rzadko mówi dużo o sobie. Niezdolny jest bohater do miłości, przyjaźni, więc nierzadko lub zawsze z tych uczuć rezygnuje, skazując się na samotność, a poprzez samotność skazuje się na cierpienie.
I taki jest Kasiewicz, o którym już powiedziano- nie tylko czytając jego prozę, lecz także lirykę.
Niech to moje słowo będzie okazją do podziękowania Maksymilianowi Kasiewiczowi za jego twórczość i jego osobę, choć z takowymi podziękowaniami Kasiewicz spotyka się często, co widać w otrzymywanych przez niego nagrodach. Niech zatem rozwija skrzydła dalej i wzbija się na wyżyny...


Data: 27-02-2010 o godz. 07:56:08 (Odsłony: 1073)
(Czytaj więcej... | 5 liczba komentarzy: | Ocena czytelników: 4)

Esej: Wiara i Nauka/esej literacki osnuty wokół myśli Jana Pawła II/
Esej
Autor: jurekk

Życie jest wiarą

„Wezwanie «poznaj samego siebie», wyryte na architrawie świątyni w Delfach, stanowi świadectwo fundamentalnej prawdy, którą winien uznawać za najwyższą zasadę każdy człowiek, określając się pośród całego stworzenia właśnie jako «człowiek», czyli ten, kto «zna samego siebie».”1
Jan Paweł II


Poznaj samego siebie
Nauka pacierza sprawiała mi spore kłopoty. Co i rusz myśli uciekały mi na boki, do klocków i samochodzików. Miałem lat pięć, brak filozoficznych przemyśleń. Biegałem, skakałem po kanapach i darłem się w niebogłosy. Większość z tamtych szczenięcych lat wspominam słonecznie, tylko dni, w których musiałem uczyć się pacierza - te były mi udręką. Ojciec recytował wers po wersie, z modlitewnika babci. Babcia używała modlitewnika często, gdy zaś przekazała go naszej rodzinie, modlitewnik mógł wreszcie odpocząć. Rodzice rzadko do niego zaglądali. Na dnie wielkiej szuflady modlitewnik trwał w ciemności i zamknięciu jak Jonasz w wielorybie. Nauczyłem się pacierza chyba w dwa tygodnie. Wiary nie nauczyłem się nigdy i wciąż dukam ją tylko, nieskładnie, z błędami, jak Ojczenasz w pierwsze dni nauki.
Nie da się wyuczyć Wiary.
W szkole uczono nas religii. Znałem już wszystkie dziesięcioro przykazań, część z nich zdążyłem już złamać: nakłamałem kolegom, nie czciłem należycie Matki i Ojca, ukradłem dwa batoniki ze sklepu. Po Pierwszej Komunii Świętej, przed grzechem powstrzymywał mnie stres comiesięcznej spowiedzi. Nauka religii trwała kilka ładnych lat. O Bogu i Kościele, wydawać mi się mogło, wiedziałem już wszystko. I to na piątkę. O sobie nie wiedziałem nic.
Pierwsze liche wiaterki niewiary poczułem przed bierzmowaniem. Przyjąłem imię Bonifacy, „czyniący dobro”, boć dobro czynić może każdy i nie trzeba zaraz umierać za wiarę jak św. Szczepan (było wśród nas czterech Szczepanów). W liceum do matury uczyłem się niesystematycznie. Czytałem za to Ernesta Renana. Niebo szybko stanęło w płomieniach młodzieńczej niewiary. Z katechetą wdawałem się w erudycyjne utarczki, które ten dobry człowiek, często przegrywał. Triumfowałem wtedy przed klasą jak Salome pokazująca ściętą głowę Jana Chrzciciela. Gdy pochwyciłem do swego słowniczka wyraz "sens" zaraz zacząłem podważać sens wszystkiego. Wszystko było bezsensu.
Tomasz Merton w "Siedmiopiętrowej górze" opisuje swoją młodość wśród papierosowego dymu i stosu niemoralnych książek. Zastanawiam się, które to książki trapista ma na myśli. Z niepokojem odnajduję je przy swoim licealnym łóżku: Lawrence, Gide, Zola.
Zdałem maturę. Nauka nie poszła w las. W las poszła za to Wiara. Nie wywoływałem jej stamtąd długo, jakby to był wilk. Wiedza zadomowiła się w moim umyśle, byłem mądry ludzką nauką, tak nieprzydatną przy pierwszych rozpaczach. Rozpacze te miały nadejść wkrótce. Wkrótce też zawaliła się moja cała naukowa twierdza, budowana na piasku.
Ludzie zdzierają podeszwy w całodziennych spieszeniach, zatrzymują się tylko wówczas, gdy śmierć bliskich, poczucie winy lub ciężar odpowiedzialności wytrącą ich z rutyny. O czwartej sytuacji granicznej według Jaspersa, mianowicie o śmierci własnej, za wiele myśleć nie wolno - utwierdzają się ludzie nawzajem. Człowiek smutnieje i robią mu się zmarszczki. "Szerokie koła", jak ich nazywa Sokrates, tematu śmierci starają się unikać. Ćwiczenie się w umieraniu? To dobre dla platoników.
Pierwsza rozpacz runęła na mnie jak grom z jasnego nieba. Przetrwałem najgorsze. "Kwiatki świętego Franciszka" czytałem każdego wieczoru. Prostota, spontaniczność i brązowe habity - w ten świat chciałem się zanurzać. Po pierwszej nawałnicy przystąpiłem do odbudowy twierdzy swojej duszy. Podczas studiów z bezkształtnej "filozofii niesprecyzowanej" zacząłem formować arsenał argumentów na świat. Od Talesa do Sokratesa, od Platona do Plotyna, od Heraklita do Hegla, od Anaksymandra do Heideggera - machałem szablą filozofii ścinając łby prostaczkom i naiwniakom. Gdy jednak zostawałem sam, nie brakowało powodów do płaczu. Nudził mnie Seneka, nie pocieszał Aureliusz. Leżałem wyciągnięty na podłodze, po suficie jak po ekranie przelatywały mi sekwencje z przeszłości. Nieprawdą jest, co mówi Epikur, jakobyśmy mogli być szczęśliwi leżąc bez zmartwień, bo sam proces życia jest przyjemny i czyni nas szczęśliwymi, bez dodatkowych bodźców. Gnębił mnie strach przed przyszłością, dławił płacz za przeszłością. Absurdem jest żeśmy się urodzili i absurdem, że umrzemy. Drżałem przed śmiercią jak trzcina. Usychałem z nieznanej mi dotąd tęsknoty. Czułem się "pozbawiony autentycznych punktów odniesienia" - według słów Jana Pawła II z encykliki "Fides et ratio". Ten strach i niemoc zamieniałem w złość. Michał Montaigne zauważa, "jako dusza przenosi swe namiętności na złudne przedmioty, skoro nie staje jej prawdziwych", tak samo i ja zamiast szukać w sobie i łajać siebie samego, wyładowywałem swoją złość na innych, jak Kserkses biczujący fale.
Wiarę raz to traciłem, raz wracałem do niej jak Syn Marnotrawny. Nawróciłem nawet kilka osób streszczeniami z lektur Szestowa. Tu pewna refleksja. "Nawrócenia" moje i moich kolegów nie są zbyt trwałe. Jesteśmy neofitami nadgorliwymi tylko przez pierwsze tygodnie. Następne miesiące to stagnacja. Po kwartale roku, moi koledzy są już bohaterami innych narracji. Tomek czuje się epikurejczykiem, Sławek pragmatystą w stylu Rorty'ego, Janek interesuje się Wschodem, a Kuba chce używać życia, dolce vita! Nie jestem lepszy od nich. Od okresów codziennej medytacji chrześcijańskiej wpadam w okresy codziennej libacji, najlepiej w żeńskich akademikach na Żwirki i Wigury. I znów gonię za iluzją piękna pytając za poetą: "Czy jesteś, Piękno, z nieba czy też z piekła rodem?"
Z kolegami skaczemy z kwiatka na kwiatek. I są to doprawdy nieraz kwiaty zła. Chrześcijaństwo w różnych odsłonach fascynuje nas niezmiernie, do czasu aż nie pociągnie nas coś innego, jakiś sufizm albo scjentyzm. Kierkegaard szybko by nas rozszyfrował: to życie estetyczne! Mamy z kolegami po dwadzieścia kilka lat, ślepo idziemy za radą Baudelaire'a – „trzeba się nam czymś w życiu upijać: obojętnie winem, cnotą czy poezją.” Mamy po dwadzieścia kilka lat, nawet nie wiadomo, co Jezus robił w naszym wieku? Mamy po dwadzieścia kilka lat, mało ortodoksyjny życia styl. Czy to pokolenie ma ponieść dalej Wiarę, Ojcze Święty?
Do dziś nie mam daru konsekwencji. Nauka i Wiara to łączą się to wykluczają w moim życiu. Raz to wierzę nauce ludzkiej raz to nauce boskiej. Próbuję odgadywać: obywatelem Państwa Bożego jestem, czy tylko obywatelem Państwa Ziemskiego? Próbuję najpierw zrozumieć, później uwierzyć, ale tak coś nie idzie, więc wierzę odrzucając rozum, wpadam w zgubny fideizm. Problem Nauki i Wiary nie jest dla mnie problemem teoretycznym, dla mnie to codzienny egzystencjalny trud. Gdyby tak umieć, Ojcze Święty, utrzymać te dwa skrzydła w równowadze, jakimże spokojnym byłby lot przez życie.
Piszę we wstępie swoją biografię. Mało to skromne i pewnie mało ciekawe, jakaś amor sui. Chcę jednak zwrócić uwagę Czytelnika, że z bliźnim ma do czynienia. Cały ten esej napisał człowiek młody, człowiek głupi i najpewniej mniej doświadczony od Ciebie. Pisze to człowiek z krwi i kości, co chce poznać samego siebie, nie zaś błyszczeć wiedzą pożyczoną od filozofów. Pisze to człowiek ułomny, pełny wad i złych przyzwyczajeń. Który to ja zbliżam się do horyzontów prawdy bardzo powoli, a Czytelnik wyprzedza mnie stukrotnie, jak Achilles żółwia w nieparmenidejskim świecie.

Nauka i Wiara

Czym jest Wiara?
Gdybym mógł, najchętniej odpowiedziałbym jak taoiści: Tao jest niewypowiedziane, kto mówi o Tao, gubi Tao. Czasem zdaje mi się, iż nasza Wiara jest niewysłowioną głębią, o której nie można mówić, o której trzeba milczeć. Podobnie wzdragam się przed definiowaniem wiary, definiowanie jest uprzedmiotawiające. Bergson uczy nas by życia zjawiska chwytać w ich pędzie, by nie kaleczyć ich działaniami rozumu. Chwytam wiarę jedynie w intuicji, żaden jej opis na nic się zda. W wierze chrześcijańskiej chcemy poznawać Boga żywego, nie chcemy docierać tylko do swoich wyobrażeń. Gdy mi kolega opisuje swoją przyjaciółkę, barwnymi słowy przez godzin kilka, o ileż mniej wiem o niej, niż gdy mi ją wreszcie przedstawi osobiście, i w okamgnieniu uchwytuję jej urodę, charakter i gest. Chętnie oblekam się obłokami niewiedzy, gdy mnie ktoś pyta, czym jest moja wiara? Czuję się tym pytaniem zakłopotany jak Augustyn Aureliusz pytaniem o czas.
Dalej. Myślę, że w słowach łatwo się pogubić. Modlę się nieraz medytacją chrześcijańską, której nauczyłem się od Benedyktynów w Lubiniu. W ciszy klęczę i skupiony na słowie "Jezus", mój oddech staje się regularny, oddycham imieniem Jezus. Czuję wtedy, iż wiara czasem rozbija się o słowa, dialog między religiami rozbija się o pojęcia. Tam zaś gdzie docieramy w głębokiej medytacji, tam już nie ma słów, nie ma pojęć, jest czyste trwanie w kontemplacji Jednego. Bóg jest Jeden. Czyż wszystkich modlitw nie wysłuchuje ten Sam?
„Myśl jest przestrzenią dziwną.” 2Czytam poezje Wojtyły:

Bywa nieraz, że w ciągu rozmowy stajemy w obliczu prawd,
Dla których brakuje nam słów, brakuje gestu i znaku
Bo równocześnie czujemy: żadne słowo, gest ani znak
Nie uniesie całego obrazu

Węzeł wiary i życia
Składnikiem Wiary jest jej nierozerwalny związek z życiem. Nie sposób Wiary rozkładać na części, badać pod lupą. Koleje losu układają się nieraz tak, że połapać nam się nie jest łatwo. Nasze życie mimo wszelkich starań zostaje zawsze niedokończonym szkicem, próbą. Tak samo jest z naszą wiarą. Na pewno nie braknie w tym miejscu takich, co zaczną dowodzić jakoby chrześcijaństwo było właśnie przeciwko życiu, a nie z życiem za pan brat, jakoby chrześcijaństwo śmierć gloryfikowało, życie i ciało mając w plotyńskiej pogardzie. Fryderyk Nietzsche, ulubieniec dusz młodych, odmaluje nam religię w taki sposób, iż nam się odechce pójść w niedzielę na Mszę. Wasilij Rozanow ukaże nam "ciemnie oblicza metafizyki chrześcijańskiej": trupy i włosiennice, obłęd i ciemność, gorycz. Rozanow modli się tedy do Ozyrysa a Nietzsche do Dionizosa.
Cóż jednak za bałamutnie! Chrześcijaństwo miłuje życie, Bóg daje życie wieczne. Ateńczycy cierpliwie słuchali Pawła na areopagu dopóki Apostoł nie odkrył przed nimi tajemnicy zmartwychwstania ciał. Ateńczycy tego zrozumieć nie mogli: po cóż nam ciała po śmierci, jakie to niefilozoficzne! Bóg obiecuje nam życie wieczne, życie z ciałem. Czy jest bardziej witalistyczna i zmysłowa religia od tej? Postacie z Ewangelii to nie są "chuderlawi obłąkańce", pierwsi apostołowie to rybacy, chłopy na schwał. Pierwszy cud Jezusa to wesele w Kanie Galilejskiej. Czyż nie miłował życia Jezus płaczący w Ogrójcu?
To jest klucz do zrozumienia Cywilizacji Życia, o której nauczał Papież.
Moim Kościołem jest Kościół Posoborowy. Nie bronię całych dwu tysiącletnich dziejów Kościoła przedsoborowego. Było w historii na pewno wiele błądzeń. Kiedy Franciszek poprosił swoich współbraci, zgromadzonych w liczbie kilkuset, aby spod habitów wyjęli okaleczające ich kolczugi i gwoździe, sterta żelastwa ubrudzonego krwią sięgała dachów domów. Chcę jednak bronić nauczania Jezusa. Chrystus żył trzydzieści trzy lata wśród nas, nie umarł z nienawiści do życia, umarł z miłości do żyjących.
Moim Kościołem jest Kościół Posoborowy. „Duch, który przemawiał przez Sobór Watykański II, nie mówił w próżnię. Poprzez wszystko czego doświadczamy na przestrzeni tych lat, widać nowe perspektywy otwarcia się na prawdę Bożą.”3 – pisze Jan Paweł II. Codziennie dziękuję Duchowi Świętemu za dar Soboru, stale czuję się Jego dłużnikiem. To właśnie w relacji do życia zawsze pragnę rozumieć Wiarę.

Wiara Jana od Krzyża
Jan od Krzyża żył w czasach geograficznych odkryć XVI wieku. Kolorowe bandery docierały do nieznanych lądów. Takoż i Jan od Krzyża docierał do terra incognita mistyki chrześcijańskiej. W Hiszpanii działała Inkwizycja. Jan od Krzyża w swoich pismach zwraca się ku wnętrzu człowieka. Nie walczy ogniem i mieczem z zewnętrznymi pozorami niepobożności i nieprawomyślności współczesnych. Chce docierać i pokazywać głębię wiary, tej wiary, która mieszka we wnętrzu człowieka. Karol Wojtyła poświęcił pracę magisterką oraz pracę doktorską myśli Jana od Krzyża. „Przedmiotem właściwym traktatu św. Jana od Krzyża jest wiara, na ile stanowi środek zjednoczenia duszy z Bogiem.”4 Wiara Juana de la Cruz jest wiarą żywą, żyjącą z miłości. W artykule opublikowanym w miesięczniku „Znak”5, młody Wojtyła pisze o Janie, iż był on mistykiem i humanistą. Jan od Krzyża połączył teologię spekulatywną z teologią mistyczną, połączył prawdę Objawienia z doświadczeniem i życiem wewnętrznym człowieka. Nie wystarczy opisać momentu doświadczenia, należy go wyjaśnić. Nie da się wytłumaczyć fenomenu wiary i miłości naukowymi narzędziami psychologii. Tak jak nie da się wytłumaczyć fenomenu życia. Wiara lepiej rozumie życie niż Nauka. Dusza pełna jest tajemnic, które rozum może poznać. Rozum ten musi być jednak oświecony wiarą. Jest zatem rozum „świecznikiem, na którym umieszczona jest owa świeca wiary”.
W medytacjach Wojtyły nad pismami Jana od Krzyża Autor docieka wzajemnych zależności wiary i rozumu, są one według słów z Jego pracy magisterskiej: „wewnętrzne i żywotne”, tak iż „nie można zrozumieć natury jednego bez równoczesnego zbadania natury drugiego, rozwój zaś wiary zależy zawsze od rozumu i jego naturalnych właściwości”6.
Nie jest blisko Wojtyle do Tertuliana. Credo quia absurdum to obrona przed rozumem. Nie trzeba jednak rozumu chować przed wiarą, bo ich dialog może prowadzić ku Prawdzie.
Mnie również, tak jak Tertulianowi, przedmiot wiary czasem wydaje się absurdem zupełnym i niedorzecznością, czymś zgoła nierealnym. Myślę wtedy o swoich narodzinach i o swojej śmierci, czy są to rzeczy realne i zwyczajne? Na pewno nie. Przylegam umysłem do myśli Papieża: "Głębia objawionej mądrości rozrywa ciasny krąg schematów myślowych, do których przywykliśmy, a które absolutnie nie są w stanie należycie jej wyrazić"7 - Fides et Ratio. U początków wiary stoi połamanie ciasnych schematów rozumu. Nie wierzymy, bo nam brak wyobraźni. W schemat popadliśmy i szablon. Myśli nam płyną korytami wyrzeźbionymi przez innych, nasze bakałarskie głowy pysznią się słowami pożyczonymi od tych, co podobno są uczeńsi, co podobno znają świat. Nie znamy samych siebie. Nie znamy potęgi naszego rozumu, zdajemy się na swój ciasny zdrowy rozsądek. A jednak rozumowi potrzeba skrzydeł nie ołowiu!

Odcienie wiary
Wiara jest brakiem pewności, również brakiem poczucia pewności, czym ona w rzeczy samej jest.
Przed oczami duszy widzę brata Macieja, kompana świętego Franciszka, jak kręci piruety z zamkniętymi oczami na rozdrożu w Italii. Biedaczyna boży, nie wiedział, dokąd teraz Bóg chce by się udali. Zawierzył los Opatrzności, ruszyli tam gdzie im głowa upadła od kręcenia w kółko. Błogosławieni ubodzy duchem! Widzę też wiarę skomplikowaną i wydumaną, pełną patosu i ceremoniału. Nie ośmielam się mówić: to jest prawdziwa wiara, to wiara niepełna. Zauważyłem, że wśród ludzi nie ma postaci czarnych i białych, jak u Sienkiewicza w "Krzyżakach". Przejścia między wiarą i niewiarą są płynne. Sam gubię wiarę i znów ją odzyskuję. Wolter ponoć utrzymywał w swoim zamku w Ferney, katolickiego księdza spowiednika, tak na wszelki wypadek. Święta Teresa z Kalkuty była nękana przez duchy niewiary całe życie. Obserwuję swoich znajomych. Staram się nie oceniać wiary innych, bo wiem, że wielu z nich, zamyka się w swej izdebce by rozmawiać z Ojcem.
Wiara jest przeciwieństwem niewiary. Przeciwieństwa lubią się i nie mogą żyć bez siebie, wiemy to od Heraklita z Efezu. Medytując nad wiarą nie sposób nie wspomnieć o niewierze.
Po Londynie jeździ kilkadziesiąt autobusów oklejonych reklamą: "Prawdopodobnie Boga nie ma. Nie martw się i żyj jak chcesz!". Kościół Anglikański przekornie podziękował organizatorom akcji za stawianie metafizycznych pytań w przestrzeni publicznej. Mamy u progu XXI wieku do czynienia z nową falą ateizmu. Trzy nazwiska stały się sławne na świat: Dawkins, Dennet, Onfray. Książka tego ostatniego, Michela Onfraya, o znamiennym tytule "Traktat ateologiczny" sprzedaje się w Paryżu wyśmienicie. To manifest Nowego Ateizmu. "Bóg jeszcze dycha"! - żali się Onfray. Głoszono jego śmierć, a on nadal żyje w świadomości ludzi, w kulturze, w filozofii, która promuje teizm i idealizm, w prawie i w ogóle wszędzie, gdzie nie spojrzeć. Mamy XXI wiek, a wierzymy w "klechdy chrześcijańskie", "dziecinne urojenia". Trzeba z tym skończyć! W swym uszczęśliwianiu ludzi Onfray, bliski jest Comta, w krytyce religii bazuje na Freudzie i Nietzschem. Pełno tu starych sloganów wolteriańskich. Na miejsce religii Onfray obiecuje raj na ziemi, tu i teraz, ogród na wzór epikurejczyków. Eucharystia w katolicyzmie, przemienienie chleba w Ciało to dla Onfraya "ontologia piekarska". Apostoł Paweł "niezdolny do prowadzenia normalnego życia seksualnego, obwieścił, że wszelkie formy seksualności są niegodziwe". Nowoateiści walą z grubej rury, bo nie chcą już dłużej tolerować sacrum. Sacrum to tylko sztuczna zasłona. Za tą zasłoną oświecony rozum znajdzie ukryty fanatyzm, hipokryzję, psychiczne aberracje. Agresja Onfraya, skłania do pytań: czy Wiara też ma być agresywna? Czy tak wyglądać będzie przyszłość, jak ją odmalował Francuz? Czy ludzie wierzący rzeczywiście mają coś nie tak z głową, a tylko Onfray ma równo pod sufitem? Ośmielam się stawiać te pytania językiem zrozumiałym dla jego fanów.
Jan Paweł II przeciwstawia Kartezjusza świętemu Tomaszowi8. Kartezjusz oderwał myślenie od egzystencji, związał myślenie tylko z rozumem. Choć Tomasz z Akwinu był racjonalistą, to jednak istnienie stawiał przed myśleniem, egzystencję przed rozumem. Ontologię przed epistemologią. Kartezjańskie myślenie rozumowe rozlało się na całą nowożytność. Zauważmy jednak, że Kartezjusz uzasadnia istnienie świata wiarą. Wiarą, że nie zwodzi nas Zły Demon. Jeśli filozofowie docierali po Kartezjuszu jeszcze do Absolutu, to nie był to Bóg Żywy, Bóg Abrahama, Izaaka, Bóg Pascala. Był to zwykle twór człowieczego umysłu, martwy konstrukt. Z czasem doprowadziło to do ateizmu oświeceniowego, pozytywistycznego, marksistowskiego.
Fala pozytywizmu zalała XIX i XX wiek. Ta fala jednak, w ocenie Jana Pawła II, cofa się9. I mnie również wydaje się, że Nowi Ateiści nie mają racji. Wiek XXI zaskakuje nas coraz nowymi sektami, organizacjami religijnymi, prorokami. Ludzie szukają swojego sacrum: w naiwnościach New Age, w myśli Wschodu, w na nowo odczytywanej filozofii Zachodu. Współczesne mapy duchowości przysparzają kartografom zawrotów głowy. Tak wiele w sferze duchowości wydarza się na świecie, aż trudno to wszystko ogarnąć, trudno za tym wszystkim nadążyć. Na pewno jest to wyzwanie dla Kościoła. W zaprenumerowanym mi przez Tatę „Tygodniku Powszechnym” czytam, że kardynał Martini chce zwoływania powszechnych soborów co trzydzieści lat. Ta propozycja pokazuje jak szybko zmienia się świat. Wzywa Kościół do sprostania współczesności.
Tadeusz Różewicz pisze ironiczny wiersz pod tytułem: „Bóg jest modny”. Ale i bez tej ironii słowa te zostają prawdziwe. Nie widzę w tym nic złego. Sobór Watykański II w dokumencie Nostra aetate, z odwagą stwierdza, że wszystkie religie próbują odpowiedzieć na te same odwieczne pytania. Kościół nie odrzuca nic z tych religii, co prawdziwe jest i święte. Jezus przyszedł zbawić wszystkich, a Duch Święty działa skutecznie również poza Kościołem. Papież modlił się w Asyżu o pokój wraz z wiernymi dwunastu innych religii.
Wiek XIX i XX był wiekiem Nauki, wbrew staraniom Bergsona i Diltheya, wiek XXI na pewno stanie się wiekiem Wiary, wbrew staraniom Dawkinsa i Onfraya. Zbyt daleko uciekła Nauka od etyki i humanizmu, a ludzie dostrzegłszy to, zwracają się do swej etycznej natury, która popycha ich ku wierze. Choć powodów tego zwrotu metafizycznego jest i będzie bardzo wiele.



Gnosis to znaczy Wiedza

Kilka lat temu miałem okazję uczestniczyć w dyskusji zorganizowanej przez lokalne katolickie pismo. W zaproszeniu widniało pytanie: "dlaczego nie wierzymy w Boga?". Każdy mógł przyjść i zabrać głos. Była herbata i ciastka. Szybko okazało się, że dyskutują ze sobą wierzący z wierzącymi jeszcze bardziej. Dopiero po godzinie dopuszczono do głosu zdeklarowanego ateistę. Ten miły Pan Ateusz mówił o utraconej wierze, o łasce i predestynacji, wplatał w wypowiedź cytaty z Biblii i z gnostyków. Po tej wypowiedzi rozpoczął się sąd nad niewiernym. Parafianie pouczali ateusza, przypominali, iż każdego dnia do piekieł idzie około tysiąca dusz. Co do konkretnych liczb potępionych wśród parafian trwała zażarta debata. Herbata stygła, a ciastek ubywało. Było mi wstyd. Pan Ateusz umknął ku wyjściu. Widziałem jak uśmiecha się gorzko sam do siebie. Kręci głową. Po jego wyjściu składano świadectwa wiary i śluby dozgonnej bezgrzeszności. Wtedy po raz pierwszy sięgnąłem do myśli gnostyckiej.
Gnosis to znaczy wiedza. Chrześcijanie wierzą, zdają się na łaskę Ducha Świętego. Wiara to niepewność. Niepewność jutra, niepewność zbawienia. Gnostycy nie chcą żyć w niepewności, losy zbawienia duszy własnej, chcą we własne ręce chwycić. Od zaraz. Sama wiara jest niewystarczająca, potrzebna jest pewność i wiedza, odnalezienie zagubionego Słowa, intelektualny wysiłek w zgłębieniu symboli. Życie człowieka jest odrętwieniem, tylko gnosis może nas zeń wybudzić. Nie wszyscy ludzie mają ducha, nie wszyscy nawet mają duszę, wielu jest na świecie hilozoików, istot cielesnych jedynie, potępionych już z góry. Ci co mają duszę muszą jednak prowadzić bój o jej zbawienie. Nie potrafią gnostycy czekać na łaskę zbawienia. Gnostyk uważa, że może zbawić się sam. Uważa, iż to od jego wiedzy i zaangażowania zależy jego zbawienie. Jednocześnie świat cielesny jest zły. Trzeba się nam z niego wyswobodzić. Świat jest najpewniej stworzony przez drugiego boga, boga zła.
Pewnej zimy jeździłem zmarznięty tramwajem na warszawską Pragę do Różokrzyżowców. Wieczorami prowadzili oni kursy wprowadzające w naukę Różokrzyża. Mieli w swojej siedzibie olbrzymie plansze. Na tych planszach rozrysowane schematy eonów, kręgi promieniowania Boga, energie Krzyża. Kurs wprowadzający w naukę Różokrzyża był skomplikowany. Musiała minąć zima, żebym zrozumiał, że wiara jest czymś prostszym. Dopiero leżąc w maju w parku na trawie, zrozumiałem, że Jezus wcale nie był gnostykiem, nie żądał wiedzy i plansz, chciał tylko wiary, miłości, nadziei. Nie zaś gnosis. Słońce zaświeciło nad Warszawą, a mnie w sercu zrobiło się jaśniej, pogodniej, lżej.
Pisząc o gnostykach i krytykując ich, wcale nie chcę umniejszania roli rozumu czy misteryjności w poznaniu Boga. Wszak: „Złudne jest mniemanie, że wiara może silniej oddziaływać na słaby rozum; przeciwnie, jest wówczas narażona na poważne niebezpieczeństwo, może bowiem zostać sprowadzona do poziomu mitu lub przesądu. Analogicznie, gdy rozum nie ma do czynienia z dojrzałą wiarą, brakuje mu bodźca, który kazałby skupić uwagę na specyfice i głębi bytu.”10
Pokazuję tylko, że Bóg wszystko daje gratis. Że Bóg nie jest elitarny, dla wtajemniczonych. Wiara jest prostaczkom objawiona. Na nic nam czary Szymonie Magu, na nic nam teozofie i antropozofie.


U gnostyków Wiedza i Nauka wyższość mają nad Wiarą. Kiedyś imponowała mi ta elitarność, dziś widzę w tym zuchwałość niewiernego Tomasza, który przekonuje się o słuszności wiary, dopiero stykając swój rozum z empirią, rękę wkładając w rany. Kiedy człowiekowi rozumnemu wydaje się, iż może wiedzieć więcej o Bogu od człowieka wierzącego, znać to, że zjadł już jabłko z rąk Ewy, zaś jego poznanie jest mądrością w oczach ludzi, lecz głupotą w oczach Ojca. New Age, fala duchowości, która współcześnie nikogo nie zostawiła suchym, to współczesna gnoza. Brak tu miejsca, a i temat nie ten, ale swoistą gnozą polityczną możemy nazwać komunizm i faszyzm. Jan Paweł II w „Pamięć i Tożsamość” przybliża się do odczytania zła totalitaryzmów jako konsekwencji błędów rozumu. To zaś otwiera nas na Levinasa czy Voegelina., ale to temat na osobne rozważania, które tu się już nie zmieszczą.

Nieprzemijająca nowość myśli świętego Tomasza
Święty Tomasz ostatnie miesiące życia spędził w zachwycie Bogiem. Nic już nie pisał, wszystko wydało mu się niewystarczające by oddać to czego doświadczył. W pewnym sensie jego mistycyzm miesięcy ostatnich może być pięknym obrazem relacji Wiary i Nauki: Tomasz właśnie wrócił z filozoficznej dysputy z Sigerem z Brabancji, znanym sofistą, co potrafił pięknie kota odwrócić ogonem, tak że ten kot nawet nie miałknął. Tomasz wygrał tę dysputę, ale niesmak pozostał. Chesterton ujmuje ten niesmak tak: „powrócił z jakimś przerażeniem i wstrętem wobec tego świata zewnętrznego, gdzie wieją tak okropne wichry doktrynalne, i z tęsknotą do świata wewnętrznego, gdzie każdy katolik może czuć się u siebie i gdzie świętego nic nie dzieli od prostych, zwykłych ludzi”11
Tomasz wrażliwy na człowieka był zawsze: „Do wielkich intuicji św. Tomasza należy także ta, która wskazuje na rolę Ducha Świętego w procesie dojrzewania ludzkiej wiedzy do pełni mądrości. Już od pierwszych stronic swojej Summa Theologiae Akwinata pragnął ukazać pierwszeństwo tej mądrości, która jest darem Ducha Świętego i wprowadza w poznanie rzeczywistości Bożych.”12 Pierwszeństwo mądrości danej przez Ducha jest istotą chrześcijaństwa. Powszechny dostęp do prawdy, czy też elitarność manichejska lub pitagorejska. Bóg uczonych czy też Bóg żywy wszystkich modlących się, wszystkich pragnących i łaknących sprawiedliwości, wszystkich cichych, smutnych, ubogich duchem. Tomasz nie dał chrześcijaństwu popaść w manichejski pesymizm, nie dopuścił by filozofowie przekształcili religię w nienawiść do życia. Chesterton pisze o Świętym Tomaszu, iż „był on jedynym teologiem optymistą i po drugie, że katolicyzm jest jedyną optymistyczną teologią”13 .
Prymat istnienia, to że życie ma wiele dróg, a wiele dróg życia prowadzi do Boga. Tomasz wymienia pięć takich dróg do Boga, ale gdy rozejrzymy się wokół widzimy ich więcej. Wszystko to jest tradycją Tomaszową, z której wyrasta Jan Paweł II.
Gdy medytuję tu za Janem Pawłem o Wierze i Nauce, widzę personalistyczny rys, że oto Wiara jest czymś przeszywającym naszą osobę, zaś Nauka daje tylko zadość ambicjom społecznym przekazania pewnych doświadczeń za pomocą języka. Nauka jest specjalistycznym narzędziem władania przyrodą, jak radził Franciszek Bacon. Dla Nauki jesteśmy tylko jednostką, dla działania Wiary zawsze jesteśmy konkretną osobą. Zatem Wiara bliżej jest człowieka niż Nauka. A przez to bardziej jest ludzka, a zatem bardziej prawdziwa.

Pasterz bycia
Jan Paweł II jest myślicielem trzech tradycji: tomizmu, personalizmu i fenomenologii. Jest myślicielem nowoczesnym, upomina się o troskliwość wobec egzystencji. Prostymi i pięknymi słowami upomina się o sens bycia. Nie daje nam upaść w banał, przeciętność, gadaninę, w pułapki „się”. Otwiera nas na bycie, przykazuje: Otwórzcie się na Chrystusa! Otwórzcie się na Życie. Wszak Jezus jest Drogą i Życiem. Jan Paweł II u Tomasza cenił ten egzystencjalny zapał stawiania istnienia przed bytem. Sądzę, że Jan Paweł II był wielkim Pasterzem Kościoła, ale był również wielkim Pasterzem Bycia.
Jan Paweł II zwraca się do teologów, filozofów i naukowców 14 ”Wszystkich proszę, aby starali się dostrzec wnętrze człowieka, którego Chrystus zbawił przez tajemnicę swojej miłości, oraz głębię jego nieustannego poszukiwania prawdy i sensu”. Wszyscy płyniemy ku jednej latarni, czasem nas tylko mgła i wiatr zwodzi.

Japońscy turyści
Japońscy turyści jadą autokarem. Przepychają się między sobą do okien. Setki fleszy oślepia. Porobili zdjęcia. Chcą mieć dowody. Dołączą je do tysiąca innych zdjęć z całego świata, świata zwiedzanego przez nich skrupulatnie. Chcą zobaczyć osiem stolic, podczas tygodnia urlopu, należy się spieszyć, część zachwytów przełożyć na później. Może znajdzie się kiedyś czas by obejrzeć zdjęcia z wakacji, zobaczyć każdy szczegół, który uciekł zmęczonym oczom podczas zwiedzania.
Odnoszę wrażenie, że my wszyscy podczas naszej ziemskiej wędrówki jesteśmy japońskimi turystami. Chcemy wygodnie przejechać przez życie i zobaczyć, co zobaczyć wypada. Refleksję odkładamy na potem. A tu i teraz uciekają nam chwile, klimaty, impresje, przemyślenia. Spieszymy się, ale kto mi powie, dokąd? Kupujemy błyskotki, bierzemy czym nas mamią. Trzymamy się tłumu, nie lubimy błądzić w nieznanych uliczkach. I zawsze nam się wydaje żeśmy już wszystko widzieli.
Ja też pisząc ten esej byłem japońskim turystą. Skakałem z tematu na temat, błyskałem fleszem wielkich nazwisk po oczach i jechałem dalej udając, że coś więcej już wiem, coś więcej ujrzałem. Pisząc ten esej codziennie czytałem Jana Pawła II. Podkreśliłem kilkadziesiąt zdań gotowych do cytowania. Publikacji biograficznych i naukowych na temat Papieża jest wiele. Kompilować je, cytować, powtarzać, chyba nie o to chodzi. Pisałem szczerze. Rzucałem życie na kartki i czekałem jak odpowie Duch Święty. Mam wyrzuty sumienia. Przekazałem chyba za mało z wielkiej myśli Jana Pawła II. Bo moje myśli żyły w rozproszeniu. Zęby przeżuwały tomizm, franciszkanizm, egzystencjalizm, fenomenologię, heideggeryzm, literatutrę. Czytelnik łatwo zobaczy moją więź z Bergsonem, usłyszy echa lektury Lwa Szestowa. Czy jednak proporcje nie zostały zachwiane? Nie chciałem wystawiać pomnika Janowi Pawłowi II. Takich pomników, ciosanych i w kamieniu i w słowie jest w Polsce mnóstwo. Często wyrażam myśli Wojtyły, wcale ich nie cytując. Człowiek nasiąka lekturami. Inspiracje czerpałem z różnych studni: z książek, introspekcji, obserwacji, z doświadczeń własnych i bliźnich. Dołączałem to do myśli Jana Pawła II, czekałem jak ta myśl będzie się bronić. Broniła się bardzo dobrze. W eseju tym o Nauce i Wierze, myśl Jana Pawła II była dla mnie Nicią Ariadny, po której wracałem z labiryntu filozofów i poetów. Nić ta łączy cały ten esej, pozornie chaotyczny i pełen impresji. Jan Paweł II nazywany jest Papieżem Wolności. Korzystałem z tej wolności pełnymi rękoma. Dziękuję Czytelnikowi, który ze mną odczuwał podczas czytania. Przepraszam tych, co stracili tylko czas.




Wiara i Nauka
Święty Piotr idzie po wodzie do Pana. Gdy zaczyna wątpić - tonie. Czy my wszyscy nie jesteśmy tonącymi Piotrami, którzy zamiast wierzyć w dokonujący się cud życia, toną w powodzi zadawanych pytań? Nauka potrzebna jest nam by świat ogarniać, wiara by w tym świecie w ogóle istnieć.


































B I B L I O G R A F I A



Pozycje podstawowe

1.Jan Paweł II „Encykliki Ojca Świętego Jana Pawła II” Kraków 1996
2.Jan Paweł II „ Fides et Ratio” 1998
3.Jan Paweł II “Przekroczyć próg nadziei” Lublin 1994
4.Karol Wojtyła „Poezje Zebrane” Kraków 2003
5.Karol Wojtyła „Świętego Jana od Krzyża nauka o wierze” Lublin 2000
6.Jan Paweł II „Pamięć i Tożsamość” Kraków 2005

Pozycje pomocne i inspirujące:

7.J. Galarowicz „Imię własne człowieka” Kraków 1996
8.G.K Chesterton „Święty Tomasz z Akwinu” Warszawa 1999
9. Martin Heidegger „Bycie i Czas” Warszawa 2008
10. Charles Baudelaire „Kwiaty Zła”
11. Lew Szestow „Ateny i Jerozolima” Kraków 2008
12. Michel Montaigne „Próby” t. 1 – 3 Warszawa 1985
13. „Kwiatki św. Franciszka”
14. Michel Onfray „Traktat Ateologiczny” Warszawa 2008

Oprócz wymienionych pozycji inspirację czerpałem z lektur Pisma Świętego, rozmów z Ojcem (ziemskim) i przyjaciółmi, codziennej introspekcji oraz z obserwacji tłumu japońskich turystów w Brukseli.












Data: 17-12-2009 o godz. 09:51:25 (Odsłony: 1105)
(Czytaj więcej... | 13 liczba komentarzy: | Ocena czytelników: 4.42)

Esej: FIZYKA: ZMIERZCH CZY RRENESANS? /sążnisty esej/ ***
Esej
Autor: tsole

FIZYKA: ZMIERZCH CZY RENESANS?
Refleksje w stulecie przewrotu w fizyce

I. Dwie niepozorne rysy
W noc sylwestrową przełomu XIX i XX w. fizycy mieli prawo do beztroskiej zabawy w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Powszechnie uważano, że gmach fizyki został ukończony. Na jego nieskazitelnej konstrukcji, zbudowanej ze zweryfikowanych empirycznie matematycznych modeli, rysowały się jeszcze tylko dwie małe skazy – drobiazg, który się dopracuje. Jedna lokowała się na piętrze termodynamiki i była związana z niezgodnością empirycznego widma promieniowania ciała doskonale czarnego z teoretycznym, opartym na prawach fizyki klasycznej wzorem Rayleigha-Jeansa. Druga widniała na piętrze elektrodynamiki i dotyczyła niezmienniczości względem transformacji Galileusza solidnie zweryfikowanych doświadczalnie równań Maxwella (ta niezmienniczość była w ówczesnym paradygmacie obowiązującym testem na falsyfikowalność teorii). Ale co tam - dwa pociągnięcia pędzla i gmach gotowy - bagatelizowano problem.
Okazało się jednak, że te dwie małe rysy zamieniły się w całkiem szerokie pęknięcia, rozwalając gmach newtonowskiej fizyki w proch. Co ciekawe, rysa pierwsza (nieco później, bo w 1911 r. austriacki fizyk i matematyk Paul Ehrenfest nazwał ją „katastrofą ultrafioletową”), doprowadziła do mechaniki kwantowej, która ukazała fizykom całkiem nowe oblicze mikroświata, druga zaś zrewolucjonizowała wielkoskalowy obraz rzeczywistości - doprowadziła bowiem do powstania szczególnej, a następnie ogólnej teorii względności, czyli nowej teorii grawitacji, na której zbudowano zupełnie nową kosmologię. I w jednym i w drugim przypadku nowa fizyka spotkała się z ograniczeniami, które znacznie osłabiły optymizm poznawczy piewców deterministycznej mechaniki pokroju Laplace’a znanego z naśladowania Archimedesa: „dajcie mi położenia i pędy wszystkich cząstek świata, a pokażę wam jego historię i przyszłe losy”.




Data: 24-11-2009 o godz. 20:17:43 (Odsłony: 4307)
(Czytaj więcej... | 44068 bajtów więcej | 85 liczba komentarzy: | Ocena czytelników: 4.90)

Esej: Spór o pejzaż. /esej/
Esej
Autor: artopta

Spór o pejzaż Caspara Davida Friedricha
a problemy niemieckiej teorii malarstwa krajobrazowego początku XIX wieku


Zarysowanie teorii, a może raczej przybliżenie swoistej wizji pejzażu w niemieckiej myśli o sztuce początku XIX wieku, nie jest zadaniem łatwym. Wymaga rozpatrzenia w kontekście dokonującego się na przełomie XVIII i XIX wieku całkowitego przewartościowania poglądów na relację człowiek - świat, które tutaj, zwłaszcza w ujęciu kręgu tzw. jenajskiej szkoły romantyków, przyjęły specyficznie irracjonalny, mistyczny wymiar.
Nowe pojmowanie natury, „naturocentryczny” do niej stosunek polegający na skupieniu się na naturze samej, postrzeganiu jej jako autonomicznego i uduchowionego bytu, „rozciągnięcie” pojęcia natury na określenie wszechświata, „wypracowanie” swoistego uzasadnienia dla miejsca człowieka w tak pojętym uniwersum (niezbędnego elementu świadomości w obrębie duszy świata, mikrokosmosu, w którym wszechświat odbija się i rozpoznaje ), utożsamienie Boga z naturą i nowe pojmowanie religii („religii kosmicznej” bez granic i ściśle określonych zasad, konkretyzacji wyznaniowej ), szczególne, sakralne wręcz rozumienie istoty sztuki (także osoby artysty), wyraźne podkreślanie jej znaczenia, niezbędności w życiu człowieka (jako medium między nim a Bogiem - totalnością bytu) - to zaledwie kilka aspektów tego przełomu. Stąd wynikały próby stworzenia świata nowych symboli, nowej rzeczywistości w sztuce, a także rozważania o malarstwie krajobrazowym.
Nie jest możliwe uchwycenie tutaj całości zagadnienia, zarysowanie kilku jego wątków, próbę określenia znaczeń przypisywanych malarstwu krajobrazowemu, umożliwi analiza wypowiedzi tzw. Sporu Ramdohra. Głosy tego sporu nie są zestawieniem teorii pejzażu - „klasycznej” i „romantycznej” - a wręcz uzmysławiają trudność (przy hipotetycznym założeniu istnienia określonej „romantycznej” teorii malarstwa krajobrazowego) znalezienia płaszczyzny dla takiego zestawienia. Jako doskonała ilustracja zderzenia odmiennych sposobów myślenia o sztuce, jej postrzegania i odbioru - które nastąpiło w odniesieniu do konkretnego dzieła pejzażowego, kierują ku pytaniom nie tylko o wiążące się z tym gatunkiem problemy, lecz także o kondycję, mentalność człowieka początku XIX wieku.

W styczniu 1809 roku w „Zeitung für die elegante Welt” ukazał się artykuł F. W. Basiliusa von Ramdohr o obrazie C. D. Friedricha, „Krzyż w górach”, zakupionym przez księżnę Thun-Holstein jako obraz ołtarzowy dla domowej kaplicy w Tetschenie i pokazanym publicznie w czasie świąt Bożego Narodzenia w pracowni malarza.
Krytyczna wypowiedź Ramdohra skierowana, według jego słów, nie przeciwko malarzowi, któremu nie odmawia talentu i „posiadania tego, co Diderot ‘tajemnicą’ nazwał, ani też samemu obrazowi, lecz przeciwko zgubnej dla sztuki tendencji, z której obraz wynika - wywołała szeroką dyskusję w artystycznym środowisku Drezna. Wzięli w niej udział, jako „obrońcy” Friedricha, m. in. malarze Ferdinand Hartmann i Gerhard von Kügelgen oraz Rühle von Lilienstern. Stanowisko Friedricha znane jest z listu do profesora Akademii Johanna Schulza .
Zarzuty Ramdohra (wpływowej osobistości w Dreźnie, od 1806 roku piastował godność szambelana hanowerskiego, „wychowany na klasycznych dziełach” był autorem kilku pism o sztuce ), wynikają z przeświadczenia, że istnieje dla sztuki jedna, uniwersalna prawda, do której dotarcie możliwe jest tylko poprzez znajomość i rozumne stosowanie właściwych każdemu rodzajowi sztuki reguł. One decydują o pięknie i dobrym smaku, stanowią o wartości dzieła i umożliwiają zarazem artyście wykazanie się dobrym kunsztem. Friedrich, zdaniem autora, dla osiągnięcia efektu i oryginalności świadomie złamał wszystkie zasady przynależne malarstwu krajobrazowemu, usiłował także poprzez niejasną alegorię nadać przedstawieniu przyrody znaczenia religijne.
Krytyka Ramdohra ma podwójny wymiar: estetyczny i religijny (ten może słabiej zaakcentowany). Jest to protest zarówno przeciwko łamaniu reguł w sztuce i czynieniu elementów przyrody głównym tematem obrazu, jak i przeciwko „wślizgiwaniu się pejzażu na ołtarze”, prowadzącemu w konsekwencji do tego, że człowiek modlić się ma do przyrody.
Wywód swój rozpoczyna Ramdohr dosyć dokładnym opisem formalnym dzieła. Aby wyprowadzić jego „alegoryczne” znaczenia - przy jednoczesnym zastrzeżeniu: „Jeśli zobaczyłem mniej niż powinienem zobaczyć, tym gorzej dla pana Friedricha, dlaczego nie wyraził się jaśniej? Dlaczego liczy przy obrazie, który tak wiele powinien zbudować, na silne odczucie nielicznej grupy wybrańców?” - zakładając, iż malarz ujrzał przedstawioną scenę z natury w rzeczywistości, „każe mu obraz skomentować” . I określa go jako „wynik” pełnego fantazji, głębokiego, religijnego odczucia. Przekazanie takiego doznania, zaznacza jednocześnie, byłoby możliwe w powieści a nie na obrazie . Estetyczne wzruszenie, które powinno wywołać dzieło sztuki, różni się bowiem od pełnego afektu, „patologicznego” wzruszenia doświadczanego w przyrodzie. Warunkuje je przestrzeganie przez artystę właściwych sztuce, do której dzieło należy, zasad. A im większy posiada on talent, tym silniejsze będzie oddziaływanie obrazu - sam efekt nie stanowi jednak o jego wartości.
Określając właściwości malarstwa krajobrazowego stara się Ramdohr udowodnić, że Friedrich nie wykonał dobrego pejzażu. Wymagania przedstawione przez Ramdohra, wzbogacone poprzez wskazanie na „wzorcową” twórczość Nicolasa Poussina, Caspara Dugheta (Poussina), Claude Lorraina i Salomona Ruisdaela - są luźnym streszczeniem wcześniejszych rozważań teoretyków Akademii .
Obraz pejzażowy powinien, według Ramdohra, przedstawiać naturę zgodnie z tym, jak w rzeczywistości mógłby być dany jej ogląd obserwatorowi. Malarz musi ukazać różnorodność przyrody, wielość elementów i ich wzajemne zależności w uporządkowanym, na sposób sceny, sugerującym głębię przestrzeni układzie. Malarstwo krajobrazowe ma właściwą sobie prawdę kształtów i kolorów - analogiczną widocznym przy obserwacji przyrody - osiąganą dzięki umiejętnemu zastosowaniu perspektywy liniowej i perspektywy powietrznej, także znajomości praw optyki. Przedstawienie form przyrody w wielu, odpowiednio zaakcentowanych konturami planach (tzn. podzielenie na trzy plany horyzontalne - nie w jednolitym charakterze, lecz tak, aby wzrok widza napotykał na pewne ograniczenia i przesuwał się ku formom dalszym) oraz wydobycie ogólnego kolorytu obrazu - pozwala na uzyskanie wymaganego, „miłego dla oka”, efektu harmonii kształtów i harmonii barw. Ponieważ wszystko w przyrodzie ukazuje się oczom jako „masa”, artysta nie potrzebuje odtwarzać innych detali ponad te, które są niezbędne, aby ją scharakteryzować. Powinien zrezygnować z dokładnego opracowania poszczególnych form, wydobycia kolorów lokalnych, na rzecz „prawdziwego”, harmonijnego i „skończonego” zaprezentowania całości. Szczególnym kunsztem może się wykazać poprzez oddanie działań światła, które tutaj nie służy tylko jako środek dla określenia kształtów i bogactwa kolorów a ukazuje się pełniej. W myśl powyższych zaleceń przestrzega Ramdohr dodatkowo przed obrazowaniem tylko jednego elementu z przyrody (niemożność pełnego zaprezentowania perspektywy liniowej) oraz zmierzchu bądź nocy (brak efektu światła i perspektywy barwnej).
Wywołanie określonego wzruszenia estetycznego, wykonanie dobrego obrazu pejzażowego, możliwe jest według autora, tylko dzięki idealizacji. Rozumny wybór odpowiednich fragmentów z natury i ich artystyczne przetworzenie, nadają przedstawieniu przyrody stosowny charakter bądź wyraz (zgodnie z witruwiańską klasyfikacją scen i tradycją cyceroniańskiego rozróżnienia stylów retorycznej wypowiedzi). Najwyższy wyraz osiąga ono dzięki odniesieniu obrazu przyrody jako sceny do jakiejś bardzo ogólnej sytuacji z życia człowieka, zwyczajów i zachowań, albo do powszechnie znanej „historii” - co zbliża pejzaż w hierarchii gatunków do malarstwa historycznego . Działania i charakterystyka postaci ludzkich wprowadzonych do przedstawienia przyrody, powinny być stosowne do wyrazu całości.
W ten sposób zaprezentowany zostaje idealny obraz „natury” - estetycznej i moralnej, uszlachetnionej przez „ducha”, idealne jej piękno. Na tym, zdaniem Ramdohra, wyczerpują się możliwości „znaczeniowe” malarstwa krajobrazowego.
W ocenie Ramdohra, Friedrich złamał wszystkie te zasady. Dokonał złego wyboru z natury: samotny masyw góry, i niewłaściwie go opracował. Nie chciał, bądź nie potrafił, określić żadnego stałego punktu widzenia dla tego, co zamierzał pokazać (z wypowiedzi Ramdohra można wywnioskować, iż najbardziej pożądane, jego zdaniem, byłoby frontalne ujęcie sceny, poprzez skierowanie oka ściśle na horyzont). Nie zaznaczył przestrzeni: brak tutaj planów i perspektywy powietrznej. W miejsce harmonii kolorów i światła, zastosował kontrast nieoświetlonego „płaskiego” masywu góry i oświetlonego, „krzyczącego barwami” nieba. Złamał prawa optyki także poprzez nieprawdziwe ukazanie promieni zachodzącego/ wschodzącego słońca (złe wykonanie obrazu, zdaniem Ramdohra, brak „dookreślenia” przedstawienia góry poprzez rozwinięcie planów - uniemożliwia rozpoznanie właściwej pory dnia) oraz błędne oświetlenie nimi krucyfiksu.
Uwagi te, wraz z podkreśleniem zbyt skrupulatnego, „bojaźliwego” odtworzenia szczegółów (dokładnego opracowania partii góry, jodeł, mchu), prowadzą autora do wniosku, iż Friedrich namalował obraz na podstawie odpowiednio oświetlonego modelu z wosku - stąd brak prawdy w przedstawieniu, gdyż nie mógłby tak tej „sceny” ujrzeć w naturze.
Główny błąd malarza, według Ramdohra, nie wynika jednak z samego wyboru tematu i sposobu jego przedstawienia. To, jak uważa, można przypisać brakowi praktyki i obserwacji natury, także pragnieniu wykazania źle pojętej „szlachetnej prostoty”. Istotę błędu stanowi sam zamiar przekazania poprzez obraz przyrody znaczących treści - idei religijnej, co „zarezerwowane” jest dla wyższego gatunku malarstwa. Malarstwo historyczne, przedstawiając określoną scenę religijną, lepiej działa na odbiorców - kieruje bezpośrednio ku pobożnym rozmyślaniom i modlitwie. W dodatku Friedrich starał się dokonać tego swoistego „nadużycia” poprzez alegorię (w myśl określenia Ramdohra miałaby to być „idealizacja poprzez alegoryzację”).
Zgodnie z własną definicją, iż alegorię w obrazie tworzy nieoczekiwane zestawienie przedmiotów, zwykle obok siebie nie spotykanych i taki ich dobór, zachowując minimum prawdopodobieństwa, zwraca uwagę na znaczenia ukryte - stanowi alegorię dającą się odczytać rozumnie , Ramdohr udowadnia, iż w malarstwie pejzażowym jest ona niemożliwa. „Można by ją wyrazić poprzez ukazanie ziemi na górze a nieba na dole, lecz wtedy byłby to nieprawdziwy obraz natury [...], figury mogą wyrażać alegorię, ale w pejzażu są one zawsze podporządkowane, są jego atrybutem, a gdy są głównymi figurami obrazu, wtedy pejzaż określa tylko scenę zdarzenia a obraz należy do malarstwa historycznego” . Ciężar objaśnienia takiego „alegorycznego” krajobrazu musiałby więc znajdować się poza obrazem: albo w pomieszczeniu, dla którego został przeznaczony, albo na ramach, co - zdaniem Ramdohra - chciał właśnie zrealizować Friedrich, projektując je specjalnie dla swego pejzażu. „Bez tych ram, wystawiony w galerii obraz uznany zostałby za przedstawienie źle wybranej sceny z natury a krucyfiks za sztafaż” .
Złote ramy obrazu wraz z emblematami: oko Opatrzności, kłosy, winorośl na predelli, główkami cherubinów i srebrną gwiazdą na zamykającym górę obrazu, utworzonym z liści palmowych ostrołuku, gotyckie kolumienki po bokach - według Ramdohra nie tylko nie pozostają w żadnym logicznym związku z samym obrazem (autor próbuje m. in. określić porę dnia na obrazie, wskazując na gwiazdę - dochodzi jednak do wniosku, iż „manewr” ten problemu nie wyjaśnia) a właśnie poprzez zestawienie z nim, wraz ze sposobem zaprezentowania obrazu publiczności w pracowni malarza: w półmroku, na stole nakrytym czarną tkaniną - stają się dowodem na to, iż Friedrich uległ owej, zwiastującej „czasy barbarzyństwa”, „chorobie wieku”, czyli mistycyzmowi. „Który tera wszędzie się wślizguje i wkrótce, tak ze sztuki jak i z filozofii, z wiedzy jak i z religii, sparaliżuje nas swym narkotycznym czadem” .
Stąd właśnie, zdaniem Ramdohra, wynika błędna, zaprzeczająca dobremu smakowi tendencja, aby zasady sztuki budować na tajemnych, zawiłych odniesieniach, grze niejasnych podobieństw, symbolach i fantazjach, co prowadzi do tego, że sztuka nie może być zrozumiana bez komentarza artysty. Zamiast oprzeć ją na wiedzy, poznaniu i dobrych wzorach. Z takiej niewłaściwej tendencji wynika też „propozycja”, aby estetyczne wzruszenie doznane dzięki dobremu dziełu sztuki zastąpić „patologicznym” wzruszeniem. Zrównać więc dzieło sztuki z przyrodą - zaprzeczyć istocie sztuki.

Surowe zarzuty Ramdohra wobec pejzażu Friedricha spotkały się z nie mniej aktywną ripostą.
Najpełniej i najostrzej odpowiedział na nie Ferdinand Hartmann . Starał się wykazać jednostronność i brak konsekwencji w opiniach przedmówcy, który - jego zdaniem - nie posiadając rzetelnej wiedzy o sztuce i filozofii, religii, bez właściwej umiejętności patrzenia i odczuwania, uzurpuje sobie prawo do oceniania sztuki. Także w wypowiedziach Friedricha, Gerharda von Kügelgen i Rühle von Lilienstern głównymi wątkami „obrony” są rozważania o roli krytyka i możliwości (a zarazem prawie) artysty do swobodnego wyrazu.
Lilienstern postuluje wręcz, aby w miejsce „uprawomocnionego przymusu” w sztuce, konieczności podporządkowania się krępującym artystę-geniusza regułom, wprowadzić „uprawomocnioną wolność” wypowiedzi twórczej .
Friedrich wskazuje na „nieskończoną różnorodność dróg wiodących ku sztuce będącej centralnym punktem świata, najwznioślejszego, duchowego dążenia”. Różnorodność ta wynika z odmienności uczuć, których dzieło jest wyrazem - nie przeszkadza to jednak w osiągnięciu przez różnych artystów tego samego, najwyższego celu. W przyrodzie istnieje przecież - jak argumentuje - ogromne urozmaicenie form i kolorów, pozwalające na odmienne ich odwzorowanie. Niekoniecznie w zgodzie z normatywnymi ograniczeniami wysuwanymi przez Ramdohra .
Z kolei Kügelgen, nieco inaczej, ujmując sztukę historycznie, w kategoriach rozwoju, sprzeciwia się obowiązkowi „kopiowania” dzieł klasyków, gdyż - jak uważa - uniemożliwia to postęp sztuki. Dzielo otrzymuje swój kształt z uczucia i z idei, które artysta chce wyrazić poprzez formę. Tak czynili dawni mistrzowie, „którzy reguł prawdopodobnie nie odziedziczyli po adamie” i tak też postąpił Friedrich, zgodnie ze swoim odczuciem i ideą, nadając własną formę swemu przedstawieniu. A duchowy wymiar dzieła, swoista magia i tajemnica w nim zawarte świadczą, iż miał do tego prawo: ”z serca odwołując się do serc” .
To ostatnie określenie uznaje Ramdohr w swej kolejnej wypowiedzi za zbyt ogólne, aby mogło zastapić reguły, „dobrze służyć oryginalności”. Według niego nic nie przemawia bardziej „do serc” niż przedstawienie „moralnej natury”. „Kompetencje” artysty zaś, co do przekazywania świata własnych odczuć w dziele nie powinny przekraczać zadania pobudzenia uczuć u widza (tu: poprzez danie mu sposobności ujrzenia widoku natury oczami artysty i przyjemności „skonfrontowania” tego z własną obserwacją). Reguły nie zostały wymyślone przez wielkich mistrzów, lecz odkryte dzięki prawidłowemu, należytemu poczuciu natury sztuki. Przekroczenie tych „świętych przykazań” zwiastuje, zdaniem Ramdohra, dążenie artystów w przyszłości do oryginalności i nowości w sztuce za wszelką cenę, co z dążeniem do doskonałości w sztuce nie ma - jak uważa - nic wspólnego.
Ponieważ i Hartmann, i Kügelgen podważają sugestię Ramdohra o nieumiejętności malarza (Friedricha) i braku obserwacji natury - poprzez wskazanie na szereg studiów przez niego wykonanych, w których widoczne jest, ich zdaniem, szczere pragnienie dotarcia do prawdy, wierność i miłość wobec natury - Ramdohr swoje wątpliwości „dookreśla” twierdząc, iż ważne jest nie tylko to - czy, lecz - jak artysta naturę studiuje i jak wykorzystuje swoje obserwacje w dziele sztuki .
Obie strony sporu odwołują się do prawdy w sztuce, do natury. Zestawienie wypowiedzi wskazuje jednak jak odmiennie pojmowanych.
Przekonaniu Ramdohra o uniwersalności jednej, doskonałej formuły sztuki, przeciwstawione zostaje pojmowanie sztuki wynikającej z siły wewnętrznej wizji artysty natchnionego przez Boga. Nie stanowią o niej „martwe reguły”, lecz „bezposrednio przez universum pobudzone i przejęte” doznanie, które artysta-geniusz dzięki głębokiej religijności i umiejętnościom, twórczo rozwija w dziele sztuki - chcąc przekazać subiektywną prawdę o Bogu i świecie widzowi, zbliżając się ku Bogu.
Natura, o której mówi Ramdohr jest naturą niejako „statyczną” i „pozaludzką”, bezduszną dostarczycielką form i wzorów, których niezmienne reguły odnajduje rozum. Ta, do której odwołują się Hartmann, Lilienstern i Friedrich jest naturą żyjącą, obdarzoną duchem, w niej poprzez głębokie odczucie objawia się prawda istnienia. Ramdohr uznaje za najwyższy stopień malarstwa krajobrazowego - krajobraz idealny, gdyż ukazuje on naturę nie taką jaka jest w rzeczywistości (z jej błędami i niedoskonałościami, przypadkowością), lecz taką jaka „powinna być”. Dla Hartmanna idealizacja jest swoistym „zafałszowaniem” natury, wiernym przenoszeniem kształtów, ale bez oddania jej istoty. Według niego obraz natury powinien być nie tyle idealny, co zawierać w sobie ideę - odkryte przez artystę duchowe przesłanie natury: „W pełni czuję, iż artysta połączył z tym przedstawieniem ideę, która im dłużej oddam się kontemplacji obrazu, tym będzie dla mnie jaśniejsza, wyraźniejsza i donioślejsza. Jeśli jest tutaj jakaś alegoria [której, jak i pozostali nie widzi] to jest przecież własnością natury, że ona stale alegoryzuje, stąd pytanie o możliwość wyrażenia poprzez pejzaż określonych idei bądź uczuć, zostałoby w ten sposób wyjaśnione [...]. Ten, kto utrzymuje, że jest to niemożliwe, uważa, iż w tym celu zwykły stosunek przedmiotów w niezwykły zmieniony być musi, ten nie mógł być nigdy prawdziwie poruszony przez naturę. Czyż nie poprzez kształty, formy, obrazy, kolory i działania światła przemawia natura do naszej duszy, czyż nie w te same formy, obrazy i kolory ubiera się nasza fantazja, chcąc przemówić do świata? Kto jednak nigdy nie żył w bliskich z naturą stosunkach, nigdy nie oddał się brzmieniom, którymi przemawia do naszych uczuć, dla tego zawsze pozostanie jej mowa obca i niezrozumiała. Komu brakuje tego poczucia wzniosłości i doniosłości w naturze, ten także nigdy nie zdoła wniknąć w ducha i istotę sztuki, zgłębić jej natury i doniosłości” .
W pejzażu możliwe jest więc, zgodnie z odczuciem artysty, przekazanie idei najwyższej - przedstawienie Boga. Argumenty zaś Ramdohra o niestosowności obrazu pejzażowego w kościele odpiera Hartmann poprzez wskazanie na pejzaże Duqheta w S. Martino el Monti w Rzymie.
A zdaniem Liliensterna, „te całkiem znane emblematy umieszczone na ramach, znajdujące się na prawie każdym chrześcijańskim ołtarzu [...] wskazują nieuprzedzonemu, że zamknięty ramami obraz jest obrazem ołtarzowym lub innym obrazem kościelnym”. Z wypowiedzi Ramdohra wynika więc jedna tylko „niedwuznaczność”: „że dla niego prawdziwa modlitwa nie jest niczym innym jak tylko patologicznym wzruszeniem a sztuka zbiorem pięknych wprawek dla zabawy dobrze wychowanych ludzi” .

Dyskusja wokół „Ołtarza deczyńskiego” uważanego za swoisty manifest „wczesnego romantyzmu niemieckiego”, który z obrazu przyrody uczynił obiekt sakralny , wskazuje na niezwykły „awans” pejzażu i pozwala wysnuć przypuszczenie, iż zasięg znaczeń pejzażu mógł być właściwie nieograniczony.
Ramdohr wysuwa określone, oparte na akademickiej doktrynie i własnych obserwacjach, wymagania. Według zasad dobrego smaku (opartych na wyuczonych, ściśle określonych regułach) stara się poddać obraz analizie i ocenia go jako nieudany. Brak w nim - jego zdaniem - prawdy i piękna. Wyraźnie różnicuje, nie tylko rodzaj wzruszenia, estetycznego i „patologicznego”, podkreśla także odmienność środków wyrazu, treści i działania poszczególnych „dyscyplin” artystycznej wypowiedzi (najsilniejszego wzruszenia estetycznego dostarcza w takim „przyporządkowaniu” muzyka, odwołująca się bezpośrednio do „usposobienia” słuchacza, zezwalająca na dowolne, „ciemne” skojarzenia). Obraz Friedricha klasyfikację tę w pełni przełamuje, najbardziej - przypisaną mu, zaskakującą funkcją. Ramdohr, jak się wydaje, dostrzega nowatorstwo dzieła, nie może jednak, stojąc na gruncie uznawanych zasad z tym nowatorstwem się zgodzić ani go zaakceptować. Dlatego obraz ten (pomimo zapewnień o bezstronności) „zwalcza”, uznaje wręcz za dzieło „niebezpieczne” - burzy ono pewien istniejący ład estetyczny i intelektualny.
Druga strona sporu swoich wymagań odnośnie malarstwa krajobrazowego wyraźnie nie artykułuje. Trudno tu nawet wywnioskować jaki kształt czy znaczenie miałby pejzaż w ich ujęciu przyjąć. Zwolennicy „nowego” postulują bezgraniczną wolność dla twórcy, stąd - możliwość przedstawienia natury zgodnie z odczuwaniem i ideą bliską artyście. Duchowy wyznacznik dzieła jest najważniejszy, brak tutaj nie tylko jego formalnej analizy (Hartmann dokonuje jedynie kilku „korekt” analizy Ramdohra), ale i próby interpretacji. Idea wyrażona przez artystę w obrazie musi objawić się widzowi poprzez skupienie i kontemplację. Brak „gotowej” oceny pozwala na subiektywne wartościowanie, publiczność ma sposobność dokonania własnych spostrzeżeń. Sztuka nie może być „wyjaśniona i zaszufladkowana”, zawiera „metafizyczną” tajemnicę.
Objaśnienie obrazu przez Friedricha, zredagowane przez Augusta Semlera i opublikowane w wyniku sporu, tylko w ogólnym zakresie tłumaczące zamysł artysty, doskonale myśl tę potwierdza .

Wyrażone tutaj poglądy są jedynie fragmentem (a nawet: wynikiem) szerszych rozważań, dla którego „dookreślenia” konieczne jest głębsze spojrzenie. Niemiecka myśl o sztuce początku XIX wieku wydaje się być specyficznym wyrazem ogólnej tendencji, którą określić można jako „tęsknotę za transcendencją”. Cechą łączącą myśl Oświecenia i tę z początku XIX wieku jest szczególne poczucie przełomowości epoki i posłannictwa. Z tym, że ta pierwsza wyrażała dążenie do generalnej rekonstrukcji ludzkiego świata, opartej na zasadach Rozumu a w myśli drugiej było to przeżywanie własnej teraźniejszości jako czasu totalnego kryzysu. Stąd odwoływanie się do prawd pozarozumowych, boskich. Zainteresowanie pismami mistyków, akcent położony na podświadome, irracjonalne poznanie, poszukiwanie „korzeni” w najdalszej przeszłości (i sztuce) narodu. To, co oświeceniowy krytycyzm, racjonalizm uporządkował i rozdzielił: filozofia, religia, nauka (tu też - historia), sztuka - próbowano spoić na nowo i z tej jedności wyprowadzić świat nowych wartości i symboli. Niejako „zaprojektować” nową ludzką kulturę. Istotne dla ukształtowania się myśli niemieckiej początku XIX wieku (umownie „wczesnoromantycznej”), idee wcześniejsze - tzw. okresu „Burzy i Naporu”: kult indywidualności, geniuszu, nacisk położony na spontaniczne „pierwotne wrażenie” a także „zbliżenie się” człowieka ku naturze, przejawiające się w postrzeganiu natury („ziemi utraconej”) jako obszaru odrębnego w stosunku do kultury a także: w filozofii przyrody, ujmującej naturę już nie jako mechanizm a żyjący i nieprzerwanie stający się, tożsamy z historią, dynamiczny organizm - zdeterminowane zostają pierwiastkiem boskości. Właśnie pojęcie Boga tak istotne dla sformułowania „nowej” wizji wszechświata, zdaje się być tutaj swoistym „kluczem” do zrozumienia myśli o sztuce. Bóg - natura - sztuka to równoznaczne, zasadnicze elementy rozważań.




Data: 05-08-2009 o godz. 07:02:09 (Odsłony: 967)
(brak komentarzy | Ocena czytelników: 1)

Esej: Światła i cienie republikanizmu /ideowy esej historyczno-politologiczny/
Esej
Autor: Toni

Współczesne narody, w rozumieniu przyjmowanym obecnie w kręgu cywilizacji europejskich, ukształtowały się dopiero w czasach nowożytnych, a właściwie – po rewolucji francuskiej. W dużej mierze są one efektem rozprzestrzeniania się w Europie i Ameryce Północnej idei republikańskich i demokratycznych. Niemniej jednak bardziej dociekliwi historycy i historiozofowie kiełkowanie poczucia odrębności narodowych wśród ludów zamieszkujących królestwa średniowiecznej Europy dostrzegają u schyłku epoki średniowiecza.

PRZYKŁADY
Włoskie poczucie narodowe i kształtowanie się włoskiego narodu – mimo rozbicia półwyspu na państwa-miasta – patrząc poprzez jedność ich wielkiej kultury renesansowej, dostrzegamy w pierwszej połowie XIV w., w czasach pisania przez Dantego Alighieri (po włosku) poematu „Boska Komedia”. Ówczesne italskie stronnictwa polityczne (Gibelinów, z którymi trzymał Dante i Gwelfów, związane z papiestwem), dzieliły się generalnie na zwolenników cesarskiego panowania nad Italią (Gibelinowie) i przeciwników niemieckiego cesarza i cesarstwa (Gwelfowie); aktywizując zwolenników ze wszystkich stanów ówczesnego społeczeństwa Italii, przyczyniały się do rozszerzania poczucia narodowego Włochów, gdyż poczucie to (prócz jedności kultury) kształtuje się także w oparciu o wspólną historię polityczną, tworzących ją władców i przywódców oraz bohaterów narodowych… Jednakże jedność państwową włoskiemu narodowi udało się osiągnąć dopiero w drugiej połowie XIX wieku, gdy rozprzestrzeniane w świecie zachodnim idee i nurty republikańskie wystarczająco podmyły stary (arystokratyczny i monarchistyczny) porządek społeczny.

Francuskie poczucie narodowe i kształtowanie się francuskiego narodu nastąpiło w końcowej fazie wojny stuletniej (pierwsza połowa XV w.), wraz z wystąpieniem dziewicy orleańskiej, św. Joanny D’arc, która poderwała francuski lud i rycerstwo do walki z hegemonią angielską. Swoją postawą św. Joanna zapoczątkowała myślenie kategoriami idei narodowej (narodowo-monarchistycznej), gdzie nad ludem Francji powinien panować władca (monarcha) wywodzący się z francuskiego rodu. Św. Joanna D’arc nakłoniła do koronacji na króla Francji Karola VII. Stuletnia wojna pomiędzy Anglią i Francją o panowanie na kontynencie europejskim zakończyła się wyparciem Anglików w połowie XV wieku z ziemi dawnych Franków i przywróceniem korony francuskiej rodzimym władcom. Po trzystu latach praktykowania umacnianej stale monarchii, mniejszość kreatywna1 francuskiego narodu (w tym przypadku można nawet mówić o mniejszości kreatywnej destrukcyjnie) pchnęła niższe warstwy społeczne w odmęty rewolucji, przyczyniając się tym samym do jednej pozytywnej sprawy – do unarodowienia (rozszerzenia poczucia narodowego) wśród ludu, wśród wszystkich warstw społecznych osiemnastowiecznej Francji.

PRZYKŁAD NASZ WŁASNY
W okresie międzywojennym, kiedy Polska powróciła na mapę polityczną Europy jako niepodległe państwo o ustroju republikańskim, budzenia się polskiego poczucia narodowego poszukiwano nawet przy końcu XI wieku, wraz z wydarzeniami, jakie nastąpiły w Polsce piastowskiej po zamordowaniu przez króla Bolesława Śmiałego św. Stanisława biskupa. Św. Stanisław był pierwszym biskupem z polskiego rodu i ganił wielokrotnie niemoralne prowadzenie się ówczesnego władcy Polski. Został zamordowany przez popędliwego króla przy ołtarzu, podczas sprawowania mszy świętej. Lud polski, jego wyższe i niższe warstwy społeczne opowiedziały się przeciwko królowi, potępiając morderstwo popełnione na pasterzu krakowskiego kościoła. W końcu król został zmuszony (przez podwładnych, przez lud) do opuszczenia kraju…

Wybitny polski historyk i historiozof, Feliks Koneczny, ukształtowanie się polskiego poczucia narodowego i polskiego narodu wiąże z wojnami z Zakonem Krzyżackim i walką ideową, jaka wtedy musiała równolegle przebiegać na forum ówczesnych instytucji międzypaństwowych będących w dyspozycji Kościoła (Zakon rycerski Krzyżaków należał do instytucji kościelnych). Polskę na forum międzypaństwowym reprezentował wtedy rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego, Paweł Włodkowic. On to przedstawił i w imieniu Polski bronił idei, trudnej do zrozumienia przez ówczesnych włodarzy krajów europejskich, że religii chrystusowej nie godzi się rozszerzać i zaszczepiać ludom przemocą, przy użyciu środków militarnych, które zaprzęga się w służbie szczytnej ideologii nawracania pogan na chrześcijaństwo, a tak naprawdę wykorzystuje się ją instrumentalnie jako pretekst dający mandat do rozszerzania swego władztwa za pomocą siły zbrojnej.

1. Samostanowienie

SZTANDARY CYWILIZACYJNEGO POCHODU
Z ówczesnej Polski, Polski Jagiellońskiej wywodzi się idea poddania władzy państwowej kontroli społeczeństwa. W traktatach pokojowych z Zakonem Krzyżackim strona polska zabiegała o zapisy, w których stanowiono, że przy decydowaniu o wojnie czy pokoju, należy uprzednio odwołać się do zgody stanów. Miały one (stany społeczne) wyrażać swoją aprobatę bądź dezaprobatę na wypowiedzenie wojny. W przeciwnym razie (bez uzyskania takiej zgody) Zakon, a po stronie polskiej król, nie mieli legalnej podstawy do wypowiadania wojny drugiemu państwu. Z ówczesnej Polski, Polski Jagiellońskiej wywodzi się też idea pokojowego łączenia dwóch narodów w jeden organizm państwowy. Owa pierwsza unia zawiązana pomiędzy reprezentatywnymi przedstawicielami dwóch narodów (do narodu zaliczano wówczas jedynie stan szlachecki) nie miała precedensu i była pierwszym tego typu traktatem w świecie (po blisko dwustu latach praktykowania unii personalnej).

Z ówczesnej Polski, Polski szlacheckiej wywodzi się pierwszy, nowożytny i praktykowany na szeroką skalę ustrój republikański oparty na demokracji – na powszechnym prawie wyborczym osób posiadających pełnię praw obywatelskich (wówczas był to jedynie stan szlachecki). Zrodził się ten ustrój – ustrój demokracji szlacheckiej – bez ingerencji z zewnątrz, zrodził się w toku wielowiekowej wewnętrznej ewolucji społeczności polskiej. Po wygaśnięciu macierzystej dynastii, dynastii piastowskiej, panowie i książęta – ówczesna elita polityczna kraju – w drodze konsensusu (po epizodzie polskich Andegawenów) przystała na elekcję króla wywodzącego się z domu Jagiellonów.

Z Andegawenami i Jagiellonami polscy możnowładcy nie mieli więzi etnicznej (rodowej i plemiennej), więc ich lojalność mogła przybrać charakter bardziej formalny: obierania (elekcji) władcy wywodzącego się najpierw z domu Andegawenów (Ludwik, król Węgier, po swojej matce, Elżbiecie Łokietkównej, posiadał pokrewieństwo piastowskie), a następnie władcy z domu Jagiellonów, dzięki wstąpieniu na tron Polski Jagiełły przez poślubienie Jadwigi, młodszej córki Ludwika Węgierskiego. Wybierano więc (dokonywano elekcji) na króla Polski pierworodnego syna poprzedniego władcy z rodu Jagiellonów, a kiedy umierał bezpotomnie (jak np. Warneńczyk albo Jan Olbracht, albo Aleksander) – obierano królem (według starszeństwa) kolejnego potomka płci męskiej (Jadwiga Andegaweńska nosiła tytuł króla Polski, a nie królowej, bo w naszym ówczesnym prawie nie dopracowano się instytucji królowej jako władcy kraju). Była to więc elekcja władcy stosowana w obrębie jednej rodziny monarszej, w obrębie domu Jagiellonów przez blisko dwieście lat.

NARODZINY NASZEJ DEMOKRACJI
Po wygaśnięciu rodu Jagiellonów, kiedy syn Zygmunta I Starego – Zygmunt II August – umarł bezpotomnie, doprowadzając jednakowoż do unii między dwoma narodami, kiedy utrzymywanie unii personalnej z wiadomych względów nie było już możliwe – elekcja króla przeprowadzana dotychczas w obrębie domu Jagiellonów stała się po prostu wolną elekcją – mogła dotyczyć wszystkich domów i rodów panujących podówczas w Europie. Pewnego rodzaju powtórzeniem elekcji w ramach jednej rodziny panującej, elekcji wolnej zawężonej do obierania króla z jednego rodu, było panowanie Wazów w Polsce (Zygmunta III, Władysława IV i Jana II Kazimierza). Zygmunt III Waza (po swojej matce, Katarzynie, córce Zygmunta I Starego, posiadał pokrewieństwo Jagiellońskie) otrzymał tron Polski w wyniku wolnej elekcji, której jednak towarzyszyła krótka wojna domowa i obóz polityczny anty-cesarski (można powiedzieć anty-niemiecki), kierowany przez Jana Zamoyskiego musiał zbrojnie pokonać zwolenników Habsburga.

Samostanowienia – rozumiane jako prawo każdego narodu do utworzenia samodzielnego państwa, do swobodnego wyboru ustroju państwowego i ustanowienia zwierzchnictwa we własnym państwie – samostanowienie tak rozumiane w odniesieniu do zwierzchnictwa państwowego w Polsce XVII wieku, w Polsce demokracji szlacheckiej, objawiło się skutecznie oraz względnie trwale i zgodnie z panującym ustrojem jeszcze dwa razy: podczas elekcji na króla Polski Michała Korybuta Wiśniowieckiego, a następnie przy elekcji Jana III Sobieskiego. Istniał wtedy w Polsce zorganizowany przez podkanclerza, biskupa chełmińkiego, Andrzeja Olszowskiego (późniejszego prymasa), drobnoszlachecki obóz polityczny, który – według dzisiejszego nazewnictwa – moglibyśmy z powodzeniem nazywać „obozem narodowym”. Dzięki akcjom politycznym tego obozu, kandydaci na tron polski, wywodzący się z dynastii obcych państw, zostali odsunięci na rzecz „Piasta”.

Niektórzy historycy wytykają Michałowi Korybutowi nieudolność i brak wszelkich predyspozycji jako władcy dużego a pogrążonego w powojennej słabości państwa. On sam zdawał sobie z tego sprawę, iż nie jest najlepszym kandydatem, ale był wówczas kandydatem jedynym, jakiego drobnoszlachecki obóz polityczny posiadał i mógł z jego nazwiskiem (przez wzgląd na ojca Jeremiego) łączyć hasło powołania na tron Polski „Piasta”. Sobieski, będąc już hetmanem koronnym, był wtedy związany ze stronnictwem francuskim. Po dołączeniu swojej partii do obozu drobnoszlacheckiego, po rychłej śmierci Michała Korybuta, został obrany królem Polski i był drugim elekcyjnym „Piastem”, który ponownie (na czas jakiś) wprowadził Rzeczpospolitą szlachecką do grona mocarstw decydujących o europejskim ładzie, mających wpływ na sprawy międzynarodowe (europejska liga anty-turecka).

ODNIESIENIE DO KRÓLOWEJ
Pierwszy elekcyjny „król-Piast” (Michał K. Wiśniowiecki), świadomy swoich słabości i braku talentów przywódczych, po koronacji udał się do Częstochowy przed obraz Królowej Polski (obranej naszą Królową przez poprzednika, Jana II Kazimierza) i złożył w sanktuarium Jasnogórskim pisemną modlitwę, pozwalając, by otwarto ją dopiero po jego śmierci. W modlitwie tej prosił pokornie Królową Polski, Matkę naszego Zbawiciela, by szybko zabrała go z tego świata, dając tym samym możliwość do powołania na tron Rzeczpospolitej kogoś godniejszego, bo on zdaje sobie w pełni sprawę z tego, iż jest człowiekiem najmniej nadającym się na władcę w Jej królestwie, królestwie zniszczonym przez wieloletnie wojny, najeżdżanym zewsząd przez wrogów zewnętrznych i rozdzieranym wewnętrznie waśniami... Idąc w ślady swoich bezpośrednich poprzedników na tronie polskim, również Jan III Sobieski po koronacji pojechał do Częstochowy pokłonić się Królowej…

Od czasu dwóch pierwszych „królów-Piastów”, powoływanych na tron polski w wyniku wolnej elekcji, samostanowienie w Rzeczpospolitej szlacheckiej dobiegło końca. Tak Stanisław Leszczyński, wybierany dwukrotnie (na krótko) królem Polski, jak i Stanisław August Poniatowski – byli władcami Rzeczpospolitej dzięki ingerencji państw ościennych. Leszczyński pierwszy raz dzięki Szwedom, drugi raz – z poparcia Francji. Jego przeciwnik i król Polski w dłuższych okresach – August II Mocny, elektor saski – w rywalizacji z Leszczyńskim ostał się na tronie polskim dzięki poparciu Rosji. Niemniej jednak i Leszczyński, i August II Mocny, i jego syn, August III – wszyscy oni wzorem poprzedników udawali się po koronacji przed „tron” Królowej Polski w klasztorze Jasnogórskim…Jedynie ostatni król Polski, wybrany (jak trzej poprzednicy) w wyniku ingerencji sił obcych (z poparcia Moskwy), nie pojechał do Częstochowy po swojej elekcji i koronacji, i nie pokłonił się naszej Niebiańskiej Królowej…

August II zwany Mocnym prowadził politykę zmierzającą do stworzenia z Saksonii i części ziem Rzeczpospolitej dynastycznego królestwa Wettinów pod swoją władzą i władzą swoich bezpośrednich następców. Przyzwyczaił tym samym sąsiadów Polski i ówczesną Europę do myślenia w kategoriach rozbioru Rzeczpospolitej obojga narodów. Samostanowienie narodu polskiego rozbłysło na krótko raz jeszcze – ostatni raz w dziejach Polski przedrozbiorowej – w okresie Sejmu Wielkiego, który wydał z siebie akt prawny reformujący państwo: Konstytucję 3-go Maja. Była ona swoistym, choć spóźnionym o ponad sto lat, wypełnieniem ślubów króla Jana II Kazimierza, kiedy w katedrze Lwowskiej podczas trwania „potopu szwedzkiego” obierał on Maryję, Matkę naszego Zbawiciela, Królową Polski, a ściślej – Królową Korony Polskiej, tzn. królową ziem polskich, litewskich, ruskich, ukraińskich itp., bo wszystkie te ziemie wchodziły pod władzę króla polskiego i stanowiły tytuł wymieniany podczas uroczystego aktu koronacji, choć z biegiem lat i w wyniku wielu wojen trapiących Rzeczpospolitą obojga narodów niektóre ziemie lub ich części odpadały spod realnego władztwa i panowania na ich obszarze korony polskiej…

OSTATNIE STULECIE
Odbudowanie państwa polskiego nastąpiło w wyniku konfliktu mocarstw podczas I Wojny Światowej, kiedy to wszyscy trzej agresorzy – Prusy, Austria i Rosja – którzy pod koniec XVIII wieku zagarnęli ziemie Rzeczpospolitej, w wyniku tej wojny ponieśli klęskę. Niemcy (zjednoczone przez Prusy) i Austro–Węgry (Austria dopuszczająca etniczny żywioł węgierski do wpływu na państwo bardziej niż inne nacje żyjące w obrębie cesarskiego imperium Habsburgów) zostały pokonane przez państwa Ententy, a carska Rosja – przez Niemcy i Austro–Węgry. We wszystkich tych państwach wybuchły rewolucje detronizujące cesarzy, ale najkrwawsza i uwieńczona pełnym powodzeniem nastąpiła w Rosji. Po odbudowaniu państwa zasada samostanowienia mogła być znowu realizowana w praktyce przez naród polski. W wyniku ścierania się wewnętrznych sił politycznych, w wyniku walki i gry oraz napięć występujących pomiędzy głównymi nurtami społecznymi, warstwami i klasami – państwo otrzymało republikański ustrój polityczny z tendencjami autorytarnymi, które ujawniły się w toku dalszego trwania II Rzeczpospolitej.

W wyniku agresji dwóch sąsiadów (Rosji bolszewickiej i hitlerowskich Niemiec), rozpoczynających w ten sposób II Wojnę Światową, upadła II Rzeczpospolita po dwudziestu latach swojego istnienia. Naród polski utracił możliwość samostanowienia na lat pięćdziesiąt, bo twór państwowy pod nazwą Polska Rzeczpospolita Ludowa, znajdujący się w bezpośrednim obszarze wpływów sowieckiego imperium, w obszarze wpływów ZSRR, nie dopuszczał wewnętrznej swobody w takim stopniu i rozmiarze, jakie są konieczne, by w wyniku gry wielu sił społecznych i politycznych mogła ujawnić się zasada samostanowienia. Stosowanie jej stało się w pewien sposób możliwe w Polsce dopiero po cofnięciu się, a następnie po rozpadzie komunistycznego imperium Rosji sowieckiej. Dzięki temu została utworzona III Rzeczpospolita, która – jak wszystko, co ludzkie i co na ziemi – daleka jest od ideału: mogła być jednak stale formowana zgodnie z prawem samostanowienia. Stan taki był możliwy i trwał do dnia, kiedy demokratycznie kształtowane oficjalne czynniki naszego państwa (premier, prezydent, rząd i parlament) nie przyjęły Traktatu Reformującego Unię Europejską. Od tej daty, kiedy europejskie super-państwo zacznie nabierać właściwego sobie tempa rozwoju i rytmu pracy – samostanowienie narodu polskiego oraz innych średnich i mniejszych narodów Europy, które weszły do UE, jest utrudnione (o ile całkiem nie zostanie sparaliżowane i wygaszone).

ŁAD GOSPODARCZY
Samostanowienie w dziedzinie gospodarczej posiada nie mniejsze znaczenie niż w sprawach społecznych i politycznych. Zależność jest tutaj warunkowa i wzajemna, a ostatnimi czasy (od połowy XX wieku) coraz bardziej ścisła. Możemy wielokrotnie spotkać się z „potocznymi” opiniami, że Polacy nie potrafią rządzić się samodzielnie, a szczególnie nie potrafią być dobrymi gospodarzami „we własnym domu”, we własnym kraju. Ten kuriozalny typ obiegowych i fałszywych opinii był jedną z wielu mentalnych składowych nakazujących niektórym z naszych rodaków głosować za przystąpieniem Polski do UE. Stanowił podbudowę rozbudzonych oczekiwań i nadziei, że związanie się formalnym traktatem z „piętnastką” bogatych krajów Europy uczyni nas w dającej się przewidzieć perspektywie równie bogatymi jak one… Tymczasem ewolucja unijnych współzależności krajów członkowskich wyraźnie pokazywała (a wraz z Traktatem Reformującym ostatecznie pokazuje), że zacieśniana współzależność na gruncie gospodarczym i politycznym zakończy się ostatecznie zależnością krajów członkowskich od europejskiego super-państwa…

Doniosłość tego faktu w obszarze gospodarczego samostanowienia nabierze niedługo szczególnych znaczeń. Państwowość jako twór polityczny dysponuje dwoma zasadniczymi instrumentami polityki gospodarczej opisywanymi na gruncie makroekonomii od lat trzydziestych XX wieku (od czasów wielkiego kryzysu), a znanymi od strony praktycznej od zawsze, odkąd tylko państwowość stała się formą organizacyjną ludzkich zrzeszeń. Do instrumentów tych zaliczamy 1) politykę monetarną (kreowanie pieniądza, jego podaż, wpływanie na stopy procentowe oraz kursy wymiany), 2) politykę fiskalną (ustalanie rodzajów i wysokości tytułów podatkowych, zbieranie podatków i wydatki na cele publiczne lub na cele uznane za społecznie doniosłe). Otóż pierwszy instrument polityki gospodarczej państw członkowskich UE (po wkroczeniu do strefy „Euro”) zostaje poszczególnym krajom praktycznie odebrany, a drugi – wydatnie ograniczony przez narzucenie wszelakich standardów wydatkowania środków, celów socjalnych i planów inwestycyjnych odpowiadających bardziej biurokratom z Brukseli a już nie koniecznie potrzebom poszczególnych krajów członkowskich.

2. Suwerenność

SUWEREN
W średniowiecznej łacinie będącej pierwszym wspólnym językiem cywilizacji zachodniej (łacińskiej), powstałej w wyniku syntezy religii chrześcijańskiej, nauki greckiej i prawa rzymskiego, słowo suweren (suzeren, superanus) to po prostu – najwyższy. Oczywiście, z politycznego punktu widzenia, z punktu widzenia ludzkiej doczesności – suwerenem (najwyższym) był zwierzchnik (władca ziemski) mający największą władzę i całkowitą niezależność – najwyższy panujący, władca, monarcha, senior, zwierzchnik wasala… Uwzględniając jednakże porządek nadprzyrodzony, prawdziwym suwerenem, prawdziwie Najwyższym możemy uznać jedynie nieśmiertelnego i wiekuistego Boga… Każdy władca ziemski, nawet najbardziej potężny i wpływowy, podlega wielu mniejszym lub większym ograniczeniom i współ-zależnościom – już to od innych pomniejszych władców i wasali, już to od ludów i narodów, nad którymi panuje, już to od samego Stwórcy wszystkich rzeczy i zwierzchności, choćby nawet tego nie uznawał i w Takiego Stwórcę nie wierzył…

Samodzielni i udzielni władcy, niezależni od woli ludów i narodów, czerpiący mandat swego panowania nad innymi z rodowych więzów krwi, z wywodzenia się od przodków, tak czy inaczej zasłużonych swoim ludom i plemionom przez pomyślność, jaką im zapewniło w historii mądre i skuteczne przywództwo władczych przodków – tacy władcy zostali praktycznie zniesieni przez niespokojne wiatry i nawałnice dziejowe, ale zasada suwerenności w wymiarze doczesnym, zasada nie podlegania komukolwiek, kogo się nie akceptuje i kto nie jest godzien, by sprawować przywództwo zorganizowanej zbiorowości ludzkiej – zasada ta nie zginęła. Nosicielami jej we współczesnym świecie nie są już samodzielni lub udzielni władcy, wywodzący się z nobliwych rodów założonych przez energicznych i wielkich przodków, ale same społeczności ukształtowane przy udziale tych władczych założycieli, ludy i narody, posiadające własną, wytworzoną w toku dziejów tożsamość kulturową i niezbywalne prawa do kultywowania i zachowania tejże tożsamości zgodnie z zasadą samostanowienia i suwerenności, tzn. nie podlegania nikomu w zasadniczych sprawach dotyczących roztropnej troski związanej z zabezpieczaniem, ochranianiem, umacnianiem i rozwijaniem własnej kultury, tradycji oraz tożsamości.

PRZYKŁAD NASZ RODZIMY
Mieszko I (Dągom, Dąb – to jego pogańskie imię), był starostą plemiennym jednego z wielu plemion słowiańskich żyjących w X wieku we względnej niezależności na lesistych, puszczańskich obszarach między Odrą i Bugiem. Czynnik zewnętrzny, jakim okazało się zagrożenie płynące z zachodu – napór zorganizowanych w ramach cesarstwa ludów germańskich na ziemie słowian zachodnich – stanowił dobry pretekst do tego, by jeden z najbardziej energicznych wodzów plemiennych środkowoeuropejskiej słowiańszczyzny skupił pod swoim przywództwem (perswazją i scalaniem, przymusem i podbojem) większość plemion należących do tej samej grupy etnicznej, rozdrobnionych na obszarze od Odry po Bug oraz od Bałtyku do Tatr2. Przywódca ten posiadał jednocześnie doskonały plan polityczny polegający na włączeniu zjednoczonych i zgromadzonych pod jego władzą plemion do rodziny ludów chrześcijańskich.

Dągom (Mieszko I), dzięki misyjnej pracy dokonanej na Morawach w wieku poprzednim (w. IX) przez dwóch świętych misjonarzy słowian – Cyryla i Metodego – miał alternatywę: mógł przyjąć chrześcijaństwo z Moraw, a nie od Germanów, ani też z Bizancjum – obydwa cesarstwa pod pretekstem szerzenia religii chrześcijańskiej dążyły do rozciągania swoich wpływów politycznych. Święci Cyryl i Metody, chociaż wywodzili się z kościoła wschodniego, działali w ścisłej łączności z papiestwem, ze stolicą apostolską w Rzymie (wówczas nie było jeszcze schizmy). Świętego Metodego, jako biskup Moraw, zwalczało politycznie, ideowo i doktrynalnie duchowieństwo niemieckie, co – zważywszy, że wielu niemieckich biskupów było ustanawianych przez cesarza (przykład zaczerpnięty z Bizancjum i siłą rzeczy tolerowany przez papiestwo) – świadczy samo za siebie…

Polska piastowska (960 – 1370), Polska rządzona przez książąt i królów wywodzących się z piastowskiego rodu (potomków pochodzących od swego protoplasty – Mieszka I) skutecznie oparła się ekspansji niemieckiej w wiekach średnich, a polscy władcy – w mniejszym lub większym stopniu (zależnie od zewnętrznej koniunktury politycznej) – utrzymywali raz większą raz mniejsza suwerenność. W ówczesnych warunkach była to suwerenność (nie podleganie) władzy cesarskiej, władzy cesarza niemieckiego próbującego narzucać strategicznym obszarom Europy swój (ziemskiego suzerena) uniwersalizm rządzenia zachodnim światem chrześcijańskim. Po wygaśnięciu dynastii piastowskiej, dbałość o suwerenność państwa przejęli jako swój moralny i polityczny obowiązek panowie (książęta i możnowładcy) wywodzący się z różnych bocznych linii piastowskich z okresu dzielnicowego rozbicia kraju. Przez krótki czas trwała rywalizacja między panami z Wielkopolski i Małopolski. Panowie małopolscy zdołali jednak przejąć przywództwo wśród wszystkich możnych rodów i na ich barkach spoczęła odpowiedzialność za sprawy polskie w czasach Andegawenów z linii węgierskiej i w czasach pierwszych Jagiellonów…

OKRES REPUBLIKAŃSKI
W miastach włoskich utrzymujących daleko posunięty samorząd, niezależność i niepodległość względem państwa organizowanego na większych obszarach ziemskich – przez całe średniowiecze ustrój republikański (np. w Wenecji) stanowił dominujący system polityczny, stąd suwerenem od początku była świadoma swoich dążeń i celów zbiorowość – obywatele miasta kierowani przez mieszkańców bardziej możnych (o większym statusie majątkowym), więc bardziej poczuwających się do odpowiedzialności za sprawy całego społeczeństwa republiki, gdyż utrzymanie ich osobistej pomyślności w dużej mierze zależało od obrotu spraw publicznych i politycznych… Stamtąd właśnie (z Wenecji) przeniknęła do renesansowej Anglii republikańska idea trójpodziału władzy zastosowana na wyspach do monarchii konstytucyjnej. Od Anglików zaczerpnął ową myśli francuski pisarz polityczny doby oświecenia, Monteskiusz, i sformułował ją w dziele „O duchu praw”.

W ustroju republikańskim podmiotem, któremu przysługuje prawo suwerenności jest zbiorowość (ogół obywateli). Zbiorowość ta w drodze pewnych procedur, ukształtowanych wedle tradycji i historii politycznej danej społeczności republikańskiej, przy zachowaniu zasady równowagi władz, powierza cyklicznie rządy nad sobą odpowiednim organom, które tejże suwerenności mają dalej strzec i zachowywać ją stosownie do możliwości i warunków politycznych płynących ze zmiennego otoczenia republiki. System republikański w miastach-państwach włoskich trwał przez średniowiecze dochodząc do rozkwitu w XIV wieku. Zaważyła na nim i pozwoliła mu istnieć w średniowieczu tradycja rzymska z czasów republiki. Rzymianie w swej tysiącletniej historii przeszli ewolucję od rodzimej monarchii do ustroju republikańskiego, a następnie do cesarstwa, które jako system, zawierający wzorce typowo orientalne, zachowało jednak pewne elementy i instytucje dawnej republiki.

Polski okres republikański rozpoczęty w drugiej połowie XVI wieku (wraz z wygaśnięciem dynastii Jagiellońskiej i nastaniem czasów wolnej elekcji) był pierwszym tego typu procesem, procesem generalnie ewolucyjnym (chociaż w okresach przesileń nie brakowało nam wojen domowych), dotyczącym państwa ziemskiego, państwa, które nie ograniczało się do jednego miasta-republiki. Zawęził się jednak ten proces w następnych dwu stuleciach jedynie do stanu szlacheckiego: polska szlachta była suwerenem przekazującym cyklicznie królowi ograniczoną przez system praw i przywilejów władzę wykonawczą. Mieszczaństwo, osłabione gospodarczo, wyniszczone wojnami i ograniczane w prawach, nie uczestniczyło w tej ewolucji ustroju, tym bardziej nie uczestniczyła w tym najliczniejsza grupa społeczna – stan chłopski. Ten defekt naszego republikanizmu został usunięty dopiero w Konstytucji 3-go Maja, lecz nie zdołała ona wejść w życie i głębiej przeorać społeczną glebę, gdyż państwo polskie zostało zniesione przemocą przez sąsiadów dalekich od tolerowania u siebie i u innych procesów i przemian republikańskich…

Okres republikanizmu angielskiego, któremu towarzyszyła rewolta mieszczańska i który przybrał ostatecznie kształt monarchii konstytucyjnej, rozpoczął się w drugiej połowie XVII wieku. Początek republikanizmu francuskiego zaznaczony jest krwawym przewrotem związanym z wielką rewolucją z końca XVIII wieku. Inne państwa europejski dołączały do dziejowego peletonu dopiero w XIX wieku, a despocje cesarskie i cesarskie systemy autorytarne (Rosja, Prusy, Austro-Węgry) rozpadając się na początku XX wieku (w wyniku I Wojny Światowej), dopiero wtedy w pełni dopuściły w tych krajach do głosu idee i zasady republikańskiej suwerenności przynależnej ogółowi mieszkańców... Stany Zjednoczone, jako kolonie angielskie w Ameryce Północnej, wyzwalając się zbrojnie pod koniec XVIII wieku spod kurateli króla angielskiego, u samego początku niezależnej drogi politycznej postulowały w swojej konstytucji ustrój republikański, w którym zasada suwerenności przynależy ludziom – mieszkańcom całego kraju: „My, ludzie…”, a w polskim tłumaczeniu – „My, naród…” – tymi słowami rozpoczyna się amerykańska konstytucja, wskazująca na wstępie, kto jest suwerenem…

DEMOKRATYCZNOŚĆ
Powierzanie przez ogół ludzi, przez pełnoprawnych członków danej społeczności (przez obywateli) mandatu do sprawowania nad nimi władzy, do zabezpieczania podstawowych praw (wolności społecznych i politycznych) i do dbałości o suwerenność w imieniu zbiorowego suwerena – dokonywane bywa drogą różnego rodzaju głosowań. System taki nazywamy demokracją. Nazwa wywodzi się etymologicznie z języka greckiego (demos – lud, kratos – władza), ponieważ demokratyczny system wyłaniania władz funkcjonował już w starożytności w ateńskiej polis. Stanowi on praktyczną realizację uzewnętrzniania zasady suwerenności przynależnej ludowi. Zakłada jednak wolność wyrażania opinii i zrzeszania się obywateli oraz gwarantowanie praw mniejszości.

Wykształciły się różne formy demokracji pośredniej (przedstawicielskiej) szeroko stosowane w ustrojach republikańskiej oraz formy demokracji bezpośredniej (plebiscyty, ogólnonarodowe referendum). Stosowanie jednak tego sposobu uzewnętrzniania zbiorowej woli suwerena (ludu lub narodu) napotyka swoje naturalne granice, których skrajni demokraci nie chcą uznawać. Podobnie jak czymś absurdalnym wydaje się nam przyjmowanie w drodze głosowania odkrytych przez rozum ludzki praw przyrody (np. prawa powszechnego ciążenia), tak samo absurdalnym jest przyjmowanie lub uchylanie w drodze głosowań praw moralnych, do sformułowania których rozum ludzki doszedł po wiekach refleksji etycznej prowadzonej na gruncie religijnym lub w oparciu o klasyczną filozofię społeczną.

Rozszerzanie się narodowej samoświadomości pośród warstw niższych społeczeństw europejskich (wśród mieszczaństwa i chłopstwa), dokonujące się w wiekach XVIII i XIX, postępowało równolegle (w różnym tempie, z wieloma zawirowaniami, przyspieszeniami i zahamowaniami) z procesem demokratyzacji społeczeństw, rozumianym jako uzyskiwanie przez wszystkie warstwy i grupy społeczne wpływu na wyłanianie i powoływanie organów władzy państwowej i samorządowej. Na przełomie wieków XIX i XX, podnosząc pogrzebaną w wyniku klęsk powstańczych sprawę polską, ruch społeczno-polityczny zwany „narodową demokracją”, na bazie rozszerzających się w ówczesnej Europie procesów republikańskich i demokratycznych, propagował i głosił prawo do samostanowienia i suwerenności każdego narodu, w tym narodu polskiego, pojmowane jako zasada etyczna, z tego też względu stojąca o wiele wyżej od wszelkich praw pozytywnych i stanowionych przez oficjalne czynniki jakiegokolwiek państwa. Z legalistycznego bowiem punktu widzenie rozbiory Rzeczpospolitej w drugiej połowie XVIII wieku były przyjmowane i zatwierdzane przez ówczesne sejmy obradujące jednak (wprawdzie pod presją bagnetów wojsk zaborczych) jako oficjalne organy państwowe upadającej Rzeczpospolitej…

ASPEKT LEGALNY I ASPEKT MORALNY
Zwrócenie uwagi na moralny aspekt sprawy i podkreślanie, że prawo tego czy innego narodu do samostanowienia, do niezależności i niepodległości, posiada charakter moralny, czyli jest zagadnieniem z zakresu etyki i w gruncie rzeczy jest prawem moralnym – stanowi niezaprzeczalną zasługę polskiego ruchu narodowo-demokratycznego przełomu wieków XIX i XX. Zatem prawo do samookreślenia się narodu, prawo do samostanowienia i suwerenności, nie jest czymś zbywalnym: nikt – żaden czynnik oficjalny, żadna grupa społeczna, pojedyncza warstwa czy klasa polityczna – nie może narodu rozpatrywanego jako całość społeczno-kulturowa pozbawić tego prawa, a tym bardziej w imieniu tego narodu nie może dysponować jego uprawnieniem moralnym… Pogląd ten upowszechnił się w XX wieku i został szeroko przyjęty, dlatego coraz częściej zaczęto sięgać do instytucjonalnych form demokracji bezpośredniej, do plebiscytów i referendów, za pomocą których suweren zbiorowy przyjmuje lub odrzuca coś, co może wkraczać bezpośrednio na teren jego niezbywalnych uprawnień o charakterze moralnym.

Instytucji referendum używali więc architekci Unii Europejskiej (czasem aż nadużywali, powtarzając zabieg w celu osiągnięcia pożądanych skutków). Trwało to do czasu, aż zbiorowy suweren kilku krajów członkowskich odrzucił Konstytucję UE, mówiąc tym samym w sposób zdecydowany «nie» europejskiemu super-państwu. Wrócono więc z konieczności do sprawdzonej procedury przyjmowania traktatów za pośrednictwem krajowych ciał przedstawicielskich, wyłanianych drogą demokracji pośredniej… Jeśli jednak dojdzie na tej drodze do pogwałcenia niezbywalnych uprawnień narodowych o charakterze moralnym – zasada odkryta i podniesiona na przełomie XIX i XX wieku przez polski ruch narodowo-demokratyczny pozostaje nadal w mocy – będzie stanowiła moralną przesłankę do przywrócenia naturalnego porządku rzeczy (na mocy zbiorowej woli narodu) przy sprzyjającej, międzynarodowej koniunkturze politycznej.

3. Sprawy międzynarodowe

WSPÓŁZALEŻNOŚĆ
Suwerenność podmiotu zbiorowego, jakim jest naród organizujący i kształtujący demokratycznie własne państwo – suwerenność, będąca synonimem niepodległości, synonimem nie-podlegania zewnętrznemu suzerenowi o charakterze zorganizowanej siły politycznej – nie wyklucza współzależności. Z drugiej strony „współzależność nie jest sprzeczna z niepodległością. Niepodległe państwo wchodzi w różne umowy z innymi państwami, które ograniczają wzajemnie ich swobodę działania w zakresie gospodarczym, komunikacyjnym, łącznościowym, militarnym itd. Decyzja wejścia w umowę i przyjęcia ograniczeń zapada jednak wewnątrz niepodległego państwa a nie poza nim. Umowę taką państwo może wymówić. Oczywiście władze państwa muszą brać pod uwagę konsekwencje wymówienia”3. Zatem suwerenność (niepodległość) zakłada jedynie to, że zasadnicze decyzje dotyczące danej społeczności zapadają wewnątrz państwa stanowiącego formalne ramy funkcjonowania tejże zbiorowości zorganizowanej, a nie poza nim, czyli nie poza społecznością narodową, poza suwerenem zbiorowym i jego władzami politycznymi wygenerowanymi wewnątrz danej zbiorowości.

Generalnie rzecz biorąc – taki właśnie charakter miały umowy międzynarodowe (wszystkie dotychczasowe traktaty) powołujące daleko posunięty system wzajemnych współzależności państw europejskich, którym była (przed Traktatem Reformującym) Unia Europejska. Gdyby tylko współczesne elity intelektualne (jeśli nawet wolnomyślne i wolnomularskie jedynie w sensie mentalnym) oraz słuchające ich elity polityczne, nie pragnęły forsować ideologii liberalnej w obszarze społecznym i etycznym, gdyby w związku z integrowaniem (współ-uzależnianiem) państw europejskich na gruncie gospodarczym nie forsowały żadnych pomysłów typu Europejska Karta Praw Podstawowych (załącznik Traktatu Reformującego) – integracja europejska miałaby szansę potoczyć się (praktycznie ewolucyjnie) w stronę ideału Europy Ojczyzn. Historycznie ukształtowanemu bogactwu odrębności kulturowych narodów europejskich towarzyszyłaby jedność infrastruktury gospodarczej: na identycznym bądź bardzo podobnym nośniku materialnym rozwijałaby się spontanicznie różnorodność ducha.

NIEPODLEGŁOŚĆ DUCHA
Być może zaprezentowane powyżej myślenie jest zbyt idealistyczne, ale najpełniej odpowiada postulowanemu przez liberałów ideałowi wolności. Jeśli wolność stanowi jedną z głównych zasad społecznych (w skrajnym liberalizmie to zasada najwyższa i jedyna), więc dlaczego nie postępować zgodnie z jej wymogami? Dlaczego trzeba domagać się, aby narody państw członkowskich UE przyjmowały ramy ideowe funkcjonowania swojego społeczeństwa wymyślone i propagowane przez liberalnych i libertyńskich ideologów? Nie jest to przecież warunek konieczny integracji o charakterze gospodarczym, w której aspekt ekonomiczny wysuwany jest na plan pierwszy! Oczywiście, prawda jest inna: każda religia, każda ideologia (libertyńskiej nie wykluczając) jest ze swej natury misyjna. W związku z tym żadna nowa religia, żadne nowe wierzenia i ideologie, nie tolerują innych wierzeń, wierzeń konkurencyjnych, stojących w opozycji do myśli i poglądów nowo-propagowanych. Czyżby więc życie zadawało kłam liberalnym postulatom o dopuszczaniu na gruncie społecznym i moralnym wolnej gry idei i myśli, swoistego „wolnego rynku”, swobodnej konkurencji pomiędzy ideologiami, poglądami, religiami i postawami społeczno-moralnymi?

Otóż nie w tym rzecz. Zasada Kopernika odkryta w odniesieniu do zjawisk monetarnych4 stosuje się także do procesów społecznych. Inny wybitny polski myśliciel, o którym była już mowa – Feliks Koneczny – określał to zjawisko na gruncie społecznym słowami: „niższość górą”. Zatem, jak pokazuje historia nowożytna – liberalne dopuszczenie do równoległego funkcjonowania w ramach społeczeństwa dwóch systemów wartości – jednego, który stawia mniejsze wymagania człowiekowi i ludzkim skłonnościom do zła oraz schlebia słabościom natury, oraz drugiego, który naturze ludzkiej stawia wyższe wymagania – doprowadzi do zapanowania w społeczeństwie systemu mniej wymagającego (stanowi to jedynie kwestię czasu). Bezwładność jednak zjawisk społecznych okazała się w praktyce większa niż przypuszczano, gdyż w świecie doczesnym nie tylko działa szatan – przeciwnik Boga, z którym przegrał, i przeciwnik odkupionego człowieka, z którym pragnie wygrać – w świecie odkupionym działa ciągle Boży Duch i „wieje, kędy chce”, a szatan funkcjonuje pod presją czasu (wie, że ma go niewiele). Stąd pośpiech, nieustanne zabiegi i gorączka „postępowości”, aby procesy psucia ludzkich społeczeństw, ukształtowanych przez chrześcijaństwo, nakręcać i maksymalnie przyspieszać, by zmieścić się w zapowiedzianym czasie, zanim nie przyjdzie mocarz i nie skrępuje złodzieja, i precz go nie wyrzuci…

Dlatego – jak jest powiedziane – „kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” – nie wolno ulegać gorączce „postępowości” rozumianej obecnie wprost jako usuwanie i zwalczanie wszystkiego, co dotyczy chrześcijaństwa stawiającego ludzkiemu duchowi jakiekolwiek wymagania. Warto świadomie i dobrowolnie przyjmować na siebie szykany i oplucie, że jest się „wstecznikiem”, „zacofańcem” i „kołtunem” tylko dlatego, iż przejawy prawdziwego postępu ludzkości widzi się w wychodzeniu naprzeciw biblijnym i ewangelicznym postulatom moralnym: „nie zabijaj” (w sposób szczególny najbardziej bezbronnego, jak i podeszłego w latach), „nie cudzołóż”, „nie kradnij”, „nie zeznawaj fałszywie”, „czcij ojca i matkę swoją”... Warto ponieść czasową ofiarę odrzucenia w świecie budowanym przez „postępowców” dzisiejszej doby, próbujących w imię obłudnie pojmowanej tolerancji zlikwidować, wywrócić „do góry nogami” i zdeptać tradycyjne prawo rodzinne odziedziczone przez Europę łacińską po cywilizacji rzymskiej… Warto trwać na ostatnich barykadach naturalnego i Bożego prawa i tym sposobem zachowywać jeszcze duchową niepodległość, niepodległość ducha ludzkiego ukształtowanego przez dzieło Objawienia i Odkupienia, i nie podlegać żadnym uzurpatorom w świecie moralności i obyczaju, bo ich ewentualny doczesny triumf skończy się wieczystą klęską i pohańbieniem, doczesna zaś klęska obrońców prawa moralnego, nadanego człowiekowi przez Stwórcę, niesie w sobie zapowiedziany przez Zbawiciela wiekuisty triumf obrońców Jego sprawy…

NIEPODLEGŁOŚĆ MYŚLI
Kolejnym dziedzictwem polskiego ruch narodowego i demokratycznego z przełomu wieków (XIX-go i XX-go), dziedzictwem, które warto przypomnieć, odczytać na nowo, ocalić i przekazać przyszłym pokoleniom – było dążenie do uzyskania pewnego (względnego) stanu rzeczy, który opisowo należałoby nazwać „niepodległością (suwerennością) polskiej myśli politycznej”. W warunkach braku własnego, niezależnego w jakimś zakresie państwa, szczególna dbałość o pilnowanie polskiej myśli politycznej (nie było przecież żadnej polskiej racji stanu), szczególna dbałość o prawdziwie polską myśl polityczną, by jasno a zarazem realistycznie widzieć cele, aspiracje i dążenia narodu polskiego, i konsekwentnie umieć krok po kroku założony cel realizować – taka dbałość o rodzimą myśl polityczną, myśl, która nie byłaby (świadomie bądź nieświadomie) na pasku obcych dążeń – dbałość taka była najważniejszym wymogiem tamtego czasu.

Obecnie jednak europejska historia zatoczyła niejako (zgodne z ruchem śrubowym) koło i nowe już warunki (a raczej na nowym poziomie) dyktują nam ponownie konieczność zadbania o niezależność (suwerenność) polityki polskiej. Musi więc powstać ośrodek niezawisłej polskiej polityki, polityki niezawisłej i niezależnej od żadnych zewnętrznych dążeń (w tym unijnych), ośrodek, który władny będzie wszelkie zdarzenia i zjawiska, przychodzące z otaczającego nas świata, oceniać z punktu widzenia interesu i dobra całego narodu, a zwłaszcza z punktu widzenia dobra warstw najszerszych naszego narodu. Oczywiście niepodległość duchowa, niepodległość polskiego ducha, wyrażająca się poprzez kulturę i zachowywanie własnej tradycji, będąca tak pomocną przed odzyskaniem niepodległości państwowej w 1918 roku – będzie pomocną także w dzisiejszej dobie…

PRZEWARTOŚCIOWANIE STOSUNKÓW
Współcześni mędrcy i świata monarchowie coraz głośniej postulują konieczność „nowego światowego ładu” rozumianego zgodnie z ideologią globalizmu, której najbardziej jaskrawym postulatem jest pomysł nie nowy, pomysł utworzenia jednego światowego rządu. Przez ponad trzysta ostatnich lat w stosunkach międzynarodowych panował tzw. „system westfalski”, możliwości którego – według piewców globalizmu – wyczerpują się we współczesnym świecie. Sto lat „doby nowożytnej” związane z powstaniem i rozszerzeniem się protestantyzmu w Europie (1517-1618) „uwieńczone” zostało wojną trzydziestoletnią (1618-1648), którą zakończył traktat pokojowy w Westfalii (1648 r.). Przypieczętował on ostatecznie załamanie się chrześcijańskiego uniwersalizmu w Europie Zachodniej. Papiestwo straciło swoją dotychczasową pozycję, o którą w apogeum średniowiecza toczyło zmagania z cesarstwem rzymskim narodu niemieckiego, straciło pozycję super-arbitra w sprawach międzynarodowych – nośnikami autorytetu w tym obszarze stały się same państwa, a ostatecznym tytułem ich działania na polu stosunków międzynarodowych stała się siła, którą mogły dysponować. Względny ład międzypaństwowy, trwający w dłuższych lub krótszych okresach owych trzystu lat historii nowożytnej, kształtowany dzięki „filozofii systemu westfalskiego” był jedynie pochodną siły: równowaga między państwami była równowagą sił – wynikała z wzajemnych obaw, sojuszy militarnych i zabezpieczeń przed potencjalną agresją jednych państw względem drugich…

Odkąd „system westfalski” został ukształtowany, mieliśmy na naszym kontynencie epizod „europejskiej ligi anty-tureckiej” zbudowanej w drugiej połowie XVII wieku z wydatnym udziałem Polski czasów króla Jana III Sobieskiego; ład międzynarodowy (lata 1815-1914), ukształtowany w wyniku Kongresu Wiedeńskiego, w którym uczestniczyło 16 państw europejskich – kończył on okres wojen napoleońskich, zaś w imię zasady legitymizmu, opowiedział się za tłumieniem ruchów republikańsko-demokratycznych i narodowych; mieliśmy po I Wojnie Światowej dwudziestolecie (1919-1939) XX wieku, ukształtowane w wyniku konferencji pokojowej w Wersalu, w której uczestniczyło po stronie zwycięzców dyktujących warunki zwyciężonym 4 państwa z przybudówkami pomniejszych sojuszników (3 z Europy oraz USA); mieliśmy po II Wojnie Światowej okres obowiązywania porządku jałtańskiego (1945-1989), ukształtowanego w wyniku porozumienia na konferencji w Jałcie, w której wzięło udział już tylko 3 państwa bez przybudówek (ZSRR, USA i Wielka Brytania). Po II Wojnie Światowej system równowagi międzypaństwowej ukształtowanej na konferencji jałtańskiej był praktycznie dwubiegunowy. Po cofnięciu się ZSRR w 1989 roku i ostatecznym rozpadzie w 1992 – układ stosunków międzynarodowych stał się systemem jednobiegunowym… Czy zrównoważą go lub dopełnią bieguny w postaci europejskiego super-państwa i azjatyckich tygrysów (Indii i Chin razem lub oddzielnie, lub dodatkowo w sojuszu z Rosją)?

ASPEKT ETYCZNY I FORMALNY
Niewątpliwie oparcie stosunków międzypaństwowych na równowadze sił, jakimi poszczególne państwa lub ich sojusze i bloki dysponują, odejmuje z biegiem czasu życiu międzynarodowemu dbałość choćby tylko o pozory moralnych zachowań we wzajemnej rywalizacji. Słowa Stalina: „a ile dywizji posiada papież?” lub stwierdzenie Hitlera: „zwycięzców nikt sądził nie będzie…” stanowią aż nadto dobitny wyraz ponownego, dalekiego odejścia od teoretycznych postulatów filozofii społecznej, sformułowanych przez św. Augustyna u zarania ery chrześcijańskiej, kiedy postulował, gdy w świecie zachodnim panowało jeszcze cesarstwo rzymskie, by życie międzynarodowe (podobnie jak relacje międzyosobowe) zdecydowanie oprzeć na moralności5. Małe i średnie narody – mimo zdziczenia międzynarodowych stosunków – nie mają innego wyjścia, jak tylko wytrwale obstawać przy moralności wzajemnych relacji między państwami…

Rzeczpospolita XVIII wieku była pierwszą ofiarą „systemu westfalskiego”: wypadkowa sił państw ościennych wrogich Polsce i sił własnych naszego kraju wypadała na naszą niekorzyść, więc Prusom pożądającym terytorium (korytarza) należącego do Rzeczpospolitej, stosunkowo łatwo udało się zmobilizować przeciwko nam pozostałych sąsiadów. Rozdrapywanie Rzeczpospolitej przez zaborców było pewnego rodzaju spektaklem (pierwszymi aktami) większej sztuki dramatycznej, rozpoczynającej się wtedy na scenie ludzkich dziejów: było początkowym epizodem dłuższego zmagania się w Europie nurtów republikańskich z absolutyzmem i autorytaryzmem dynastycznym, idei narodowej widzącej suwerena w całym społeczeństwie z despocją jedynowładztwa wymykającego się wszelkiej społecznej kontroli...

Po rozebraniu i podzieleniu ziem polskich między trzech zaborców, niektórzy polscy panowie posiadający osobiste kontakty towarzyskie na zachodzie Europy (głównie we Francji i Anglii) słyszeli niejednokrotnie opinię, że Polacy przestali być narodem… Takie pojęcie narodu (narodowości), tożsame z obywatelstwem danego państwa, posiadano wówczas na zachodzie Europy i takie jego rozumienie pozostało tam po dziś dzień. Czy oznacza to, ni mniej ni więcej, że po wprowadzeniu obywatelstwa europejskiego przez UE, tylko my i inne słowiańskie nacje kontynentu, doświadczające w swej historii panowania obcych nad sobą, zachowają poczucie narodowe ukształtowane w oparciu o kulturę, a pozostali – łącząc narodowość z państwowością – zatracą swoją tożsamość? A może w końcu na zachodzie dokona się ów proces wyodrębniania i kształtowania pojęć w kierunku, który my razem z nasza trudną historią przeszliśmy dwieście lat wcześniej?

UWAGI KOŃCOWE
Czego w sprawie samostanowienia i suwerenności uczy nas nasza historia? Otóż dwóch prostych prawidłowości związanych ze sferą polityki narodowej. Po pierwsze – samostanowienie odbierane jest narodowi (jego mniejszościom kreatywnym) pierwej niż formalna państwowość, która – notabene – nie musi być likwidowana (Polsce to się przytrafiło): utrata samostanowienia nastąpiła dużo wcześniej (sto lat przed ostatnim rozbiorem) zanim nastąpiło zniesienie państwowości polskiej. Po drugie – wewnętrzna ewolucja ustrojowa, przebiegająca zgodnie z zasadą samostanowienia, może doprowadzić do rozwiązań ustrojowo-instytucjonalnych, które (nawet przy braku niekorzystnej koniunktury zewnętrznej) mogą wydatnie utrudniać (jeżeli w ogóle nie paraliżować) przeprowadzanie koniecznych zmian, napraw i ulepszeń ustroju, będących niekiedy (jeśli nie ma zagrożeń wewnętrznych i zewnętrznych) zwykłą konsekwencją zasady, że „życie idzie na przód”.

Zatem zasada samostanowienia, stosowana przez mniejszości kreatywne (mniejszości najbardziej wpływowe) bez umiaru i należytej powściągliwości, w toku wewnętrznej ewolucji, może doprowadzić do zaprzeczenia samostanowieniu w ogóle. Można więc doprowadzić do zniesienia tej zasady w praktyce przez uniemożliwienie jej dalszego, roztropnego i rozsądnego wykonywania (stosowania). Innymi słowy – możemy (stanowiąc o sobie samych) tak zrobić, że w przyszłości (bez ingerencji zewnętrznej) nic nie da się zrobić. Obrazowo wyrazimy to słowami: tak iść w górskim terenie i tak wybierać, zasłaniając sobie oczy, że w końcu wpaść w taką rozpadlinę lub przepaść, iż tylko ktoś z zewnątrz może nam pomóc z niej wyjść, jeśli życia nie utracimy…



Data: 02-08-2009 o godz. 23:44:53 (Odsłony: 1129)
(Czytaj więcej... | 4 liczba komentarzy: | Ocena czytelników: 5)

Esej: Muzyka uliczna /młodego socjomuzyka przeżycia w esej spisane/ ~
Esej
Autor: Widmokrag

Ulica Miasta. Dzień względnie ciepły, kwietniowy. Godzina dość poranna, ale jako że w Mieście ludzie budzą się wcześnie (finezja formy niezamierzona), zakłócam spokój publiczny dość dużej mniejlubbardziejpublice. W futerale sporo drobiazgów, tu i ówdzie nawet błyśnie patyną solidny piątak. Od jakiegoś czasu przypatruje się/przysłuchuje jegomość w średnim wieku, w stroju awangardowym (opcjonalnie – znoszonym i sfatygowanym), z czarnym, mocnym zapuszkowanym Specjalem w dłoni. W końcu podchodzi – krok spokojny, powolny. Stoi chwilę dosłownie metr przede mną, po czym wrzuca +/- 40gr we wszelkiej maści nominałach.




Data: 08-07-2009 o godz. 12:29:49 (Odsłony: 586)
(Czytaj więcej... | 37841 bajtów więcej | 2 liczba komentarzy: | Ocena czytelników: 5)

Esej: Barbarzyńca Bis /próba dialogowania z Herbertem /esej/
Esej
Autor: marcin-krolik

Wczesnym świtem wsiadłem do autobusu jadącego do Orvieto. Po męczącej jeździe do zielonego serca Italii dotarłem w końcu około południa. Zostawiłem bagaż w hotelu, gdzie przez Internet zarezerwowałem nocleg już poprzedniego dnia i nawet się nie przebierając, a jedynie obmywszy twarz w zimnej wodzie, ruszyłem na spacer przez ogarnięte białym płomieniem gorąca uliczki. Kupiłem kilka pocztówek – jedną od razu wypisałem i wysłałem, pozostałe wetknąłem do kieszeni – oraz przewodnik, który po pobieżnym przekartkowaniu zostawiłem na ławce. Nie znalazłem tam nic oprócz zwykłych turystycznych frazesów. Najeżone lukrowanymi przymiotnikami przewodniki oraz zorganizowane wycieczki, gdy pilot przepędza obwieszonych aparatami globtroterów niczym stado cieląt przez miejsce „które po prostu trzeba zobaczyć”, były dwiema rzeczami, jakich szczerze nie znosiłem.
Katedrę i „Sąd Ostateczny” według Signorellego zostawiłem sobie na później. Chcąc przygotować się do spotkania z owym monstrum, o którym zachwycony Barbarzyńca Prym pisał, iż rozdziera przestrzeń i przyprawia o zawrót głowy przez ponad dwie godziny krążyłem wśród jaśniejących w słońcu i tonących w bujnej zieleni pałacyków. Wstąpiłem do trzynastowiecznego kościoła San Lorenzo, gdzie długo przypatrywałem się freskom przedstawiającym żywot świętego Wawrzyńca oraz mensie ołtarzowej podobno wykonanej z etruskiego kamienia ofiarnego. Odwiedziłem mieszczące się w Pałacu Papieskim Muzeum Budowy Katedry i studnię świętego Patryka, nie zdecydowawszy się jednak na zejście po spiralnych stopniach w jej głąb. Patrząc na nie z góry, przypomniałem sobie przeczytaną w jakiejś encyklopedii wzmiankę o stanowiącym jeden z wyróżników miasta spiralnym kształcie kominów, przez co wylatujący przez nie dym przybiera postać kółek. Zadarłem więc głowę i z zadowoleniem spostrzegłem, że faktycznie wiele kominów jest poskręcanych jak precle. Kwestii dymu z uwagi na porę roku nie dało się niestety zweryfikować.
Kiedy umęczony łażeniem i pijany od nadmiaru widoków znalazłem się na katedralnym placu, zaczynał już zapadać zmierzch. Katedra rzeczywiście okazała się kolosalna, choć odwrotnie niż twórca Pana Cogito nie miałem bynajmniej poczucia, że w miarę zbliżania się do niej okalające plac piętrowe budynki gasną, zaś jej przytłaczająca obecność wypiera wszelkie inne wrażenia. Pod katedrą przewijał się falujący wielojęzyczny tłum. Słońce przestało prażyć i nabrało łagodnego odcienia bursztynu. Oświetlana przez nie z ukosa fasada wydawała się nieomalże lśnić niezwykłą przedwieczorną intensywnością błękitów, brązów i złota, a spomiędzy kamyków i falistych płaszczyzn, z których była skomponowana, wyciekały strużki cieni kojarzące mi się z krwią. Oblana ostatnim poblaskiem dnia katedra krwawiła ciemnością.
Pomyślałem, że krew byłaby tutaj skojarzeniem jak najbardziej uprawnionym. Czyż bowiem ta właśnie wyniosła gotycka katedra nie została wybudowana na pamiątkę pewnego niezwykłego krwotoku, jaki według niektórych źródeł zdarzył się w niedalekiej Bolsenie siedemset czterdzieści pięć lat temu? Kroniki podają, że pewnego dnia w znajdującym się tam kościele świętej Krystyny podczas mszy z uniesionej przez kapłana hostii na okrywający ołtarz obrus miało spłynąć kilka kropel prawdziwej ludzkiej krwi. Traf chciał, że w tym samym czasie w Orvieto przebywał papież Urban IV, który dowiedziawszy się o cudzie kazał przenieść płótno w uroczystej procesji przez miasto, a rok później ustanowił święto Bożego Ciała. Katedrę zaczęto budować w roku 1290. W jej wspaniałej bryle swoje piętno odcisnęło wiele sławnych nazwisk, jak choćby architekt i rzeźbiarz ze Sjeny Lorenzo Maitani, któremu zawdzięcza swój kształt. Ale ona pochłonęła i przerosła ich wszystkich.
Wszedłem do jej przepaścistego wnętrza z ostatnią tego dnia grupą zwiedzających. Od razu skierowałem się do kaplicy San Brizio. Pobieżnie przesunąłem wzrokiem po znanych mi z albumów natchnionych freskach błogosławionego Fra Angelico i zatrzymałem go dopiero na „Kłamstwie Antychrysta”. Oglądając tę scenę na reprodukcjach często zastanawiałem się co też Książę Piekieł szepcze Zbawicielowi. Być może, pomyślałem teraz, w desperackiej próbie po raz ostatni usiłował go przekonać, że cały kłębiący się wokół nich tłum, a w nim najznamienitsze postaci Odrodzenia – Dante, Petrarka, Boccaccio, Rafael, Aleksander Borgia, Kolumb – należą do niego, więc niechże się drogi Nazareńczyk tak nie nadyma, nie warto, nie opłaca się. Niech wraca do Nieba i pozwoli ludziom żyć według namiętności. Spróbowałem wyobrazić sobie cichy, syczący głos niegdysiejszego boskiego faworyta, jak do końca bezczelny i butny przekonuje Syna Jahwe – choć przecież wie, że przegra – iż to on tu rządzi, ludzie zaś (umiłowana korona Stworzenia) gdzieś mają jego ofiarę na haniebnym Krzyżu, bo znacznie przyjemniej niż znosić wyrzeczenia w imię mglistych mrzonek o Raju jest pić, kopulować i wyrzynać się w pień.
Przeszedłem do „Zmartwychwstania ciał”, gdzie zmarli na wezwanie dwóch aniołów – jednego o zielonych, drugiego o czerwonych skrzydłach – wydostają się z ziemi, aby stanąć przed Sądem. Część z nich była jedynie gramolącymi się z trudem, potwornymi szkieletami przedstawionymi z całą ohydą i anatomiczną dokładnością, ale inni odzyskali już pełne ciała. Wszyscy zrekonstruowani mieli potężny, atletyczny wygląd kulturystów o doskonałych proporcjach. Pod miodową, jak gdyby nabłyszczoną przez oliwę skórą napinały się wydatne mięśnie pleców, ramion, klatek piersiowych i brzuchów. Nagie pośladki były jędrne i okrągłe, a te z męskich przyrodzeń, których nie okrywały opaski – obfite. Nie mam pretensji do mianowania się znawcą sztuki, doszedłem jednak do wniosku, że Signorelli pewnie tak musiał wyobrażać sobie doskonałość ciała uwielbionego, w które według Biblii obleką się ludzie po zmartwychwstaniu. Podobne przekonanie musiało zresztą kierować i Michałem Aniołem, gdy na sklepieniu Kaplicy Sykstyńskiej umieścił Adama o fizjonomii nie tępego kudłatego troglodyty, jakim zapewne był protoplasta człowieczego rodu, lecz dobrze odżywionego Włocha.
Piekielne czeluści, przed którymi stanąłem w następnej kolejności, miały w sobie coś batalistycznego. Tę duszną, pozbawioną perspektywy wizję Herbert porównywał do „Bitwy pod Grunwaldem”, lecz w odróżnieniu od starcia wojsk Jagiełły z wojowniczymi mnichami, gdzie każda ze stron mogłaby przy sprzyjających okolicznościach coś ugrać, tu panowała tylko beznadzieja. W górze krążyli skrzydlaci nadzorcy w zbrojach i z lancami oraz przypominające gargulce stwory zrzucające stracone dusze w rojowisko nagich potępieńców. Jakaś kobieta o jasnych rozwianych włosach, której chyba nie spieszyło się do dołu, wdrapała się na plecy jednego z gargulców i trzymała go kurczowo ani myśląc dać się zrzucić. Na jego spiczastej gębie odmalował się wyraz zaskoczenia, a nawet pewnego zakłopotania, jak gdyby nie za bardzo wiedział co ma w tej sytuacji począć. Może nie został przeszkolony na wypadek buntu? Mieszkańcy piekielnej kloaki również byli atletyczni, jednak spotworniałe, wykrzywione w niemym krzyku, sprawiające wrażenie głodnych twarze większości z nich przypominały mi oblicza żywych trupów z oglądanych kilkanaście lat temu trzeciorzędnych amerykańskich horrorów. Wili się w groteskowych splotach, tarzali w upokorzeniu, wyciągali ręce, szarpali jedni drugich za rozwichrzone włosy, obłapiali lubieżnie pulchne kobiety, którym z niewytłumaczalnych dla mnie przyczyn artysta pozostawił ludzkie twarze. Prawie słyszałem ich jęki, warczenia i przeklinania Boga, który tak ich umiłował, że pozwolił im się stoczyć.
I wreszcie Zbawienie – na pięknych, jasnych obliczach wziętych do Nieba odbija się bezbrzeżny spokój i pogoda, brudne ziemskie namiętności opuściły ich członki, ich oczyszczone serca wypełniła wiekuista szczęśliwość. Niczego już nie potrzebują, nie zazdroszczą, nie nienawidzą, nie są głodni ani spragnieni. Nagość już nikogo nie peszy, nie przyprawia o wzwód, nie skłania do miotania nasieniem – jest jak przed początkiem czasu, przed Upadkiem, gdy w rajskim ogrodzie niewinni prarodzice nie wiedzieli, że są nadzy. Cała nieprzyjemna historia z wężem, nadgryzionym owocem poznania i tułaczką w ciemnościach grzechu została unieważniona, puszczona w niepamięć – jak gdyby nigdy się nie zdarzyła. Mimo gęstniejącego mroku – nie zapalono jeszcze lamp – z malowidła wciąż sączyła się lekka świetlistość leniwych popołudni w Arezzo i bujnych winnic Cortony, gdy przychodzi pora zbiorów.
Po opuszczeniu katedry postanowiłem popróbować tutejszych win, w zachwytach nad którymi rozpływał się Gabriele d’Annunzio nazywając je słońcem w butelce mającym jego smak, siłę i kolor. Jeden kieliszek „słońca” okazał się piekielnie drogi i niestety nie smakował aż tak wybornie jak można by wnieść ze słów poety. To jakaś lekcja dla mnie – pomyślałem po powrocie do hotelu.


Data: 14-06-2009 o godz. 07:51:57 (Odsłony: 662)
(Czytaj więcej... | 2 liczba komentarzy: | Ocena czytelników: 3.66)

Esej: Straźnik Sumienia /esej/
Esej
Autor: Damian_Zuchowski

„Wy co kochacie ludzkość!
Wy co sprzeciwiacie się nie tylko tyranii ale i tyranom – wystąpcie!
Każdy skrawek Starego Świata zaznaje ucisku.
Na całym globie wolność jest prześladowana niczym zwierzyna łowna.
Azja czy Afryka dawno już ją wypleniły. Europie idea wolności jest obca, a Anglia pragnie wygnać ją na banicję.,
O, przyjmijcie więc tego zbiega i przygotujmy azyl dla całej ludzkości.”



Data: 19-04-2009 o godz. 13:00:57 (Odsłony: 782)
(Czytaj więcej... | 7357 bajtów więcej | 7 liczba komentarzy: | Ocena czytelników: 3)

Esej: Refleksje nad zmianami... /esej/ x
Esej
Autor: chmielciu

02-01-2006


Z każdym rokiem starzejąc się rozmyślam o tym jak wrócić młodość
Jak powrócić do tych chwil, które mogły być najlepsze w moim życiu
Brakuje mi odwagi powiedzieć sobie, że to już koniec, że to już stracone
Wciąż pragnę umawiać się z licealistkami omijając z daleka studentki
O czym będę marzył pracując? Zapewne o tym jak zmarnowałem sobie studia
Wciąż chciałbym ulepszać siebie , a staję się jeszcze gorszym człowiekiem
Porzuciłem pisanie, pokera, naukę, moje życie przypomina wegetację
Żyję by żyć, błąkam się bez celu, mówię, że szukam miłości,
W którą sam już nie wierzę.
Przestaję wierzyć w cokolwiek, przyjaźń, dobroć, w siebie , w ludzi.
Cały czas mam świadomość, ze to nie koniec, że potrafię dużo
Mogę być kim chce, ale jeśli się postaram
I trwam w tej myśli...trwam...trwam...zawsze tylko trwam
I nic z tym nie robię.



Data: 07-04-2009 o godz. 08:13:22 (Odsłony: 666)
(Czytaj więcej... | 2455 bajtów więcej | 2 liczba komentarzy: | Ocena czytelników: 0)

Esej: Cmentarnym Tropem /czyli historia w grobach zaklęta /esej/
Esej
Autor: Obywatel_AP



Data: 01-04-2009 o godz. 09:26:36 (Odsłony: 863)
(Czytaj więcej... | 5300 bajtów więcej | 10 liczba komentarzy: | Ocena czytelników: 0)

202 tekstów (7 stron, 30 na stronie)
[ 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 ]

PRYWATA


Tylko zarejestrowani uzytkownicy moga sie wypowiadac w Prywacie. login lub w procentach Zarejestruj sie.

Zostań Sponsorem



Portal Literacki - Fabrica Librorum 1998-2011 poczta małpiatka portalliteracki.pl
Publikowane teksty są własnością ich autorów. Kopiowanie, powielanie, odtwarzanie publiczne bez zezwolenia jest zabronione.


Reklama w Portalu Literackim